***
Noc z 11 na 12 lipca 1996 roku, parę minut po północy, Hogwart.
Profesor Dumbledore stanął przed lustrem w swojej sypialni. Nie spodobało mu się to, co w nim ujrzał. Spał niecałe dwie godziny. Położył się tuż po czwartej rano, dopiero, gdy zyskał pewność, że klątwy Toma skierowane na Severusa zostały ostatecznie odparte. I, niestety, musiał wstać przed szóstą. A wyjątkowo męczący dzień pogłębił bruzdy na jego twarzy. Ale najgorsze było chyba znużenie w oczach.
– Gdzie twój optymizm, Albusie?! – komentarz zwierciadła należał do tych dobijających. – Zrób sobie relaks! – dodało jego odbicie, uśmiechając się kpiąco.
„A właściwie, dlaczegoż by nie?!" – pomyślał buntowniczo Dumbledore. Właśnie! Szybko podszedł do ściany. Kilka inkantacji i w miejscu plamy na tapecie ukazał się wizerunek diabełka pokazującego język całemu światu. Profesor z szelmowskim uśmieszkiem nacisnął palcem nos wysłannika piekieł. Diabełek z oburzeniem wykrzyknął:
– Gwałtu! Rety! – po czym umknął w bok, ze zbolałą miną rozcierając swój zadarty organ powonienia. Odsłonił przy tym płytką wnękę w ścianie. Wewnątrz leżały różne przedmioty: kilka pudełek, dwie szklane kule i kilkanaście różdżek.
Mężczyzna wyjął ze skrytki małe, obite czerwonym aksamitem pudełko. Szybko wyciągnął z niego medalion z klepsydrą na złotym łańcuszku i zawiesił go sobie na szyi. Odłożył pudełko z powrotem i cicho się zaśmiał.
– Możesz już wrócić! – powiedział do diabełka, który z obrażoną miną przesunął się na poprzednie miejsce. Jego wizerunek w ciągu kilku sekund zbladł i zamienił się w ledwie widoczną plamę na tapecie.
Dyrektor podszedł do lustra. Wyjął z kieszeni szaty różdżkę i machnął nią mrucząc coś pod nosem. Po chwili – zamiast siwego, brodatego profesora – w szklanej tafli odbijał się ciemnowłosy, gładko ogolony mężczyzna, mniej więcej czterdziestoletni, w mugolskim ubraniu: jasnych, płóciennych spodniach, takiej samej marynarce i kolorowej koszuli w hawajskie wzory.
– Wyglądasz znakomicie, Albusie! – skomentowało lustro z aprobatą.
– Dziękuję! – zachichotał odmieniony profesor. Chwilę się zastanawiał. Glasgow czy Edynburg? I błyskawicznie podjął decyzję. Edynburg!
Wcisnął różdżkę do kieszeni marynarki, wszedł do gabinetu i wyjął z biurka drewnianą płaską skrzynkę z laptopem. Włożył komputer do skórzanej torby, którą zarzucił na ramię. Wrócił do sypialni, wziął medalion do ręki i zamyślił się na kilka sekund. Uśmiechnął się i zaczął obracać klepsydrę w medalionie.
..............
11 lipca 1996 rok, godzina piąta rano, sypialnia dyrektora Hogwartu.
Mężczyzna w jasnym, płóciennym garniturze, bezgłośnie zmaterializował się na środku sypialni. Popatrzył na starego człowieka śpiącego w wielkim łożu z czerwonymi, aksamitnymi kotarami. Poprawił na ramieniu pasek torby i cicho podszedł do komody. Wysunął szufladę i sięgnął po nieskazitelnie białą chusteczkę do nosa, ozdobioną angielskim haftem. Wyjął z kieszeni różdżkę, dotknął nią kawałka batystu i szepnął: – Portus.
Po trzech sekundach zniknął z cichutkim trzaskiem. Śpiący mężczyzna otworzył oczy. Usiadł na łóżku i rozejrzał się niespokojnie. Po chwili, nie wyczuwając niczego niepokojącego, opadł z powrotem na poduszki i zasnął.
W sypialni na piętrze małego, szeregowego domku na przedmieściach Edynburga pojawił się znikąd ciemnowłosy mężczyzna. Szybko odłożył torbę z komputerem na stolik pod oknem, schował chusteczkę do kieszeni i uniósł w oknie roletę. Nad miastem świeciło poranne słońce.
Odmłodzony profesor Dumbledore, znany sąsiadom jako Alfred McCoin z głębokim zadowoleniem pomyślał, że ma dość czasu by odpocząć. Do północy... Zastanowił się, co będzie robić. Hmm... Pójdzie na spacer, do kina, na kolację do dobrej restauracji... No, i trzeba będzie zajrzeć na te strony internetowe, do których linki podała mu Penelopa. Ale najpierw – śniadanie! Poczuł nagle, że jest bardzo głodny.
