***

10 lipca 1996 rok, środa, godzina dwunasta w południe, Biblioteka Wydziału Prawa w Oxfordzie.

Penelopa Clearwater pochyliła się nad dokumentacją sprawy „Serena Blake vs. Georgiana Lamkenoir" – stanowiącej wzorcowy precedens przy rozstrzyganiu kwestii: kto komu powinien zapłacić odszkodowanie, gdy w wypadku samochodowym nie było ofiar śmiertelnych, oba auta uległy uszkodzeniu, a obaj kierowcy złamali przepisy i naruszyli zasady bezpieczeństwa. Dziewczyna ziewnęła rozpaczliwie. To, co czytała było potwornie nudne, a sprawa ciągnęła się straszliwie długo, zanim wreszcie została ostatecznie rozstrzygnięta.

„Że też ludziom nie szkoda czasu na takie handryczenie się o błahostki." – pomyślała Penelopa z rozgoryczeniem. Arogancja i upór w kwestii „kto kogo i czyje będzie na wierzchu" – klasyczne pieniactwo!

Poczuła powiew chłodu. Na zewnątrz panował upał, ale w czytelni Wydziału Prawa Uniwersytetu Oxfordzkiego zawsze było zimno. Odwróciła się i sięgnęła po szal, który odwiesiła na oparcie krzesła. Uśmiechnęła się przelotnie do swoich myśli. Cienka, bawełniana tkanina powinna trochę ją ogrzać, choć delikatny indyjski batik nie był z natury rzeczy zbyt ciepły. Ale lubiła tę swoją modną w tym sezonie szmatę, bo była prezentem od Percy'ego. Zamarła ze zdumienia. Zobaczyła ducha. Rezydująca w Ravenclawie Lady Mariamne Aurelia de Blois–Warren, zwana Szarą Damą – unosiła się tuż obok jej stolika! Na szczęście w tej części czytelni nikogo poza nimi dwiema nie było.

– Dzień dobry, lady Mariamne – Penelopa przywitała uprzejmie niezwykłego gościa, ale nie mogła zapanować nad sobą i nie udało jej się ukryć niepokoju. Coś musiało się stać, Szara Dama nie bez powodu pofatygowała się tu z Hogwartu!

– Witaj, Penelopo – odpowiedziała spokojnie lady de Blois–Warren. – Miło cię widzieć. Jestem tu na prośbę profesora Dumbledore'a. Bardzo chciałby z tobą porozmawiać, i to jak najszybciej.

– Jak i gdzie? – spytała rzeczowo dziewczyna. No, cóż. Przewidywali przecież, że dyrektor po wczorajszych wydarzeniach zwróci się właśnie do niej. Odmowa spotkania nie wchodziła w grę, co do tego nie miała wątpliwości. Gorączkowo zastanawiała się, co może mu zdradzić, a czego absolutnie nie powinna. Usiłowała sobie przypomnieć, co w tej kwestii zdecydowali... Czuła niestety pustkę w głowie. Wiedziała jednak, że musi nad sobą zapanować, ta rozmowa była zbyt ważna. Nie może tego zepsuć! Szara Dama przyglądała jej się z uwagą.

– Hermiona Granger wysłała ci sowę ze świstoklikiem przygotowanym przez profesora Dumbledore'a. To jest puderniczka. Przeniesie cię bezpośrednio do gabinetu dyrektora w Hogwarcie, a po rozmowie profesor da ci drugi, którym dostaniesz się, gdzie będziesz chciała. Tylko oczywiście musisz wybrać takie miejsca, gdzie nikogo nie ma i twoje nagłe zniknięcie i pojawienie się nie wywoła szoku – wyjaśniła obszernie lady Mariamne.

– Oczywiście! – Penelopa poczuła się lekko urażona tą zbyt szczegółową instrukcją. – Gdzie ta sowa?

– Czeka – Szara Dama wskazała ręką w stronę okna. Duża szara szkolna sowa z Hogwartu siedziała na zewnętrznym parapecie.

***

10 lipca 1996 rok, środa, godzina dwunasta w południe, Londyn, restauracja McDonald's niedaleko Ministerstwa Magii.

