Z serdecznymi podziękowaniami dla Mithiany! Za pomoc prawną. Jako kompletny laik w dziedzinie prawa obowiązującego na Wyspach Brytyjskich, gdyby nie nieoceniona, fachowa pomoc Mithiany – popisałabym straszne głupoty!
Imię Pana Mecenasa – jak wiesz – na Twoją cześć.
***
12 lipca 1996 rok, piątek, godzina ósma rano, Londyn
Dom prywatny komisarza policji Christophera Sheena, gabinet pana domu.
Dwóch z trzech siedzących przy małym stoliku mężczyzn, wydawało się dziwnie nie na miejscu w tym pokoju – typowym angielskim gabinecie należącym do człowieka zajmującego się pracą umysłową. Gdyby ktoś przypadkiem tu zajrzał, ujrzałby siwowłosego i siwobrodego starca, wystrojonego w szkarłatne szaty czarodzieja i w wysokiej tiarze na głowie, oraz młodego mężczyznę w ciemnobłękitnym swetrze i niebieskiej koszuli rozmawiających z gospodarzem i popijających kawę i herbatę z porcelanowych filiżanek. Musieli omawiać bardzo ważne sprawy...
– Więc nie nazywa się pan John Moon? – spytał komisarz Sheen patrząc na Lupina z zainteresowaniem.
– Bardzo mi przykro, że pana okłamałem. To było trochę... niechcący. Margherita wymyśliła na poczekaniu moje fałszywe nazwisko – odparł Remus ze skruchą.
– Rozumiem... Nie wiedział pan, bo i skąd, że moja ciotka jest czarownicą, więc nie chciał się pan przede mną ujawnić. To oczywiste. A ja, prawdę mówiąc nigdy nawet nie podejrzewałem, że Margherita i Henry też są czarodziejami, choć znam ich od ładnych kilku lat – westchnął policjant. – I oczywiście nie przyszło mi do głowy, że pan również...
– A więc pan Goldstone to także czarodziej – wtrącił się profesor Dumbledore. – Tak przypuszczaliśmy, ale nie byliśmy tego pewni...
– Czy znacie panowie męża Margherity, Henry'ego? – zaciekawił się Sheen.
– Nie, niestety... – Lupin pokręcił przecząco głową.
– Rozmawiałem z nim dziś rano. Był u mnie o siódmej... – komisarz urwał, wyraźnie niepewny, czy powiedzieć coś więcej na ten temat.
– Wiemy o śmierci pani Goldstone – powiedział cicho dyrektor.
Sheen lekko się zawahał, ale postanowił jednak zaufać swoim gościom i zdradzić, o czym rozmawiał z mężem Margherity.
– Henry powiedział mi, że jego żona została zamordowana. Ukrył swoje dzieci, bo bardzo się o nie boi... – komisarz pokręcił głową ze smutkiem. – Podobno morderca to potężny i potwornie niebezpieczny czarnoksiężnik. Jest Francuzem i nie ma nic wspólnego ze śmierciożercami. A, przepraszam, że spytam... Skąd wiecie o zamordowaniu Margherity? Czy może wiecie też coś o tym zbrodniarzu? – policyjne nawyki gospodarza dały o sobie znać.
Lupin i Dumbledore popatrzyli na siebie. Remus potrząsnął głową, dając do zrozumienia profesorowi, że jemu pozostawia decyzję. Dyrektor wyprostował się i spojrzał Sheenowi prosto w oczy.
– Jeśli mamy ze sobą współpracować, to powinniśmy być wobec siebie szczerzy – powiedział stanowczo. – Jestem gotów zdradzić panu tajemnice, których w innych okolicznościach nigdy bym nie powierzył człowiekowi spoza społeczności ludzi magicznych. I liczę na wzajemność.
Komisarz wytrzymał spojrzenie profesora. Lupin poczuł niemiły dreszcz. Christopher Sheen mógł się wydawać odrobinę niezdarny i dobroduszny komuś, kto go spotkał po raz pierwszy, ale jego oczy patrzyły zbyt przenikliwie i czujnie, by to wrażenie nie rozwiało się prawie natychmiast.
– Zgoda, panie profesorze – powiedział wreszcie Sheen, po dłuższej chwili milczenia.
Dumbledore spokojnie zrelacjonował komisarzowi swoje wiadomości o sprawie. Lupin podziwiał zręczność z jaką profesor przekazywał informacje. Dyrektor powiedział wszystko, co było istotne, pomijając to, co należało pominąć. Gospodarz słuchał z napiętą uwagą i z całą pewnością nie uronił ani jednego słowa.
– Sporo pan przede mną ukrył, oczywiście – skomentował spokojnie Sheen, gdy Dumbledore skończył mówić. – Ale to, co teraz od pana usłyszałem na pewno mi wystarczy. Przynajmniej na razie. Miałem kontakty z „czystokrwistymi" czarodziejami już wcześniej... – komisarz zamyślił się na moment. – Moja ciotka ma oczywiście wielu znajomych w waszej społeczności. Ale ona woli żyć z dala od – jak się wyraża – „getta"...
– Czy jednym z jej znajomych jest Arthur Weasley? – spytał profesor niewinnym tonem.