***
Na czacie znajdują się w tej chwili: kastet, FANATYK–INFORMATYK, Arbat, Licentia Poetica, Yurusarezaru, Surfujący Hawajczyk, leniwy ogr
Przychodzi – Szerszeń
kastet: Bryk, Szerszeń. Skąd jesteś? My się tu wszyscy znamy, a Ty, nowy, się przedstaw!
Szerszeń: O.K. Jestem Szkotem. Mieszkam w Edynburgu, ale rzadko bywam w domu, taką mam pracę. A wy? Powiedzcie coś o sobie, chciałbym wiedzieć z kim rozmawiam. No i nie wiem, czy temat rozmowy mnie zainteresuje, a nie chciałbym wam przeszkadzać...
Arbat: O! Intelektualista! I kulturalny!
Licentia Poetica: Cicho, Arbat! Nie bądź chamem. Nie zrażaj naszego gościa!
Arbat: dobra, dobra, już...
kastet: Ja mu powiem.
Yurusarezaru: O.K.
kastet: Polka, Japończyk, Hawajczyk, Norweg, Francuz i Rosjanin. Ja jestem Paryżanką, ale w tej chwili – wyobraź sobie, pracuję w Twoim rodzinnym mieście. A ty, Szerszeń?
Szerszeń: Jestem teraz w domu. Wpadłem na ten chat przypadkiem, a link do strony dostałem od znajomej.
Yurusarezaru: Od czarownicy?
Szerszeń: Oczywiście! Ale wybaczcie, że wam nie zdradzę, jak ona się nazywa.
Leniwy ogr: słusznie!
Surfujący Hawajczyk: Jak dała ci na nas namiar, to ją znamy, a ona ci ufa, bo inaczej by tego nie zrobiła.
Yurusarezaru: Witaj wśród nas, Szerszeń!
Arbat: A jak on nie nasz?
Leniwy ogr: Popytamy, zobaczymy...
kastet: Widzi mi się, że jednak nasz. Czystokrwisty by tu raczej nie trafił!
FANATYK–INFORMATYK: Szerszeń, nie jesteś chyba z getta?
Szerszeń: Wybaczcie, ale nie bardzo rozumiem, o czym mówicie... To znaczy, domyślam się, ale mogę się źle domyślać...
Arbat: a nie mówiłem, że kulturalny?! He, he!
..............
Wychodząc ze strony internetowej dwie godziny później, profesor Dumbledore zastanawiał się, czy nick jaki sobie wybrał – „Szerszeń", nie był jednak za bardzo agresywny. Kiedy pożegnał się z rozmówcami z czata, wstał od biurka. Spacerował po pokoju, próbując rozruszać mięśnie. Nie lubił siedzieć długo w jednej pozycji. No i miał teraz o czym myśleć...
Błyskawicznie zorientował się, że jego rozmówcy znają się ze sobą jak łyse konie, nie tylko z rozmów internetowych, ale także osobiście. On wszedł na czat z ciekawości i trafił... No, właśnie. Na kogo? Kim byli ci ludzie? Skoro link dała mu Penelopa, to bardzo prawdopodobne, że są to osoby powiązane z Percym, Jörge i Severusem.
Wszyscy swobodnie rozmawiali po angielsku, choć pochodzili z różnych krajów i nikt z nich nie był Anglikiem. „Arbat" był aktualnie w Londynie, ale pozostali, z wyjątkiem „kastet", znajdowali się u siebie, zatem w różnych strefach czasowych. A to oznaczało, że musieli się umówić na tę rozmowę. Ciekawe, że go nie wyrzucili...
Dyskusja była bardzo gorąca, szczególnie po odejściu Paryżanki o pseudonimie „kastet", która opuściła towarzystwo o wpół do siódmej, bo – jak wyjaśniła – przed ósmą rano musi być w pracy. Reszta została i kontynuowała rozmowę. Kilka minut po siódmej, na krótko dołączyli „Drobna Monetka" i „Złodziejskie Nasienie". Oni oboje, w odróżnieniu od pozostałych bez wątpienia byli Brytyjczykami. Weszli na czat razem i posługiwali się tym samym komputerem.
Profesor spróbował uporządkować swoje wrażenia. Rozmówcy zadawali mu bardzo wnikliwe, podchwytliwe i inteligentne pytania. Odpowiadał szczerze, ale momentami wił się jak piskorz. Nie chciał ujawniać swojej tożsamości, choć z ich aluzji wywnioskował, że podejrzewają go o związki z Hogwartem i Dumbledorem. Raczej nie wpadli na to, że rozmawiają właśnie z nim, ale musiał naprawdę bardzo uważać, żeby się nie zdradzić.
