***

11 lipca 1996 rok, czwartek, godzina siódma rano, Londyn – garaż w podziemiach domu (adres – ?).

Remus Lupin z trudem utrzymał się na nogach. Sama teleportacja była szybka i niekłopotliwa, ale lądowanie na twardym podłożu okazało się szalenie nieprzyjemne. Nie mówiąc już o tym, że w pierwszej chwili ogarnęła go irracjonalna panika, bo w miejscu gdzie wylądował panowała absolutna ciemność. Trwało to kilka sekund, podczas których Lupin czuł się jak ślepiec. Potem gdzieś za nim zapaliły się światła i tuż przed sobą ujrzał sylwetkę wysokiego jasnowłosego mężczyzny.

„Jörge" – pomyślał.

– Tak, to ja.

Głęboki, niski, aksamitny głos. Dziwnie znajomy. Ten sam, który słyszał przez telefon, ale w naturze o wiele przyjemniejszy.

– Czyta pan w myślach? – spytał cicho Lupin.

– Tym razem wyjątkowo sobie na to pozwoliłem – odpowiedź padła natychmiast. – Pan też nie ma skrupułów, gdy uważa pan takie postępowanie za absolutnie konieczne.

– Skąd pan to wie? Od Severusa, prawda?

– Tak.

To było wszystko. Jasnowłosy skinął dłonią.

– Idziemy. Tam – wskazał kierunek. Nie musieli iść daleko. Znajdowali się w niezbyt dużym, podziemnym garażu, w którym było miejsce na jakieś dwadzieścia samochodów. Po przejściu kilkunastu kroków weszli do luksusowo urządzonej windy. Podczas krótkiej jazdy do góry żaden z nich nie odezwał się ani słowem. Drzwi do mieszkania wampira były pomalowane na jasnobłękitny kolor. Na mosiężnej tabliczce nie było nic poza oksydowaną ósemką, chyba numerem lokalu. Wytwornie urządzony hol i eleganckie jasne meble świadczyły o dobrym guście właściciela, jak również o jego sporych zasobach finansowych. Salon, do którego gospodarz wprowadził Lupina był tak jednoznacznie skandynawski, że Remus omal się nie roześmiał. Ale najbardziej zaskakujące było to, że całe wnętrze tonęło w promieniach słońca. Jörge wskazał gościowi wygodny fotel.

– Czego się pan napije? – spytał swobodnym tonem towarzyskiej konwersacji.

– Jeśli można, to poproszę o kawę. Mocną. Nie spałem całą noc... – westchnął Lupin. – Ale najpierw dam panu te składniki do eliksiru – podał wampirowi torbę z troskliwie owiniętymi pudłami zawierającymi cenne substancje.

– Proszę podziękować Severusowi – mężczyzna wziął torbę i spojrzał Remusowi prosto w oczy. – Za to, że choć ranny i chory, to o tym pomyślał. Moi bracia i siostry bardzo tego potrzebują... – powiedział szeptem. – Zaraz zrobię kawę – dodał normalnym głosem i wyszedł z pokoju.

Lupin został sam. Szybko rozejrzał się po pomieszczeniu. Wygodne, proste fotele i kanapa zarzucona barwnymi poduchami, jasny stół z kilkoma krzesłami i stolik do kawy. Regały uginające się od książek. Trochę szklanych naczyń wypełnionych świeżymi kwiatami, wspaniale wypielęgnowane rośliny. Telewizor z olbrzymim ekranem, wysokiej klasy sprzęt muzyczny. Na stole kilka otwartych książek i włączony komputer. Damska bluzeczka porzucona na jednym z foteli i unoszący się w powietrzu, ledwo uchwytny zapach perfum (doskonale mu znane Chanel 5) jednoznacznie informowały, że Jörge nie mieszka sam. Na małym stoliczku pod oknem Remus dojrzał broszkę z bursztynem i mieniącą się czerwienią spinkę do włosów.

Na ścianie na wprost fotela, na którym siedział Lupin, wisiały fotografie najsłynniejszych budowli świata. Opera w Sydney, wieża Eiffla, Tadż Mahal, Sagrada Familia, arena w Relaigh – odczytywał podpisy pod zdjęciami. Na kanapie leżała grzbietem do góry otwarta książka. Gospodarz nie wracał, więc Lupin, rozgrzeszając się w myślach, sięgnął po nią. Zapamiętał stronę, na której była otwarta. „Dlaczego budynki stoją" przeczytał tytuł. Hmm... Przyjrzał się książkom stojącym na regale. „Encyklopedia budownictwa", „Niesamowite przekroje", „Konstrukcje stalowe – wytyczne do projektowania", „Poradnik majstra budowlanego", fachowe czasopisma architektoniczno – budowlane ułożone w zgrabny stosik... Brr. Większość tytułów nie odbiegała tematycznie od tego, co przeczytał. „Stale budowlane"... Lupin odwrócił wzrok. Na sąsiednim regale tytuły sugerowały muzyczne i informatyczne zainteresowania gospodarza albo gospodyni – nuty, biografie muzyków, encyklopedia operowa, podręcznik nauki gry na gitarze, „Programowanie..." – Lupin nie doczytał, programowanie czego. „Analiza statystyczna", „AUTOCAD..." Jakieś czasopisma z wizerunkami komputerów i dyskietek na okładkach. Dziwne. W tym domu przecież żyła kobieta, a nie widać było żadnych magazynów mody, ani typowo babskich czasopism, takich jak w świecie magicznych „Czarownica"!

Przez uchylone drzwi wślizgnął się wielki rudy kot z czarnymi pręgami na grzbiecie. Podszedł do Lupina i zaczął się łasić, ocierając o jego nogi, a potem wskoczył mu na kolana. Za kotem wkroczył ogromny, czarno – biały pies. Poufale trącił nosem dłoń Remusa, po czym uwalił się, bo inaczej tego nie można było nazwać – na podłodze, kładąc łeb na jego stopach.

– Widzę, że Baltazar i Karel już pana zaakceptowały – zabrzmiał w drzwiach głos gospodarza. – To dobrze. Obaj potrafią wyczuć osoby godne zaufania.

– To zaskakujące – Lupin popatrzył uważnie na jasnowłosego. – Zwierzęta raczej się mnie boją i unikają.

– Moje zwierzątka nie z tych strachliwych, a że do wampirów są przyzwyczajone, więc i wilkołaka się nie przestraszyły – Jörge spokojnie skwitował wątpliwości Remusa. – Niech pan podrapie Baltazara za uchem, on to lubi. Proszę, tu jest kawa. I ciasto. A ja mam do pana sporo pytań...

Lupin skinął głową. No, tak, Severus go przecież uprzedził.

Wampir zasypał go istotnie gradem pytań. Przede wszystkim interesowało go, jakimi klątwami „to zgadziałe gówno" – czyli Riddle, zaatakował Severusa i jak Dumbledore odparł ten atak. Jörge nie przebierał w słowach i mówił o Voldemorcie z nieprawdopodobną wręcz pogardą, co przyprawiło Remusa o lekki szok. Natomiast nie zadał ani jednego pytania o działania Zakonu Feniksa. To trochę zdziwiło Lupina, ale nie komentował niczego. Zgodnie z obietnicą, jaką dał Severusowi, odpowiadał na wszystko i to najdokładniej jak mógł. Wreszcie inwencja gospodarza chyba zaczęła się wyczerpywać, bo przerwał indagację i podszedł do okna. Wystawił twarz do słońca i z wyraźną przyjemnością pławił się w jego promieniach. Założył ręce za głowę i splótł palce. Końce rękawów odsłoniły przeguby mężczyzny i Lupin zobaczył teraz bardzo wyraźnie, że Jörge nosi na prawym nadgarstku identyczną bransoletę, jak Severus. A na lewym ręku bardzo elegancki i skomplikowany złoty zegarek.

Bransoleta. Srebrna. Wampir...?! Pławi się w promieniach słońca? Wampir?!!!