Gospodarz niezbyt starannie schował ironiczny uśmiech za filiżanką herbaty.
– Ciekaw byłem, kiedy mnie o niego spytacie – powiedział, wyraźnie rozbawiony.
Przez kilka minut rozmawiali o kontaktach komisarza z Arthurem Weasleyem, po czym wrócili do zasadniczego tematu.
– Zapewne zdajecie sobie panowie sprawę z faktu, że w naszej, mugolskiej policji, pracują czarodzieje? – spytał Sheen, już bez uśmiechu.
– Oczywiście, wiemy o tym – powiedział szybko Lupin.
– Niektórych pewnie nawet znacie... Mam w swojej brygadzie specjalnej dwoje młodych, bardzo zdolnych absolwentów Hogwartu. Wiecie, o kim mówię, prawda? – pytanie, może trochę wbrew intencjom komisarza, zabrzmiało nieco szyderczo.
– Tak, owszem... – Dumbledore leciutko się uśmiechnął.
– Twarze pracowników brygad specjalnych zna niewielu ludzi. Ci szczególni policjanci są znakomicie wyszkoleni i oczywiście nie zajmują się trywialnymi przestępstwami typu „kradzież na wyrwę" – czyli złodziejaszkami wyrywającymi torebki kobietom na ulicy. W tej chwili – na twarzy Sheena pojawił się wyraz śmiertelnej powagi – zajmujemy się rozpracowywaniem „sekty śmierciożerców", czyli Voldemorta i jego ludzi. Ja, dzięki moim znajomościom i koneksjom, wiem o co chodzi naprawdę, ale absolutna większość policjantów została poinformowana o szczegółach dość oględnie. Wszyscy już jednak wiedzą, że mamy do czynienia z bardzo niebezpiecznymi terrorystami. Zostały wdrożone specjalne procedury postępowania i nie sądzę, żeby komuś strzeliło do głowy się z tego wyłamać. No i nasza, czyli mugolska, prasa oraz inne środki przekazu: radio, telewizja i internet są pełne doniesień o „nowej, bardzo groźnej grupie terrorystycznej" – zakończył gospodarz z lekką ironią.
– Kto jest szefem operacji prowadzonej przeciwko Tomowi Riddle? – spytał Dumbledore. – Pan?
– Nie. Ja jestem zastępcą szefa. Praktycznie odpowiadam za organizację działań operacyjnych. Szefem jest jeden z przyjaciół naszego premiera. Ten człowiek pracuje w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Minister też jest poinformowany, oczywiście. I premier... To on powołał sztab kryzysowy do „sprawy śmierciożerców" i mianował szefa tego sztabu, czyli Głównego Koordynatora.
– Więc sprawa dotarła aż do tak wysokiego szczebla? – Lupin nie potrafił ukryć zdumienia.
– Właśnie... – Sheen posępnie się uśmiechnął. – Niestety, panowie, tak to wygląda. Ponieważ poprzedni Minister Magii nie przejawiał żadnej chęci współpracy i upierał się, że Voldemort nie istnieje, i to tylko głupie plotki, że wrócił, więc cóż... Zajęliśmy się tym sami. Nasz premier jaki jest, taki jest, ale to nie idiota i potrafi wyczuć niebezpieczeństwo. Zadziałał błyskawicznie. Czy wasz nowy Minister będzie z nami współpracował? Jak myślicie, panowie?
– Będzie współpracował na pewno. Voldemort zamordował jego syna – powiedział cicho profesor.
– Rozumiem – szepnął komisarz.
– Porozmawiam z Amosem – obiecał Dumbledore. – Pozostaje więc ustalenie sposobów łączności między nami. Wasze brygady specjalne powinny ściśle współpracować z naszymi aurorami.
– Oczywiście. W takim razie, proponuję, żebyśmy się spotkali jutro o tej samej porze, jeśli zdoła pan jeszcze dzisiaj porozmawiać z Ministrem Diggorym – Sheen najwyraźniej chciał już zakończyć spotkanie, ale Dumbledore miał kilka pytań, których nie mógł pozostawić bez odpowiedzi.
– Przepraszam ale muszę jednak spytać pana o parę spraw – powiedział profesor – Czy ten... Główny Koordynator nie jest przypadkiem czarodziejem?
– Nie. On nie. Ale w sztabie jest trzech czarodziejów i dwie czarownice – odpowiedział rzeczowo komisarz. – Coś jeszcze?
– Tak. Ten Francuz. Coś o nim wiecie? – Dumbledore uważnie patrzył na rozmówcę i z napięciem czekał na odpowiedź. Niestety, nie była taka, na jaką liczył.
– Nic o nim nie wiemy, ja o jego istnieniu dowiedziałem się dzisiaj rano od Henry'ego. Pan podał mi też trochę szczegółów. Wygląda na to, że wy wiecie więcej ode mnie. Przykro mi. Muszę teraz jak najszybciej przekazać te informacje pozostałym członkom sztabu. I premierowi... – westchnął Sheen.
– Rozumiemy. Zatem do jutra. – Dumbledore i Lupin szybko podnieśli się z foteli.
– Przybędziecie świstoklikiem, jak dzisiaj? – spytał pospiesznie gospodarz.
