Rozdział trzeci – SNAPE MANOR
***
Noc z 10 na 11 lipca 1996 rok, około północy, gdzieś w Anglii.
Bellatrix Lestrange gwałtownie usiadła na łóżku.
– Bella! Co z tobą?! – wyraźnie zirytowany małżonek pani Lestrange poruszył się niecierpliwie. – Budzisz mnie już chyba czwarty raz!
– Nic! – warknęła wściekle. – Nie mogę spać!
– Aha... – mruknął sennie. – To nie wierć się, albo weź eliksir nasenny, do diabła... uaaaa... – ziewnął i odwróciwszy się plecami do żony natychmiast zasnął.
Bellatrix powoli opadła na poduszki. Wciąż śniło jej się to samo. Od dnia wypadków w Ministerstwie. Kilka razy w nocy nawiedzał ją ten sen i nikomu nie mogła o tym powiedzieć! Zamknęła oczy. Może nie wróci... Wielki czarny pies z ironicznym wyrazem pyska. Ironia u psa?! Niestety, ona dobrze wiedziała, że to nie jest pies!
Miał świecące okrutnym blaskiem blade oczy. Spod jego łap tryskał ogień. Płonęło wszystko, nawet kamienie. Wszędzie tam, gdzie przebiegł, pozostawiał za sobą szary pył. Biegł bardzo szybko, zataczał wokół niej coraz ciaśniejsze kręgi. Próbowała uciec teleportując się, ale on natychmiast pojawiał się, w każdym miejscu, gdziekolwiek by się nie przemieściła! I wcale na nią nie patrzył! Śmiał się z niej, wiedziała to. Nie chciała przyznać się do tego sama przed sobą, że coraz bardziej się bała. Ona! To o niej mówiono, że nie zna lęku. To jej się bali! A teraz, noc w noc nawiedzała ją potworna zmora. Czarny, olbrzymi pies, wlokący za sobą ogień.
– Black! – wysyczała przez zaciśnięte zęby. – Nie boję się ciebie! Nie będziesz mnie straszył!!!
Odpowiedzią był urągliwy męski śmiech. Złośliwy i pełen zwycięskiej satysfakcji.
– Wróciłeś z zaświatów?! – zaszydziła. – Nic ci nie pomoże! JA żyję! A ciebie zabiłam!
Ale śmiech trwał nadał. I ogień był coraz bliżej...
***
Noc z 10 na 11 lipca 1996 rok, około drugiej w nocy, Hogwart, pokój wspólny w wieży Gryffindoru.
Harry, Ron i Hermiona rozmawiali, usadowieni wygodnie w fotelach ustawionych wokół kominka, wciąż nie mogąc się dość nacieszyć wypadkami w Ministerstwie na nadzwyczajnym zebraniu Wizengamotu.
Harry wpatrywał się w płomienie z rozmarzoną miną. Był zmęczony, ale rozpierała go radość. Nareszcie coś potoczyło się tak jak powinno. Sprawiedliwości stało się zadość. Ron czuł się absolutnie szczęśliwy. Sięgnął po czekoladową żabę i stwierdziwszy, że pudełko jest już puste, otworzył nowe. Hermiona uśmiechnęła się do nich obu i pociągnęła łyk soku dyniowego.
– Nigdy bym nie pomyślał, że Percy potrafi tak szybko miotać zaklęcia! – wykrzyknął Ron. – Ale Knot miał głupią minę!
– Bo on jest głupi! Ale ja czuję się teraz okropnie – Hermiona nagle wyraźnie zmarkotniała.
– Dlaczego? – zdziwił się Harry. – Świetnie się spisałaś! Najlepiej z nas trojga opanowałaś zaklęcia zamrażające!
– Nie, Harry, to nie o to chodzi. Poza tym, to ty byłeś z nas wszystkich najlepszy. Najszybciej rzucałeś zaklęcia i twoje były najpotężniejsze – przerwała mu Hermiona. – Ja się czuję okropnie, bo byłam bardzo nie w porządku wobec Luny! Wyśmiewałam ją, gdy mówiła o „heliopatach", pamiętacie?
– Ach! – wykrzyknął Ron. – Rzeczywiście! Tak, teraz sobie przypominam. Noo... Ja też myślałem, że to jeden z jej wymysłów...
– Nikt nawet nie podejrzewał, co ten przeklęty Knot chowa w zanadrzu – zauważył Harry.
– Chyba się mylisz, mówiąc „że nikt nie podejrzewał" – zaprotestowała dziewczyna. – Przecież McGonagall i Snape kazali nam się uczyć właśnie zaklęć zamrażających! I trenowaliśmy je z Lupinem całe popołudnie.
– A czy zauważyliście, jakich różdżek używali Lupin i Nietoperz?! – Ron z podnieceniem popatrzył na przyjaciół. – Nigdy takich nie widziałem!
– Rzeczywiście, wyglądały bardzo dziwnie – przyznała Hermiona. – Ale te, które dostaliśmy od dyrektora też nie były zwyczajne. Każde nasze zaklęcie było wzmocnione.
– Dyrektor nas przecież uprzedził, że nie każdy mógłby się tymi różdżkami posłużyć – przypomniał Harry. – Nie czuliście osłabienia? Bo ja tak...
– To pewnie dlatego, że twoje zaklęcia były tak potężne! Zamroziłeś za jednym zamachem aż trzy z tych ognistych potworów! – wykrzyknął z podziwem Ron.
– Miałem wrażenie, że Knot chciał przede wszystkim zabić mnie. A dopiero potem Dumbledore'a – powiedział Harry ponuro. – Co tylko dowodzi, jakim jest idiotą!
Hermiona i Ron popatrzyli na siebie skonsternowani.
– Niech to diabli! Nie zastanawiałem się nad tym, wszystko działo się tak szybko – Ron pokręcił głową w zadumie. – A Umbrydżyca? Ale był numer! Nigdy bym nie pomyślał, że Moody zamieni ją w ropuchę!
– Tym razem to był prawdziwy, a nie fałszywy Moody – westchnęła rozmarzonym głosem Hermiona. – Ale powiem wam szczerze, że mnie najbardziej zastanawia zachowanie Percy'ego.
– Pewnie wreszcie zmądrzał – prychnął Ron. – Dla mnie jest oczywiste, że jak Knot znalazł się na wylocie, to mój brat zmienił front! On zawsze stawiał na karierę i skoro poświęcił rodzinę, to nie miał skrupułów jeśli idzie o Knota!
– Nie, Ron, poczekaj – dziewczyna potrząsnęła głową. – Ja cały czas miałam wrażenie, że coś tu jest nie tak. I ten list, który ci przysłał na początku tamtego roku szkolnego, teraz wydaje mi się diablo podejrzany. To było strasznie sztuczne. I jakieś takie... No, zupełnie mi do niego nie pasowało!
