Harry spojrzał na Snape'a. Mistrz Eliksirów spał głęboko. Oddychał równo i spokojnie. Chłopak opadł z powrotem na poduszki. Naciągnął koc na głowę. Próbował pomyśleć o swojej wizji, ale mu się nie udało. Zasnął prawie natychmiast.
Leciał na miotle wśród gwiazd. Nie widział ziemi. Błyskawica niosła go tak szybko, że czuł świst powietrza w uszach. Dawno nie był taki szczęśliwy. Obok niego, na swoim latającym motocyklu, pędził Syriusz.
– Ścigajmy się, Harry! – krzyczał Black.
– Dobrze! – wrzasnął chłopak.
– Wezwij pomoc – Harry usłyszał nagle tuż obok siebie cichy głos Snape'a. – Wezwij ICH na pomoc! – z naciskiem nalegał Mistrz Eliksirów.
Coś, jakby wielkie skrzydła, załopotało głośno i nastała cisza.
Chłopak usiadł i rozejrzał się niezbyt przytomnie. Przypomniał sobie, gdzie jest. Ambulatorium. Znów śnił. Ale co mógł znaczyć jego ostatni sen?
Snape poruszył się, otworzył oczy i uniósł na łokciu. Harry zaklął w duchu. Z twarzy mężczyzny nie mógł nic wyczytać.
– Bardzo przepraszam, panie profesorze, nie chciałem pana obudzić – powiedział szybko.
– Zły sen, Potter? – spytał cicho Snape, zwodniczo łagodnym głosem.
– Ja... Tak – zająknął się chłopak. Gorączkowo zastanowił się, co powinien teraz zrobić. A jeśli to, co widział we śnie z Voldemortem, to jednak prawda? Może ten wampir już tu jest?! Zdecydował się. Opowie Snape'owi o swoich dwóch snach – tym z wężem i tym z Voldemortem. Sen o Syriuszu postanowił pominąć, bo nie mógł mieć nic wspólnego z tamtymi dwoma.
Mistrz Eliksirów wysłuchał opowieści w milczeniu, ani na moment nie odrywając spojrzenia od twarzy Harry'ego. Gdy chłopak zamilkł, profesor zmarszczył brwi, zastanawiając się nad czymś intensywnie.
– O twoich snach porozmawiamy rano – powiedział wreszcie. – No, cóż, spróbuj ponownie zasnąć, jest prawie druga.
– Wątpię, czy mi się to uda... – jęknął chłopak.
– Hmm... Podejdź tutaj! – zażądał Snape.
Harry wstał i podszedł do niego po chwili wahania.
– Weź buteleczkę z błękitnym eliksirem – mężczyzna wskazał na blat nocnego stolika przy swoim łóżku. – Odmierz na łyżeczkę siedem kropel i wypij. Będziesz spał kilka godzin, ale nie gwarantuję braku snów.
– To... nie jest Eliksir Bezsennego Snu? – spytał niepewnie chłopak.
– Nie. To zwykły środek nasenny. Zapewni ci szybki sen i nic więcej. Eliksir Bezsennego Snu może uzależnić. Nie sądzę, żebyś go potrzebował.
– Dziękuję – Harry szybko wypił eliksir. – Czy panu też podać? – spytał na wszelki wypadek.
– Nie – Snape zamknął oczy i opadł na poduszki, dając do zrozumienia, że rozmowę uważa za skończoną.
Harry wsunął się pod koc. Sen przyszedł po kilku minutach.