– Czy teraz ja mogę zadać jedno pytanie? – Lupin zdecydował się na szczerość i postanowił poprosić o wyjaśnienie swoich wątpliwości. Gospodarz odwrócił się od okna i popatrzył uważnie na swego gościa. Oczy zwęziły mu się w wąskie szparki. Zastanawiał się przez chwilę, wreszcie skinął głową i usiadł na poprzednim miejscu – na fotelu naprzeciwko Remusa.

– Nosi pan bransoletę z czystego srebra i nie boi się pan światła. Jak to się ma do typowych cech wampirów? – w ostatnim momencie Lupin ugryzł się w język i nie zadał pytania, które nasunęło mu się jako pierwsze, czyli: „Kim pan jest?"

– Mógłbym pana zbyć jakąś bajeczką, albo odmówić odpowiedzi... – Jörge skrzywił się drwiąco. Uśmiechnął się, ukazując dwa ostre, typowo wampirze kły. – Ale tego nie zrobię. Po prostu najwyraźniej pańska wiedza o wampirach jest zbyt mała. To, czego nauczają w szkołach magii to prawda, ale niecała. Przeważnie z prawdą mieszają się mity i zmyślenia. No, cóż... Są różne rodzaje wampirów. Nieumarłe wampiry, te, o których pan na pewno słyszał w szkole, to produkt czarnej magii. Ale oprócz nieumarłych istnieją też żywe wampiry, które z czarną magią nie mają i nigdy nie miały nic wspólnego. No i srebro im przeważnie nie szkodzi... – zachichotał gardłowo.

– Czytałem o żywych wampirach – szepnął Lupin. – Tylko, że autor książki, w której znalazłem tę informację twierdził, że to mit i żywe wampiry naprawdę nie istnieją.

– Zapewniam pana, że istnieją. Po prostu jest ich bardzo niewiele. I potrzebują pomocy. Poprą każdego, kto jej im udzieli. Czy to jasne?

– Tak – Remus skinął głową. „Poprą każdego, kto im udzieli pomocy..." Chodzi oczywiście o ten eliksir, który Hermiona i bliźniacy mają przyrządzić. Niedopowiedzenie było jasne. Gotowi są zwrócić się do Voldemorta. Severus również wyraźnie to sugerował... Tylko dlaczego Jörge mówi „IM"? „ICH"? Tak, jakby nie czuł z nimi więzi... Ale przecież wcześniej powiedział: „Moi bracia i siostry bardzo tego potrzebują." Dlaczego? Nie, o to nie będzie go pytać.

– A jeśli chodzi o mnie, to urodziłem się jak każda żywa istota, mam ojca i miałem matkę. Zapewniam pana, że jestem żywy. I umrę, gdy przyjdzie mój czas, jak się to mówi – oznajmił nagle gospodarz, krzywiąc się sarkastycznie.

Lupin popatrzył mu w oczy.

– O co chodzi z tym eliksirem? – zaryzykował kolejne pytanie. – Z tego, co mówił Severus zrozumiałem, że on leczy alergię na światło. Pan nie ma takich kłopotów, ale inni mają? Prawda?

Jörge nie uciekł spojrzeniem.

– Severus to panu wytłumaczy. Zrobi to lepiej niż ja. Nie chcę pana zbywać, naprawdę. Ja się po prostu nie znam – ani na medycynie, ani na eliksirach. Jestem muzykiem i elektronikiem. I mam to szczęście, że jestem zupełnie zdrowy. A ta choroba jest straszna. Niech mi pan wierzy!

– Wierzę – Lupin ostrożnie zdjął kota z kolan i podniósł się z fotela. – Muszę już wracać do Hogsmeade. Chyba, że chciałby pan jeszcze o coś spytać.

– Nie. Wiem już, co chciałem wiedzieć. Odeślę pana, a o dziewiątej wieczorem oczekuję na gotowy eliksir. Tylko proszę zadzwonić przed teleportacją.

– Oczywiście – zapewnił Lupin.

– Jeszcze jedno, byłbym zapomniał – Jörge uśmiechnął się przepraszająco. – Proszę przekazać profesorowi Dumbledore'owi, że smok, którym posłużył się Knot, miał wszczepione trzy zaklęcia niekontrolowanej paniki. Ten półgłówek dostał jajo rogogona od francuskiego wiceministra magii. Który zresztą też już nie żyje. To wszystko, czego się na razie dowiedziałem, może wieczorem będę wiedział coś więcej na ten temat.

Lądowanie na trawie przy Smoczej Głowie było znacznie przyjemniejsze niż w tajemniczym garażu. Lupin poczuł ulgę, ale trwało to krótko. Gdy dobrnął do Trzech Mioteł, czuł już tylko obezwładniające zmęczenie. A nie miał zbytniej nadziei na odpoczynek. Czekała go rozmowa z Dumbledore'em i zaraz potem obaj musieli udać się do Londynu, do Ministerstwa na kolejne nadzwyczajne zebranie Wizengamotu. Miał w nim uczestniczyć jako świadek i aktywny uczestnik wczorajszych wydarzeń. W planie był także wybór nowego Ministra Magii. No i wszyscy pracownicy Ministerstwa mieli zostać przesłuchani pod Veritaserum. Kto się nie zgłosi... Wiadomo, co to będzie oznaczało.

Hermiona wyglądała na strasznie zdenerwowaną. Dumbledore nic nie mówił, spokojnie sącząc kremowe piwo. Jednak Lupin był pewien, że i on się niepokoił.

– Powóz czeka – powiedział dyrektor. – Wracamy do zamku.

Podczas krótkiej jazdy powrotnej wszyscy troje milczeli. Lupin myślał o swojej porannej wyprawie z Hermioną do Zakazanego Lasu. Wszystkie jego domysły na temat tajemnicy Severusa legły w gruzach, gdy zobaczył istoty, które przybyły na wezwanie dziewczyny. Zastanawiał się, dlaczego Mistrz Eliksirów tak starannie to ukrywał. Ale może... ONE tego chciały? Teraz już nie mógł myśleć o NICH, jak o zwierzętach...

***

11 lipca 1996 rok, czwartek, godzina ósma rano, Hogwart – pracownia eliksirów.

George Weasley starannie odmierzał sproszkowany róg jednorożca. To zajęcie pochłaniało całą jego uwagę. Obok Fred z wypiekami na twarzy studiował przepis na eliksir. Przy sąsiednim stole Hermiona ustawiła trzy kociołki i przy każdym układała przygotowane do użycia ingrediencje.

– Musimy się postarać – powiedział Fred z niezwykłą jak na niego powagą, malującą się na piegowatej twarzy.

– Jak coś spieprzymy, to stary Nietoperz obedrze nas ze skóry – dopowiedział George z taką samą powagą. Tak to do nich obu nie pasowało, że Hermiona omal nie parsknęła śmiechem. Ale ochota do śmiechu przeszła jej natychmiast, gdy pomyślała, jak bardzo Snape im trojgu zaufał.

– On w nas wierzy... I nie nazywajcie go nietoperzem! – wykrzyknęła z nagłą złością.

– Dobra, dobra, mała – Fred uspokajająco poklepał ją po ramieniu. – Zrobimy wszystko tak, jak nasz mistrzunio sobie życzy. Będzie z nas zadowolony.

– No to bierzmy się do roboty! Musimy zdążyć przed siódmą wieczór – ponagliła Hermiona.

***

11 lipca 1996 rok, czwartek, godzina ósma rano, Hogwart – gabinet dyrektora.

Dwaj mężczyźni siedzący w fotelach i popijający kawę wyglądali na straszliwie zmęczonych. Remus Lupin był blady jak kreda, a dyrektorowi pogłębiły się zmarszczki.

– Wszystko się strasznie skomplikowało, Remusie – Dumbledore w zamyśleniu pogładził brodę. – Wolałbym teraz nie opuszczać Hogwartu. Severus leży nieprzytomny, Harry też... Powiem ci szczerze, że się o nich obu naprawdę boję. I jeszcze te wszystkie tajemnice i niedopowiedzenia ze strony Severusa. Na Merlina, co on ukrywa? Twoja relacja z rozmowy z Jörge niewiele wyjaśnia.