Mówili głównie o Tomie Marvolo Riddle'u. Nie od razu oczywiście, najpierw próbowali go wybadać. Próba wypadła pomyślnie, może dlatego, że szczerze wyjawił im swoje poglądy na kwestie „czystości krwi" i odcinania się od świata niemagicznych? Bardzo starał się unikać słowa „mugole" – na szczęście oni użyli go jako pierwsi. Potem było już lepiej, miał nadzieję, że wzbudził ich zaufanie na tyle, że trochę się odsłonili. O Riddle'u mówili z nieprawdopodobną pogardą. Profesor przeżył lekki szok, gdy ujrzał na ekranie określenia typu: „to szlamowate zgadziałe gówno"! Nie ukrywał zaskoczenia. Zapytał czemu mówią o Riddle'u – „szlama" – skoro sami odcinają się od idei „czystej krwi"? Odpowiedzieli mu to samo, co już wcześniej usłyszał od Penelopy Clearwater, i prawie tymi samymi słowami. To utwierdziło go w przekonaniu, że dobrze ją znają. No, ale tego był właściwie pewien od samego początku rozmowy.
Najbardziej agresywnie, wręcz chamsko, zachowywał się Rosjanin „Arbat". Najinteligentniejsze i najdowcipniejsze, oraz najbardziej błyskotliwe komentarze wygłaszała Polka „Licentia Poetica". Pseudonim, jaki przyjęła, idealnie do niej pasował. Profesor Dumbledore przypuszczał, że mogła być pisarką, o czym świadczyło niezwykłe bogactwo wyrażeń i obrazowy, a jednocześnie nieco poetycki język, jakim się posługiwała. Mówiła jasno, unikała przekleństw, a jej dosadne porównania nigdy nie były wulgarne. Najzłośliwiej i bardzo brutalnie wypowiadała się „kastet". Z jej wypowiedzi niezbicie wynikało, że straszliwie nienawidzi Voldemota. Zniekształcała jego nazwisko i pseudonim na wszelkie możliwe sposoby, a do swoich pogardliwych określeń „zgadziałego pseudolordziny" zawsze dodawała jakąś klątwę. O niektórych nawet Dumbledore nigdy nie słyszał! Najmniej mówił Japończyk „Yurusarezaru", ale jego lakoniczne wypowiedzi były niezwykle celne. Z kolei Norweg „Leniwy ogr", „Surfujący Hawajczyk" i Francuz „FANATYK–INFORMATYK" byli wobec niego, Dumbledore'a, bardzo podejrzliwi i nieufni, choć nie zachowywali się aż tak napastliwie jak „Arbat".
Chcieli, by podał im numer gadałki, albo e–mail. Podał jeden z kilku adresów, jakie sobie założył na stronie Google. Taki, który nie mógłby doprowadzić do wykrycia jego tożsamości. Powiedział im, że przeważnie przebywa w miejscach, gdzie nie ma dostępu do internetu, więc niestety, nie może odebrać poczty. Na to poradzili mu, by używał komórki z opcją powiadamiania i odbierania poczty internetowej. Musiał się przyznać, że to też niemożliwe. Lecz to niestety natychmiast wzmogło ich podejrzliwość. Zastanawiał się, czy dobrze sprawę rozegrał. Nie był z siebie zadowolony... Umówili się z nim jednak na następną rozmowę za tydzień, o tej samej porze. Profesor postanowił, że musi się do tego lepiej przygotować.
Usiadł przy biurku i wszedł na stronę miejską Edynburga. Postanowił poszukać informacji o repertuarze kin. A może znajdzie jakiś koncert...
Uśmiechnął się do siebie. Gdy wyjaśnił swoim rozmówcom, że jego praca polega głównie na włóczeniu się z dala od domu w różnych dziwnych miejscach i zbieraniu okazów przyrodniczych – roślin i zwierząt, a potem na ich badaniu, opisywaniu i katalogowaniu – rozmowa na chwilę zeszła na tematy osobiste. Zdradził im swoje plany – że ma dziś wolne i chce się trochę zrelaksować. Na co natychmiast zasypali go dobrymi radami. Szczególnie aktywnie i z entuzjazmem robił to „Arbat", który sprawiał wrażenie dość rozrywkowego osobnika. Podał mu linki do stron, gdzie można było znaleźć informacje o tym, gdzie się w Edynburgu najlepiej zabawić. Profesor nie ukrywając rozbawienia odpisał, że najpierw zajrzy na najbardziej uczęszczaną oficjalną stronę miejską Edynburga. Wchodził już tam kiedyś, więc wiedział, czego może się spodziewać. Ale za rady i adresy podziękował i powiedział, że tam również wejdzie, choćby z czystej ciekawości.