Rozchichotane nastolatki okupujące dwa stoły wcinały lody i kanapki w wersji „big". Niedaleko nich, pod ścianą siedziało dwóch młodych mężczyzn: rudy w okularach i szatyn. Cicho o czymś rozmawiali. Dwie męskie głowy nachylały się do siebie nad stolikiem. Panowie sprawiali wrażenie nieco znużonych. Nadgryzione kawałki kurczaka i frytki na tackach smętnie czekały na ich zainteresowanie, najwyraźniej bez skutku. Od czasu do czasu dziewczyny zerkały w ich stronę, ale szybko odwracały wzrok. Ci młodzi mężczyźni nie wyglądali atrakcyjnie dla czternasto– i piętnastolatek. Obaj mieli na sobie lekko powycierane, sprane dżinsy i bawełniane t–shirty, bez żadnych napisów, a szatyn odwiesił na poręcz krzesełka przybrudzoną lnianą torbę z Harrodsa. Wyciągnął teraz z tejże torby małe pudełko i podał je rudemu, który mruknął coś pod nosem i odłożył je na wolne krzesło, na oparciu którego wisiała dżinsowa kurtka. Siedząca przy stoliku obok elegancka młoda blondynka błądziła wzrokiem po sali ze znudzoną miną, sącząc coca–colę przez słomkę i co chwila spoglądając z lekkim obrzydzeniem na leżącą przed nią małą porcję frytek. Mężczyźni szybko skończyli jeść i podnieśli się od stolika. Rudy schował pudełeczko do kieszeni kurtki, i panowie wyszli z restauracji. Blondynka prawie jednocześnie zdecydowała się na to samo. Odstawiła na stolik niedopitą coca–colę i lekkim krokiem skierowała się do drzwi. Nastolatki chichotały dalej, opowiadając sobie wrażenia z ostatniej cool – imprezki. Żadna nawet nie spojrzała na młodą kobietę.

– No, mówię ci! Full wypas! – wykrzykiwała ciemnowłosa dziewczynka z mnóstwem warkoczyków do koleżanki, siedzącej naprzeciwko niej.

Reszta potakiwała z radosnymi minami.

***

10 lipca 1996 rok, środa, godzina pierwsza po południu, gabinet dyrektora Hogwartu.

– Dziękuję, że zgodziła się pani na rozmowę, panno Clearwater – profesor Dumbledore uprzejmie się skłonił, po czym wskazał młodej kobiecie wygodny fotel. Penelopa usiadła. Starała się wyglądać na swobodną i zrelaksowaną, ale tak naprawdę to bardzo bała się tej rozmowy i mocno biło jej serce. Nigdy wcześniej nie czuła się w obecności profesora Dumbledore'a tak niepewnie. Gdy była uczennicą rozmawiając z nim nieraz miała tremę – tylko, że wtedy nie wiedziała o wielu sprawach... Była naiwną nastolatką, wierzyła, że świat stoi przed nią otworem, skoro jest ładna i utalentowana. Szybko się dowiedziała, jak bardzo się myli. A teraz, dodatkowo, miała pełną świadomość, że ten człowiek, który siedzi w fotelu obok niej, nie jest bynajmniej łagodnym staruszkiem. To był groźny wojownik, o umyśle ostrym jak szczyty Alp, który skrywał swoją prawdziwą twarz za maską miłego, trochę zdziwaczałego starego człowieka, miłośnika dropsów cytrynowych i czekoladowych żab.

„Sojusznik, czy przeciwnik?" – zastanawiała się dziewczyna. W tej chwili niewątpliwie sojusznik, zdecydowała, ale mimo wszystko nie mogła mu w pełni zaufać. Chociaż chciałaby...

Dumbledore obserwował ją uważnie. Lekko zmrużył oczy.

– Czy możemy odłożyć na bok konwenanse, Penelopo, i przejść od razu do sedna? – spytał cicho.

– Niewątpliwie tak będzie najlepiej. Nie traćmy czasu, panie profesorze – odpowiedziała uprzejmie.

– Świetnie. Chcę cię zapytać o wiele rzeczy i poprosić o kontakt z ludźmi walczącymi z Tomem Riddle – oznajmił Dumbledore.

– Proszę więc o pierwsze pytanie! – zaproponowała, prostując się nieco. Rozgrywka się zaczynała...

– Jak wielu jest czarodziejów żyjących wśród mugoli i nieujętych w ewidencji Ministerstwa Magii? – to pytanie dyrektora nieco ją zaskoczyło, no, ale od czegoś przecież musiał zacząć. Roześmiała się sucho.

– Zdziwi się pan, ale bardzo wielu... – odpowiedziała z lekką satysfakcją.

– To znaczy? Rozumiem, że nie o wszystkich wiesz i na pewno nie wszystkich znasz, ale w przybliżeniu chyba możesz mi powiedzieć, ilu was jest? – Dumbledore pochylił się patrząc jej prosto w oczy.