– Oczywiście. Nie będziemy tracić czasu – zapewnił go profesor.
– Do widzenia – komisarz skłonił się uprzejmie.
Dyrektor uruchomił świstoklik i po kilku chwilach obaj z Lupinem byli z powrotem w Hogwarcie.
***
12 lipca 1996 rok, piątek, godzina ósma czterdzieści pięć rano, gabinet dyrektora Hogwartu.
Profesor Dumbledore odwrócił się od kominka, z którego przed chwilą zniknęła głowa nowego Ministra Magii.
– Słyszałeś, Remusie – powiedział cicho do Lupina siedzącego w fotelu pod oknem. – Spotkamy się z nim za pół godziny.
– Miejmy nadzieję, że Diggory dogada się z Premierem – mruknął Remus posępnie.
– John Major nie jest idiotą, jak słusznie zauważył nasz nowy znajomy, Christopher Sheen – stwierdził spokojnie Dumbledore.
– Niestety, do najmądrzejszych też się go nie da zaliczyć – skrzywił się Lupin.
– Nikt nie jest doskonały, Remusie – stwierdził sentencjonalnie Dumbledore. – Niezależnie od walorów umysłowych pana premiera, dla nas ważne jest tylko, żeby ci dwaj podjęli współpracę.
– Słusznie, panie profesorze – westchnął młody mężczyzna. – Swoją drogą rozzłościłem się trochę na Arthura Weasleya. Powinien był nam powiedzieć, że zna ciotkę komisarza mugolskiej policji! Gdybyśmy wiedzieli o tym wcześniej...
– Nie jestem pewien, czy moglibyśmy to wykorzystać – sprzeciwił się Dumbledore. – Łatwo jest krytykować, jak się zna wszystkie fakty oraz skutki popełnionych w przeszłości błędów. Arthur wykorzystywał swoje kontakty z mugolami najlepiej, jak się dało. Ma wśród nich mnóstwo znajomych, przypuszczam, że ciotka Sheena była tylko jedną z wielu osób, z którymi się widywał. A z samym Sheenem osobiście spotkał się tylko kilka razy i rozmawiali o wszystkim i o niczym! To od niego Arthur ma informacje o broni palnej...
– No... tak. Sheen nam to powiedział i pewnie nie kłamał, bo nie miał powodu – skrzywił się Lupin. – Przyznał, że nie interesował się specjalnie społeczeństwem czarodziejów, a jeśli już, to tylko w sytuacji, gdy miał do czynienia z przestępstwami, które popełniają czarodzieje wobec mugoli. Dzięki swojej ciotce wiedział o istnieniu magii i dlatego nawiązał kontakt z Arthurem. Chyba więcej to przyniosło profitów jemu niż Arthurowi i nam.
– Ten policjant to wyjątkowo szczwany lis – uśmiechnął się niewesoło profesor. – Co prawda zdradził nam sporo tajemnic, ale...
– Jeszcze więcej przed nami ukrył – wpadł mu w słowa Remus.
– Oczywiście. A my przed nim, to niby nie? – Dumbledore westchnął ciężko. – Zastanówmy się teraz, jak przeprowadzić rozmowę z Amosem...
***
12 lipca 1996 rok, piątek, godzina ósma rano,
Gabinet mecenasa Mitchela Prestona Vongerichten–Wintour, Londyn
Dwaj elegancko ubrani mężczyźni siedzieli w wygodnych, klubowych fotelach przy stoliku z intarsjowanym blatem. Niezwykle realistycznie przedstawiono na nim pejzaż typowy dla południowych Chin, a na pierwszym planie wśród kwiatów lotosu można było dojrzeć dwa flirtujące ibisy. Ale żaden z panów nie zwracał uwagi na piękny i kunsztownie wykonany (i oczywiście bardzo kosztowny), mebel. Pochylali ku sobie głowy, pochłonięci rozmową. Starszy z mężczyzn mógł mieć około pięćdziesięciu lat. Jego zupełnie łysa głowa i klasyczne rysy twarzy przywodziły na myśl rzeźby przedstawiające rzymskich senatorów. Ubrany w garnitur firmy Brioni, pachnący dyskretnie znakomitą wodą kolońską doskonale pasował do wystroju gabinetu. Meble, dywan, zasłony w oknach – wszystko było tu solidne i znakomitej jakości. Kancelaria mecenasa Mitchela Prestona Vongerichten–Wintour robiła na klientach takie wrażenie, jakie powinna wywoływać wśród potrzebujących porady i pomocy prawnika: „Oto solidny fachowiec, który potrafi, i na pewno pomoże wam w waszych kłopotach..."
Tego zdania z całą pewnością był klient, który właśnie przedstawiał panu mecenasowi swój problem. Był to młody, jasnowłosy mężczyzna; mógł mieć niewiele ponad trzydziestkę. Elegancją nie ustępował gospodarzowi, choć jego garnitur pochodził z ostatniej kolekcji Armaniego. Tak jak adwokat – miał jedwabny, ręcznie robiony krawat znanej francuskiej firmy, ale bardziej ekstrawagancki kolorystycznie.
– Mitch, musisz mi pomóc! – powiedział z naciskiem, pochylając się lekko w fotelu i patrząc na mecenasa z wyraźną nadzieją w oczach. – Nie mogę przecież puścić tego płazem!