– On bardzo dobrze zna Severusa – powiedział cicho Lupin. – I mówił o nim z wyjątkową... jakby to określić... Atencją? Podziwem? Szacunkiem?

– Severus obiecał opowiedzieć nam o tych istotach. To są nasi sojusznicy, musimy o tym pamiętać! – powiedział z naciskiem dyrektor.

– Chyba jednak dość niepewni sojusznicy – mruknął Remus powątpiewająco.

– Dlatego powinniśmy być bardzo ostrożni – oznajmił stanowczo Dumbledore. – I nie wolno nam ich do siebie zrazić! Postaraj się wieczorem pociągnąć tego wampira za język, jak dostarczysz mu gotowy eliksir!

– Zrobię, co w mojej mocy – obiecał Lupin.

– No, dobrze. Powiedz mi teraz, co myślisz o moim kandydacie na Ministra? – Dumbledore zmienił temat.

– Nie jestem pewien, czy Amos Diggory podoła obowiązkom. Jest porywczy, a po tragedii, jaką była śmierć Cedrika stał się... mam wrażenie, jakby trochę niezrównoważony – Lupin pokręcił głową z dezaprobatą.

– A kogo ty byś widział na tym stanowisku? – spytał Dumbledore mrużąc oczy i robiąc nieodgadnioną minę.

– Najchętniej Billa Weasleya – Remus mówiąc to miał bardzo poważny wyraz twarzy, ale dyrektor nie dał się zwieść i zaczął chichotać. Po chwili obaj wybuchnęli śmiechem.

– Niezły pomysł – westchnął Dumbledore, ocierając łzy. – Szkoda tylko, że całkowicie nierealny.

– Chyba jednak trzeba będzie poprzeć kandydaturę Diggory'ego – powiedział Lupin w zamyśleniu.

– Zobaczymy – dyrektor podniósł się z fotela. – Prześpij się godzinę i polecimy. Minerwa tu zostanie, w razie czego nas zawiadomi. Gdyby coś się działo...

– Na kiedy umówił się pan z komisarzem Sheenem? – spytał Remus wstając. – Wspomniał mi pan o tym, ale nie powiedział pan, kiedy to ma być, a skoro mam uczestniczyć w rozmowie...

– Jutro, o ósmej rano, Remusie. Zostań w Hogwarcie na tę noc, przecież na Grimmauld Place i tak nie ma czego pilnować – zaproponował dyrektor.

– Aha! Nie powiedział mi pan, co się stało ze Stforkiem – przypomniał sobie Lupin. – Pytałem o to już wcześniej...

– Nie odpowiedziałem ci wtedy, bo nie miałem pewności – westchnął ciężko profesor. Zgarbił się lekko, wyraźnie zasmucony. – Stforek nie żyje. Skrzaty mają własny sąd. Zgredek powiedział mi, że Stforek został oskarżony o współudział w morderstwie swego pana i skazany na wygnanie. Popełnił samobójstwo. Skrzaty z Hogwartu pogrzebały jego ciało w Zakazanym Lesie.

– Rozumiem... – Lupin poczuł dziwny smutek. Skrzat ciężko zawinił, ale jego życie było wyjątkowo żałosne i spotkał go okrutny koniec. Mimo wszystko Remusowi zrobiło się żal Stforka.

– Nie mówmy już o tym – powiedział cicho Dumbledore. – Dzisiaj czeka nas ciężki dzień.

***

11 lipca 1996 rok, czwartek, godzina dwudziesta druga (dziesiąta wieczór), Hogwart – gabinet dyrektora.

Severus Snape stał przy oknie i wpatrywał się w ciemniejące niebo. Jedynym śladem, jaki pozostał mu po nocnym ataku klątw Voldemorta, była przeraźliwa bladość twarzy. Profesor Dumbledore siedział w fotelu. Przyglądał się Mistrzowi Eliksirów, lekko marszcząc brwi. Przed chwilą wysłuchał propozycji przedstawionej mu przez Snape'a i nie zamierzał ukrywać, że niezbyt mu się spodobała.

– Nie jestem pewien, Severusie, czy to dobry pomysł – powiedział dyrektor z powątpiewaniem w głosie. Snape odwrócił się od okna.

– Nie, panie dyrektorze. To jest zdecydowanie niedobry pomysł – odparł gładko. – Niestety, ja nie potrafię wykoncypować niczego lepszego. Ani bezpieczniejszego. A żeby oszukać tego gadzinę trzeba magicznego kunsztu, którym ja nie dysponuję. Ale pan tak!

– Istotnie, mogę zrealizować wybryki twojej wyobraźni – Dumbledore uśmiechnął się pod nosem. – Rozumiem, że najważniejsze jest, by Tom uwierzył, że i Harry i ty przebywacie tu, w Hogwarcie. A wy tymczasem będziecie zupełnie gdzie indziej. Może to jednak nie jest takie głupie...

– Głupie jest całkowicie i uważam, że właśnie dlatego ma szanse powodzenia! Ten bydlak jest na tyle zarozumiały, że nie pomyśli o tak prymitywnym oszustwie! – zawołał Snape.

– Ciekawe... Wcześniej mówiłeś o nim: „Czarny Pan" i wymawiałeś te słowa ze strachem i szacunkiem. Co się zmieniło? Dlaczego teraz używasz takich... pejoratywnych i pogardliwych określeń? – dyrektor z zastanowieniem wpatrywał się w młodego mężczyznę.

– Zawsze tak o nim myślałem, ale udawałem że go szanuję. Teraz już nie jestem szpiegiem i udawać szacunku nie muszę! – warknął gniewnie Mistrz Eliksirów. – A co do strachu... Tak, boję się go i nienawidzę! – prawie wypluł z siebie te słowa.

– Rozumiem... – mruknął Dumbledore bardziej do siebie niż do swego rozmówcy.

– Potter nie może znać naszych planów ochrony. Ani Lupin, nie wspominając już o Granger i Weasleyach! – oznajmił stanowczo Snape.

– To oczywiste, Severusie. O szczegółach będziemy wiedzieć tylko my dwaj – Dumbledore znów się lekko uśmiechnął. – A co do reszty... Remus zaraz powinien wrócić. Rozumiem, że postanowiłeś poczekać na niego, żeby nie powtarzać wszystkiego dwa razy. Jestem bardzo ciekaw twoich rewelacji o naszych niezwykłych sojusznikach – dodał z błyskiem w oku.

W tym momencie musieli przerwać rozmowę, bo do gabinetu weszli Remus Lupin i Minerwa McGonagall. Lupin piastował pod pachą potężny zwój pergaminu.

– Severusie, masz pozdrowienia, życzenia powrotu do zdrowia i wszystkiego co najlepsze od Skrzydlatych. Pytają, co mogą dla ciebie zrobić i w ogóle, mówili o tobie, jakbyś był bóstwem najcudowniejszym – oznajmił Lupin podając Mistrzowi Eliksirów zwój, który ten wziął odruchowo. – To od Jörge.

– Dziękuję – mruknął Snape. Zerwał pieczęć i odwinął kawałek pergaminu zerkając na początek. – Hmm... Chyba jest wszystko... – wymamrotał do siebie pod nosem. Szybko zwinął pergamin z powrotem i odłożył na biurko. Odwrócił się do profesor McGonagall. – Czy mogłaby pani poprosić tu jeszcze pannę Granger i bliźniaków Weasleyów?

– Oczywiście Severusie. Skoro uważasz, że są niezbędni... – profesorka transmutacji podeszła do kominka. – Albusie, może w drodze wyjątku zgodziłbyś się, żeby przyszli tu przez kominek? Przecież sprawdziłeś naszą wewnętrzną sieć, nie ma już chyba żadnych pułapek założonych przez Umbridge? – spojrzała niepewnie na dyrektora.

– Nie, wszystkie jej pułapki usunąłem i na wszelki wypadek odciąłem nasze kominki od możliwości penetracji z zewnątrz – odpowiedział żywo Dumbledore. – Mogą tu przyjść tą drogą, niech będzie...