W tym samym momencie w Londynie i w małym prowansalskim miasteczku dwaj mężczyźni jednocześnie pochylili się nad klawiaturą komputera. Obaj uśmiechnęli się zwycięsko.
– Wszedł na stronę Edynburga – jasnowłosy mężczyzna w Londynie wystukał komunikat, który odebrał szatyn w Prowansji.
– Tak, też to złapałem – odpisał ciemnowłosy. – Miałeś nosa, żeby się po tej stronce wcześniej rozejrzeć...
– Podrzucę mu wywiad z Jeanem – zakomunikował blondyn. – Śledź go.
– Kopiuję – oznajmił lakonicznie szatyn.
Profesor Dumbledore szybko przejrzał repertuar kin i postanowił odświeżyć sobie wrażenia z „My Fair Lady" z Audrey Hepburn. Akurat dawali to w „Iluzjonie", w ramach „Klubu dobrych filmów". Oglądał ten film kilkakrotnie i był on jednym z jego ulubionych. Niestety, w żadnym kinie nie było w tej chwili w repertuarze „Rzymskich wakacji". Trudno. Musical na podstawie „Pigmaliona" też był znakomity. Profesor, po podjęciu decyzji jak spędzi kilka najbliższych godzin, zastanowił się, co będzie robił wieczorem. Doszedł do wniosku, że najwyższy czas odwiedzić jakąś dobrą restaurację. Szybko kliknął w ikonkę: „restauracje, bary...". Interesowały go wyłącznie te z co najmniej trzema gwiazdkami. A może – hotelowe...?
– Namierzyłem go. To nie było trudne, ma tylko standardowe zabezpieczenia – Francuz pokiwał głową, odczytując komunikat nadesłany przez jego londyńskiego partnera.
– Czyli nie kłamał, jest w tej chwili w Edynburgu – odpisał szybko.
– Monitoruję go. Czyta wywiad z Jeanem – do tej informacji Wolodia dodał uśmiechniętą mordkę.
– Widzę. Szkoda, że przez sieć nie możemy użyć Imperio... – smutna minka człowieczka usadowionego na końcu zdania bez niedomówień wyrażała uczucia Prowansalczyka.
– Pomarzyć dobra rzecz – skwitował wypowiedź przyjaciela Rosjanin. – Ale sądzę, że nie musimy. Przeczytał wywiad i...
– Trzymam kciuki! – litery podskakiwały, obrazując napięcie, z jakim Francuz śledził poczynania „Szerszenia".
– Zamawia stolik! Mamy go!!!
Profesor Dumbledore sapnął z irytacją, gdy na ekran wyskoczyła mu reklama hotelu Dalhousie Castle. „Dziś w naszej Dungeon Restaurant śpiewa Jean Valjean! Zapraszamy! Przyjdź, posłuchaj!" Zdjęcie zamku zastąpiła fotka przedstawiająca wnętrze słynnej restauracji w lochach. A po chwili ukazała się fotografia młodego blondyna w białej, rozchełstanej pod szyją koszuli. Mężczyzna uśmiechnął się całkiem sympatycznie i uniósł dłoń w geście pozdrowienia. Irytacja profesora trochę się zmniejszyła. Pomyślał rozbawiony, że filmiki ilustrujące komputerowe reklamy przypominają czarodziejskie fotografie. Mugole byli równie pomysłowi i twórczy jak czarodzieje. Albo odwrotnie – zależy, jak na to patrzeć. Już bez wahania kliknął w słowo „wywiad". Fotografia zmniejszyła się do rozmiarów zdjęcia paszportowego i odsunęła się w lewy górny róg ekranu. Wywiad był bardzo krótki, ale okazał się nadspodziewanie interesujący. Pytania zadawała dziennikarka poczytnego czasopisma muzycznego, w którym ukazał się pełny tekst rozmowy. Hmm... Profesor postanowił odnaleźć stronę tego czasopisma i przeczytać nie tylko cały wywiad z rekomendowanym przez reklamę piosenkarzem, ale wszystkie pozostałe artykuły. Okazało się, że jest strasznie zapóźniony, jeśli idzie o nowości muzyczne! Czy Jean Valjean rzeczywiście okaże się wschodzącą gwiazdą muzyki operowej i rozrywkowej, jak sugerowała rozmawiająca z piosenkarzem znawczyni muzyki? Profesor ponownie zerknął na tekst rozmowy:
Jeanne McTavish:
– Czy pseudonim, jaki sobie wybrałeś ma coś sugerować?
Jean Valjean:
– Oczywiście! Uwielbiam „Nędzników", moja babka była Francuzką, a ja sam bardzo chciałbym być podobny do tego akurat bohatera Victora Hugo. Podziwiam jego hart ducha, wierność ideałom i poczucie obowiązku.