– W przybliżeniu, pięć razy więcej osób magicznych żyje poza zorganizowaną społecznością czarodziei, niż liczy ta społeczność! – wypaliła dziewczyna. – I to na całym świecie!

Dyrektor najwyraźniej osłupiał. Penelopa z przyjemnością przyglądała się jego zdumionej minie.

– Widzę, że mówisz poważnie – ochłonął błyskawicznie, to mu musiała przyznać. – Tego się nie spodziewałem! Przypuszczam, że jesteście dobrze zorganizowani. I oczywiście korzystacie z mugolskich wynalazków – dodał. Dziewczyna nagle poczuła, że gniew, który od dawna w sobie dusiła musi znaleźć ujście.

– O, tak! Żyjemy wśród mugoli i ukrywamy się przed społecznością magicznych! A wie pan dlaczego? Myśmy się z powietrza nie wzięli, panie profesorze! – wykrzyknęła. – Chce pan usłyszeć moją historię? Może coś to panu da do myślenia!

Dumbledore uniósł do góry prawą brew. Chciał coś powiedzieć, ale dziewczyna już się rozpędziła i nie dopuściła go do głosu.

– Po skończeniu Hogwartu zamierzałam pracować w Ministerstwie. Zawsze interesowało mnie prawo. Trudno zresztą, żeby było inaczej. W mojej rodzinie wszyscy od wielu pokoleń zajmują się prawem. Mój ojciec jest komisarzem policji, matka notariuszem, ojciec matki był sędzią i tak dalej. Moi bracia to policjanci, a siostra chce objąć po mamie kancelarię. Wśród moich przodków byli policjanci, żołnierze, adwokaci, sędziowie, prokuratorzy, posłowie do Izby Gmin, a nawet trafił się jeden mianowany lord, który oczywiście zasiadał w Izbie Lordów. To był mój praprapradziadek, bodajże. Tytuł dostał za jakieś zasługi, nie był to tytuł dziedziczny, ale to nic nie szkodzi, rodzina bardzo się nim chlubi. Moi przodkowie albo tworzyli prawo, albo egzekwowali jego przestrzeganie. I tak jest do dzisiaj. Gdy dostałam list z Hogwartu, to moi rodzice i rodzeństwo strasznie się ucieszyli. Nikt z nich nie miał pojęcia o magii, ale stwierdzili krótko – „Będziesz świetną policjantką, albo adwokatem! Magia z pewnością ci pomoże w uprawianiu zawodu!" Ja też tak myślałam. To moi bliscy, gdy się ich radziłam, co powinnam robić po zakończeniu szkoły, podsunęli mi pomysł, żebym spróbowała dostać pracę w naszym „magicznym ministerstwie" – najlepiej w wydziale kontaktów z mugolami. Uważali, że to będzie znakomicie. Mnie się marzyło, że zostanę członkiem Wizengamotu. Bardzo szybko sprowadzono moje marzenia na ziemię. Pracy w Ministerstwie nie dostałam, chociaż Percy nie miał z tym problemów. Czułam przez skórę, dlaczego, chociaż nie chciałam przyjąć tego do świadomości!

– Czego, Penelopo? – Dumbledore zdołał wtrącić to pytanie w monolog dziewczyny, bo zabrakło jej tchu i na chwilę zamilkła. Domyślał się już, co usłyszy i czuł bezbrzeżny smutek.

– Tego, że jestem szlamą! – wybuchnęła dziewczyna. – Przezywano mnie tak jeszcze w szkole, ale się tym nie przejmowałam. Uważałam, że to wybryki garstki idiotów. Miałam przyjaciół, chłopaka z rodziny czarodziejów czystej krwi, którego rodzice traktowali mnie bardziej niż życzliwie... Percy podzielał moje zainteresowania, często rozmawialiśmy o niedostatkach prawa i o tym, jak je można udoskonalić. Przyszłość widziałam w różowych barwach. Kiedy nie dostałam pracy w Ministerstwie, pomyślałam o prywatnych kancelariach prawnych. To też mogło być niezłe rozpoczęcie kariery zawodowej. Prosiłam o pracę chyba wszystkich praktykujących w tym zawodzie czarodziejów. Wszędzie słyszałam dyplomatyczne odpowiedzi, że niestety, teraz nie mają żadnego wolnego miejsca, może za kilka miesięcy... Do niektórych zgłaszałam się kilkakrotnie. W końcu od jednego z młodych praktykantów usłyszałam prawdę. Powiedział mi wprost: „Dziewczyno, nie bądź naiwna! Nikt cię nie przyjmie do pracy, bo jesteś szlamą! A mój szef straciłby najlepszych klientów, gdyby cię zatrudnił, bo wszyscy czarodzieje czystej krwi zmieniliby natychmiast prawnika, gdyby się o tym dowiedzieli." To było jasne. Tak wygląda prawda. Szlamy, albo wyrażając się bardziej elegancko „mugolaki" – mogą egzystować jedynie na marginesie społeczności czarodziejów, bo czystokrwiści tu rządzą. Nawet, jak ktoś ma inne poglądy, to bardzo rzadko ma odwagę je wypowiadać. Tak jak Weasleyowie. Nie liczy się to, że miałam w szkole świetne wyniki, nieważne są moje ambicje. Nie zrobię kariery, bo czystokrwiści mi na to nie pozwolą. W „porządnej" kancelarii prawniczej nie dostałabym nawet pracy sprzątaczki! – Penelopa podsumowała drwiąco swoje wywody.