Hermiona otrzepała się z popiołu i rozejrzała po gabinecie. Snape stał przy oknie. Dyrektor i profesor McGonagall siedzieli w fotelach, a Lupin i bardzo przejęci bliźniacy na czerwonej, pluszowej kanapie, której wcześniej w gabinecie na pewno nie było. Dwa wolne fotele ustawione przy małym stoliczku, zapraszały, by w nich usiąść. Profesor Dumbledore wskazał dziewczynie bez słowa, że ma zająć jeden z nich.

– Severusie, słuchamy – spojrzał ponaglająco na Mistrza Eliksirów. Dyrektor był wyraźnie zniecierpliwiony i zaciekawiony jednocześnie. Snape skinął głową, szybko podszedł do ostatniego pustego fotela i usiadł.

– To, co za chwilę usłyszycie musi pozostać tajemnicą dla Pottera. Ciągle istnieje niebezpieczeństwo, że ten zgadziały psychopata może się dobrać do myśli chłopaka. A zarówno o problemach Skrzydlatych jak i o drugiej sprawie, którą musimy przedyskutować, Riddle w żadnym wypadku nie ma prawa się dowiedzieć! – powiedział z naciskiem Mistrz Eliksirów.

– Rozumiem, Severusie – Dumbledore popatrzył mu w oczy. – Jestem pewien, że wszyscy to rozumiemy – dodał, rozglądając się dookoła. Obecni pokiwali twierdząco głowami, zaciekawieni nie mniej niż dyrektor.

– Hmm... Zacznę od sprawy Skrzydlatych. Te istoty to niezwykle stary i wymierający gatunek istot humanoidalnych. Są bardzo blisko spokrewnieni z ludźmi, o czym świadczy fakt, że mogą się z nimi łączyć w pary i mieć normalne potomstwo. Jeśli matka pochodzi ze Skrzydlatych, a ojciec jest człowiekiem, to dzieci mają cechy matki, w przeciwnym przypadku, dzieci są ludźmi. Uważani są za niebezpieczne wampiry i dlatego byli prześladowani zarówno przez mugoli, jak i przez czarodziejów. Dlatego ukrywają się pomiędzy mugolami, a czarodziejom wmówili, że ich istnienie jest mitem – Snape przerwał na chwilę i upił łyk herbaty. Hermiona, która dotychczas wpatrywała się jak zahipnotyzowana w Mistrza Eliksirów, oderwała wzrok od jego twarzy i spojrzała na stolik. Dopiero teraz zauważyła, że na stoliczku ustawiono kilka filiżanek i talerze z kanapkami i ciastkami. Sięgnęła machinalnie po filiżankę i też się napiła, nie zwracając uwagi na smak naparu.

– W rzeczywistości nie są groźni dla ludzi. Nikogo nie gryzą, ani nie wysysają krwi. To prawda, że ich organizmy potrzebują mięsa i krwi, żaden z nich nie mógłby być wegetarianinem, ale nie żywią się wyłącznie krwią, jak nieumarłe wampiry. Skrzydlaci nie są wytworem czarnej magii jak tamte. Posiadają umiejętności magiczne takie jak czarodzieje, ich możliwości władania magią nie różnią się od naszych. Niestety, mają kłopoty. Większość z nich choruje. Zaczęło się to bardzo dawno temu, właściwie trudno uchwycić od kiedy. Zapewne nie byłoby to tak bardzo groźne, gdyby ich populacja liczyła więcej osób. Niestety, jest ich tylko trzystu. Właściwie nawet trochę mniej... Jeśli gdzieś żyją jeszcze jacyś inni Skrzydlaci, to ci, których ja znam, nic o nich nie wiedzą. Nazwa tej choroby brzmi bardzo niewinnie – po prostu fotoalergia. Niestety, za tą nazwą kryje się coś naprawdę potwornego – Snape ciężko westchnął i znów przerwał. Hermiona pomyślała, że wygląda na straszliwie zmęczonego.

– Przepraszam, panie profesorze, czy to oznacza, że szkodzi im KAŻDE światło? – zapytał nieoczekiwanie Fred Weasley.

– Tak, dokładnie, panie Weasley. KAŻDE! – odpowiedział Snape. Pochylił się gwałtownie do przodu wpatrując się we Freda z twarzą bez wyrazu. – Nie tylko światło słoneczne, jak nieumarłym wampirom, ale także światło Księżyca, a nawet światło świecy! Fotoalergia daje powikłania. Są to przede wszystkim nowotwory skóry, ale nie tylko. Powszechnie sądzi się, że to tylko mugolskie choroby, ale to nieprawda. Chorują na to także czarodzieje, tylko znacznie rzadziej. Zanim ich poznałem, nie miałem pojęcia, jakie to straszne. Niestety, jest to choroba dziedziczna, w tej chwili choruje dziewiętnastu na dwudziestu Skrzydlatych.

– Czyli epidemia! – wykrzyknęła McGonagall.

– Niestety, tak. Ratunkiem mogą być dla nich związki z ludźmi, ale mugole też chorują na fotoalergię. I niestety, w taki sam sposób... Tylko, że wśród mugoli ta choroba występuje niezwykle rzadko. No i mugolscy lekarze potrafią ją leczyć... Ale na Skrzydlatych mugolskie leki nie działają. A najgorsze jest to, że Skrzydlaci są zarażeni prawie wszyscy.

– A ten twój eliksir... jest lekarstwem na ich chorobę? – spytał cicho Dumbledore.

– Tak. Bardzo długo eksperymentowałem, prawie osiem lat. Wreszcie udało mi się opracować recepturę eliksiru, który powoduje, że organizm Skrzydlatych zaczyna wytwarzać melaninę i inne niezbędne substancje, a to daje im szansę na prawie normalne życie. Niestety, muszą przyjmować go raz na dwa dni. Przerwa w zażywaniu eliksiru, to właściwie pewna śmierć. Są od tego uzależnieni.

– Tak jak ja od eliksiru tojadowego – szepnął Lupin. – Nie dziwię się, że są ci tak wdzięczni!

Snape rzucił mu złe spojrzenie.

– Ty nie jesteś uzależniony od eliksiru tojadowego – warknął. – Gdybyś go nie pił, to byłbyś zwyczajnym wilkołakiem, nie zachowującym ludzkiej świadomości podczas przemiany. Brak wywaru tojadowego nie zagraża twojemu życiu! Ten eliksir daje ci tylko komfort. Mniejszy ból i ludzką świadomość. Nic więcej. A dla nich, to sprawa życia lub śmierci! Widzisz różnicę?

– Tak – Lupin spuścił głowę. – Widzę...

– Właśnie. Nie chciałbym, żeby ten zgadziały psychopata poznał prawdę o Skrzydlatych. Może spróbować ich do siebie przyciągnąć, oszukując, że uwolni ich od cierpień. A wielu z nich zapewne da się na to złapać! Są zdesperowani...

– A ten... Jörge? On jest ich szpiegiem, prawda? – podekscytowany George Weasley przerwał Snape'owi. – Tak jak pan był naszym...

– Panie Weasley, o mojej roli chyba zbyt dużo osób wiedziało zbyt wiele – Mistrz Eliksirów błysnął wściekle oczami. – I nie jestem pewien, czy przypadkiem ktoś tu nie miał trochę zbyt długiego języka! – wysyczał, patrząc znacząco na bliźniaków.

– My jesteśmy niewinni! – oburzyli się bracia.

– Co do was dwóch, panowie, to nigdy w życiu nie ośmieliłbym się obrazić was podejrzeniami o to, że jesteście NIEWINNI! – Snape skrzywił się ironicznie, mrużąc oczy.

Dyrektor, profesor McGonagall, Lupin i Hermiona wybuchnęli zgodnym śmiechem. Nieoczekiwany dowcip Mistrza Eliksirów rozładował trochę napiętą atmosferę. Bliźniacy próbowali robić urażone miny, ale im się nie udało i też się roześmieli.

– Zastanawiam się, Severusie, kto był autorem mitu o twoim braku poczucia humoru – Dumbledore utopił uśmiech w czeluściach swojej białej brody. – No, cóż, co chwila wszystkich zaskakujesz.

