Oto początek trzeciego rozdziału.

ROZDZIAŁ TRZECI: SNAPE MANOR

***
10 lipca 1996 roku, środa, Prowansja, mały kamienny domek w niewielkiej wiosce, bardzo wczesny poranek

Głośny trzask aportacji przyciągnął uwagę brunetki klęczącej przy chlebowym piecu. Zerwała się na równe nogi i podbiegła do skrzydlatego, jasnowłosego mężczyzny, który zmaterializował się na środku kuchni. Zarzuciła mu ramiona na szyję i gorąco go ucałowała.
– Dobrze, że już jesteś! – zawołała. – Strasznie się o ciebie martwiliśmy!
– Wiem – odpowiedział, przyciskając ją do siebie. – Witaj siostrzyczko!
– Twoja żona poszła do swojego dębu tuż przed wschodem słońca – powiedziała cicho dziewczyna. – Idź po nią... Potem nam wszystko opowiesz. My też mamy ci sporo do powiedzenia.
Rozmowę przerwało im radosne szczekanie. Drzwi między kuchnią i pokojem otworzyły się z trzaskiem i kłąb czarno – białego futra, jak pocisk uderzył skrzydlatego w pierś. Mężczyzna chwycił swojego psa i przytulił go do siebie. Zwierzak lizał go z rozmachem po twarzy, skomląc przy tym głośno. Mężczyzna puścił wreszcie psa, który wylądował na podłodze i natychmiast zaczął wykonywać swój taniec szczęścia – kręcił się w kółko za własnym ogonem, podskakiwał, tarzał się i całym sobą dawał wyraz temu, jak bardzo się cieszy. Wreszcie usiadł z wywieszonym językiem, dysząc głośno. Mężczyzna przykucnął naprzeciwko niego i drapał go za uszami.
– Teraz mi opowiedz, jak za mną tęskniłeś, Karelku – mamrotał prosto w pysk zwierzaka.
Do kuchni wsunął się ziewając, jasnowłosy nastolatek.
– No, tak, Karel narobił rabanu, informując wszystkich w okolicy, że jego pan raczył wreszcie wrócić do domu po nocnej absencji – skomentował.
– Przyprowadź Laeticię – zażądała brunetka patrząc na skrzydlatego. – Tylko zmień najpierw postać! Zapomniałeś, jak wyglądasz?
– Nie, nie zapomniałem. Po prostu chcę jeszcze trochę polatać w słońcu, a nie mam zamiaru marnować eliksirów na takie fanaberie – mruknął mężczyzna prostując się. – Użyję iluzji. No i mam do was obojga prośbę...
– Wiemy, oczywiście, ja chętnie z tobą polecę. Będę cię asekurować i przy okazji sama rozprostuję trochę swoje skrzydła – uśmiechnęła się brunetka.
– Ja też – zadeklarował jasnowłosy. – Dawno nie latałem. Ale będziesz musiał nałożyć na mnie zaklęcie niewidzialności, bo ja, niestety, ciągle nie mogę tego opanować!
– Nie martw się. Ukryję cię, a jak będziesz pilnie trenować, to przecież w końcu się tego nauczysz – pocieszył go mężczyzna. – Karel! – zawołał psa. – Idziemy na spacer!
Wyciągnął z rękawa różdżkę i szybko wymamrotał zaklęcie. Jasnowłosy skrzydlaty osobnik zniknął, a na jego miejscu pojawił się brązowooki szatyn. Otworzył drzwi i wyszedł z domu. Poszedł zakurzoną drogą, prowadzącą na szczyt sztucznego wzgórza, usypanego tysiące lat temu. Na płaskim wierzchołku starożytnego kopca rosło wielkie drzewo – czarny dąb.
Kobieta klęczała pod dębem, obejmując ramionami potężny pień tak daleko, jak tylko mogła sięgnąć. Czuła falę ciepła ogarniającego łagodnie jej ciało. Od bardzo dawna nie modliła się tak żarliwie, jak dziś. Święte Drzewo samym swym istnieniem dawało jej ukojenie. Słońce podnosiło się coraz wyżej i światło coraz mocniej przenikało przez liście.
– Laeticio... Otwórz oczy. Wróciłem – usłyszała prawie tuż przy uchu ukochany głos. Omal nie zemdlała z ulgi.
– Jesteś... Jesteś! – krzyknęła i poderwała się z kolan. Jej mężczyzna stał trzy kroki od niej ze stopami zanurzonymi w bujnej trawie.
– Chodź na śniadanie – powiedział uśmiechając się łagodnie. Podał jej rękę. – Świetlik zastawiła cały stół smakołykami.