– Rozumiem – westchnął Dumbledore. – Od wielu lat z tym walczę. Przyjmuję do Hogwartu dzieci władające magią, urodzone w rodzinach mugoli. Niestety, bardzo trudno jest zmienić społeczną świadomość.

– Mnie to już nie obchodzi – warknęła Penelopa. – Nie mogę zrobić kariery w świecie czarodziei, to postaram się wybić w świecie mugoli. Bo ja, na szczęście mam wybór. Studiuję prawo w Oxfordzie, będę adwokatem, a może zostanę sędzią – uśmiechnęła się ponuro. – Takich jak ja, jest na całym świecie bardzo wielu. Więcej, niż tych „czystej krwi". O wiele więcej. Czy pan interesuje się losami absolwentów Hogwartu? Szlam czyli „mugolaków"?

– Staram się śledzić, co się dzieje z moimi uczniami, ale wielu znika mi z oczu – przyznał dyrektor.

– No, właśnie. Mogłabym opowiedzieć panu mnóstwo takich historii, o perypetiach podobnych do moich. Gorszych i łagodniejszych. Na przykład o kobiecie, która uwielbiała eliksiry. Chciała pracować w firmie produkującej eliksiry lecznicze, ale nie chcieli jej tam przyjąć. Udało jej się dostać zajęcie w małej prywatnej wytwórni kosmetyków, niestety, właścicielka wykorzystywała swoją pracownicę, kradła jej pomysły i płaciła o połowę mniej, niż powinna. Więc kobieta stamtąd odeszła. Założyła własną firmę, ale ją systematycznie niszczono, rozpuszczając oszczercze plotki, publikując w „Proroku" zniesławiające artykuły i tak dalej. Wreszcie kobieta się poddała. Odeszła do świata mugoli. Dzisiaj jest właścicielką potężnej, świetnie prosperującej mugolskiej firmy kosmetycznej. A dla nas warzy eliksiry. Nie tylko ona. Czarodzieje w świecie mugoli na ogół doskonale sobie dają radę – Penelopa skrzywiła się kpiąco.

– A... Percy? Przepraszam za tak poufałe pytanie o sprawy prywatne, ale chciałbym wiedzieć, co on na to? – Dumbledore uśmiechnął się przepraszająco.

– Kocham go – odpowiedziała dziewczyna po prostu. – On też mnie kocha. Obiecał mi, że jak się skończy wojna z Voldemortem, to zostanie ze mną. Już teraz... – Penelopa nagle urwała. Wyraźnie ugryzła się w język.

– Co „już teraz"? – dyrektor uśmiechnął się domyślnie.

– No... Pracujemy razem... Jak mamy żyć poza społecznością ludzi magicznych, to musieliśmy przecież znaleźć dla siebie jakieś zajęcie, najlepiej już teraz... – plątała się dziewczyna.

– Już teraz współpracujecie oboje z mugolską policją? – dokończył spokojnie Dumbledore z błyskiem w oku. Penelopa przygryzła wargi.

– Wygadałam się – mruknęła z irytacją.

– Nie, to było dla mnie oczywiste od pierwszej chwili, gdy o was usłyszałem od Billa i Kingsleya – odpowiedział Dumbledore uspokajająco. – Moje następne pytanie dotyczyć będzie środków transportu. Na pewno nie gardzicie mugolskimi środkami transportu. Sądzę, że także teleportujecie się i zapewne używacie świstoklików, ale to jest niestety do wykrycia. Świstokliki się rejestruje, a ślad po teleportacji też jest wyczuwalny, przy małej wprawie teleportującego się czarodzieja można go namierzyć przez długi czas po tym, jak się przemieścił w przestrzeni. Jak z tym jest? Czy odkryliście zaklęcia maskujące teleportację? Możesz na to odpowiedzieć? – profesor z napięciem czekał na odpowiedź.