– Niestety, panie dyrektorze, moje poczucie humoru od dawna nie ma się czym żywić i zaczyna umierać śmiercią głodową – warknął Snape. – Obawiam się, że to, co mam jeszcze do powiedzenia odbierze nam wszystkim ochotę do żartów na długi czas.

– Mów więc, słuchamy – odpowiedział dyrektor błyskawicznie poważniejąc.

– Moje szanse przeżycia spadły prawie do zera – powiedział oschle Snape. – A wy troje jesteście najlepszymi uczniami, jakich kiedykolwiek miałem w tej szkole. Dlatego zdecydowałem się wtajemniczyć właśnie was w to wszystko. Zawsze chcieliście coś robić dla Zakonu Feniksa, macie teraz okazję się wykazać. I musicie zachować milczenie!

Fred i George popatrzyli na siebie z jednakowo głupimi minami. Hermiona omal nie upuściła filiżanki. Odwróciła się do Mistrza Eliksirów z niedowierzaniem w oczach. Czy on naprawdę to powiedział?!

– Nie przesłyszeliście się. Teraz idzie o coś naprawdę bardzo serio! Uwarzyliście znakomity eliksir – ciągnął Snape ignorując zdumienie słuchaczy. – Dostaniecie za to pieniądze i to wcale niemałe. Skrzydlaci dobrze płacą i nie spóźniają się z regulowaniem rachunków. Choć ja bym im robił ten eliksir nawet za darmo... – nieoczekiwanie Snape blado się uśmiechnął. – Dla nich warto się starać.

– Czy chce pan... Żebyśmy robili to... – zaczął niepewnie Fred i urwał.

– Tak! Chcę, żebyście warzyli eliksiry. Dam wam przepisy na eliksiry dla Skrzydlatych, bo oprócz tego, który zrobiliście, oni potrzebują również innych – oznajmił chłodno profesor. Wyprostował się i popatrzył na nich surowym wzrokiem. – Jeśli... coś mi się stanie, wy będziecie mogli mnie zastąpić.

Profesor McGonagall zasłoniła oczy dłonią. Lupin siedział nieruchomo, ze zgrozą malującą się na twarzy. Bliźniacy i Hermiona zamarli. Wszyscy milczeli.

– Nie podoba mi się to, co powiedziałeś, Severusie – przerwał wreszcie ciszę dyrektor.

– Wiem. Ale lepiej spojrzeć prawdzie w oczy. Nie miałem wyjścia – Snape potarł czoło i popatrzył na troje młodych ludzi. – Dostaniecie kopie moich notatek, nauczę was jak je maskować i ukrywać. Ale to nie wszystko... Oprócz was, jeszcze ktoś ze mną współpracuje, ktoś, kogo nie znacie. To ta osoba zrobiła taką samą porcję eliksiru co wy. W razie konieczności skontaktuje się z wami. Ale na razie nie ma potrzeby, żebyście wiedzieli, kto to.

– Oczywiście, panie profesorze – George dumnie rozejrzał się dookoła. – Nie zawiedzie się pan na nas!

– Myślę, że mogę mieć nadzieję, że się rzeczywiście nie zawiodę... – Snape dziwnie się skrzywił. – Chyba już wyrośliście z pomysłów wrzucania swoich wrogów w takie dziwne miejsca jak szuflada teleportującej komody? – spytał niewinnym tonem patrząc na bliźniaków ze zmarszczonymi brwiami. Obaj bracia zaczerwienili się gwałtownie. W milczeniu pokręcili głowami. Nawet nie próbowali zaprzeczać. Ale miny mieli nietęgie. Hermiona pomyślała, że tego się na pewno nie spodziewali. Snape znów ich zaskoczył. Niezbyt miło, zresztą. Postanowiła się wtrącić i skierować rozmowę na bezpieczniejsze tory.

– Panie profesorze, zużyliśmy tylko jedną dziesiątą objętości najważniejszego składnika tego eliksiru. Reszta posłuży do produkcji kolejnych partii, prawda? Na ile czasu wystarczy Skrzydlatym to, co zrobiliśmy dzisiaj? – zadając te pytania błyskawicznie zastanowiła się, jak często trzeba będzie wykonywać tak morderczą pracę.

– Ta porcja wystarcza im na dwa miesiące. Ale na wszelki wypadek przygotujecie większy zapas eliksiru. Przekażemy go Skrzydlatym, żeby nie powtórzyła się taka sytuacja, jak wczoraj. Gdyby mieli eliksir, nie fatygowałbym was. Niestety, nie nadążyłem z produkcją i dlatego tu jesteście. Nie chciałem zostawić moich przyjaciół bez pomocy – Snape ciężko westchnął. Nagle drgnął. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej różdżkę. Lekko dygotała. Mężczyzna delikatnie dotknął wskazującym palcem końca swego magicznego instrumentu.

– Kto? – spytał cichym głosem.

Różdżka zawibrowała mocniej. Zaczął się z niej wydobywać kłąb jakby dymu, który uformował się w prawie idealną kulę białej mgiełki. Po chwili kula spłaszczyła się i zamieniła w lustro, które zawisło tuż nad końcem różdżki Snape'a. Ale to lustro niczego nie odbijało... Po kilku sekundach na srebrzystej powierzchni niby – zwierciadła pojawił się jakiś napis. Lustro zniknęło, znów zmieniło się w białą mgłę, a z jej kłębów wypadł kawałek papieru. Po czym mgła zniknęła, z cichym sykiem wnikając z powrotem do wnętrza różdżki. Mistrz Eliksirów chwycił kartkę i szybko ją obejrzał. Skinął głową i uśmiechnął się powściągliwie. Wszyscy obserwowali go z zaciekawieniem.

– Właśnie otrzymałem potwierdzenie z banku, że dokonany został przelew na moje konto. Jutro dostaniecie pieniądze. W związku z tym, mam pytanie – Snape popatrzył na bliźniaków i Hermionę. – Czy mam pobrać pieniądze i wymienić je u Gringotta na galeony, czy chcecie mugolską gotówkę?

– Ja mam konto w zwykłym, mugolskim banku – szepnęła Hermiona niepewnym głosem.

– Rozumiem, że wolisz funty niż galeony – skwitował Snape. – Podaj mi numer swojego konta, zaraz zrobię przelew.

– Ile to będzie? – wymamrotał Fred, wyraźnie zszokowany.

– W przeliczeniu na galeony, dla was dwóch około czterystu... Chwileczkę... – Snape zastanowił się chwilę. – Po sto dziewięćdziesiąt trzy galeony na każdego z was. Dla ciebie, Granger, oczywiście równowartość tej sumy w funtach. A więc?

– Niech tak będzie. My wolimy czarodziejską walutę – powiedział szybko George, po błyskawicznej wymianie spojrzeń z Fredem.

– Zgoda. Jak już powiedziałem, pieniądze dam wam jutro. A ty Granger? – odwrócił się do dziewczyny.

Hermiona szybko podała numer konta. Na szczęście miała w kieszonce kurtki kalendarz, w którym to zapisała. Snape wyjął z kieszeni różdżkę i ponownie użył mglistego zwierciadła. Manipulacje trwały niecałe pół minuty.

– Pieniądze już są w twoim banku – poinformował Hermionę Mistrz Eliksirów. – Czy mogę teraz opowiedzieć o drugiej sprawie? Niestety, znacznie gorszej... – mężczyzna znów zmęczonym ruchem potarł czoło.

– Może na chwilę przerwiemy – zaproponował wyraźnie zaniepokojony dyrektor. – Albo nawet odłóżmy do jutra.

– Nie. Jutro może już być za późno – zaprotestował Snape zdecydowanie.

– Dobrze. W takim razie słuchamy – Dumbledore zdjął okulary, przetarł je i włożył z powrotem na nos.