– To na twoją cześć – westchnęła Laeticia.
Skłoniła się przed Dębem i z czułością pogładziła korę Świętego Drzewa.
Mężczyzna i kobieta zeszli ze wzgórza trzymając się za ręce. Przed nimi biegł wielki czarno – biały pies, radośnie machając ogonem.

***
– Jak się wam latało? – spytała Laeticia, nalewając mężowi kawy. Mężczyzna szybko odsunął na bok gazety leżące obok nakrycia i z wdzięcznością przyjął filiżankę.
– Latało nam się wspaniale. Trochę odpoczęliśmy, po nieprzespanej nocy... – odpowiedział drwiąco jasnowłosy chłopak. – Ale może ty byś łaskawie nam wyjaśniła, po co przez całą noc oglądałaś przez lupę zdjęcia Hogwartu? Skanowałaś, powiększałaś, rysowałaś jakieś wykresy i przewracałaś księgi w te i wewte, tłukąc się po domu, jak Marek po piekle! Nic nie chciałaś wytłumaczyć, a spać nam nie dałaś! Jak na coś wpadłaś, to powiedz! – dodał gniewnie.
– Właśnie! – poparła go energicznie Świetlik.
– Znalazłaś coś ważnego? – zaciekawił się mężczyzna.
– Może tak, a może nie... Tylko się nie śmiejcie... – powiedziała kobieta, patrząc na nich niepewnie. Wstała od stołu i szybko wyszła z pokoju. Wróciła po chwili z laptopem i plikiem zdjęć.
– Spójrzcie – na ekranie komputera pojawił się fragment murowanej ściany, z bardzo wyraźnie zaznaczonym rysunkiem cegieł. – Hogwart ma tysiąc lat, ale bardzo jestem ciekawa, ile lat ma ta konkretna ściana – powiedziała Laeticia.
– Nic nie rozumiem... – wymamrotał chłopak. – Co jest takiego niezwykłego w tej ścianie?
– Dużo – odpowiedziała żywo Laeticia. – Ale żebyście wy też to zobaczyli muszę wam udzielić kilku informacji na temat murowania ścian – dodała z powagą, ale kącik ust podejrzanie jej zadrgał.
– Łojezusmaryjomatkoboska! – jęknęła brunetka.
– I to mówi zdeklarowana ateistka, nienawidząca kościołów i religii! – zaśmiał się chłopak – Tym niemniej zgadzam się z tobą, Świetliku, wykłady z budownictwa to nie jest to, o czym marzymy. Dobrze, Laeticio, chcę zrozumieć, czemu mi nie dałaś spać dziś w nocy, tylko nie przynudzaj, błagaaam! – zakończył swoją tyradę potężnym ziewnięciem.
Laeticia puściła oko do swego męża, który z najwyższym wysiłkiem powstrzymywał wybuch śmiechu.
– Nie będzie żadnego wykładu – powiedziała uspokajająco do nastolatków. – Tylko parę zdań. Przy murowaniu ścian z cegły trzeba przestrzegać kilku zasad: po pierwsze – każda warstwa cegieł powinna być układana jak najdokładniej poziomo. Poziom sprawdzamy oczywiście poziomicą, wiecie jak takie coś wygląda, bo mam ich kilka. Wystarczy zresztą wziąć szklaną rurkę wygiętą w kształcie litery „U" i nalać do niej wody. Z fizyki oboje zawsze byliście dobrzy, więc chyba nie muszę wam tłumaczyć, o co chodzi?
– Nie, nie musisz – wbrew poprzednim swoim słowom, Świetlik wydawała się bardzo zainteresowana słowami Laeticii. – Mów dalej!
– Po drugie: trzeba pilnować nie tylko poziomu kolejnych warstw cegieł, ale oczywiście także pionu ściany – dzisiaj mamy do dyspozycji takie wyrafinowane przyrządy jak niwelator i teodolit, ale do sprawdzenia pionu wystarczy zawiesić gwóźdź na sznurku. Po trzecie: zaprawa musi być odpowiednio dobrana do cegły – czyli wytrzymałość zaprawy i jej skład chemiczny oraz konsystencja powinna być odpowiednia – taka, by jedno się drugiego trzymało. I po czwarte: kolejne warstwy cegieł układamy z przesunięciem – czyli szczeliny pionowe w dwóch sąsiednich równoległych warstwach nie mogą się pokrywać. Czy wszystko jasne?
– Oczywiście – odpowiedział niecierpliwie blondyn. – No i co?