– Spokojnie, Henry. Coś wymyślimy. Czy kiedykolwiek cię zawiodłem? – pytanie gospodarza było najwyraźniej retoryczne.
– Nie! Nigdy. Fakt, potrafiłeś mnie wybronić nawet w tej sprawie o szpiegowanie konkurencji – blondyn uśmiechnął się lekko, podkręcając wąsa.
– A byłeś winny? Przecież nie! – adwokat wyszczerzył się obłudnie.
Obaj mężczyźni zachichotali.
– Nie, nie poczuwam się do żadnej winy – oznajmił jasnowłosy. – Proponuję, żebyśmy jednak wrócili do mojego problemu. Powiedz mi, czy mogłem coś w tej sprawie zrobić? Tak, żeby lepiej zabezpieczyć interesy chłopaka? Chociażby przez ustanowienie nadzoru prawnego? Tak to się chyba nazywa? Dursleyowie, mówiąc wprost, ukradli jego pieniądze!
– Hmm... Czy mogłeś coś zrobić... muszę się zastanowić. Trzeba to wszystko rozważyć. Nie możesz teraz działać pochopnie, Henry. I czy naprawdę uważasz, że należy przeprowadzić rozmowę z Dursleyami w Hogwarcie? – pan mecenas najwyraźniej miał spore wątpliwości w tej kwestii.
– Zdecydowanie tak. I zrobi to Severus Snape, we własnej, wrednej osobie! – blondyn uśmiechnął się mściwie. – Oczywiście, będziesz go wspierać moralnie i prawnie, no i profesor Dumbledore również nie odmówi sobie uczestniczenia w tym spektaklu. Jestem tego pewien!
– W porządku. Zreasumujmy, zatem. Chcesz odzyskać dla Harry'ego pieniądze, które państwo Dursleyowie wydali niezgodnie z przeznaczeniem. To po pierwsze. Po drugie – chciałbyś tych mugoli zastraszyć, tak, żeby podpisali z tobą ugodę, co uchroni i ich i ciebie przed włóczeniem się po sądach. Czy tak? I czy to wszystko? – Mitchel Vongerichten–Wintour z uwagą patrzył na swego klienta.
– Nie, nie wszystko. Jest jeszcze „po trzecie". Młodego Dursleya poszukuje policja. Za napady i pobicia. Jego kumple już siedzą w areszcie – pan Henry skrzywił się z odrazą.
– O! A to ciekawe! Chcesz ten fakt wykorzystać jako kartę przetargową? – zainteresował się gwałtownie mecenas.
– Właśnie. To też, ale nie tylko. Po czwarte i ostatnie – śmierciojady chcą ich dorwać. Powiem ci szczerze, że najchętniej zostawiłbym Dursleyów własnemu losowi, ale to oznaczałoby dla nich wyrok śmierci. Tego, mimo wszystko, im jednak nie życzę. Rozważaliśmy razem z Olafem różne sposoby ochrony dla nich, i parę możliwości się rysuje, ale żeby to załatwić pozytywnie, potrzebne są twoje kontakty wśród sędziów. No i na szczęście, znasz prokuratora zajmującego się sprawą tego młodego gnojka. Sprawdziłem to. Gdyby udało się uzyskać dla Dudleya wyrok w zawieszeniu, to można by tych kretynów schować dość skutecznie. Chyba, że sami wszystko zepsują. A są tak głupi, że mogą to zrobić... – młody mężczyzna nie ukrywał wstrętu. – Ale my będziemy mieli czyste sumienia – dodał zgryźliwie. – Jeśli Dursleyowie zostaną uznani za cennych świadków w „sprawie śmierciożerców", to może uda się przyznać im status „świadka koronnego" i objąć ochroną policyjną i sądową – blondyn z irytacją potrząsnął głową.
– Olaf dzwonił do mnie, chyba zaraz po tym jak od niego wyszedłeś – mecenas uśmiechnął się łagodnie. – Ale nie powiedział mi o tym ostatnim problemie, ani o kłopotach Dudleya.
– Tak, wiem, mówił mi, że zorientuje się w tej sprawie i wpadnie do ciebie, jak tylko coś konkretnego ustali – Henry zmarszczył brwi, wyraźnie się nad czymś zastanawiając.
Melodyjny gong przerwał rozmowę. Mecenas podniósł słuchawkę wewnętrznego telefonu.
– Tak, pani Stebbins?
– Przyszedł pan Olaf Goldstone – odezwał się z głośniczka miły głos sekretarki.
– Czekamy na niego – odpowiedział szybko Mitchel Vongerichten–Wintour. – I proszę przynieść nam kawę.
Drzwi gabinetu otworzyły się powoli i stanął w nich sobowtór Henry'ego Goldstone'a. Jedynym elementem różniącym obu panów był wzór krawata.
– Witaj Olaf! – powiedział Henry. Oczy błysnęły mu radośnie.
Gospodarz skinął zapraszająco dłonią i wskazał przybyszowi fotel.
– Mam dobre wieści – oznajmił Olaf Goldstone z uśmiechem pełnym satysfakcji.