„– Weasley! Jesteś nielojalny! – ryknął Knot z furią. Spurpurowiał tak, że wyglądało, jakby mu za chwilę krew miała trysnąć z policzków.
– Lojalność obowiązuje w obie strony, panie Knot – spokojny głos Percy'ego wręcz ociekał ironią. – Skoro pan nie był nigdy lojalny wobec mnie, to ja czułem się zwolniony z obowiązku lojalności wobec pana!
– Ty... ty... – syczał były minister, zachłystując się oburzeniem. Najwyraźniej nie mógł znaleźć odpowiednio mocnego słowa na określenie zdrady jakiej dopuścił się wobec niego Percy. Rudowłosy chłopak stał przed nim z drwiącą miną i pogardliwym uśmieszkiem na ustach.
– Szef powinien być lojalny wobec swoich podwładnych, wtedy oni będą lojalni wobec niego. Dokładnie tak, panie Knot."
– Naprawdę mnie zastanawia to, co Percy powiedział o lojalności. Dlaczego twierdził, że Knot nie był wobec niego lojalny? – Hermiona w zamyśleniu wpatrywała się w płomienie.
– Knot lojalny! Ha, ha, ha!!! Pewnie, że nie był! A jak się zachował wobec Ropuchy?! Zwalał na nią winę, a ona wszystko brała na siebie, chociaż przesłuchanie pod Veritaserum ujawniło, że działała na rozkaz tego gnoja! – wykrzyknął Ron.
– A wszystko zaczęło się tak spokojnie – powiedziała Hermiona z przejęciem.
– Byłem pewien, że Knot się nie podda tak od razu! – wykrzyknął Ron z dziwną uciechą. – A nie mówiłem?!
– Mówiłeś, mówiłeś... Całe szczęście, że nie tylko ty okazałeś się taki przewidujący – odpowiedział Harry nieco sarkastycznie.
– Dumbledore musiał wiedzieć, co ten drań knuje – oświadczyła Hermiona. – Był przygotowany na niespodzianki. W przeciwnym wypadku nie kazałby nam się uczyć tych zaklęć zamrażających, ani nie zaopatrzyłby nas w te specjalne różdżki. No i mam nieodparte wrażenie, że zachowanie Percy'ego wcale go nie zdziwiło!
– Expelliarmus! – ostry głos Percy'ego zabrzmiał jak strzał z bata. Ron musiał przyznać, że jego brat NAPRAWDĘ potrafi posługiwać się różdżką. Magiczne drewno wyskoczyło z dłoni Knota jak kawałek mydła i wpadło do ręki młodego Weasleya.
Umbridge z furią wykrzywiającą jej twarz rzuciła się w stronę Percy'ego, ale zrobiła tylko dwa kroki. Moody, ukryty za szerokimi plecami Kingsleya, machnął różdżką i w miejscu gdzie przed chwilą stała gruba czarownica, siedziała brzydka, tłusta ropucha.
– Moody! Czy musiałeś zamienić to babsko w takie pożyteczne zwierzątko?! – wykrzyknęła Gryzelda Marchbanks z komicznym oburzeniem. Dookoła rozbrzmiewały huraganowe śmiechy.
– Nie!!! – zawył Knot. – Expecto Ignis!!!
Wykonał szybki gest lewą dłonią. Z pierścienia na środkowym palcu trysnęły czerwone iskry. Nagle w sali zrobiło się potwornie gorąco.
– Zabić ich! – ryczał Knot. Piana wystąpiła mu na usta, zachowywał się jak szaleniec. – Wszyyystkich!!!
Ze ścian, podłogi i z sufitu wyskoczyły olbrzymie, przerażające istoty. Wyglądały, jak żywe płomienie. Tryskały ogniem na wszystkie strony i wciąż zmieniały kształty. I było ich straszliwie dużo. Potem okazało się, że prawie trzysta... Ale w tym momencie Harry o tym nie myślał. Wokół niego zaroiło się od ognistych potworów. Przez chwilę miał okropne wrażenie, że pochłania go żar. Nie było czym oddychać, gorące powietrze paliło płuca. Na szczęście trwało to tylko kilkanaście sekund, choć dla Harrego były to jedne z najdłuższych sekund w życiu. Szybko oprzytomniał, podniósł różdżkę, którą dał mu Dumbledore i z całą mocą, na jaką było go stać, rzucał zaklęcia zamrażające.
Walka z ognistymi olbrzymami trwała kilka minut. Członkowie Wizengamotu i obecni na zebraniu aurorzy byli zbyt dobrymi czarodziejami, żeby dać się im pokonać, nawet jeśli zostali zaskoczeni.
Kiedy wreszcie wszyscy heliopaci zostali uwięzieni zaklęciami zamrażającymi, a Knot i przywrócona do własnej postaci Umbridge – związani i unieszkodliwieni, wydawało się, że to koniec zabawy. Niestety, okazało się, że były minister przygotował jeszcze jedną okrutną niespodziankę.
Hermiona przeciągnęła się i popatrzyła z pobłażliwym rozbawieniem na chłopaków pochłaniających kolejne czekoladowe żaby.
– Ciekawe, że nikt nie zapytał Knota skąd wziął smoka – powiedziała z namysłem. – To mi się kojarzy z napadami na domy śmierciożerców...
– Mylisz się, mówiąc, że nikt nie zapytał. Dumbledore przecież użył legilimencji! – zauważył Ron.
– Istotnie! – wykrzyknęła dziewczyna. Wzdrygnęła się. Wspomnienie walki, jaką musieli stoczyć ze smokiem wywoływało dreszcze. – Będę miała dzisiaj koszmarne sny – westchnęła.
Knot rzucał się w więzach i wykrzykiwał coś, czego nikt nie słuchał. Umbridge bełkotała pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa. Hermiona, patrząc na tych dwoje, czuła jednocześnie ulgę i obrzydzenie. Rozejrzała się szybko, stwierdzając, że większość obecnych chyba podziela jej uczucia. Z wyjątkiem Dumbledore'a, który w napięciu na coś czekał. Nienadaremno... Nagle wszystko zadygotało. Jedna ze ścian rozpadła się i do sali przez powstały wyłom trysnęła struga ognia, a po chwili wyłonił się stamtąd węgierski rogogon.