J. McT. – Rozumiem. Życzę by ci się udało dobrze naśladować swego idola.
J.V. – Bardzo dziękuję!
. – Masz przepiękny głos. Dlaczego nie śpiewasz w operze?
J.V. – Przede mną jeszcze długa droga i bardzo dużo muszę się nauczyć. Bardzo chcę zostać śpiewakiem operowym, ale po prostu jeszcze zbyt mało umiem. Mam zaledwie dziewiętnaście lat i rok temu ukończyłem średnią szkołę muzyczną w Paryżu. Na wyższe studia muzyczne planuję zdawać egzamin dopiero w przyszłym roku. Na razie uczę się śpiewu prywatnie. Mój nauczyciel zachęca mnie do publicznych występów. Twierdzi, że to znakomity trening dla śpiewaka. Oczywiście nie za często!
. – Czy w twojej rodzinie ktoś był muzykiem?
J.V. – Nie. Niestety. Moja matka śpiewała amatorsko w chórze kościelnym. Natomiast mój ojciec jest chemikiem – farmaceutą i nigdy nie słyszałem, żeby śpiewał. Nawet pod prysznicem, czy przy goleniu! Ale mój głos, to jednak dziedzictwo genetyczne taty. Od mamy często słyszałem, że gdyby aksamit mógł mówić, to przemawiałby głosem ojca. Całkowicie się z nią zgadzam! Oboje rodzice zawsze zachęcali mnie do rozwijania moich muzycznych pasji.
. – Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów!
Profesor Dumbledore uśmiechnął się do siebie. Postanowił zjeść kolację w Dungeon Restaurant hotelu Dalhousie Castle i posłuchać jak śpiewa Jean Valjean – wschodząca gwiazda opery. Co prawda Hotel Dalhousie Castle mieścił się w starym, siedemsetletnim zamku oddalonym siedem mil od centrum miasta, ale co tam. Dumbledore miał przecież dość pieniędzy, żeby pojechać taksówką w obie strony i zapłacić za wytworną kolację w jednej z najdroższych i najelegantszych restauracji w Edynburgu. Wszedł na stronę Hotelu Dalhousie Castle i zarezerwował stolik na wieczorny recital Jeana Valjeana.
***
11 lipca 1996 rok, godzina siedemnasta trzydzieści, Hotel Dalhousie Castle w Edynburgu.
Ciemnowłosy mężczyzna w eleganckim garniturze wszedł do hotelowego holu.
– Zarezerwowałem stolik w restauracji – zwrócił się z uśmiechem do dziewczyny w recepcji. – Moje nazwisko: Alfred McCoin.
– Tak, proszę bardzo – dziewczyna szybko wystukała dane na klawiaturze. Zerknęła na ekran komputera i uśmiechnęła się promiennie. – Tędy – wskazała mu wejście do lochów.
– Dziękuję pani – mężczyzna skłonił się i odszedł w kierunku schodów. Kierownik sali zaprowadził go do zarezerwowanego stolika i podał menu. W lokalu po kilkunastu minutach nie było ani jednego wolnego miejsca. Goście jedli kolację i cicho rozmawiali. Doskonale wyczuwalny nastrój oczekiwania udzielił się również Dumbledore'owi. Był coraz bardziej zaciekawiony. Przy sąsiednim stole siedziało kilka osób. Rozmawiali o muzyce. Omawiali ostatnią operę Polaka Krzysztofa Pendereckiego „Raj Utracony" i zastanawiali się, czy wystawią to dzieło w Covent Garden, oraz czy Jean Valjean zostanie zaangażowany do roli Adama. Starsza pani w wytwornej i bardzo oryginalnej garsonce, ze staroświecką broszką przypiętą do koronkowej bluzki, była zdania, że niestety nie, ponieważ jest po pierwsze – za młody, a po drugie – za dobry i nie zdoła się przebić przez intrygi starszych kolegów, którzy zrobią wszystko, by nie dopuścić do jego debiutu, bo będą się obawiać, że rewelacyjny śpiewak zaćmi ich wszystkich!
Nagle rozmowy ucichły. Do kilku muzyków zgrupowanych przy pianiście podszedł jasnowłosy chłopak, prowadzony punktowym reflektorem. Był ubrany w ciemne spodnie i jasną koszulę z krótkimi rękawami. Oparł się o pianino i rozejrzał po sali. Skłonił się, a pianista uderzył w klawisze, biorąc pierwszy akord. Jean Valjean uśmiechnął się i otworzył usta.