– Druga sprawa dotyczy wilkołaków. Riddle chce ściągnąć ich jak najwięcej do swoich szeregów. Idiotyczne dekrety wydane przez Knota i Umbridge bardzo sprzyjają jego zamiarom. Jeśli nasz nowy minister, Amos Diggory, nie anuluje tych kretyńskich „praw" dotyczących wilkołaków, i to natychmiast, wielu z nich zostanie żołnierzami tego psychopaty i będzie walczyć dla niego. Już teraz go popierają i są jego zwolennikami. Wiesz o tym, prawda? – spytał zimnym tonem Mistrz Eliksirów wpatrując się w siedzącego nieruchomo Lupina.

– Wiem... Również otrzymałem jego „propozycję"... Jeśli tak to można nazwać! – Remus poruszył się niespokojnie.

– Opowiedz nam o tym – ton dyrektora nie pozostawiał wątpliwości, że jest to rozkaz, a nie prośba.

– Niewiele jest do opowiadania – Lupin skrzywił się z odrazą. – Kilka dni temu otrzymałem list. Z bardzo konkretnymi żądaniami i obietnicami, jakich to korzyści mogę się spodziewać jeśli je spełnię, oraz z groźbami. Bardzo obrazowo poinformowano mnie, co się stanie, jeśli odrzucę; jak się wyraził autor listu – „przyjaźnie wyciągniętą dłoń"!

– Co ci obiecywano? Kto był autorem listu? Jakie to były groźby? – profesor McGonagall zażądała informacji o szczegółach.

– List napisała Bellatrix Lestrange. Na pewno ona, dobrze znam jej charakter pisma. I treść była bardzo w jej stylu. Podpisała się: „W imieniu Lorda!", a nie swoim nazwiskiem. Żądania... No, to oczywiste. Przede wszystkim poparcie dla Voldemorta – ona wyraża się o nim: „Czarny Pan", przekazywanie informacji, walka w ich szeregach i to wszystko, co się z tym wiąże. Obietnice – wiadomo! Pełnia praw ludzkich, żadnych ograniczeń w zatrudnieniu, a dla mnie osobiście – tu Lupin paskudnie się uśmiechnął – stanowisko dyrektora szkoły w Hogwarcie, albo stanowisko podsekretarza stanu w Ministerstwie Magii. Do wyboru. Jako wiceminister, oczywiście zajmowałbym się inteligentnymi stworzeniami magicznymi! A groźby... Też standard. Śmierć i tortury. Strasznie prymitywna jest ta panna Black – dodał z pogardą.

Snape prychnął drwiąco.

– Panna Black! To ci się udało! – skrzywił się i szybko przełknął łyk herbaty. – Czyli, że już zaczęli... Proponuję kontratak. Ponieważ i tak jestem u nich spalony, mogę to firmować, tym bardziej, że główną naszą bronią będzie eliksir. Ale potrzebuję pomocy...

– Czyli, że przemyślałeś to wszystko? – przerwał Snape'owi Dumbledore.

– Tak, panie dyrektorze! – odpowiedź Mistrza Eliksirów była twarda i zdecydowana. – Nie tylko przemyślałem, ale od dość długiego czasu eksperymentuję z eliksirem tojadowym, i nie tylko z tym. Niestety, przede mną jeszcze długa droga, a mam spore obawy, że nie będzie mi dane zakończyć moich badań.

– Czujesz się zagrożony... – powiedziała cicho profesor McGonagall.

– Nie mam się co oszukiwać. Ten zgadziały bydlak poprzysiągł mi zemstę. I niestety nie tylko on... Jest sporo osób, które chętnie zobaczyłyby mnie martwego! Ale nie widzę powodu, żeby dać się zabić bez walki! – warknął Snape z zawziętością.

– Obiecuję ci, że zrobię wszystko co mogę, aby cię ochronić – powiedział spokojnie Dumbledore. – A teraz przedstaw nam swój plan. W jaki sposób, twoim zdaniem, będziemy mogli odciągnąć wilkołaki od Voldemorta? – spytał.

Mistrz Eliksirów wstał z fotela i wziął z biurka zwój pergaminu przyniesiony przez Lupina. Rozwinął go i podał dyrektorowi.

– To jest kopia spisu wilkołaków, którą sporządzili dla Voldemorta pracujący w Ministerstwie śmierciożercy. Jörge i jego przyjaciel wykradli ją bydlakowi z biurka. Niestety, żaden z nas nie ma pewności, czy gadzina tego nie powielił. Miał na to kilka dni.

Dumbledore wziął spis, ale nawet na niego nie spojrzał. Był wyraźnie wstrząśnięty.

– Powiedziałeś: „Jörge i jego przyjaciel..." Czy to znaczy, że ci dwaj młodzi ludzie wdarli się do prywatnego biurka Toma i mu to ukradli?! – profesor trzepnął dłonią w pergamin.

– Tak – potwierdził Snape zrezygnowanym głosem. – Przeszarżowali, ale z mojego doświadczenia wiem, że powstrzymanie Gryfona przed takimi czynami jest raczej niemożliwe. Tym bardziej, że o wszystkim dowiedziałem się po fakcie. Przezornie nie poinformowali mnie o swoich zamiarach.

– Jörge nie uczył się w Hogwarcie – Dumbledore wręcz wwiercał się wzrokiem w twarz Mistrza Eliksirów.

– On nie, ale jego przyjaciel tak. Nie wierzę, że jeszcze pan nie wie, kto to jest. I nie wierzę, że pan zapomniał o tym, że był w Gryffindorze! – zadrwił Snape.

– Tak, Severusie. Wiem już, kto to jest – westchnął dyrektor. Pokręcił głową z podziwem pomieszanym ze zgrozą. – No, cóż... Mów dalej.

– Ten spis nam się przyda. I to bardzo – Mistrz Eliksirów wrócił do zasadniczego tematu. – Trzeba będzie napisać do nich wszystkich listy. Z obietnicą dostarczania im eliksiru łagodzącego i w znacznym stopniu niwelującego objawy likantropii. I tu zadanie dla ciebie, Lupin – Snape popatrzył uważnie na Remusa. – Opiszesz działanie eliksiru tojadowego, tak, jak to odczuwasz. Powiedziałem ci kilka miesięcy temu, że trochę udoskonaliłem ten wywar. Przez ostatnie siedem miesięcy piłeś już ten ulepszony. Opisz to jak najbardziej zwięźle, ale musisz napisać prawdę. Jak to działa na ciebie. Chodzi o to, żeby wszyscy, którzy dostaną nasze listy wiedzieli, że nie rzucamy słów na wiatr. Jeśli dostaną list podpisany przeze mnie i przez ciebie, to większość powinna uwierzyć, że otrzymają rzetelną pomoc. Jesteś wilkołakiem, więc moja oferta wsparta twoim świadectwem powinna być dla nich wiarygodna. Dobrze byłoby, gdyby nasz nowy minister też się włączył w tę akcję. Oficjalne pismo z Ministerstwa o zniesieniu ograniczeń prawnych i obietnica dotowania produkcji eliksiru tojadowego – powinny przystopować akcję Voldemorta. Ale to wiąże się z niebezpieczeństwem, Lupin, że zaczną na ciebie polować. Może nie tak zaciekle, jak na mnie, ale też!

– Z całą pewnością tak będzie – powiedział spokojnie Remus. – Nie mogę się niczego innego spodziewać, zwłaszcza po mojej odpowiedzi na ofertę... Nie będę ukrywał, że nie byłem zbyt uprzejmy.

– Aha... Czyli w TEJ sprawie raczej nie masz już nic więcej do stracenia, a dużo do zyskania – skwitował Snape.

– Chciałbym cię o coś zapytać... – Lupin wyraźnie się zawahał. – Mogę?

– Pytaj, ale nie obiecuję odpowiedzi – Mistrz Eliksirów skrzywił się, jakby właśnie napił się soku z cytryny.

– Czy to ty... Stworzyłeś eliksir tojadowy? – Remus zadał to pytanie prawie szeptem, wyraźnie unikając wzroku Snape'a.