Snape i Lupin przemieścili się tak szybko, że nikt nawet nie zdążył mrugnąć. Aportowali się tuż przy smoku, a potem wyciągnęli różdżki, jakby poruszani wspólnym mechanizmem, tak zgrane były ich ruchy. Ich zaklęcia unieruchomiły rogogona na kilka sekund, co dało szansę Dumbledore'owi. Profesor rzucił kilka zaklęć obezwładniających i czar oszałamiający. Smoka pokryła jakby błękitna galareta. Snape uskoczył zwinnie przed ciosem olbrzymiego ogona, a Lupin aportował się kilka metrów dalej. Znów obaj unieśli różdżki, świecące dziwną, tęczową poświatą. Dopiero w tym momencie do walki włączyli się inni czarodzieje. Gdy smok się pojawił, większość obecnych na sali osób zamarła, sparaliżowana strachem. Niektórzy próbowali się aportować, ale okazało się, że ściany obłożono zaklęciem uniemożliwiającym ucieczkę. To było dziwne, że ludzie, którzy przed chwilą pokonali armię ognistych olbrzymów, teraz wpadali w panikę. Na szczęście nie wszyscy. Aurorzy i kilkunastu najbardziej przytomnych czarodziejów szybko opanowali chaos. Smok został uśpiony.
– To na pewno był młody smok... – powiedział z namysłem Ron.
– Dlaczego tak uważasz? – zdziwił się Harry.
– Bo coś zbyt łatwo dał się pokonać! I nie był duży, jak na rogogona! – odparł z przekonaniem Ron.
– Wiesz, że chyba masz rację – mruknęła Hermiona. – Ale Dumbledore'owi, Lupinowi i Snape'owi nie możesz odmówić umiejętności walki!
– To na pewno, wszyscy trzej byli świetni! Tylko myślę, że z takim wielkim smokiem, z jakim ty, Harry, walczyłeś w Turnieju Trójmagicznym, mieliby na pewno większy problem! Nawet Dumbel! – oznajmił kategorycznie rudzielec. Z przejęcia zbladł tak, że jego piegi wyjątkowo jaskrawo odcinały się od białej skóry.
Harry wzdrygnął się na wspomnienie Turnieju.
– Nie przypominaj mi o TYM! – wybuchnął.
Ron przygryzł wargi.
– Przepraszam... – szepnął bardzo cicho.
– Ron, jak mogłeś! – wykrzyknęła Hermiona, patrząc z wyrzutem na chłopaka.
– Nie mówmy już o tym – westchnął Harry. Podniecenie jakie czuł po powrocie z Ministerstwa powoli zaczęło opadać. Ogarniało go znużenie i senność. Przymknął oczy i wyciągnął się w fotelu. Mimo wszystko odczuwał olbrzymią satysfakcję. Koszmarna walka ze smokiem i ognistymi potworami już teraz zaczęła mu się wydawać wspaniałą przygodą, tym bardziej, że przecież zwyciężyli i nie odnieśli większych obrażeń. Pani Pomfrey wyleczyła im błyskawicznie niewielkie oparzenia, jak zwykle utyskując i narzekając.
– Mieliśmy szczęście, że nic nam się nie stało – zawołał z uciechą Ron, jakby czytając w myślach przyjaciela.
– Nie, to nie było szczęście, tylko szybki refleks Snape'a – zauważyła zgryźliwie Hermiona. – Żaden z was nie zauważył, że jak tylko heliopaci wynurzyli się ze ścian, to Snape wytrząsnął z rękawa różdżkę i rzucił na nas troje zaklęcie ochronnej tarczy.
Obaj chłopcy spojrzeli na nią oczami wielkimi jak spodki.
– Nie widzieliście tego, bo stał przecież za nami – dobiła ich tym wyjaśnieniem.
– No, nie! – zdenerwował się Ron. – A jak to się stało, że ty to zauważyłaś?!
– Bo akurat się obejrzałam i zobaczyłam, co on robi! – odparowała.
– Uhm... Dajcie spokój... No, nie kłóćcie się – poprosił Harry. – Najważniejsze, że wszystko się dobrze dla nas skończyło. No i czyż Dumbledore nie był imponujący?!
– To już nie jesteś na niego zły? – zdziwił się niewinnie Ron.
– Jestem na niego wściekły, ale co to ma do rzeczy? – zdenerwował się Harry. – Wszystko jedno, co czuję do niego, nie ma to przecież nic wspólnego z tym, co działo się na tym zebraniu!
– Masz rację, Harry – powiedziała cicho Hermiona. – On chyba wszystko przewidział... Albo... No, jasne! Ależ ze mnie idiotka! Musiał mieć szpiegów w Ministerstwie!
– Nie jesteś idiotką! – zaprotestował energicznie Ron. – A co do tego, że miał tam agentów, to oczywiste! A Kingsley? A tata?!
– Ja nie o nich myślałam, Ron. Twój ojciec, Kingsley i jeszcze Sturgis Podmore... Tylko że twego ojca i Sturgisa Knot o to podejrzewał i pilnował. Myślałam o kimś, kogo ten drań właśnie nie podejrzewał! Ani on, ani nikt inny! – podniecona dziewczyna wstała z fotela i zaczęła krążyć po pokoju.
Harry i Ron popatrzyli na siebie.
– No, nie... – szepnął Ron. – Ttto... niemożliwe! Percy?! Nie, nie wierzę!
– A dlaczego niemożliwe? – Hermiona zatrzymała się w swojej wędrówce i spojrzała na niego z błyskiem w oku. – Moim zdaniem właśnie najbardziej prawdopodobne!
– Na to bym nie stawiał – mruknął powątpiewająco młody Weasley. – To do niego zupełnie niepodobne! – prychnął z niesmakiem.
– Znasz go lepiej... A może nie znasz wcale... – odpowiedziała cicho dziewczyna.
Ron potrząsnął głową wyraźnie rozeźlony.
– Co ty możesz o nim wiedzieć! – warknął.
Harry zapatrzył się w płomienie. Jego przyjaciele spierali się coraz gwałtowniej, ale ich słowa przestały do niego docierać. Chłopak zamyślił się głęboko. Percy stanął po ich stronie, przeciwko Knotowi... Dla kariery, czy rzeczywiście był agentem Dumbledore'a? Harry uświadomił sobie, że właściwie nigdy nie zbliżył się do tego brata swego przyjaciela. Percy zawsze był trochę „obok" i trzymał się na dystans. Kujon i okropny perfekcjonista, Harry nigdy by go nie podejrzewał o jakiekolwiek zainteresowania sportowe. A w czasie walki pokazał, że nie tylko jest znakomitym czarodziejem, ale zaimponował też swoją sprawnością fizyczną. Poruszał się jak błyskawica i miotał zaklęcia z niesamowitą szybkością. Gdzie się tak wyszkolił? W Hogwarcie na pewno nie!
– Harry! – ostry krzyk Hermiony wyrwał go z transu. – Co ty o tym myślisz?!