– Tak, mogę – powiedziała szybko dziewczyna. W tej sprawie po długiej dyskusji w internecie i po przeprowadzeniu głosowania ustalono, że poinformują Dumbledore'a o istnieniu ich sieci komunikacyjnej. Co do jej udostępnienia, zdania były podzielone. W końcu jednak przeważył pogląd, że skoro muszą współpracować z dyrektorem Hogwartu, to należy dopuścić go do tajemnicy. No i kilku zaufanych członków Zakonu Feniksa. Dlatego dyrektor doczekał się odpowiedzi i to dość wyczerpującej.

– Mamy specjalną sieć komunikacyjną, panie profesorze. Zaczęto ją tworzyć bardzo dawno temu, niektóre stacje teleportacyjne są bardzo stare. Te najstarsze znajdują się w starych zamkach, klasztorach i świątyniach. Sieć obejmuje dzisiaj całą kulę ziemską, trzy stacje mamy nawet na Antarktydzie. Nie podam panu szczegółów działania tej naszej sieci, ale proszę mi wierzyć, że można się nią przemieszczać szybko i wygodnie. Co do indywidualnej teleportacji – to używamy jej raczej na krótkie dystanse. Znamy zaklęcia maskujące, ale oczywiście każde takie przemieszczenie się jest do wykrycia. O sieci żadne Ministerstwo Magii oficjalnie niczego nie wie. Myślę, że tak naprawdę nie wiedzą, bo nie chcą wiedzieć. Jeśli coś nawet słyszeli, to twierdzą, że to tylko głupie plotki. A my staramy się to ukryć. Jak na razie to się nam udaje. Ustaliliśmy, że panu o tym powiemy, nawet, gdyby pan o to nie spytał. Możemy dopuścić najbardziej zaufanych członków Zakonu Feniksa do tajemnicy, tak, byście mogli korzystać z tej naszej sieci.

Dumbledore uśmiechnął się.

– To bardzo dobrze. A których członków Zakonu uważacie za godnych zaufania? – zapytał niewinnie.

– O tym pan zadecyduje – odparowała Penelopa.

– Zadecyduję – obiecał dyrektor. – Dobrze. Następna sprawa, która mnie interesuje to nauka. Chciałbym wiedzieć, w jaki sposób kształcicie dzieci. Ty trafiłaś do Hogwartu, ale z tego co powiedziałaś mogę wysnuć wniosek, że większość magicznych dzieci nie kształci się w szkołach magii.

– To... bardzo obszerny temat – Penelopa lekko się zmieszała. – Ja poszłam do Hogwartu, bo w mojej rodzinie nigdy nie było nikogo magicznego. Dlatego wasze magiczne pióro wpisało mnie do księgi narodzin czarodziei. Czarodzieje żyjący poza waszą zorganizowaną społecznością wymyślili bardzo wiele sposobów, żeby uniknąć rejestrowania swoich dzieci. Najprostszy, to wyjazd za granicę i urodzenie dziecka poza jurysdykcją Ministerstwa Magii Wielkiej Brytanii. W takim przypadku zapis w księdze narodzin się nie pojawia. A żadne Ministerstwo Magii na świecie nie rejestruje „obcych" magicznych dzieci rodzących się na ich terenie. Oczywiście nie tylko wyjazd za granicę sprawę załatwia. Jak już powiedziałam, są i inne sposoby. Są też kraje, w których rejestracja czarodziejskich dzieci nie jest obowiązkowa. Na przykład Skandynawia. Tam integracja z mugolami jest faktem. Czarodzieje skandynawscy żyją często jak mugole i właśnie tam jest chyba najwięcej na świecie mieszanych par. Bardzo wielu magicznych emigruje do Skandynawii, bo tam nikt ich nie prześladuje za kontakty z mugolami.

– Myślisz, że w naszym Ministerstwie nikt się nie orientuje, że tak wielu czarodziei żyje poza magiczną społecznością? – Dumbledore zadał to pytanie głosem pełnym wątpliwości.

– Jestem pewna, że Ministerstwo i czystokrwiści w gruncie rzeczy wiedzą o nas, ale po prostu nie chcą przyjąć do wiadomości naszego istnienia. Poza tym, – Penelopa złośliwie zachichotała – my możemy bez problemu wejść wszędzie tam, gdzie wy żyjecie. Na Pokątną, na przykład. No i oczywiście kupujemy „Proroka" i inne wasze czasopisma i dzięki temu dowiadujemy się o wszystkim co się dzieje w waszym świecie!