Voldemort czekał. Był zniecierpliwiony, ale wiedział, że musi minąć jeszcze trochę czasu, zanim Jörge powróci z Hogwartu. Oczekiwanie było krótsze niż się spodziewał. Wampir zmaterializował się pięć kroków przed nim, całkowicie bezgłośnie i bez ostrzeżenia. Zwinął skrzydła i skłonił się głęboko.
Harry czuł, że Riddle jest wściekły i zaniepokojony, ale nie tylko... Chłopak nagle odczytał myśli Voldemorta i dowiedział się, gdzie tkwiło źródło jego uczuć. Czarny Pan nie mógł w pełni kontrolować tego wampira. Nie znał jego myśli i nie był pewien jego lojalności!
Harry stłumił swoje emocje i, tak jak poprzednio, skupił się na obserwacji wszystkiego, co się dzieje oczami Voldemorta.
– Mów! – warknął Riddle.
– On jest w Hogwarcie, panie. Widziałem go. Źle wygląda – odpowiedział wampir obojętnie.
W umyśle chłopca pojawił się obraz śpiącego Mistrza Eliksirów.
– Odejdź... – zasyczał Voldemort.
Wampir zniknął.
Harry otworzył oczy. Znów był sobą i leżał na łóżku w ambulatorium.
Czy ta straszna noc nigdy się nie skończy?!