– To dobrze. Nareszcie jakiś jaśniejszy promyk w ponurej rzeczywistości... – powiedział cicho Henry ze smutkiem w głosie. – Muszę się trzymać, bo inaczej bym chyba zwariował – dodał z westchnieniem.
Olaf popatrzył na niego współczująco.
– Masz dla kogo żyć! – powiedział stanowczo. – A tego smoczego psychopatę dorwiemy, możesz być tego pewny! – warknął krwiożerczo.
– Jestem! – Henry uśmiechnął się do brata znacząco.
– A ten drugi kandydat do władzy nad światem? – przypomniał mecenas. – On też jeszcze żyje!
– Ten zgadziały pseudolordzina jest już skończony. Słusznie zauważyłeś, Mitch. On „jeszcze" żyje. Jeszcze... Dużo czasu mu nie zostało... – odpowiedział drwiącym tonem Henry.
– Jesteś pewien? – zdziwił się Olaf.
– Całkowicie – Henry uśmiechnął się drapieżnie.
– Może wrócimy do sprawy Dursleyów – zaproponował spokojnie gospodarz.
– Słusznie – bracia Goldstone'owie zgodnie skinęli głowami.
– Mów, Olaf, słuchamy – mecenas wyprostował się w fotelu.
Olaf Goldstone wyjął ze skórzanej aktówki kartonową teczkę i położył ją na intarsjowanym blacie stolika. Wysunął z rękawa różdżkę i dotknął nią teczki mrucząc coś cicho pod nosem.
***
12 lipca 1996 rok, piątek, Hogwart, Wieża Gryffindoru, Pokój wspólny, godzina dziewiąta rano.
Harry usiłował zrozumieć, co mówi do niego pięć osób naraz. Hermiona, Ron, bliźniacy i nieznana mu wcześniej dziewczyna, którą Snape przedstawił jako Kathleen Doherty–O'Hare przekrzykiwali się nawzajem, udzielając mu dobrych rad. Jednocześnie kłócili się między sobą. Chłopak zatkał uszy, bojąc się, że za chwilę ogłuchnie.
– Przestańcie! – jęknął błagalnym tonem.
– Harry ma rację! – oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem Kathleen. – Dość tego! Jak nie chcecie, to wcale nie musicie z nami iść! Ale my dwoje ruszamy stąd za pięć minut. Jesteś gotowy? – odwróciła się do chłopaka.
Harry spojrzał błagalnie na Rona i Hermionę. Oboje umilkli patrząc z oburzeniem na piękną blondynkę o posągowej figurze. Harry miał mgliste wrażenie, że gdzieś już ją wcześniej widział, a Hermiona była absolutnie pewna, że pani Kathleen jest nader udanym sobowtórem niejakiej Pameli Anderson (której to aktorki, nawiasem mówiąc, Hermiona serdecznie nie cierpiała!). Ron zaczerwienił się, przypominając sobie w tym momencie niefortunnie, że z wrażenia spadł z łóżka, gdy dziś o wpół do szóstej rano, do ich dormitorium wtargnął Snape, w towarzystwie pięknej pani O'Hare... Już sam widok rozwścieczonego Snape'a, ubranego w niesamowicie wytworny mugolski garnitur wystarczyłby, żeby wywołać szok, niestety, jakby tego było nie dość, towarzyszyła mu śliczna dziewczyna!
Snape bez ceregieli urządził im pobudkę, która była dla wszystkich czterech chwilowych mieszkańców dormitorium okropnie przykra, ponieważ poprzedniego wieczoru poszli spać bardzo późno. No, nie bez przyczyny. Pili kremowe, opowiadali sobie najnowsze plotki, starannie omijając tematy: eliksirów i konieczności przenosin do Snape Manor... Oczywiście tłumaczenie tych subtelności Naczelnemu Nietoperzowi Hogwartu mijało się z celem, więc Harry i trzej Weasleyowie okropnie ziewając zerwali się z łóżek (Ron z podłogi) – po czym usiłowali zrozumieć, co Snape do nich mówi. Nie było to łatwe. Dopiero groźba oblania ich lodowatą wodą – co gorsza wygłoszona przez blond piękność i poparta znacząco uniesioną różdżką – skłoniła zaspanych Gryfonów do wysiłku i okazania odrobiny uwagi.
Mistrz Eliksirów przyniósł ze sobą dwa pudełka. W mniejszym znajdowało się ubranie dla Harry'ego – płócienne spodnie i marynarka, obie te części garderoby miały metkę: „Versace", do tego jedwabna koszula z krótkimi rękawami, jedwabne skarpetki, takie same slipki i skórzane mokasyny. Wszystko było idealnie dopasowane, co okazało się gdy chłopak się ubrał. Co do drugiego pudła – Snape zażądał kategorycznie, żeby Harry spakował tam „łachmany od Dursleyów". Potem przedstawił im „panią Kathleen Doherty–O'Hare" i oznajmił, że ona się nimi zajmie i wszystko wyjaśni. Po czym wyszedł.