– To popatrzcie teraz uważnie na tę ścianę – Laeticia pokazała palcem jedno miejsce na zdjęciu.
– W tym miejscu mamy szczelinę pionową przechodzącą przez trzy warstwy cegły... A trochę dalej ściana jest zniekształcona... Jakby wybrzuszona! – zawołała odkrywczo brunetka.
– Właśnie – powiedziała Laeticia. – To oczywiście może być przypadek, ale jak się przyjrzałam dokładnie, to wyłowiłam tu kilka zaburzeń w rysunku wiązania tej ściany, które przypominają runy. Poza tym, te wybrzuszenia oświetlone promieniami słońca o określonej porze – co sprawdziłam symulacją komputerową – dają dziwne cienie, które też mogą coś oznaczać – dodała w zamyśleniu.
– A nie może być tak, że tę ścianę po prostu stawiali partacze? I pion oraz poziomica nie były ulubionymi narzędziami murarzy, którzy tu chałturzyli? – sprzeciwił się chłopak.
– Oczywiście, mogło być też tak, jak mówisz – przyświadczyła spokojnie kobieta. – Ale wydaje mi się, że jednak warto się zastanowić nad tym, co zauważyłam. Szkoda, że nie mogę po prostu pojechać do Hogwartu i sprawdzić osobiście, co się za tym kryje i czy w ogóle jest tu coś niezwykłego – westchnęła.
– Przypominam wam, że Hogwart wzniesiono przy pomocy magii – powiedział sucho mężczyzna. – Mugolscy murarze raczej nie mieli wstępu na plac budowy.
– A właśnie, że bardzo się mylisz! – zaśmiała się jego żona.
– Co? – spojrzał na nią ze zdumieniem.
– Mugolscy murarze i rzemieślnicy mieli ogromny udział w budowaniu zamku. Oczywiście, że magią posługiwano się również, ale fundamenty i najważniejsze elementy konstrukcyjne, czyli ściany i stropy wznosili mugole. Magia weszła później, jako element uzupełniający. Zaklęciami wzmacniano konstrukcję budowli, no i czarodzieje nadzorowali cały proces budowy.
– Raaany... Jak ty się po inżyniersku wyrażasz! – westchnął blondyn.
– Jestem inżynierem, chłopcze – odpowiedziała łagodnie Laeticia.
– Skąd to wszystko wiesz? W „Historii Hogwartu" nie ma na ten temat najmniejszej wzmianki! – zaprotestował szatyn.
– „Historia Hogwartu" nie jest specjalnie pomocna w moich poszukiwaniach, to fakt – przyznała kobieta. – Jednak i stąd mogę wyciągnąć sporo pożytecznych informacji. Na przykład o pożarach...
– Co takiego? Hogwart miał takie epizody w swojej historii?! – zdumiała się Świetlik.
– Owszem. Parę razy różni wcześniejsi, voldemortopodobni szaleńcy próbowali zająć zamek. Toczyły się tam walki i oczywiście podpalano go wielokrotnie. Potem odbudowywano jego zniszczone fragmenty, więc jakaś część murów pochodzi z późniejszych czasów. Późniejszych oczywiście od epoki, kiedy żyli założyciele szkoły.
– Nie gadaj! W „Historii Hogwartu" nic o tym nie ma! – zniecierpliwił się chłopak.
– Jest, tylko trzeba czytać uważnie. Oczywiście autorzy wspominają o tym niechętnie i kręcą jak mogą, więc są to jedynie niewielkie wzmianki. Można jednak wyłowić daty, kiedy takie dramatyczne historie miały miejsce. Dla mnie jest oczywiste, że również w czasach pokoju nieraz przebudowywano i rozbudowywano zamek, dostosowując go do nowych wymagań użytkowników. I na bieżąco jest też konserwowany, bo bez tego dawno by się rozsypał – nawet pomimo magii! A informacje o tym można znaleźć w księgach i w rachunkach gospodarskich, oraz w dokumentacji inwentaryzacyjnej. Można tam się dowiedzieć kto, ile, za co i komu płacił. Na przykład coś takiego: „Majster murarski Jonathan Smith wystawił rachunek na galeonów dwanaście sykli pięć i knutów dwa za przemurowanie ściany w kuchni, na co zużył cegieł sztuk osiemdziesiąt jeden, wyprodukowanych w cegielni Hoffmanów i wapna dwa funty oraz piasku tyleż samo, a robota trwała godzin dwie. Zapłacono z funduszy na remonty." No i data. Po przewertowaniu rachunków można dowiedzieć się o remontach więcej, niż z kronik, gdzie takich zdarzeń się raczej nie rejestruje...