– Nie. Ale pomagałem przy jego tworzeniu. Eliksir tojadowy stworzyła moja Mistrzyni. Znasz ją, Lupin. Dobrze ją znasz. Może się zdziwisz... To właśnie spotkanie z tobą skłoniło ją do podjęcia badań nad lekarstwem na wilkołactwo. Udało jej się, prawda? – w głosie Mistrza Eliksirów zabrzmiała zimna drwina.

– Więc to tak... – Lupin popatrzył na Snape'a z niedowierzaniem. – Nigdy bym się tego nie domyślił. To stąd znasz jej córkę! Ja... Nie przypuszczałem...

– Akurat w TO wierzę – mruknął ironicznie Snape. – Nasza wspólna znajoma była przyjaciółką i nauczycielką mojej matki. Po śmierci matki spędzałem u Madam wakacje i uczyłem się warzenia eliksirów. A po ukończeniu Hogwartu – kontynuowałem naukę u mojej Mistrzyni.

– Żałuję, że jej nie znałem – wtrącił się Dumbledore. – Rozumiem, że kontynuowałeś też badania, jakie prowadziliście wspólnie?

– Oczywiście. Madame była bardzo twórcza. Myślała niesztampowo i potrafiła rozwiązywać problemy na pozór nie do rozwiązania. Prace nad eliksirem tojadowym prowadziliśmy bardzo długo. Próbowaliśmy stworzyć eliksir, który powstrzymywałby przemiany likantropów. Byliśmy na dobrej drodze, ale okazało się to jednak szalenie trudne. Wtedy Madame przeformułowała problem. Postanowiła stworzyć eliksir, który nie likwidując objawów likantropii, dawałaby wilkołakom pełną kontrolę nad przemianami. Niestety, śmierć Madame zastopowała na pewien czas badania. Prowadziłem je dalej sam. Mistrzyni zostawiła mi w spadku wszystkie swoje notatki i cały warsztat. Opracowałem formułę eliksiru, ale teraz potrzebne są próby kliniczne. Krótko mówiąc, – Snape popatrzył uważnie na Lupina, bliźniaków i Hermionę – potrzebuję żywych obiektów do badań. I asystentów do pomocy.

– Wszystko jasne – Remus wstał i stanął na środku gabinetu. – Zgadzam się!

– Tak myślałem – powiedział sucho Mistrz Eliksirów. – W takim razie posłuchaj. Jeśli nie popełniłem żadnego błędu, będziesz całkowicie panować nad swoimi przemianami. Krótko mówiąc, będziesz je mógł kontrolować. Zawsze zachowasz ludzką świadomość i nie utracisz jej nawet podczas długiej pełni. Dodatkowy efekt picia tego eliksiru może wystąpić, ale nie musi. Ten efekt, to możliwość przybrania postaci wilka w dowolnym momencie, ale nie będzie to tak, jak u animagów, to znaczy, że przemianie najprawdopodobniej będzie towarzyszyć ból. Niedogodności, to konieczność picia wywaru regularnie, raz dziennie. Niestety, jest też bardzo prawdopodobne, że się uzależnisz i nie będziesz mógł go odstawić. No i jeśli popełniłem błąd – jakikolwiek, to mogą wystąpić różne efekty uboczne. Ze śmiercią włącznie... Rozumiesz? Słowo honoru daję, że nie mam zamiaru cię zabić, ani żadnego innego wilkołaka, ale ktoś ten mój eliksir musi wypić na próbę, jako pierwszy.

– Zrobię to! – powiedział Lupin zdecydowanie.

– Mam nadzieję, że się uda. Wracając do zasadniczej kwestii... Jest was, niestety, sporo. A może być jeszcze więcej, bo ten gadzi bydlak zachęca „swoich" likantropów, żeby gryźli jak największą liczbę ludzi. On też wymyślił eliksir. Nie wiem, jaki ma skład, bo robił go sam i nikogo nie dopuścił do pomocy. Wiem tylko, że uzależnia wilkołaka, który wypije to paskudztwo, od woli tego drania i zmienia ofiarę w marionetkę. Przed tym też trzeba ostrzec potencjalnych zagrożonych. Dlatego musimy te listy napisać zaraz i natychmiast wysłać. Najlepiej jeszcze dzisiaj.

– Zapewne chcesz, Severusie, żebym porozumiał się z Amosem? – spytał Dumbledore. Bliźniacy i Hermiona siedzieli cichutko jak trusie, chłonąc każde słowo. Profesor McGonagall szybko wstała i podeszła do kominka. Odwróciła się do dyrektora.

– Myślę, że na kilka minut możesz podłączyć swój kominek do sieci Fiuu, Albusie. Porozmawiamy z Diggorym. Sprawa jest istotnie bardzo ważna i pilna!

– Dobrze, Minerwo, zaraz to załatwimy – obiecał dyrektor. – Severusie, jeszcze pozostaje twoja propozycja, o której mi mówiłeś. Uważam, że to też powinniśmy teraz przedyskutować.

– Słusznie, panie dyrektorze – Snape skrzywił się niechętnie. – Chodzi o to, że Hogwart może się okazać miejscem niezbyt bezpiecznym. Szczególnie dla Pottera. Właściwie już się to okazało. W związku z tym, trzeba go stąd usunąć. Jedynym względnie bezpiecznym miejscem, jakie zdołaliśmy obaj z dyrektorem wymyślić, jest mój dom. Snape Manor.

– Właściwie nie mamy innego wyjścia – westchnął ciężko dyrektor.

– Ależ, Albusie! – oburzyła się profesor McGonagall. – Czy to był twój pomysł?!

– Nie. Mój – odparł krótko Mistrz Eliksirów. – Od razu zastrzegam, że bardzo mi się to nie podoba. Ale naprawdę nie widzę żadnego innego miejsca, gdzie można chłopaka ukryć.

– A co z jego więzią telepatyczną z... eee... Voldemortem? – spytała nagle Hermiona. Wszyscy spojrzeli na nią zaskoczeni.

– Zadałaś bardzo słuszne pytanie – powiedział Snape z lekkim uznaniem w głosie. – Może pan to wyjaśni, dyrektorze? – odwrócił się do Dumbledore'a.

– Zablokowaliśmy połączenie Harry'ego z Voldemortem specjalnymi zaklęciami. Oczywiście, każde zaklęcie można przełamać, ale zapewniam, że w tym wypadku byłoby to naprawdę bardzo trudne. Nawet dla Voldemorta. Nie będę wdawał się w szczegóły. Nie musicie ich znać – wyjaśnił spokojnie dyrektor. – Ja zostanę w Hogwarcie. Z pewnych powodów muszę tym razem pozostać tu do końca wakacji. Minerwa i Pani Pomfrey wyjadą stąd za tydzień...

– Wrócimy obie w połowie sierpnia – wtrąciła profesor McGonagall.

– Co do was... Severusie, wyjaśnij co i jak – zażądał Dumbledore.

Snape skinął głową. Popatrzył na bliźniaków i Remusa.

– Was dwóch i ty, Lupin, przybędziecie do Snape Manor dokładnie dwudziestego lipca. Dostaniecie świstokliki. Oczywiście musimy zachować waszą obecność w moim domu w całkowitej tajemnicy. Pozostaniecie u mnie do pełni i przez dwa tygodnie po niej, czyli do czternastego sierpnia. Pełnia będzie trzydziestego lipca, ale Księżyc wzejdzie o wpół do jedenastej przed południem, czyli w dzień. Może to zresztą i lepiej... Słońce osłabia wpływ Księżyca, prawda? – pytanie zawisło w powietrzu.

– Owszem! – odpowiedział żywo Remus. – Tak właśnie jest. Gdy pełnia wypada w dzień, przemiana następuje tylko wtedy, gdy są chmury i nie widać słońca. W przeciwnym wypadku jestem bardzo osłabiony, tracę świadomość, ale pozostaję w ludzkiej postaci.