Nagle wnętrze eleganckiej restauracji gdzieś zniknęło. Profesor Dumbledore poczuł, że znów ma kilkanaście lat i razem z bratem i ojcem siedzi przy zalanym piwem stole w tawernie na wrzosowiskach. Wokół nich weseli mężczyźni śpiewali stare, dobre, szkockie pieśni. Na sąsiednim stole tańczyła i śpiewała córka karczmarza, a goście ją dopingowali. Zabawa się rozkręcała – mniej pijani ruszali w tany, a ci bardziej pijani, rytmicznie poklaskiwali i radośnie ryczeli sprośne piosenki. Muzycy rżnęli od ucha na skrzypcach, ktoś „męczył" kobzę... Profesor uśmiechnął się do swoich wspomnień. Jak bardzo byli wtedy obaj z bratem szczęśliwi! Jak cudownie śmiał się i śpiewał ich ojciec!
Z trudem wrócił do rzeczywistości. Burza oklasków nagrodziła śpiewaka. Dumbledore rozejrzał się. Wszyscy dookoła uśmiechali się – najwyraźniej stare, szkockie piosenki w tak znakomitym wykonaniu wszystkich zachwyciły. Tak, ten młody chłopak naprawdę miał wspaniały głos! Ale nie tylko. Jeszcze to nieuchwytne „coś", co odróżnia prawdziwego artystę od dobrego rzemieślnika... Brawa umilkły. Starsza pani przy sąsiednim stoliku pochyliła lekko w bok głowę i przymknęła oczy.
Krótką chwilę ciszy zakończyły dźwięki „Pod niebem Paryża". Tym razem profesor Dumbledore przeniósł się w wyobraźni nad Sekwanę. Szedł słynnym paryskim mostem Pont–Neuf, pod rękę z Eve. Jak dawno to było...
„...Jakby nic w śmiertelny pójdę chłód,
Przecież wiem, że miłość sprawi cud!
I choć innym brak nadziei
Nawet śmierć nas nie rozdzieli!..."
To prawda! Choć Eve nie żyła od tak dawna – była w nim. Tkwiła w jego pamięci i na zawsze tam pozostanie. Miał to, co niewielu ludziom jest dane przez los – prawdziwą miłość.
Tak! Przytaknął w myślach młodemu śpiewakowi. Niczego nie żałuję! Panienka z Paryża dzieląca się śniadaniem z wróblami była wciąż w jego sercu. Spacerowali po Montmartre, tańczyli przy dźwiękach fletu, a brodaty artysta szkicował węglem twarz Eve... W dewizce swego zegarka profesor Dumbledore całe lata temu umieścił miniaturkę – portrecik ciemnowłosej, figlarnie uśmiechniętej dziewczyny. Eve...
Znów nastąpiła chwila przerwy. Jean Valjean pił wodę ze szklanki, a goście domagali się swoich ulubionych piosenek. Niektórzy wykrzykiwali tytuły arii operowych i operetkowych.
Artysta zaśmiał się i zaintonował piosenkę – moralitet, arię śmieciarza Dolittle'a z musicalu „My Fair Lady" – o tym, co się powinno robić, i jak się od tego sprytnie wykręcić.
„Pan Bozia dał nam ręce jak z żelaza, żebyśmy mogli nimi robić coś! Lecz starczy jeden szczęścia łut, jeden mały szczęścia łut, by pracował za nas inny ktoś!"
Dumbledore przypomniał sobie scenę z oglądanego przed południem filmu. Co za traf!
Goście śmiali się serdecznie i podśpiewywali z Jeanem. Piosenki i arie płynęły jedna za drugą, a każda przywoływała jakieś miłe wspomnienia. Niestety, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Słuchacze domagali się ostatnich bisów... Profesor westchnął z żalem. Mógłby słuchać śpiewu tego chłopaka bez końca.
– Dobrze! Zaśpiewam na zakończenie dzisiejszego wieczoru trzy piosenki. Jedną po angielsku i dwie po francusku – ogłosił wesoło śpiewak.
„Co za wspaniały Świat" – stary przebój Armstronga w lochach Dalhousie Castle zabrzmiał z niezwykłą siłą. Czuło się, że Jean Valjean naprawdę myśli, że Świat jest wspaniały i cudowny. I że „C'est Beau la Vie" – życie jest piękne! Swój recital artysta zakończył piosenką o radości kochania: „Plaisir d'Amour" – a profesor znów ujrzał twarz Eve.
Wychodząc z zamku i czekając na taksówkę profesor Dumbledore czuł ogromny żal, że ten wieczór dobiegł już końca. Wciąż dźwięczały mu w uszach słowa piosenki o radości kochania. Plaisir d'Amour... Zastanawiał się, czy Jean Valjean nagrał jakieś płyty. Chętnie by je kupił i słuchał tego radosnego głosu w chwilach, gdy nachodziły go smutne myśli. Ten chłopak po prostu czarował swoim śpiewem... Czarował?!