– Nie wiem... – westchnął ze znużeniem. – Naprawdę nie wiem, co o tym wszystkim myśleć – uśmiechnął się przepraszająco. – Tylko proszę, przestańcie się już awanturować – popatrzył na nich błagalnie.
– No, dobra. Nie rozstrzygniemy tego teraz. Ale bardzo chciałabym wiedzieć, jaka jest prawda – westchnęła Hermiona.
– A zaczęło się już przy wejściu – przypomniał z mściwą satysfakcją Ron.
– Dumbledore! Musisz oddać różdżkę! – minister i Dolores Umbridge stali w holu Ministerstwa i czekali na nich.
– Nie, Korneliuszu, ani ja, ani żadna z towarzyszących mi osób nie odda różdżki – odpowiedział spokojnie dyrektor. – Nie masz prawa tego żądać! A jeśli wydałeś takie zarządzenie, to nie łudź się, że ja się temu podporządkuję! – dodał stanowczo. – Dość tego, Korneliuszu! – zakończył z zimnym błyskiem w oku.
Knot lekko się skulił. Sprawiał wrażenie wystraszonego. Dumbledore w krwistoczerwonych szatach wyglądał imponująco i groźnie. Kontrast między nim a ministrem był uderzający. Mały, żałosny człowieczek i potężny czarodziej.
Członkowie Wizengamotu również to odczuli. Dumbledore najwyraźniej skończył z trzymaniem się z boku. Gdy już wszyscy się zgromadzili, widać było po minach zebranych, że nie podoba im się sytuacja, ale nikt nie ośmielił się odezwać. Podczas wystąpienia Dumbledore'a panowała pełna napięcia cisza.
Dumbledore oskarżył ministra Korneliusza Knota i Dolores Umbridge o zdradę stanu. Oprócz tego zarzucił im nagminne łamanie prawa, korupcję i popełnianie zbrodni.
Sądząc po minach, członkowie Wizengamotu nie byli zdziwieni, ani zaskoczeni.
Ale gdy dyrektor oskarżył Umbridge o wysłanie dementorów, którzy zaatakowali Harry'ego, Knot przerwał mu i wrzasnął, że nie ma na to żadnego dowodu.
– Panna Umbridge sama się do tego przyznała – odparował Dumbledore. – To po pierwsze. Po drugie, w tej sytuacji wnioskuję o przesłuchanie oskarżonej przy użyciu Veritaserum! A po trzecie, torturowanie uczniów i rzucanie na nich niewybaczalnego zaklęcia, czyli Crucio zgodnie z naszym prawem oznacza skazanie winnego tych przestępstw na Azkaban!
Po tych słowach w sali powiało grozą. Bezlitosne przemówienie Dumbledora wywarło ogromne wrażenie na słuchaczach. I wtedy Knot wyciągnął różdżkę...
– Mam wrażenie, że Knot oszalał – powiedział cicho Harry.
– A pewnie! Oboje z Umbrydżycą wylądowali w Mungu! – Ron pławił się w satysfakcji. – Ale wątpię, by tamtejsi lekarze uznali ich oboje za niepoczytalnych. Usłyszałem, jak Kingsley rozmawiał z jakimś starym czarodziejem, który twierdził, że ta parka na pewno trafi do Azkabanu!
– Może.. – mruknęła Hermiona powątpiewająco.
Harry chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie straszliwy, promieniujący z blizny ból przeszył mu czaszkę. Usłyszał w głowie czyjś potworny krzyk. To był Snape! Chłopak rzucił się do wyjścia. Trzasnął portretem i najszybciej jak mógł pobiegł do ambulatorium.
***
Snape miotał się na łóżku, wstrząsany drgawkami. Z nosa i z ust ciekła mu krew. Skręcał się z bólu.
Harry patrzył na niego z przerażeniem. Domyślał się... Nie! Wiedział, co się dzieje!
– Harry... – wychrypiał Snape. – Mój zznak... Zaatakował mnie... przez zzznak – wysyczał. – On... może... zaatakować ciebie... tak samo... przez bliznę...
– Niech pan nic nie mówi – wrzasnął Harry. Chwycił lewą rękę Snape'a i spojrzał na przedramię. Mroczny Znak wyglądał potwornie. Pulsował czerwienią i fioletem. A ręka Mistrza Eliksirów spuchła i zsiniała. Chłopak rozejrzał się w panice. Usłyszał szybkie kroki i do ambulatorium wpadł z wyciągniętą różdżką Dumbledore.
– Odsuń się, Harry – powiedział dyrektor zadziwiająco spokojnym głosem.
– Nie! – chłopak sprzeciwił się gwałtownie. – Ja mogę mu pomóc! Zerwę to połączenie!
Dopiero po chwili uświadomił sobie CO powiedział. Jakby oślepił go błysk światła. Tak! Wiedział JAK i mógł TO zrobić! W oczach Dumbledore'a błysnął podziw.
– Dobrze – zdecydował błyskawicznie dyrektor. – Skup się...
Harry ukląkł przy łóżku. Ścisnął mocno dłoń Mistrza Eliksirów. Dyrektor szybko rzucał zaklęcia ochraniające. Snape przestał się miotać i jęczeć z bólu. Chłopak delikatnie potarł dłonią Mroczny Znak. Wyczuł strumień złej energii skierowany na Snape'a. Zamarł i zamknął oczy. Wiedział jak zatrzymać i odbić do źródła atakujące mężczyznę klątwy. Nigdy wcześniej nie zdawał sobie sprawy, jak wiele wiedzy zdołał bezwiednie wykraść Voldemortowi dzieląc myśli z tym zbrodniarzem. Teraz mu się to przyda!
Świat zniknął. Harry znalazł się w przestrzeni, gdzie nie było nic materialnego, tylko światła i cienie. Nie widział, gdzie „góra", gdzie „dół" – tak samo pojęcia „prawo" i „lewo" straciły jakiekolwiek znaczenie. Chłopak nie czuł lęku, tylko dziwne podniecenie.
– Skup się! – usłyszał wyraźnie powtórzone słowa Dumbledore'a i poczuł, że dyrektor jest przy nim, tak samo bezcielesny jak on.
Harry uświadomił sobie, że jego zmysły jakby się wyostrzyły. Starał się chłonąć wszystko, co widział dookoła. Otaczała go przestrzenna sieć świetlistych szerokich pasm, krzyżujących się, przenikających, migocących niesamowitymi barwami. Po tych drogach przesuwały się bezkształtne światła wciąż zmieniające zarysy, nagle znikające, lub pojawiające się znikąd. Ale jedno pasmo przykuło szczególną uwagę chłopaka. Było ciemne, szerokie, a przesuwały się po nim nie światła tylko ciemne kłęby dymu. Pędziły bardzo szybko, wszystkie w jednym kierunku. Wzbudzały nieprawdopodobny wstręt.