Dalsze wywody przerwał jej wybuch szczerego śmiechu wszystkich trojga słuchaczy.
– Fakt, masz rację. Ale weź pod uwagę, że w czasie tysiąca lat i paru wojen i wojenek po drodze, to nawet najbardziej pedantyczni administratorzy zamku Hogwart mogli coś zagubić i w księgach gospodarskich muszą być spore braki – zauważyła trzeźwo brunetka.
– No, pewnie, że tak! Poza tym, po każdej większej bitwie, a i mniejszej zapewne też; wzmacniano magiczną ochronę zamku, wymyślano nowe zaklęcia i tak dalej... No i magia ochronna działa, chociaż moim zdaniem jest w tej ochronie mnóstwo luk! – stwierdziła krytycznie Laeticia.
– Nie tylko ty tak uważasz... – mruknął mężczyzna, patrząc z podziwem na swoją żonę. – Jak ci się wydaje, kim był ten ktoś, co coś w tej ścianie zakodował? Jeśli rzeczywiście zakodował...
– Myślę, że mogła to być Rowena Ravenclaw – odpowiedziała żywo kobieta.
– Dlaczego właśnie ona? – zdziwiła się Świetlik.
– Slytherin zostawił Tajemniczą Komnatę z Bazyliszkiem. Gryffindor swoje laboratoria i kuźnię, a Helga Huplepuff dzieła prawnicze i filozoficzne, które zresztą zostały uznane przez następców Założycieli za tak obrazoburcze i zawierające niebezpieczne idee, że schowano je w Tajnym Magazynie w bibliotece i nałożono na nie zaklęcia niewidzialności. Dopiero dyrektor Derwent je znalazła i to tylko przez czysty przypadek! A co zostało po Rowenie Ravenclaw? Może właśnie to? A jeżeli się nie mylę i w tej ścianie zakodowane są runy, to tym bardziej mi na nią wskazuje. Ravenclaw była niesamowicie biegła w numerologii i znajomości run. Przypominam wam, że była Irlandką, a jej totemem był kruk. Pochodziła z rodu druidów, którzy wróżyli posługując się celtycką odmianą pisma runicznego. Napisała wiele dzieł, poświęconych tajemnicom starożytnych run i hieroglifów! – tym okrzykiem Laeticia zakończyła swój wywód.
– Hmm... Bardzo bym chciał, żeby to, co zauważyłaś, okazało się rzeczywiście czymś więcej, niż tylko grą cieni – westchnął jej mąż. – Ale nie dziw się, że jestem trochę sceptycznie nastawiony. Zresztą i tak teraz tego nie rozwiążemy, a mamy mnóstwo innych spraw do załatwienia przed powrotem do Anglii.
– To prawda – kobieta smętnie przyznała mu rację. – Pogadałam trochę z ludźmi w sieci, sporo osób się zainteresowało. Obiecali mi poszukać materiałów. No, wiecie, zdjęcia, wzmianki w kronikach...
– Dobry pomysł! – pochwalił szatyn. – Może coś z tego będzie, zobaczymy. Wróćmy jednak do naszych problemów na dziś. Czekam na kolejne raporty, jak tylko je dostanę – natychmiast wracamy do Anglii. A teraz proponuję, żebyście się wzięli za pakowanie – zarządził energicznie.
– Wracamy do domu?! – z nadzieją w głosie wykrzyknął blondyn.
– Gdzie „do domu", jakie „do domu"! Czyś ty zwariował? Padlinojady pilnują naszej chałupy, jak wściekłe psy! – zdenerwowała się brunetka.
– Nie, nie do domu, Świetlik ma, niestety, rację – odpowiedział zmęczonym głosem mężczyzna. – Na razie nic o nas nie wiedzą, ale dlatego właśnie tym bardziej nie możemy się tam pokazać.
– Nie zapomnij zabrać zmieniaczy czasu – przypomniała Laeticia. – Ile tego jeszcze tu masz?
– Dwa. Percy rąbnął Knotowi sześć sztuk. Jeden wziął dla siebie, drugi dał Penelopie, ja mam na szyi trzeci, te dwa wziąłem na wszelki wypadek, a jeden mamy dla naszych ludzi. Korzystają w razie potrzeby – wyjaśnił szatyn.
– Czekaj... Razem z tymi od babci, to będzie osiem... – zastanowiła się brunetka.
– Jest jeszcze jeden, zapomniałaś? – zwrócił jej uwagę blondyn.
– A, rzeczywiście! Nawiasem mówiąc, to ten twój Percy jest niesamowity. Gwizdnął tyle zmieniaczy i Knot się nie zorientował? – zaśmiała się dziewczyna.