***
10 lipca 1996 roku, środa, kilkanaście minut przed wschodem słońca, Stonehenge

Megality Stonehenge w szarości przedświtu prezentowały się tajemniczo, groźnie i majestatycznie. Na starożytnej drodze, którą tysiące lat temu pielgrzymi wędrowali do sanktuarium słońca, pojawił się skrzydlaty, złotowłosy mężczyzna. Niedługo wzejdzie słońce. Zdąży. Z szacunku do miejsca, w którym się znajdował, nie aportował się. Rozwinął skrzydła i uniósł się w powietrze. Po kilku minutach wylądował na szczycie najwyższego trylitu. Stanął wyprostowany, patrząc na wschód. Rozwinął skrzydła i skrzyżował ręce na piersi. Czekał na świt.
Severus Snape powiedział mu, żeby wezwał pomoc. A życzenia Severusa Snape'a były dla niego nie podlegającymi dyskusji rozkazami.
Zrobi to. Będzie błagał Boginię. Czy jednak przybędą?
Czuł coraz silniejsze pulsowanie źródła mocy. Niebo na wschodzie poróżowiało. Za chwilę znad krawędzi horyzontu wyłoni się rąbek Słońca. Już czas.
Mężczyzna ukląkł na płaskim głazie i dotknął czołem powierzchni zimnego kamienia.
– Witaj, Świetlista Bogini! – szepnął. Podniósł się, skłonił głęboko, złączonymi dłońmi musnął wargi. Ponownie pochylił się w niskim pokłonie, a gdy cała tarcza słoneczna pojawiła się na niebie, rozpoczynając swoją ziemską wędrówkę, mocno klasnął w ręce.
– Boska Amaterasu, daj mi siły do walki! – zaintonował złotowłosy potężnym głosem. – Niech twoje promienie napełnią mocą me ramiona! Błagam Cię, oświeć moje myśli! Wspomóż mnie i moich bliskich! Gdy patrzę w Twoje pełne blasku oblicze, krew szybciej krąży w moich żyłach. Jestem Twoim dzieckiem, o Boska, obdarzasz mnie ciepłem i światłem, dzięki Ci za to! O, bądź pozdrowiona Jaśniejąca Blaskiem Amaterasu!
Mężczyzna wyciągnął ręce do słońca i zaczął śpiewać.
– Let the Sun shine!
Twórcy musicalu Hair, tak jak on, byli czcicielami Bogini, choć nazywali JĄ innym imieniem. Dlatego często śpiewał ten przepiękny hymn na JEJ cześć. Znał wiele pieśni sławiących Amaterasu Dającą Życie, Ciepło i Światło, ale tę lubił najbardziej i nie wątpił, że jest miłe Bogini, gdy sławił JĄ swoim śpiewem.
Chłonął ciepło całym ciałem. Nie lubił nocnych ciemności. Był dzieckiem słońca. Kochał latać w bezchmurne dni, gdy promienie dziennej gwiazdy bez przeszkód przenikały powietrze. Czuł się wtedy bardzo szczęśliwy...
Gdy przebrzmiały ostatnie słowa pieśni, nie był już sam. Wokół niego roiło się od duchów.
– Krew z naszej krwi, kość z kości... – szmer kobiecych i męskich głosów rozbrzmiewał dookoła.
– Przybyliście – szepnął. – Jesteście... Dzięki Ci, Bogini!
Rozejrzał się. Przed nim unosił się duch samuraja w lśniącej zbroi. Towarzyszyły mu dwie kobiety: gejsza z malowanym w smoki wachlarzem i piękność z grzywą bujnych włosów i oczami jaśniejącymi jak dwie gwiazdy.
– Witajcie! – krzyknął złotowłosy. Pod powiekami zapiekły go łzy. Przepełniało go uczucie bezgranicznej wdzięczności.
– Trzeba mieć nadzieję, synku – powiedziała cicho piękna kobieta o promiennych oczach, unosząca się tuż obok samuraja. Duch mężczyzny objął ją ramieniem.
– Nie mogliśmy nie przybyć. Pomożemy ci. Nie jesteś sam! Spójrz! – powiedziała gejsza, zataczając krąg dłonią.
Widmowi druidzi i druidki w białych szatach trzymali sierpy, wznosząc je wysoko nad głowami w geście pozdrowienia. Stado jednorożców, prowadzone przez maleńką klacz, kluczyło wśród megalitów. Rogate konie wyglądały jak wypełnione płynnym złotem. Mężczyźni i kobiety w strojach z różnych epok uśmiechali się do niego. Promienie słońca przenikały przez ich przezroczyste ciała, sprawiając, że wszyscy błyszczeli jakimś wewnętrznym światłem. Od północy napłynęły spowite mgłami, latające, widmowe drakkary. Smocze łby na dziobach łodzi zdawały się tryskać ogniem. Wojownicy powstali od wioseł i rytmicznie uderzali rękojeściami mieczy o tarcze.
– Jesteśmy z tobą!
– Jesteśmy z tobą... Jesteśmy z tobą... – dobiegało ze wszystkich stron.
Od wschodu nadleciało stado widmowych smoków, prowadzonych przez dwa olbrzymie rogogony.
– I wy też... – szepnął skrzydlaty.
– Tak. I my! – największy rogogon przysiadł na szczycie trylitu, tuż przy skrzydlatym. – Zanim odejdziemy na zawsze tam, skąd się nie wraca, pomożemy ci!
Po policzkach mężczyzny spłynęły łzy. Otarł je wierzchem dłoni.
– Jak mam wyrazić wam moją wdzięczność?! – westchnął z głębi serca.
– Zaśpiewaj nam o radości kochania! – zażądał władczym głosem samuraj. Skrzydlaty zaśmiał się. Skinął głową, zaczerpnął powietrza i zaczął śpiewać.
– Plaisir d'amour...
Gdy przebrzmiały ostatnie słowa pieśni, duchy zniknęły. A u stóp skrzydlatego mężczyzny na płaskim głazie trylitu leżał stos broni. Katana, wakizashi, podwójny topór, sztylet z wielkim rubinem w rękojeści, wielki młot i mały, złocisty sierp, polska szabla i długi, prosty miecz o ostrzu pokrytym runami. I dwie różdżki.
Jasnowłosy osunął się na kolana i wzniósł ramiona do słońca.
– Bogini... O, Bogini, dziękuję Ci! – wykrzyknął. – I wam, moi przodkowie – dodał szeptem. – I wam...
Podniósł się i z uśmiechem popatrzył na leżącą koło niego broń. Szybko wyjął z rękawa różdżkę i cicho wypowiedział zaklęcie. Broń zniknęła, a na szczycie trylitu obok mężczyzny stanął wielki drewniany kufer. Jasnowłosy dotknął wieka. Rozległ się ostry trzask i mężczyzna zniknął razem z kufrem.
Megality Stonehenge tkwiły samotnie na płaskiej równinie. Za kilka godzin pojawią się tu pierwsi, żądni wrażeń, albo wręcz przeciwnie – znudzeni, turyści.

***
10 lipca 1996 roku, środa, kilkanaście minut przed wschodem słońca, Avebury – starożytne centrum kultu płodności, dwadzieścia sześć kilometrów na północ od Stonehenge.