Kathleen najpierw poprosiła, żeby zwracali się do niej po imieniu, a następnie, zgodnie z zapowiedzią Snape'a, przystąpiła do wyjaśnień. Niestety, z tego co mówiła, zrozumiałe było tylko jedno. Harry miał udać się z nią na zakupy, bo Snape nie zamierzał: „tolerować w swoim domu gałganiarza" i w związku z tym, ona zabierze go do Londynu i pomoże kupić odpowiednie ubrania. Udadzą się świstoklikiem do londyńskiego mieszkania jej przyjaciół i stamtąd wyruszą w rajd po sklepach. A na wszelki wypadek, żeby zapewnić chłopcu bezpieczeństwo, profesor Snape przygotował eliksir wielosokowy w ulepszonej wersji. I to dla wszystkich tu obecnych, gdyby chcieli towarzyszyć Harry'emu i jej w tej eskapadzie...
Bliźniacy i Hermiona natychmiast zasypali Kathleen gradem pytań. Ron nie odzywał się, siedząc w fotelu i gapiąc się na blond ślicznotkę z dokładnie ogłupiałym wyrazem twarzy, co najwyraźniej doprowadzało do wściekłości Hermionę. Konieczności kamuflażu nikt nie kwestionował, ale nowa znajoma jakoś nie budziła zaufania. Na pytania bliźniaków odpowiadała z początku spokojnie, ale niestety, długo to nie trwało. Napastliwe i złośliwe uwagi Freda i Georga zirytowały dziewczynę, tak że nie wiadomo kiedy rozmowa przerodziła się w ostrą kłótnię. Harry miał dość już po kilku minutach i wymknął się z pokoju wspólnego do dormitorium. Spakował wszystkie „łachmany" po Dudleyu do pudła przyniesionego przez Snape'a, starannie sprawdzając, czy nie zostawił czegoś w kieszeniach. Niestety, uporał się z tym bardzo szybko. Nie miał ochoty wracać do towarzystwa i uczestniczyć w awanturze, której echa docierały do sypialni. Usiadł na łóżku i usiłował pomyśleć. Pani Kathleen nie budziła w nim niechęci, chociaż sprawiała wrażenie osoby dość apodyktycznej i lubiącej rządzić. Co interesujące, odnosiła się z wyraźną sympatią do Hermiony, natomiast nie szczędziła złośliwości Weasleyom... Chłopak zastanowił się, czy może tej kobiecie wierzyć. Nie znał jej, ale mimo to nie czuł niepokoju, co go nawet trochę dziwiło. No, ale przyprowadził ją tu Snape, a wbrew wszelkiej logice i swojej wcześniejszej niechęci do Mistrza Eliksirów, Harry zaczął mu ufać. Postanowił, że wypije eliksir i kupi sobie ubrania. Zdumiewające było tylko, że miały to być ubrania mugolskie...
Chłopak z ciężkim westchnieniem podniósł się i zdecydował na powrót do pokoju wspólnego.
Wpadł w sam środek piekła. Kłócące się zawzięcie towarzystwo przerwało na chwilę awanturowanie się i zasypało go informacjami, żądaniami zajęcia stanowiska w kwestii „kto ma rację"; oraz dobrymi radami. Między innymi, gdzie najlepiej ukryć różdżkę.
I wtedy Harry zatkał uszy...
Na szczęście jego przyjaciele opamiętali się. Nie tylko Ron i Hermiona, ale i bliźniacy zdecydowali się towarzyszyć Harry'emu i Kathleen w wędrówkach po mugolskich sklepach. Co Snape przewidział, dlatego Kathleen miała przy sobie pięć buteleczek z eliksirem wielosokowym.
Smak ulepszonego eliksiru był zupełnie inny niż tego, który uwarzyli w drugiej klasie, znacznie lepszy i jego wypicie nie było tak przykre.
Po chwili Harry patrzył na wysokiego szatyna o orzechowych oczach, w którego zmienił się Ron. Jego sylwetka pozostała prawie ta sama, ale nikt nie domyśliłby się, że ten szatyn to Ron Weasley. Fred był teraz blondynem a George miał ciemną cerę i prawie czarne włosy, ale oczy bliźniaków pozostały niebieskie, choć odcień ich tęczówek stał się ciemniejszy. Hermiona zmieniła się w brunetkę, a on sam – w jasnego blondyna.
Kathleen rozdała im mugolskie dokumenty ze zdjęciami osób, w które się przeistoczyli i zażądała, żeby nauczyli się na pamięć swoich nowych imion i nazwisk. Harry stwierdził, że wcielił się w niejakiego Iona Hammersmitha, Hermiona dostała paszport dla Harriet Stove, a Ron stał się Kurtem Svanem. Fred na najbliższe kilka godzin został Raulem Wise, a George – Adamem Lange. Harry pomyślał, że ta przygoda zapowiada się całkiem interesująco.
Kathleen wyjęła z przypiętej do pasa torebki pęk kluczy z wisiorkiem w kształcie kruka. Wisiorek okazał się świstoklikiem, który przeniósł ich do londyńskiego mieszkania przyjaciół Kathleen.