– A w każdym Ministerstwie Magii istniejącym na świecie, macie swoich szpiegów... – wtrącił dyrektor spokojnie, ale z lekką ironią.

Dziewczyna zamarła wpatrzona w niego ze zdumieniem. Zaczerwieniła się gwałtownie i zacisnęła wargi, jakby bała się, że wyrwie się jej jakieś niebaczne słowo.

– To jest dla mnie oczywiste, Penelopo – westchnął Dumbledore. – Przypuszczam, że to Percy „wyczyścił" archiwum w Ministerstwie z różnych informacji, prawda? A przed nim byli i inni.

– Jest pan jeszcze lepiej zorientowany, niż przypuszczałam – mruknęła dziewczyna skonfundowana. Nie, stanowczo ta rozmowa nie toczyła się tak, jak powinna! – Percy... Oczywiście. Nietrudno było zgadnąć. Wysyłał przecież panu zdjęcia z zebrań śmierciojadów z Voldemortem i dokumenty, które kradł z archiwum Ministerstwa. Początkowo na pewno nie wiedział pan, kto jest pańskim informatorem, ale bardzo szybko się pan tego dowiedział. Wypadki potoczyły się błyskawicznie i naszą konspirację wobec pana diabli wzięli. Tego nie planowaliśmy.

– Rozumiem. Ale teraz, może dowiem się więcej o was i waszym świecie – Dumbledore popatrzył na dziewczynę z ciekawością i jakby nadzieją w oczach.

– Nasze światy wcale nie są od siebie takie „oddzielone"; wbrew pozorom. To wy, czystokrwiści, robicie sobie oddzielone od innych getto! Nie, to nie jest zarzut wobec pana. Pan działa na rzecz integracji, ale inni wcale tego nie chcą. To pan przed chwilą powiedział, że najtrudniej jest zmienić świadomość. No i ja osobiście nie wierzę, żeby właśnie pan nie zdawał sobie sprawy z faktu, że te nasze światy przenikają się i ze sobą, i ze światem mugoli!

– Doskonale sobie z tego zdaję sprawę – odpowiedział dyrektor z szelmowskim uśmiechem.

– Pan Weasley powiedział mi kiedyś takie zdanie, które dobrze zapamiętałam: „Gdybyśmy nie żenili się z mugolami, to by nas, czarodziejów, już dawno nie było!" Arthur Weasley jest bardzo mądrym i dobrym człowiekiem.

– Też tak myślę – Dumbledore ciepło się uśmiechnął. – Może jednak wrócimy do tematu waszego szkolnictwa?

– Dobrze. Niewiele jest na świecie szkół magii, które chcą przyjmować mugolaków. Czarodzieje półkrwi nie mówiąc o szlamach, nie mają wstępu do żadnej renomowanej szkoły w Europie. Przecież pan o tym wie! – głos dziewczyny ociekał wręcz ironią.

– Wiem, niestety... – mruknął ponuro dyrektor. Nie patrzył na Penelopę. Jego wzrok błądził gdzieś w przestrzeni za oknem.

– My stworzyliśmy sieć prywatnych szkół. Oczywiście, są to szkoły działające według mugolskich praw kraju, w którym się znajdują i rejestrowane przez mugolskie Ministerstwa Szkolnictwa. Różnie to się nazywa w różnych krajach, ale zawsze chodzi o to samo. W tych szkołach uczą się także mugole, którzy mają czasem większą moc niż czarodzieje, ale jest to magia, którą my nazywamy „bierną", czyli bardzo jednostronną.

– Na przykład? – Dumbledore pochylił się do dziewczyny, słuchając jej słów z rosnącym zainteresowaniem.

– Kinetyka, telepatia... Inne też. Również słabe talenty magiczne, tak słabe, że nie rejestrowane przez wasze wszechwiedzące pióro wpisujące noworodki do księgi narodzin. Taka osoba ma tylko jeden talent, którego użycie wymaga jedynie skupienia i siły woli. Nic więcej. Nie słyszał pan o tym? Nie wierzę! – Penelopa podejrzliwie popatrzyła staremu człowiekowi w błękitne oczy, które miały bardzo niewinny wyraz ogromnego zaciekawienia.

Dumbledore wybuchnął śmiechem.

– Słyszałem – wykrztusił. – Bystra jesteś, panno Clearwater, nie bez przyczyny trafiłaś do Ravenclawu! Mów dalej, proszę.