Aleją Kennet w stronę południowego, wewnętrznego kręgu menhirów Avebury powoli zmierzał starszy, rudowłosy mężczyzna w okularach. Wszedł do wnętrza kręgu. Otulił się zieloną, nieco podniszczoną, wełnianą peleryną. Chłód przedświtu dawał mu się trochę we znaki, ale wędrowiec wiedział, że gdy wzejdzie słońce, temperatura szybko się podniesie.
Dotarł do centrum kręgu w momencie, gdy rąbek słonecznej tarczy pokazał się nad horyzontem. Pojawiły się długie cienie megalitów. Mężczyzna zdjął pelerynę i rozłożył ją na trawie. Potem usiadł na niej krzyżując nogi, z twarzą zwróconą na wschód. Pochylił się i przycisnął do ziemi otwarte dłonie. Olbrzymie głazy kumulowały i transmitowały ziemską energię, a światło słońca potęgowało i przyspieszało przepływ mocy. Mężczyzna wyczuwał podziemne prądy gołymi dłońmi – jeszcze jedno dziedzictwo genetyczne jego irlandzkiej antenatki. Zamknął oczy i chłonął ciepło słonecznych promieni. Mana z ziemi przechodziła przez dłonie mężczyzny, wypełniała jego ciało i umysł, dodawała mu sił i energii. Zniknęły jego złe myśli i niepokój. W wyobraźni rudowłosego pojawiły się obrazy z przeszłości, gdy jego przodkowie odprawiali w tym miejscu religijne obrzędy. Odwiedzał Avebury kilka razy do roku. Tu najmocniej odczuwał swój związek z magią żywiołu ziemi, regenerował siły i podejmował najważniejsze życiowe decyzje.
Usłyszał trzepotanie skrzydeł. Otworzył oczy i spojrzał w górę. Stado łabędzi przelatywało nad Avebury, kierując się na wschód, do rzeki Kennet. Mężczyzna uśmiechnął się. Pióra pięknych ptaków złociście błyszczały w porannym słońcu.

***
Penelopa Clearwater spała przytulona do Percy'ego. Śnił się jej olbrzymi, biały łabędź, płynący ku niej po idealnie gładkiej tafli jeziora. Właśnie wschodziło słońce. Dziewczyna wyciągnęła rękę chcąc pogłaskać ptaka. Łabędź był już blisko, gdy nagle zniknął, zamieniając się w Percy'ego. Otworzyła oczy. Figlarny błysk błękitnych tęczówek chłopaka upewnił ją, że już nie śni.
– Chcesz? – mruknął cicho, przetaczając się na nią i przyciskając ją swoim ciałem do materaca.
– Chcę! – chwyciła go za głowę i przyciągnęła do siebie. Ich wargi się zetknęły.
Gdy po dłuższej chwili przerwali pocałunek, Percy westchnął.
– Przypominam ci, że w mojej rodzinie antykoncepcja jest pojęciem czysto teoretycznym – oświadczył przesadnie oficjalnym tonem.
– Och, nie gadaj tyle, tylko bierz się do roboty – ponagliła go z rozbawieniem, nieco zniecierpliwiona. Spełnił jej życzenie. Bardzo gorliwie.
Zdecydowała, że nie powie mu, o czym pomyślała, gdy wspomniał o antykoncepcji.
Ostatnio bardzo rzadko mogli sobie pozwolić na taką chwilę beztroskiej zabawy. Tak bardzo go kochała. Tak cudownie się teraz czuła.
Nie powie mu. Jeszcze nie... Może nigdy.

...Jeśli oboje zginiemy, może chociaż nasze dziecko przeżyje...

***
Dean Thomas sennie przekręcił się na drugi bok. Światło słoneczne załaskotało go w nos. Tak to jest, jak się ma sypialnię od wschodu, a wieczorem niedokładnie zaciąga firanki. Dean ziewnął, przeciągnął się i wstał z łóżka. Podszedł do okna. Słońce dopiero co wzeszło, więc domy, drzewa i krzewy po przeciwnej stronie ulicy rzucały długie, poranne cienie. Chłopak z radością pomyślał, że już za dwa dni pojedzie do Nory, na zaproszenie Ginny. Może wybiorą się do Londynu? Chciałby z nią pospacerować po Ogrodach Kensingtońskich, karmić łabędzie i kaczki, a potem pójść na Trafalgar Square i dla żartu wrzucić pensa do fontanny. Zdecydowanym ruchem odsunął zasłony, wpuszczając do pokoju promienie słońca. Poranek był zbyt piękny, żeby spać dalej. Nie mógł się już doczekać spotkania ze swoją dziewczyną.