– W takim razie najbliższa pełnia może nie być dla nas miarodajna, ale i tak będziesz musiał ten eliksir wypić co najmniej cztery razy, żebyśmy mogli ocenić, jak naprawdę działa. Co do panów Weasleyów i panny Granger, to liczę na to, że nauczycie się warzyć ten eliksir i pomożecie mi w moich badaniach, jako asystenci. Oczywiście wasz udział w tych pracach pozostanie tajemnicą. Nie mogę być jednym z dwojga ludzi na świecie, którzy będą umieli przyrządzać ten eliksir. Ta druga osoba ma kopie wszystkich moich notatek i też prowadzi doświadczenia. Ich wyniki dostaniemy za kilka dni i wtedy będziemy mogli przystąpić do działania. Mam nadzieję, że się zgadzacie?

Pytanie Mistrza Eliksirów można było uznać za retoryczne, ponieważ obaj bliźniacy aż podskakiwali z radości. Hermiona zachowywała się bardziej powściągliwie, ale oczy jej błyszczały z zachwytu.

– Tak! – wykrzyknęli zgodnie Weasleyowie. – Zgadzamy się!

– Ja też – powiedziała cicho dziewczyna.

– Bardzo dobrze. O tym wszystkim nie powiecie ani słowa Potterowi i waszemu bratu, czy to jasne? – w głosie Mistrza Eliksirów zabrzmiały groźne tony.

– Jak więc wytłumaczysz moją obecność w swoim domu? – spytał spokojnie Lupin.

– Bardzo prosto, sprawami Zakonu. Chyba nie masz wątpliwości, co do tego, że jesteś ostatnim człowiekiem, którego bym do siebie zaprosił? – spytał zgryźliwie Snape. – Gdyby chodziło wyłącznie o ciebie, to możesz być pewien, że nie kiwnąłbym palcem.

Remus nie odpowiedział. Usiadł z powrotem na kanapie ze spuszczoną głową.

– Ty, Granger, Potter i Ron Weasley udacie się ze mną do Snape Manor za dwa dni. Będę was uczyć oklumencji i legilimencji, a Potter, oprócz tego musi ćwiczyć animagię. To absolutnie konieczne.

– Co do tego, nikt nie ma żadnych wątpliwości – podsumował profesor Dumbledore. – Teraz porozmawiam z Amosem, a potem wezwiemy tu Harry'ego i Rona. Muszą się dowiedzieć o tym, co postanowiliśmy.

– Harry nie będzie zadowolony, tym bardziej, że decyzja znów zapadła za jego plecami – powiedziała sucho profesor McGonagall.

– W tym momencie żadne dyskusje nie wchodzą w rachubę, pani profesor – warknął Snape. – Ja się nie podejmuję, w każdym razie...

– Postaram się go przekonać – westchnęła ciężko Hermiona.

***

11 lipca 1996 rok, czwartek, północ, Hogwart – pokój wspólny w wieży Gryffindoru.

– Dlaczego nie możemy zostać w Hogwarcie?! – wściekał się Ron. – Co za pomysł, żebyśmy przenieśli się do domu Nietoperza! Kto to wymyślił?!

– Wszystko nam wyjaśnili, braciszku, więc twoje wrzaski nic tu nie pomogą – zwrócił mu uwagę George.

Harry siedział ze zrezygnowaną miną w swoim ulubionym fotelu przed kominkiem i sączył piwo kremowe.

– Nie powiedzieli nam, dlaczego w Hogwarcie przestało być bezpiecznie – krzyczał Ron.

– Nie, tego nie wiemy, ale może lepiej, żebyśmy nie wiedzieli – powiedziała spokojnie Hermiona.

– A ja nie mogę wiedzieć za dużo – mruknął z rozgoryczeniem Harry. – Lepiej mi nic nie mówcie o tym eliksirze, który robiliście dla Snape'a.

– Nie, nie będziemy – obiecał mu Fred. – Bardzo jestem ciekaw, jak wygląda domostwo mistrzunia! – dodał zmieniając temat.

– Dowiemy się za kilka dni – powiedział markotnie Harry. – Ale mnie to specjalnie nie interesuje...

– Nie martw się, Snape nas przecież nie zje! – usiłował go pocieszyć George.

– Dobrze, że będziecie tam ze mną – szepnął chłopak.

Miał złe przeczucia...

***

Noc z 11 na 12 lipca 1996 roku, parę minut po północy, Hogwart, Kwatera Mistrza Eliksirów

Remus Lupin mocno zastukał w drzwi prywatnej kwatery Severusa Snape'a. Przygotowany był na długie kołatanie, toteż niezmiernie go zaskoczyło, że Severus otworzył mu niemal natychmiast. Nachmurzona mina gospodarza sugerowała, że nie jest zachwycony wizytą, ale po krótkim wahaniu cofnął się i gestem zaprosił Lupina do środka. Milcząc weszli do bawialni. Severus wskazał fotele, i gdy usiedli spytał ostrym głosem nie bawiąc się w uprzejmości:

– Czego chcesz?

– Porozmawiać – odpowiedział Remus spokojnie.

– O czym? – syknął Snape.

Lupin nagle poczuł, że wszystkie zdania, jakie sobie wcześniej ułożył, przygotowując się do tej rozmowy gdzieś zniknęły. Severus zmrużył czarne oczy. Z jego spojrzenia biła wrogość. Remus przez chwilę miał wrażenie, że myśli mu pouciekały i nie zdoła ich połapać. Opanował się z wysiłkiem. W jednej chwili zrezygnował z rozmowy o szkolnych czasach. Nie, na to nie był teraz dobry moment. To musi poczekać. Teraz są ważniejsze sprawy. Zmobilizował się i opowiedział Severusowi o spotkaniu z Margheritą. Zataił tylko jedno – radę, jaką mu dała. Poza tym – nie pominął niczego. Nawet jej ostatnich słów: „...mam przeczucie, że nigdy mnie już nie zobaczysz..."

Reakcja Snape'a była zaskakująca. Skulił się w fotelu i zacisnął dłonie w pięści. Zbladł tak strasznie, że jego czarne oczy wyglądały jak dwie dziury wypalone w białym płótnie.

– To nie było wszystko... Coś pominąłeś! – wychrypiał Mistrz Eliksirów. – Musiała ci powiedzieć coś jeszcze... Coś o mnie, bo inaczej byś tu nie przyszedł!

Lupin zagryzł wargi i z irytacją poczuł, że się czerwieni. No, tak, Severusowi nie można odmówić inteligencji. Bezbłędnie wyłapał to, co najważniejsze.

– Masz rację. Powiedziała – Remus spojrzał prosto w czarne oczy.

– Co?! – warknął wściekle Snape.

– Żebym się z tobą pogodził... – odpowiedział cicho Lupin.

Mistrz Eliksirów wyprostował się i gwałtownie zerwał z fotela. Przycisnął ręce do piersi, jakby bał się, że serce mu wyskoczy. Oddychał płytko, szybko łapiąc powietrze. Zaniepokojony Remus też wstał i chwycił go za ramiona. O dziwo, nie został odtrącony.

– Puść... – wymamrotał Snape. Sięgnął do kieszeni na piersiach i wyjął zwój czystego pergaminu. Był to bardzo elegancki pergamin listowy z delikatnie zaznaczonym liniowaniem.

Remus puścił Severusa, ale na wszelki wypadek obserwował go czujnie, gotów do interwencji.

Mistrz Eliksirów wodził różdżką po karcie, wywołując ukryty tekst. Skończył i podał zwitek Lupinowi.

– Czytaj – powiedział cicho. – Ale najpierw usiądź. Zanim zaczniesz.

Straszne przeczucie ścisnęło Remusowi gardło. Sięgnął po pergamin i usiadł w fotelu.

...Wybacz. Niestety, to ja muszę Ci o tym napisać. Margherita nie żyje. C.P.D. ją zamordował."

Czarne litery. Proste, czytelne pismo. Tylko cztery zdania, wyraźnie wyrwane ze środka długiego listu. Reszta tekstu była niewidoczna.

Lupin upuścił pergamin na kolana i z przerażeniem popatrzył na Snape'a.

– Dostałem ten list kilka dni temu – Severus opuścił głowę. – Ale wiedziałem od razu. Dała mi znać... – szepnął ledwo dosłyszalnie. – Idź już. Chcę być sam.