Czas, jaki upłynął od chwili wylądowania na miękkim dywanie w ogromnym salonie, do wieczora, gdy wreszcie wszyscy pięcioro powrócili do Wieży Gryffindoru, jawił się teraz Harry'emu jako pasmo tęczy. Przyjaciele Kathleen już na nich czekali. Wysoki, muskularny blondyn i drobna jasnowłosa dziewczyna. Oboje mieli im towarzyszyć. Dziewczyna przedstawiła się jako Alice, a mężczyzna miał na imię Dick. Wyruszyli dwoma samochodami: czarną limuzyną z przyciemnianymi szybami i terenowym Citroenem. Limuzynę prowadziła Alice, a za kierownicą terenówki usiadła Kathleen. Harry'emu i Ronowi kazała wsiąść do Citroena, razem z nimi usiadł też Dick. Bliźniacy i Hermiona pojechali z Alice. Odwiedzili kilka małych firmowych sklepów z męskimi ubraniami, w których Harry poczuł się jak manekin. Nikt go nie pytał o zdanie; po prostu przymierzał kolejne garnitury, spodnie, marynarki, koszule, t–shirty... Harry po wyjściu z piątego... a może szóstego sklepu, stracił rachubę. Kręciło mu się w głowie i nawet nie miał siły zadać pytania, które nurtowało go od pierwszej chwili: Kto za to wszystko płaci?! Obie dziewczyny miały po kilka kart kredytowych, których używały na zmianę. Ale z czyjego konta wypływały pieniądze? Niestety, każdy domysł wydawał mu się absurdalny. Postanowił, że spróbuje jakoś uzyskać odpowiedź od Kathleen, ale musi porozmawiać z nią w cztery oczy.
Zakupy zakończyli u Harrodsa, gdzie bliźniacy, Ron i Hermiona też wydali trochę pieniędzy, ale okazało się, że to nie koniec atrakcji przewidzianych na ten wieczór. Kathleen i jej przyjaciele zaprowadzili ich do multikina, gdzie właśnie wyświetlano trylogię „Star Wars" w wersji reżyserskiej. Harry widział już wszystkie trzy części gwiezdnej epopei w telewizji i na video, bo były to jedne z ulubionych filmów Dudleya, ale teraz miał okazję obejrzeć je spokojnie w kinie, na wielkim ekranie. A w przerwie między „Imperium kontratakuje" i „Powrotem Jedi" zjedli wspaniały obiad w kinowym bufecie. Dick przed seansem zaopatrzył ich wszystkich w butelki coca–coli i olbrzymie torby popcornu. Harry nie bez złośliwej satysfakcji zauważył, że bliźniacy zafascynowani akcją filmu, nawet nie tknęli swoich porcji, za to Ron pochłonął wszystko błyskawicznie, po czym nie odrywając wzroku od ekranu sięgnął na oślep po popcorn Hermiony.
Gdy wreszcie wyszli z kina, wszyscy trzej Wealeyowie sprawiali wrażenie oszołomionych i niezbyt przytomnych. Najwyraźniej trudno im było się otrząsnąć po tak wielkiej dawce emocji.
Zanim doszli na parking zostali zaskoczeni po raz kolejny. Tym razem jednak, nowa rozrywka nie została zaplanowana przez ich chwilowych opiekunów. Na ulicy kłębił się tłum mężczyzn wrzeszczących co sił w gardłach. Harry z trudem wyłowił z potwornego hałasu jedyne dwa zrozumiałe słowa: „Chelsea" i „Liverpool". Mężczyźni nie tylko wrzeszczeli i wyli, ale bili się między sobą z niezwykłym zapałem. Posługiwali się nie tylko pięściami, ale używali chyba wszystkiego, co im wpadło w ręce. Jakieś kije, butelki, nawet kamienie... Obie kobiety i Hermiona cofnęły się, wszystkie miały na twarzach taki sam wyraz skrajnego obrzydzenia. Ron i bliźniacy ocknęli się z chwilowego szoku i przez chwilę wyglądali, jakby zamierzali się przyłączyć do bijatyki. Harry patrzył zafascynowany na to, co się dzieje. Widział już nie raz w Wiadomościach TV awantury między kibicami różnych drużyn piłkarskich, ale po raz pierwszy w życiu oglądał to na żywo. Trzecią stroną uczestniczącą w zadymie byli oczywiście policjanci. Wszyscy wyposażeni w plastikowe tarcze, ubrani w kaski i kamizelki kuloodporne. Szli ławą i próbowali przycisnąć awanturników do ściany. Harry poczuł, jak ktoś z całej siły ciągnie go do tyłu. Obejrzał się. To był Dick.
– Natychmiast... – zaczął mężczyzna, lecz nie dane mu było dokończyć.
– Już nas tu nie ma! – wrzasnęła Kathleen z furią. – Zjeżdżamy stąd! – odwróciła się do bliźniaków. – Żadnego wtrącania się! – groźba w jej głosie wystarczyła. Nikt nie zamierzał dyskutować z rozwścieczoną dziewczyną. Szybko wycofali się ze strefy zagrożenia. Ronowi koło ucha świsnęła butelka, ciśnięta przez jakiegoś kibica w kordon policjantów. Rzut był niezwykle celny, trafiła bowiem jednego ze stróżów porządku dokładnie pod brodę, między krawędź tarczy i kask.