***
10 lipca 1996 roku, środa, kilkanaście minut przed wschodem słońca, Francja – Bretania, wioska Le Ménec opodal Carnac.

Wysoki, jasnowłosy mężczyzna chwiejnym krokiem wyszedł z domu, stojącego na początku megalitycznej alei. Potężne menhiry spowijała mgła. Szarość przedświtu zaczęła się już rozjaśniać, a mgła opadała i wsiąkała w ziemię, co oznaczało, że dzień będzie pogodny. Blondyn podszedł do najbliższego głazu i opadł na kolana. Przytulił policzek do szorstkiego kamienia. Próbował już któryś kolejny dzień (stracił rachubę), i wciąż mu się nie udawało... Na szczęście musiał przejść od drzwi domu tylko kilka kroków, ale i tak z trudem dobrnął do tego megalitu. Siły go opuściły.
Przeklęci gówniarze! Dlaczego nie zdołał nad nimi zapanować?! I przeklęty niech będzie ten durny angielski gad! I tłustowłosy warzyciel! I stary mag!
Postanowił ich zniszczyć. Wszystkich! Dopadnie ich i unicestwi. Spełni swoje zamierzenia, pomimo przeszkód! Ale żeby mógł zrealizować te dalekosiężne plany, musi odzyskać siły. Po to tu przyjechał.
Mężczyzna objął ramionami głaz i przycisnął czoło do zimnej powierzchni. Słońce powoli unosiło się nad horyzontem. Mgły zniknęły. Skoncentrował się. Czuł, jak wątłe nitki energii łączą się ze sobą, splatając w delikatną pajęczynę. Wstrzymał oddech, bojąc się zerwać tworzącą się energetyczną strukturę. Nie bez powodu przybył właśnie tu, do Le Ménec. W tej wiosce zaczynała się megalityczna aleja. Jedenaście szeregów ogromnych kamieni ciągnęło się niemal po sam horyzont. Dalej były aleje w Kermario, potem Kerlescan i wreszcie Petit Ménec. Poza tą aleją przetrwały jedynie pozostałości kilku kamiennych kręgów. To tu było największe w Europie centrum przetwarzania energii magicznej, wzniesione w zamierzchłych czasach. I najstarsze – powstało prawie siedem tysięcy lat temu. To tu przylatywały kiedyś Smoki. Choć wiele głazów zniknęło, pozostało ich jeszcze wystarczająco dużo, by cały gigantyczny generator mana działał. Problemem było jedynie włączenie się w niego, jako jedna z części składowych i wchłonięcie dostatecznej ilości mocy, by odzyskać siły i móc znów działać! Jeśli chciał naprawdę spełnić swoje marzenia, musiał to zrobić. Ale nitki energii rwały się, gdy próbował je uchwycić i spleść w mocniejszą linę. Pasma mana omijały go i odsuwały się od niego. Poczuł, że głaz go odepchnął. Padł na wznak. Nad Le Ménec krążyły trzy smoki. Spróbował je przywołać, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu, więc odleciały.
„...Idiota..." – usłyszał tuż przy uchu drwiący, kobiecy głos. Jak bardzo go nienawidził! Usiadł z trudem i rozejrzał się. Wokół rozbrzmiewał wciąż ironiczny śmiech.
„Nigdy ci się nie uda..." – złośliwy chichot zabrzmiał znów w jego głowie.
– Zobaczymy... – wysyczał z wściekłością. Nie podda się. Jest tak blisko! Wygra! Zgniecie swoich przeciwników i nie da im żadnej szansy. Już przecież zaczął. I trójka zarozumiałych smarkaczy mu w tym nie przeszkodzi!

************************************************************************************************************

Informacje o megalitycznych budowlach czerpałam z dwóch źródeł: z internetu i z książki „Tajemnice miejsc niezwykłych" Jennifer Westwood.