– Dobrze. Bardzo wiele dzieci czarodziejów uczy się w zwykłych mugolskich szkołach, a magii w domu, lub na prywatnych kursach. Stworzyliśmy też szkoły typu college i studia magiczne, oczywiście dla mugoli są to dziwactwa, ale właśnie dlatego mogą spokojnie działać. No i bardzo wielu czarodziejów kończy mugolskie studia.

– Zapewne teraz postawiliście głównie na informatykę i elektronikę? – spytał Dumbledore. Zerknął na feniksa, który jakby z rozbawieniem kręcił głową.

– O tym też pan wie... – Penelopa westchnęła z podziwem. Dyrektor bez słowa podniósł się z fotela i podszedł do biurka. Wyciągnął z szuflady płaskie drewniane pudełko. Położył je dziewczynie na kolanach.

– Otwórz – powiedział, zachęcając ją gestem. Penelopa zawahała się na moment, ale wreszcie pstryknęła staroświeckim zameczkiem nie zawierającym żadnych magicznych zabezpieczeń. Ze świstem wciągnęła powietrze. W pudełku był laptop...

– To... Tutaj przecież nie działa! – wykrzyknęła, patrząc z niedowierzaniem na dyrektora.

– Nie – potwierdził spokojnie. – Tu nie. Ale w moim domu w Glasgow jak najbardziej.

– Dostał się pan na nasze strony internetowe... – szepnęła zszokowana.

– Nie. Nie miałem żadnych wątpliwości, że korzystacie z internetu. Ale nie jestem hackerem. Poza tym naprawdę nie miałem pojęcia, że wasza społeczność jest aż tak liczna, ani o tym, jak jesteście zorganizowani. Dlatego zadawałem ci te pytania. Mam ich jeszcze wiele. Mogę pytać dalej? Czy uważasz, że już wystarczy?

Penelopa wzdrygnęła się. Szybko oddała dyrektorowi pudełko z komputerem.

– Nie! Nie wystarczy! Ale w takim razie, żądam wzajemności! Ja też chcę o wiele rzeczy zapytać! – wykrzyknęła buntowniczo.

– Oczywiście. Zgadzam się. Może jednak najpierw ja skończę pytać, a potem odpowiem na twoje pytania – Dumbledore ukrył zwycięski uśmiech w czeluściach swojej brody.

– W porządku – Penelopa skinęła potakująco głową.

– Mówiłaś o Europie. A jak jest w Ameryce? – kolejne pytanie dyrektora było nieco zaskakujące, ale przecież logiczne.

– W Stanach jest o wiele lepiej niż w Europie. Szkoły magii przyjmują wszystkich chętnych, ale ich poziom jest niestety niski, dlatego organizowane są dodatkowe szkolenia. W Stanach jest tylko jedna renomowana szkoła – Magiczny Harward. Żeby się tu dostać trzeba zdać egzamin, bo jest to szkoła średnia. Szkoły magii na poziomie podstawowym to szkoły prywatne. Bardzo snobistyczna szkoła funkcjonuje w Kanadzie, w Ottawie. W tym kraju jest tylko jedna taka uczelnia, tam szlam nie przyjmują. W Meksyku, jak również w krajach Ameryki Południowej pod tym względem panuje chaos, chociaż jest sporo renomowanych szkół, ale do Hogwartu im daleko. No i nasze szkoły. Do tego dochodzą szkoły z ogromnymi tradycjami. Na pewno pan wie! Stare szkoły Majów, Misteków, Machu Picchu, szkoły szamanek i szamanów, Szkoła Jaguara...

– Tak, wiem to wszystko. Jestem pewien, że w Azji i w Afryce, też macie swoje szkoły magii, gdzie z kolei „czystokrwiści" nie mają dostępu! – w głosie dyrektora znów zadźwięczała ironia.

– W Azji i Afryce jest zupełnie inaczej niż w Anglii i w krajach „starej Europy"! – Penelopa poczuła się mocno urażona insynuacjami Dumbledore'a. – A o Australii pan zapomniał? – zaszydziła.

– Nie, nie zapomniałem – dyrektor miał posępną minę. – To, o czym do tej pory rozmawialiśmy, to tylko wstęp do zasadniczego tematu. Powiedz mi teraz, jaką postawę wasza społeczność zajmuje wobec poczynań Toma Marvolo Riddle'a?

„A więc wreszcie przeszliśmy do sedna sprawy..." – pomyślała dziewczyna. Teraz będzie najtrudniejsze. Czas na negocjacje.

– Zanim panu odpowiem, chcę podkreślić jedno, żeby w tej sprawie było wszystko jasne – powiedziała twardo. – Będziemy z panem współpracować. Jak również z pańską organizacją, ale nie jest pan naszym przywódcą i nie będziemy słuchać pańskich rozkazów. Zastanawialiśmy się, do kogo z nas się pan zwróci i większość była zdania, że to będę ja. Nasze przypuszczenia okazały się słuszne.