– Podobno niczego nie zauważył – mruknął mężczyzna.
– To poszedł chłopak na całość – westchnął z uznaniem jasnowłosy. – Chciałbym go poznać! Czuję, że byśmy się zaprzyjaźnili!
– Myślę, że tak. Powiem wam szczerze, że naprawdę podziwiałem go tam, nad tym cholernym łabędzim jeziorem. Percy ma niesamowicie zimną krew i stalowe nerwy. Ktoś inny by pewnie próbował uciekać, albo zemdlałby ze strachu... A on nic, tylko pstrykał te zdjęcia! I jak mu zaproponowałem współpracę, to od razu się zgodził – powiedział szatyn.
Rozmowę przerwał melodyjny dźwięk, wydobywający się z kieszeni mężczyzny. Szatyn chwycił telefon i niecierpliwie przycisnął go do ucha.
– Tak, doskonale! – wykrzyknął.
Obie dziewczyny i chłopak wpatrywali się w niego z napięciem.
– Dawajcie laptopa, mamy już raporty – powiedział szybko. – I pakujcie się!
Niecałe pół godziny później w kuchni panowało istne pandemonium. Cztery osoby miotały się po pomieszczeniu, zaglądając do szafek i lodówki, przeglądając papiery leżące na stole, ustawiając na blacie słoiki i jakieś pudełka. Co chwila wykrzykiwali do siebie nerwowo, że o czymś jeszcze należy pamiętać... Pod stołem leżał, cichutko jak trusia, wielki pies i udawał, że go nie ma. Białozłoty kruk siedział na szczycie kredensu i spokojnie czyścił swoje pióra, a rudy kot z czarnymi pręgami na grzbiecie spał spokojnie na krześle, nakrywszy nos ogonem i ignorując cały rozgardiasz.
Wreszcie sytuacja została opanowana. Laeticia podjechała pod same drzwi samochodem, ustawiając go możliwie najbliżej wejścia. Terenowy Citroen pomieścił wszystkie bagaże, psa, kota, kruka i czworo zdenerwowanych ludzi.
Samochód ruszył. Za kierownicą siedziała Laeticia.
– Co powiedziała madame Fronsac jak jej oddawałaś klucze? – spytał szatyn, zwracając się do brunetki.
– Obiecała jak zwykle mieć oko na wszystko. Podałam jej numer tego naszego nowego telefonu komórkowego, jak kazałeś – odpowiedziała żywo dziewczyna.
– Ona jest znakomita jeśli trzeba znaleźć temat do plotek – zadrwił blondyn. – Zawsze wszystko zauważy, najdrobniejszy szczegół!
– I właśnie dlatego trzeba żyć z nią w zgodzie! – zaśmiał się szatyn. – Niczego nie przeoczy i jak się cokolwiek będzie działo, to nas na pewno zawiadomi.
– Świetnie, co teraz? – spytała Laeticia.
– Jedziemy na punkt teleportacyjny. Najpierw przeskoczymy do Paryża. Musimy iść do banku. Wolodia już zablokował draniowi konta, więc przysporzyliśmy mu trochę kłopotów – zachichotał mężczyzna.
– Będzie wiedział, że to my – mruknęła ponuro Laeticia.
– Nie, bo Wolodia to tak załatwił, jakby hacker działał z Japonii. Poza tym zablokował też sporo kont w kilku innych bankach – wyjaśnił jej mąż.
– Jasne... A'propos Japonii, to kiedy się tam wybierzesz? – zainteresowała się brunetka.
– Najchętniej dzisiaj, ale niestety, za względu na to, że Dumbledore zwołał nadzwyczajne zebranie Wizengamotu, to niemożliwe. Muszę się zobaczyć z Percym wcześniej, chyba to rozumiecie? – odparł niecierpliwie szatyn.
– Rozumiemy, oczywiście – westchnęła dziewczyna.
– A wy obie musicie pójść do kosmetyczki. I ufarbować włosy. Nie możecie pokazać się w Anglii w takim stanie – powiedział mężczyzna, patrząc krytycznie na obie dziewczyny.
– Dobra, dobra, nie martw się o naszą urodę – zdenerwowała się jego żona. – Damy sobie radę. Ile czasu spędzimy w Paryżu?
– Nie więcej niż dwie godziny – odparł.
– To nam zupełnie wystarczy – uspokoiła go brunetka. – A gdzie się schowamy w Anglii?
– W Edynburgu. Tam się nas nikt nie spodziewa. I będziemy mieli blisko do Hogwartu...