– To jest TO! – szept Dumbledore'a zabrzmiał tuż przy nim.
Tak. To było „TO"! Harry błyskawicznie wpadł na ciemny pas. Zwinął go i zawrócił pędzące nim obrzydliwe kłęby. Światła przygasły, a potem wszystkie zmieniły kolor i rozbłysły oślepiającą czerwienią. Ciemny pas stał się biały i zniknął, a chłopak poczuł znów straszliwy ból i stracił przytomność.
Zanim zemdlał usłyszał jeszcze przeraźliwy krzyk Snape'a.
– Nie do końca!!!
***
11 lipca 1996 rok, czwartek, godzina szósta rano, Hogwart – ambulatorium.
Remus Lupin z przerażeniem patrzył na Severusa Snape'a. Twarz Mistrza Eliksirów pokrywały sińce, a w nozdrzach i kącikach oczu widać było ślady zakrzepłej krwi. Krew sączyła się też jeszcze cienką strużką z jego ust.
– Lupin... – wychrypiał Snape. – Sssprowadź tu Granger... i tych dwóch bliźniaków Weasleyów... i nie odchodź... – przerwał, bo zmusił go do tego gwałtowny atak kaszlu.
– Dobrze, zrobię wszystko co chcesz – Remus pomógł Severusowi usiąść.
– Szybko... Prr–oszę... – szepnął Mistrz Eliksirów. Lupin spojrzał na pielęgniarkę i dyrektora stojących obok łóżka. Dumbledore ponaglająco skinął głową.
– Pospiesz się, Remusie, wezwij Hermionę przez kominek. A ja zaraz wyślę Fawkesa po Weasleyów – profesor Dumbledore energicznym krokiem ruszył do drzwi ambulatorium.
– Proszek fiuu stoi na konsolce – powiedziała roztrzęsionym głosem Madame Pomfrey.
Gdy parę minut potem zdyszana Hermiona wpadła do ambulatorium, zastała tam już Freda i George'a.
– Jesteś... wreszcie... Granger i wy dwaj... musicie zrobić eliksir... szybko... jja... nie... dam rady... – chrypiał Snape. – Musicie... Lupin... ty... tu zostań... i Granger... tylko wy dwoje... chcę wam coś powiedzieć... Tylko wam... reszta... potem...
– Dobrze, Severusie, ale najpierw to wypij – Madame Pomfrey sięgnęła po kubek z mieniącym się tęczowo płynem. – Remus, pomóż mi! – pielęgniarka odwróciła się do Lupina. Nie musiała tego mówić, Remus bez jej polecenia pomógł Mistrzowi Eliksirów unieść głowę z poduszki i delikatnie go podtrzymał, żeby mógł wypić lekarstwo.
Snape szybko połknął eliksir i odetchnął z głęboką ulgą.
– Dziękuję – powiedział normalnym głosem. – Teraz proszę, żeby na razie zostali tutaj tylko Lupin i Granger.
– Bardzo dobrze – dyrektor odwrócił się i stanowczo, choć delikatnie, popchnął bliźniaków w stronę drzwi. – Poczekamy w sali obok, Severusie.
Gdy drzwi za dyrektorem, pielęgniarką i Weasleyami się zamknęły Mistrz Eliksirów spojrzał na Hermionę.
– W szufladzie szafki nocnej leży moja różdżka. Daj mi ją, Granger – zażądał.
Dziewczyna z pośpiechem wyciągnęła z szafki czarną różdżkę i podała ją właścicielowi.
– Silencio – Snape zatoczył różdżką krąg. – Teraz możemy rozmawiać – oznajmił spokojnie. Uważnie popatrzył na dziewczynę i mężczyznę. – Nie wciągałbym was do tego, ale nie mam wyjścia. Ty, Granger, i Weasleyowie będziecie musieli zrobić eliksir. Bardzo trudny i złożony, ale jesteście w tej chwili jedynymi osobami, które są w stanie sobie z tym poradzić. I tego eliksiru potrzebne będą spore ilości. Ale zanim się do tego zabierzecie, będziesz musiała zdobyć najważniejszy składnik. Pójdziesz po to do Zakazanego Lasu. Ty, Lupin, pójdziesz z nią i będziesz ją asekurował. Niestety, muszę ci powierzyć tajemnicę, którą Granger już zna. – Snape podciągnął prawy rękaw piżamy. Nadgarstek Mistrza Eliksirów obejmowała piękna, błyszcząca srebrzyście bransoleta, niezwykle kunsztownie wykonana. – Weź to! – mężczyzna zsunął klejnot z ręki i podał Hermionie. – Wezwiesz je. Pokażesz im tę bransoletę i poprosisz w moim imieniu, żeby ci TO dały. One już cię znają i na pewno nie odmówią. A teraz... Lupin! Musisz przysiąc mi na różdżkę, że nigdy i nikomu nie opowiesz o tym, co zobaczysz, jak pójdziesz z Granger do Zakazanego Lasu. Rozumiesz?!
Lupin nie zawahał się ani sekundy. Wyjął swoją różdżkę i złożył przysięgę.
– Pójdziecie teraz do mojej kwatery i przyniesiecie kilka przedmiotów i trzy eliksiry. Aha, Lupin! Nie możesz dotknąć mojej bransolety, bo to czyste srebro! Pamiętaj! Niestety, będziesz musiał z niej skorzystać, dlatego Granger pójdzie z tobą. Ale to potem... Granger... Drzwi mojej kwatery są zabezpieczone kilkoma zaklęciami. Zdejmiesz je moją różdżką. Najpierw musisz drzwi przywołać, potem usuniesz iluzję kamiennej ściany.
Snape przysunął swoją różdżkę do ust i wyszeptał zaklęcie: Powtórz Echo. Podał magiczne drewno Hermionie.
– Moja różdżka powtórzy moim głosem wszystkie wypowiedziane przez ciebie zaklęcia. A teraz sięgnij jeszcze raz do szufladki w nocnej szafce. Znajdziesz tam kilka kartek papieru i ołówek. Weź to. Podyktuję ci te zaklęcia otwierające. Przeczytasz je, a potem dotkniesz drzwi moją różdżką. Dopiero, jak usłyszysz mój głos i drzwi się otworzą, będziecie mogli wejść, ale też nie od razu. Musicie odczekać trzy sekundy. Jasne?
– Oczywiście, panie profesorze... – wykrztusiła Hermiona.
Snape skinął głową.