Podjechała taksówka i Dumbledore wsiadł, roztrząsając tę myśl, która mu tak nagle przyszła do głowy. Czarodziejski głos... Czy to możliwe? „Bez przesady!" – skarcił się. Nie ma sensu dopatrywanie się w każdym nieprzeciętnym mugolu ukrytego czarodzieja! Ale swoją drogą, ten chłopak był chyba czymś w rodzaju anty–dementora. Roztaczał wokół siebie aurę radości życia, a jego śpiew budził dobre myśli i przywoływał miłe wspomnienia. Taaak... Stanowczo musi zdobyć jakieś jego nagrania!
Nie zauważył, że do następnej taksówki wsiadły trzy osoby z towarzystwa, które siedziało obok niego w restauracji – dwóch mężczyzn i młoda kobieta. Oba auta ruszyły jednocześnie.
Godzinę później w saloniku małej willi na przedmieściach Edynburga kilka osób gorąco dyskutowało. Większość z nich siedziała w fotelach obitych pluszem. Jeden młody mężczyzna w szarym garniturze stał przy stole i nalewał do filiżanek kawę i herbatę. Drugi stał na środku pokoju i patrzył z nieukrywanym zdumieniem na jasnowłosą dziewczynę i dwóch mężczyzn siedzących w fotelach naprzeciwko niego.
– Czy on naprawdę nie zauważył, że go śledzicie? – zapytał z niedowierzaniem. – Laeticio, jesteś absolutnie pewna, że niczego nie zauważył?
Kobieta podniosła się z fotela, podeszła do chłopaka, objęła go i pocałowała czule w policzek.
– Och! Nie marudź, kochanie. Powtarzasz to pytanie już piąty raz! Zaczarowałeś tego człowieka swoim głosem i o niczym innym nie myślał, jak tylko o tym, gdzie kupić twoje płyty!
Mężczyzna chwycił ją wpół i mocno pocałował w usta.
– Kocham cię! – wykrzyknął spontanicznie.
– Twoja żona użyła legilimencji – wyjaśnił rozbawionym głosem elegancko ubrany, choć bynajmniej nie elegancko rozwalony na fotelu facet.
– Bardzo płytko i ostrożnie – powiedziała szybko Laeticia. – Wolałam nie ryzykować. On się osłaniał, zna oklumencję, ale myśli o twoich płytach były bardzo wyraźne – wyjaśniła, patrząc z powagą na męża. – I wiecie co? Tak sobie myślę, że to jednak BYŁ Dumbledore! – dodała żywo.
– Chyba jednak nie – zaprotestowała wysoka dziewczyna z bujnymi kręconymi włosami sięgającymi pasa.
– Dlaczego nie, Pensiku? – zdziwił się rudy chłopak w okularach. – Przecież znasz możliwości naszego Dumbla! Mógł użyć zmieniacza czasu! A zmiana wyglądu? On jest przecież Mistrzem Transformacji. Wiecie o tym!
– Kiedy z nim rozmawiałam, wymknęło mu się, że ma mieszkanie w Glasgow, i tam korzysta z komputera – odpowiedziała żywo dziewczyna. – A co do zmieniacza... Fakt, mógł go użyć! I zmienić wygląd też mógł... Ale nie mogę uwierzyć, że on dałby się tak podejść! Poza tym, jest Mistrzem Oklumencji! Zasłoniłby się, nie pozwoliłby wedrzeć się do swoich myśli!
– Nawet Dumbledore jest tylko człowiekiem – powiedziała cicho starsza dama, natychmiast przyciągając uwagę wszystkich obecnych w pokoju.
– To prawda, milady – powiedział Jean Valjean, z szacunkiem skłaniając głowę. – Nawet on może popełnić błąd.
– Popełnił niejeden! – oznajmił stanowczo rudzielec.
– Wszyscy o tym wiemy, Percy – starsza kobieta uśmiechnęła się łagodnie. – I dlatego sądzę, że ten człowiek, to mógł być on, choć nie wykluczam, oczywiście, że jednak nie. Co teraz, Mentorze? – spytała, patrząc z powagą na młodego śpiewaka.
Jasnowłosy mężczyzna jęknął z głębi serca.
– Nie krzyw się, nic ci to nie pomoże, a „Mentor" chyba na dobre do ciebie przylgnął! – zaśmiała się Laeticia.
– Przynajmniej ty tak do mnie nie mów! – zaprotestował z irytacją. – No, dobrze, nie traćmy czasu. Za tydzień będziemy rozmawiać z tym... „Szerszeniem", może wtedy wyciągniemy z niego więcej niż dziś. Wiemy gdzie mieszka, jutro Laeticia i Świetlik przeprowadzą wywiady z jego sąsiadami. Sądzę, że dowiemy się czegoś ciekawego. Ja zaraz jestem umówiony z Lupinem...
– Będziesz miał pracowitą noc – mruknął współczująco Percy.