– Rozumiem – głos dyrektora był teraz zimny i oficjalny. – Mogę więc przyjąć, że masz upoważnienie do rozmów ze mną?

– Tak. Mam – oznajmiła dziewczyna równie oficjalnym tonem. – A odpowiedź na pańskie pytanie brzmi: przeważająca większość przyjęła postawę zdecydowanie negatywną. Oczywiście, biorąc pod uwagę liczebność naszego społeczeństwa, skrajności też są, niestety. Mają jednak raczej małe szanse, żeby się przebić. Staramy się ich wyciszać i ośmieszać. Mamy znakomitych socjologów, którzy świetnie potrafią manipulować opinią publiczną. Internet to doskonałe medium do prowadzenia takich manipulacji. Podam panu adresy stron internetowych, gdzie będzie pan mógł porozumieć się bezpośrednio z tak zwaną „szarą masą". Nie oszukujmy się, w tej chwili przewagę mają przeciwnicy tego gadziny, i robimy wszystko, by jego zwolennicy nie mieli pola do popisu. Kasujemy im strony, wyśmiewamy i ośmieszamy jak tylko można. Wszędzie znajdzie pan bardzo dosadne określenia na temat tego „lordziny", przypominamy też wszystkim, że on jest szlamą, więc jego teoria „czystej krwi" jest śmieszna. No, wśród nas nie ma wielu chętnych do jej wspierania. Przypominamy też o niejakim Schickgruberze, który wymyślił sobie pseudonim „Hitler" i pod tym pseudonimem wydał „Mein Kampf", a potem podpalił cały świat. Nie chcemy drugiego holocaustu, ani teorii o „czystości rasy". I kto ją głosi? Szlama ośmiela się mówić o wyższości „czarodziejów czystej krwi"! Tak samo jak Żyd Schickgruber przywłaszczył sobie pojęcie „aryjska rasa" i bazował na tym realizując swoje chore pomysły!

– Na jak wielkie poparcie mogę liczyć? – to pytanie dyrektora wprawiło dziewczynę w konsternację.

– Myślę, że na bardzo duże... – odpowiedziała ostrożnie. – Bierne poparcie absolutnej większości naszej społeczności ma pan zapewnione. Doradzałabym jednak ostrożność. Mimo wszystko. Ja należę do grupy ludzi czynnie działających przeciwko śmierciożercom, ale sam pan wie, że przeważająca większość ludzkości to lenie i tchórze. Nie chcą działać. Dopóki ich ktoś nie zmusi do tego, będą czekać, aż ktoś załatwi sprawę za nich. Mugolska policja z kolei, wie o „nowej bardzo groźnej grupie terrorystycznej, której członkowie nazywają się śmierciożercami" i dostali odpowiednie instrukcje. Wiedzą, że przywódca grupy jest szaleńcem, że opanował do perfekcji hipnozę i teleportację, że większość śmierciożerców to bardzo groźni przestępcy.

– Zapewne bardzo wielu czarodziejów pracuje w policji – Dumbledore przerwał dziewczynie. – Mam rację? Czy mogłabyś mnie skontaktować z jakimś oficerem policji, który jest zorientowany w tej sprawie? Nie musi być czarodziejem. Wystarczy, że będzie wiedział w czym rzecz...

Penelopa przygryzła wargi. No, tak. Tego przecież też się spodziewali... Jak to dobrze, że omówili wcześniej możliwość, że Dumbledore o to właśnie poprosi.

– Oficer policji, z którym powinien pan nawiązać współpracę nazywa się Christopher Sheen. Już pan o nim słyszał. Od profesora Lupina. Ciotka komisarza Sheena jest czarownicą. Na pewno doskonale się zrozumiecie – odpowiedziała poważnie. – Powiadomię go i umówię was na rozmowę.

– Doskonale! – Dumbledore uśmiechnął się z zadowoleniem. – To daj mi jeszcze te adresy stron internetowych, chętnie tam zajrzę.

Penelopa sięgnęła do torebki i wyciągnęła kartkę papieru. Podała ją dyrektorowi.

– Tu są najbardziej popularne i najczęściej odwiedzane. Ale znajdzie pan tam linki do innych, które też mogą pana zainteresować.

– Dziękuję, Penelopo – dyrektor wziął kartkę. Dziewczyna nie zauważyła, że dłoń starego mężczyzny lekko zadrżała. – Napijesz się herbaty?