– Dobrze, Granger. Podejdziesz do biurka w bawialni i wysuniesz całkowicie drugą od góry szufladę po prawej stronie. Za szufladą jest skrytka. Odsłoni się, gdy naciśniesz trzy razy małe, wypukłe kółko w prawym dolnym rogu ścianki, która ją zamyka. Sięgniesz do środka i wyjmiesz drewniane pudełko obite jedwabiem. Będziesz je musiała namacać, bo jest niewidzialne. Zaklęcia niewidzialności zdejmę, jak je tu przyniesiesz. Następnie wejdziesz do laboratorium. Na stole stoją różne naczynia i kilkanaście drewnianych skrzyneczek. Weźmiesz dwa srebrne pojemniki z zakręcanymi pokrywkami. Nie pomylisz się, bo takie są tam tylko dwa. W jednym w pudełek znajdziesz zielone, aksamitne woreczki. Pudełka są opisane, więc nie powinnaś mieć z tym kłopotów. Wsadzisz pojemniki do woreczków i włożysz je do dwóch pustych skrzyneczek. Bez problemu znajdziesz odpowiednie. Lupin... – Mistrz Eliksirów spojrzał z powagą na Remusa. – Tobie nie wolno tego dotykać! Te pojemniki są naprawdę srebrne, możesz wziąć do ręki skrzynkę, ale samego naczynia nie, bo się zatrujesz. Pamiętaj o tym!
– Zapewniam cię, że nie zapomnę – obiecał z powagą Lupin.
– Kolejna rzecz, to eliksiry. Granger, w moim laboratorium jest kilka szaf. Tu masz klucz – Snape zdjął z szyi mały, złoty kluczyk zawieszony na cienkim, również złotym łańcuszku. Otworzysz szafkę z wyrzeźbionym na drzwiczkach jednorożcem. Na trzeciej półce od góry, z lewej strony stoją dwa szklane pudełka. W jednym leżą dwie zapieczętowane fiolki, w drugim coś, co wygląda jak bryłka pomarańczowej soli. To też tu przyniesiesz. Będzie potrzebne. No i ostatnia sprawa. Lupin, w mojej sypialni, koło łóżka stoi kufer. Nie jest zamknięty, ale zabezpieczyłem go dwoma zaklęciami: Opadającego Wieka i Wrednych Nawracających Kurzajek. Potrafisz je zdjąć?
– Nie – westchnął Remus. – Nigdy o nich nawet nie słyszałem.
Snape przyglądał mu się przez chwilę z niedowierzaniem.
– Ciekawe... – mruknął. – W takim razie zapisz sobie formuły obu zaklęć...
Lupin szybko sięgnął po papier i ołówek, które Hermiona odłożyła na nocną szafkę. Zapisując to, co dyktował mu Severus, Remus miał wrażenie, że absurdalność sytuacji przerosła wszystko, w czym do tej pory uczestniczył.
– W kufrze leżą dwa kartonowe pudełka. Wyglądają na puste, ale tak nie jest. W każdym z nich są składniki do tych eliksirów, które będziecie musieli zrobić we trójkę dzisiaj do wieczora – spojrzenie Snape'a zdawało się wnikać wprost w umysł Hermiony. Pomyślała, że już wie, jak się czuje owad nabity na szpilkę. – Idźcie... Najpierw przynieście tutaj te wszystkie rzeczy z mojej kwatery. Jak stamtąd wyjdziecie, drzwi zamkną się za wami automatycznie. A potem pójdziecie do Zakazanego Lasu... Pokaż mi swoje notatki, Granger, chcę sprawdzić, czy wszystko zapisałaś dokładnie i niczego nie pomylisz.
Kwatera profesora Snape'a wydała się Hermionie porażająco jasna i zdumiewająco przytulna. Mimo pośpiechu, nim podeszła do biurka, pozwoliła sobie na kilkanaście szybkich spojrzeń dookoła.
Białe i jasnobrązowe meble, obicia foteli koloru morskiej wody, na kanapie złociste i błękitne poduszki... Dziwne. To tak bardzo nie pasowało do ponurego Nietoperza!
Profesor Lupin skierował się wprost do sypialni. Zanim wrócił do gabinetu niosąc dwa duże pudła, dziewczyna zdołała wyciągnąć wskazaną przez gospodarza kwatery szufladę i namacać niewidzialne pudełko. Obite miękką, jedwabną tkaniną – było bardzo przyjemne w dotyku. Hermiona odłożyła je ostrożnie na blat biurka i wsunęła z powrotem szufladę. W laboratorium szybko odnalazła wszystko, o czym mówił Mistrz Eliksirów. Po krótkim namyśle wzięła jeszcze małą skrzynkę, do której włożyła niewidzialne pudełko, dwa srebrne pojemniki opakowane tak, jak sobie zażyczył Snape oraz szklane pudełeczka z eliksirami i bryłką tajemniczej substancji. Profesor Lupin nie wszedł do laboratorium; czekał na nią w bawialni.
– Wolę nie ryzykować – wyjaśnił, rozglądając się z niemniejszym zdumieniem niż wcześniej Hermiona.
– Rozumiem – szepnęła dziewczyna. Ona także czuła się tu nieswojo.
Gdy oboje wrócili do ambulatorium, zastali tam już dyrektora, profesor McGonagall i bliźniaków. Madame Pomfrey z zaaferowaną miną pochylała się nad łóżkiem, na którym leżał Snape. Fred szybko podbiegł do Hermiony, odebrał od niej jej brzemię i postawił delikatnie na podłodze.
– Granger, podaj mi niewidzialne pudełko – Hermiona aż podskoczyła, gdy Snape się odezwał. Leżał na łóżku i nawet nie drgnął, gdy weszli, ale najwyraźniej ich usłyszał. – Pomóżcie mi usiąść – zażądał. Lupin spełnił tę prośbę, pomimo gwałtownych gestów sprzeciwu pielęgniarki. Dziewczyna położyła na kocu niewidzialny przedmiot. Szalenie ją intrygowała zawartość tajemniczego pudełka. Musiało to być coś ekstra ważnego, skoro Snape tak starannie to ukrył! Jedno machnięcie różdżką i zaklęcie niewidzialności odpłynęło w niebyt. Na osłoniętych kocem kolanach Snape'a leżało pudełko obite kremowym jedwabiem, haftowanym w smoki bawiące się wśród kwiatów.
– To, co jest w środku mogę pokazać tylko trzem osobom – oznajmił zimnym tonem Mistrz Eliksirów.
– Komu? – spytał cicho dyrektor.
– Panu, Granger i Lupinowi – oświadczył sucho Snape. Profesor McGonagall i bliźniacy popatrzyli na siebie, zawiedzeni. Madame Pomfrey skinęła głową i bez słowa opuściła ambulatorium.