– Przeżyję – zaśmiał się Jean. – Wolodia, ty i Cloude musicie cały czas pilnować jego komputera. To na razie nasz jedyny punkt zaczepienia...
– Monitorujemy go bez przerwy, mamy jego numer IP, założyliśmy mu parę trojanów, więc jest obstawiony – zapewnił leniwie Wolodia. – O to się nie martw!
– W porządku. Jak myślisz, Percy, czy Amos Diggory będzie dobrym ministrem magii? – Mentor odwrócił się do rudzielca.
– No właśnie, to dla nas bardzo ważne – powiedziała starsza dama.
– Niewątpliwie, milady – Percy uśmiechnął się do kobiety. – Niestety, nikt z nas nie potrafił odgadnąć zamysłów Dumbledore'a. Zaskoczył wszystkich tą kandydaturą. A czy Diggory będzie dobry jako minister... Wolę niczego nie prorokować. Ale na pewno będzie lepszy niż Knot!
– Eee... O to nietrudno! – prychnęła Laeticia.
– Na pewno! – zachichotał Wolodia.
– Muszę iść. Nie chcę, żeby Lupin na mnie czekał – Jean Valjean ruszył do drzwi. – Do zobaczenia – skinął głową obecnym.
– Powodzenia! – krzyknęła Laeticia.
Jej mąż uśmiechnął się, szybko ją pocałował i wyszedł z pokoju.
***
Profesor Dumbledore zapukał do drzwi sąsiadki. Starsza pani bardzo go lubiła, a on darzył ją wzajemną sympatią. Odwiedził ją już dzisiaj rano. Zawsze miał dla niej jakiś prezent, gdy pojawiał się w Edynburgu. Nigdy nie zaniedbał nawiązania dobrych stosunków z mugolskimi sąsiadami. Dzięki temu miał względną pewność, że uniknie problemów, przynajmniej niektórych.
– Przyszedłem się pożegnać, pani McGill – powiedział Dumbledore, gdy Meredith McGill otworzyła mu drzwi.
– Proszę, niech pan wejdzie! Jak zwykle wpadł pan tylko na jeden dzień! – zawołała z werwą zażywna dama, wdowa po komisarzu policji.
– Niestety, taka praca. Ale za tydzień będę tutaj, gdyby ktoś o mnie pytał, to proszę przekazać, kiedy wrócę – Dumbledore uśmiechnął się promiennie.
– Oczywiście, panie Alfredzie! – pani McGill obdarzyła go równie uroczym uśmiechem.
Profesor Dumbledore zamykając drzwi swego domu pomyślał, że niewiele mu już zostało czasu z dzisiejszego dnia. Północ zbliżała się nieubłaganie, a z nią problemy, z którymi będzie musiał się uporać. Nastawił budzik na dwunastą i postanowił się po prostu przespać.
***
Noc z 11 na 12 1996 roku, parę minut po północy, Hogwart.
W sypialni dyrektora Hogwartu z ledwie słyszalnym trzaskiem pojawił się ciemnowłosy mężczyzna w mugolskim ubraniu, ze skórzaną torbą na ramieniu. Odłożył torbę na fotel i podszedł do lustra. Szybko wyjął z kieszeni różdżkę, machnął nią i wymruczał zaklęcie. Jego postać jakby zafalowała a rysy twarzy rozmyły się. Trwało to tylko chwilę. Ciemnowłosy mugol zniknął, a na jego miejscu pojawił się profesor Dumbledore we własnej postaci i w szatach czarodzieja. Dyrektor schował różdżkę, wyjął z torby pudełko z laptopem i wszedł do gabinetu. Gdy zamykał zaklęciem szufladę, w której trzymał swój osobisty komputer, przez drzwi przeniknął Gruby Mnich.
– Panie dyrektorze! – zawołał wyraźnie podniecony. – Mam ważne wieści! Przepraszam za to wtargnięcie – sumitował się. – Miałem nadzieję, że pan jeszcze nie śpi!
– Na szczęście jeszcze nie spałem – westchnął Dumbledore. – Jakie to wiadomości? Dobre, czy złe?
– I takie, i takie – Gruby Mnich smętnie pokręcił głową. – Niestety, na same dobre nie ma teraz co liczyć...
– To poproszę najpierw o tę najgorszą – Dumbledore usiadł przy biurku i sięgnął po czysty pergamin. Miał pewność, że będzie mu potrzebny.
– Margherita Goldstone nie żyje – powiedział cicho duch. – Zamordowano ją...
– O, Merlinie! – jęknął dyrektor. – To rzeczywiście okropna wiadomość! Kto?
– Francuz... Ten, Który Ma Władzę nad Smokami... – Gruby Mnich prawie wyszeptał odpowiedź.