– Dobrze, wyjdziemy stąd – profesor McGonagall nie umiała ukryć irytacji. Była wyraźnie zła na Mistrza Eliksirów, ale udało jej się jednak opanować. Choć drzwi zamknęła odrobinę zbyt głośno...
W środku skrzyneczki Hermiona zobaczyła coś, czego się absolutnie nie spodziewała. Gruby zeszyt, oprawiony w taki sam jedwab jak na pudełku, trzy telefony komórkowe i skórzany męski portfel. Nic więcej... Snape wziął do ręki zeszyt. Ku skrytemu rozczarowaniu dziewczyny, były w nim same puste kartki.
– Granger, podaj mi jedną fiolkę ze szklanego pudełka. Tę z eliksirem mieniącym się jak opal – Snape wyciągnął rękę. Hermiona błyskawicznie podała mu żądany przedmiot. Profesor kilkakrotnie obrócił fiolkę w palcach, uważnie oglądając ją pod światło. Z jego zadowolonej miny dziewczyna wywnioskowała, że eliksir jest dobry. Spojrzał na nią i oddał jej szklane naczyńko.
– Ukłujesz się w palec i wpuścisz do tego eliksiru jedną kroplę swojej krwi. Tylko jedną! Dobrze zamkniesz fiolkę i mocno potrząśniesz. Jak eliksir zmieni kolor na ciemnoczerwony, weźmiesz ten zeszyt i na środek każdej kartki kapniesz jedną kroplę. Powinno wystarczyć... Zrób to. Natychmiast! – stanowczy głos i pełen powagi wzrok mężczyzny upewniły Hermionę, że sprawa jest naprawdę bardzo poważna. – To ujawni ukryty tekst – wyjaśnił Snape, patrząc na Dumbledore'a.
Eliksiru wystarczyło. Wszystkie kartki były gęsto zapisane drobnym, wyraźnym pismem Mistrza Eliksirów. Zeszyt zawierał przepisy na eliksiry, które stworzył Snape. Hermiona przeglądała je z wypiekami na twarzy. Jej nauczyciel naprawdę był Mistrzem! Czuła dla niego niekłamany podziw.
– Strona dziesiąta, Granger – zimny głos Snape'a wyrwał ją z transu. – Eliksir niwelujący skutki alergii na światło. Skopiuj ten przepis w dwóch egzemplarzach dla obydwu Weasleyów. Bo to, co jest w zeszycie, możesz teraz oprócz mnie przeczytać tylko ty. Będziecie musieli zrobić tego eliksiru bardzo dużo. Potrzebują go nasi sojusznicy. Jeśli nie dostaną, zwrócą się do Riddle'a. Przynajmniej niektórzy z nich.
– Kim oni są? – pytanie zadane przez dyrektora na chwilę zawisło ciężko w powietrzu. – Severusie, chyba zbyt wiele ukrywasz! – w głosie Dumbledore'a zabrzmiała nuta gniewu.
– Opowiem panu o nich jeszcze dzisiaj. Obiecuję! Na razie tylko jedno... To nie są ludzie... – Snape spojrzał dyrektorowi prosto w oczy. – Sądzę, że kto jak kto, ale pan ich zaakceptuje – dodał wyzywająco. – Ale w tej chwili najważniejszy jest ten eliksir! Lupin, będziesz musiał dostarczyć gotowy wywar odbiorcom, ale wcześniej przekażesz jedno z tych dwóch pudeł i połowę tego, co przyniesiecie z Zakazanego Lasu komuś, o kim już słyszałeś. Jörge. Tylko najpierw musisz się z nim porozumieć. – Snape zawahał się na moment. – Czy potrafisz używać telefonu komórkowego? – zapytał niepewnym głosem. – Jeśli nie, zrobi to Granger...
– Potrafię – przerwał szybko Lupin. – Podaj numer.
– Zaraz. To jeszcze nie wszystko. Poza naszą społecznością czarodziejów żyje sporo osób władających magią, ale niezarejestrowanych i ukrywających się przed Ministerstwem Magii. Wiecie o tym, prawda? – Mistrz Eliksirów zmierzył obu mężczyzn uważnym spojrzeniem.
– Tak, Severusie, wiemy – odpowiedział dyrektor, uśmiechając się lekko.
– Są świetnie zorganizowani i korzystają z mugolskiej techniki – Snape dziwnie się uśmiechnął. – Oczywiście z magii też... Otóż oni mają sieć teleportacyjną obejmującą cały świat. Lupin, dostarczysz Jörge najpierw składniki do eliksiru, a potem to, co uwarzą Granger i Weasleyowie, korzystając właśnie z tej ich sieci.
Mistrz Eliksirów popatrzył na Lupina, wyraźnie sprawdzając, jakie wrażenie zrobiły na nim te informacje. Remus przyglądał mu się ze skupioną uwagą, chłonąc każde słowo. Snape skinął głową, usatysfakcjonowany. Sięgnął po portfel i wyjął z niego kilkanaście prostokątów wielkości kart do gry, wykonanych z jakiegoś dziwnego materiału. Te karty były bardzo kolorowe, mieniły się barwami, aż oczy bolały. Kilka wyglądało tak, jakby je pokryto jednolitą warstewką złota. Hermiona od jednego rzutu oka rozpoznała bankowe karty kredytowe i telefoniczne. Snape podał Lupinowi jeden złocisty prostokąt.
– To jest bilet wieloteleportacyjny na okaziciela. Jeszcze nie używany. Najbliższa stacja sieci teleportacyjnej umiejscowiona jest w lesie, niedaleko Hogsmeade. To wielki granitowy głaz w kształcie smoczej głowy. No... Mnie przypomina smoczą głowę...
– Wiem – Lupin wyraźnie drgnął. – Niedaleko drogi do Osiedla Hipogryfa, na leśnej polanie. Tam jest mała sadzawka. Zbierałem w niej kiedyś nenufary i pałki wodne... – mężczyzna uśmiechnął się do swoich wspomnień.
– Będziesz miał okazję odświeżyć w pamięci miłe chwile – zadrwił Snape. – Pójdziecie tam oboje, ty i Granger. Żeby uruchomić stację, będziesz musiał użyć mojej bransolety. To jest klucz, który aktywuje cały proces. Jeśli się zarejestrujesz i opłacisz abonament, dostaniesz własny. Ale teraz musisz użyć mojego, bo na rejestrację w tej chwili brakuje czasu. Dlatego ona, – spojrzał na dziewczynę – pójdzie z tobą. Ty nie możesz dotknąć bransolety.
– Tak, to już mówiłeś – przypomniał Lupin.
– Zgadza się... Uważajcie teraz – Hermiona natychmiast wyprostowała się i przybrała skupiony wyraz twarzy. – W Smoczej Głowie jest bardzo wiele szczelin, ale jedna z nich jest wyjątkowa. Pod wypukłością, którą można porównać do smoczego oka, tego z lewej strony kamiennego pyska, na wysokości mniej więcej trzech stóp zobaczycie pionowe, idealnie równe pęknięcie, w które trzeba wsunąć ten bilet krótszym bokiem. Wejdzie w szczelinę mniej więcej do jednej trzeciej długości, do ciemnego paska, widzisz go? – skierował pytanie do Lupina. Remus bardzo dokładnie obejrzał błyszczący prostokąt. Rzeczywiście, można było dostrzec ciemniejszy poprzeczny pasek z jednej strony.
– Tak – potwierdził. – Widzę.
– Koło szczeliny pojawi się biała owalna plamka. Ty, Granger, dotkniesz jej bransoletą, tak, żeby runa ognia znalazła się w całości wewnątrz plamy. Umieścisz runę w pozycji odwrotnej, a potem powoli przekręcisz bransoletę w lewo, dokładnie o pół obrotu. Wszystko jasne?
– Oczywiście! – Hermiona skinęła energicznie głową.
– Zabierzesz bransoletę dopiero wtedy, gdy nad szczeliną wyświetli się klawiatura, podobna do tej, jakich się używa w maszynach do pisania, ale trochę inna...
– Komputerowa?! – przerwała z podnieceniem dziewczyna. Snape rzucił jej spojrzenie wściekłego hipogryfa, aż się skuliła.
– Tak, właśnie, panno Granger. Komputerowa – wysyczał z satysfakcją Mistrz Eliksirów. – Żeby się przemieścić, trzeba wystukać na tej klawiaturze kod stacji docelowej. Lupin, musisz to zrobić różdżką i nie możesz się pomylić, bo wylądujesz demony wiedzą gdzie. Będzie to ciąg osiemnastu liter i cyfr, który poda ci Jörge. Dlatego wcześniej do niego zadzwonisz. Weźmiesz mój telefon komórkowy... Na pewno umiesz się tym posługiwać? – spytał, podejrzliwie przyglądając się Remusowi.
– Na pewno! – oznajmił stanowczo Lupin. Snape bez dalszych wyjaśnień wręczył mu telefon w ładnej, ciemnobłękitnej oprawie, nakrapianej złotymi cętkami.
– Zapisz więc teraz numer komórki Jörge...
Lupin szybko sięgnął po papier i ołówek.
– Ten telefon, który ci dałem zadziała przy głazie, baterie są sprawne – zapewnił Mistrz Eliksirów. – Jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Kod należy wstukiwać w następujący sposób: pomijasz pięć pierwszych znaków. Zaczynasz od szóstego znaku, to będzie jakaś cyfra. Wstukasz osiem znaków po kolei, a potem do końca same cyfry. Następnie pięć pierwszych znaków i potem to, co pominąłeś, ale od końca. Zapisz to sobie i nie pomyl się, na brodę Merlina! Jak skończysz, wyświetli ci się nad klawiaturą małe, prostokątne okienko, a w nim cały ciąg znaków. Możesz sprawdzić, czy się nie pomyliłeś, jeśli tak, to możesz to skasować, na klawiaturze jest odpowiedni przycisk – i spróbować jeszcze raz. Możesz próbować niestety tylko trzy razy. Jakby ci się nie udało, to szczelina wypluje bilet i zamknie się na sześć godzin. Kiedy się upewnisz, że wszystko jest już w porządku, ściśnij mocno bilet dwoma palcami – kciukiem i palcem wskazującym. Po trzech sekundach punkt się uaktywni i zostaniesz przerzucony na miejsce, do którego się wybierasz. Jeśli linia jest zajęta, to zobaczysz w okienku informację: „proszę czekać" albo, że „stacja docelowa nie przyjmuje". To się czasem zdarza, ale raczej rzadko. Macie jakieś pytania?
Sądząc z tonu, jakim Mistrz Eliksirów to powiedział, żadnych pytań się nie spodziewał. Jednak pomylił się w swoich przewidywaniach, bowiem profesor Dumbledore nie zamierzał pozostawić sprawy niedokończonej.
– Owszem, Severusie, ja mam. Rozumiem, że panna Granger pozostanie w Hogsmeade, dopóki Remus nie wróci? – upewnił się niewinnym tonem.
– Najlepiej będzie, jeśli poczeka na Lupina w „Trzech Miotłach" – Snape chyba się nad tym wcześniej nie zastanowił, ale jego odpowiedź na wątpliwości dyrektora była logiczna.
Hermiona niepewnie obróciła bransoletę Snape'a na nadgarstku, rejestrując w pamięci szczegóły ozdób. Wypukłe wzory przedstawiały dwa smoki: chińskiego ogniomiota i węgierskiego rogogona, oraz jednorożca i trzy runy: Ogień, Lód i Podróżnik.
– Może ja bym też tam poszedł – zaproponował dyrektor spokojnie.
Wszyscy spojrzeli na niego z niedowierzaniem i zdumieniem.
– Ja także chciałbym zobaczyć, jak działa ta niezwykła sieć – w oczach Dumbledore'a zamigotały figlarne ogniki.
– To bardzo wygodny sposób podróżowania – zapewnił Snape spokojnie.
– Nie wątpię, Severusie... – uśmiechnął się Dumbledore.
– Ja mam pytanie... Co mogę powiedzieć Jörge? – Lupin niepewnie popatrzył na Mistrza Eliksirów.
– Wszystko. Przedstawisz mu się, i odpowiesz na każde pytanie, jakie ci zada. Tylko nie kłam i nie kręć. Przez telefon oczywiście nie będzie przejawiał zbytniej ciekawości, ale jak się spotkacie twarzą w twarz, to możesz się spodziewać wręcz przesłuchania. Powiesz mu prawdę, tylko prawdę i całą prawdę, o cokolwiek zapyta! Rozumiesz?! – przeszywające spojrzenie Snape'a mogłoby chyba przebić na wylot kamienne mury Hogwartu.
– Tak bardzo mu ufasz, Severusie? – profesor Dumbledore pochylił się lekko i spojrzał prosto w oczy Mistrzowi Eliksirów. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Hermiona i Lupin wstrzymali oddech. Napięcie było wręcz namacalne.
– Bardziej, niż sobie samemu – odpowiedział wreszcie Snape z naciskiem.
Dyrektor wyprostował się.
– Dobrze, ja też ci ufam – zapewnił.
– Dziękuję – szepnął Mistrz Eliksirów. Położył się i zamknął oczy. Cienie na jego twarzy wyraźnie się pogłębiły.