Na parking dobrnęli trochę okrężną drogą, przebijając się przez tłum żądnych wrażeń gapiów. Do domu, z którego wyruszyli rano, dotarli dopiero po dziesiątej wieczorem. Kathleen nie zamierzała puścić ich z powrotem do Hogwartu bez kolacji, więc mieli okazję do rozmowy. Wymiana wrażeń potrwała do północy. Oczywiście, bracia Weasleyowie zasypali gospodarzy mnóstwem pytań. Harry i Hermiona prawie się nie odzywali, słuchając wynurzeń młodych czarodziejów. Największym wstrząsem, jak się okazało – było dla nich nie kino, tylko odkrycie, że mugole potrafią to samo, co czarodzieje – latać, lewitować, unosić ciężary siłą woli... Długo trwało przekonywanie ich, że to tylko filmowe sztuczki. Widać było, że Dick, Alice i Kathleen świetnie się bawią. Tuż przed północą do towarzystwa dołączyła ciemnoskóra Sherylin – żona Dicka. Okazało się, że Alice jest jego siostrą.
Bijatyka pod kinem skwitowana została przez kobiety krótko – „banda krwiożerczych idiotów"! Żadna nie chciała rozmawiać na ten temat. Dick próbował oprotestować tę opinię, ale zgromiony spojrzeniem żony, położył uszy po sobie i tylko się uśmiechał pod nosem. Chyba nie podzielał zdania kobiet...
Wreszcie nieopanowane ziewnięcie Hermiony zakończyło uroczy wieczór. Harry niepewnie spoglądał na stos pudeł i toreb zawierających jego zakupy. Co prawda opanował doskonale zaklęcie pomniejszające, ale ile czasu zajmie mu zmniejszanie tych wszystkich pakunków?! Kathleen wybawiła go z kłopotu. Jednym machnięciem różdżki zredukowała paczki do rozmiarów pudełka od zapałek.
– Za godzinę wrócą do właściwych kształtów – poinformowała chłopaka rzeczowym tonem. – Schowaj to do kieszeni i wracamy do Hogwartu – dodała.
– Gdzie wylądujemy? – spytał Ron.
– W holu przed Wielką Salą – odpowiedziała. – Tylko jeszcze jedno...
Szybko wskazała różdżką na każdego z nich i wyszeptała jakieś zaklęcie. Kamuflaż zniknął. Znów byli w swoich własnych postaciach. Harry poczuł ogromną ulgę. Nie podobał się sobie jako Ion Hammersmith.
Lądowanie w Wielkim Holu omal nie zakończyło się dla Harry'ego upadkiem. Był strasznie zmęczony i marzył o położeniu się do łóżka. Rozejrzał się niezbyt przytomnie i zamarł ze zdumienia. W mgnieniu oka odechciało mu się spać. W drzwiach Wielkiej Sali stał Dumbledore. A obok niego trójka Dursleyów.
***
12 lipca 1996 rok, piątek, Londyn, Ogrody Kensington, południe.
Dean Thomas przytulił Ginny i uśmiechnął się do siebie. Czuł się absolutnie szczęśliwy. Ginny pogłaskała go po policzku.
– Masz jeszcze trochę chleba? – spytała.
– Pewnie, że mam! – Dean zaśmiał się zwycięsko, wyciągając z kieszeni kanapkę z żółtym serem. Olbrzymi łabędź, którego przed chwilą karmili, nie odpłynął za swoimi pobratymcami, tylko energicznie ciągnął dziewczynę za rękaw domagając się następnej porcji chleba. Ginny i Dean stali na brzegu niewielkiego stawu. Dziewczyna przed chwilą oddała ptaszysku ostatni kawałek z ostatniej kanapki, w które zaopatrzyła ją matka. Dean pomyślał rozbawiony, że gdyby pani Weasley dowiedziała się, kto zjadł wiktuały przygotowane przez jej troskliwe ręce, to Ginny nie ominęłaby solidna bura. Ale Molly Weasley nie widziała, jak wielkie kęsy chleba znikają w dziobach żarłocznych ptaków. Łabędzie wyglądały szalenie arystokratycznie i wytwornie, gdy majestatycznie przecinały taflę wody, ale zachowywały się nie jak szlachetnie urodzeni arystokraci, tylko jak najbardziej prostaccy i natrętni żebracy. Bez ceregieli domagały się poczęstunku. Skrzeczały, popychały się i wydzierały sobie z dziobów kęsy chleba i ciasteczka, które rzucał im Dean. Wreszcie wszystkie, z wyjątkiem największego, najadły się do syta i odpłynęły. Ten jeden został i wciąż chciał jeść. Chłopak szybko rozejrzał się dookoła. Byli nad stawem sami. Ten fragment parku wyglądał, jakby ogrodnicy nigdy tu nie zaglądali, ale oczywiście było to mylne wrażenie. Styl „angielskich ogrodów" bazował właśnie na naturalności. Rozczochrana wierzba zwieszała nad wodą swoje gałęzie. Wodna roślinność porastała brzegi. Krzewy przesłaniały widoczność, alejki wysypane żwirem wiły się zakosami wśród trawników. Gdzieś w oddali słychać było śmiechy i gwar rozmów, ale w pobliżu nie było nikogo. Ginny wyjęła Deanowi z ręki kanapkę, ułamała spory kęs chleba i podsunęła łabędziowi. Ptak wyciągnął szyję, ale nie chwycił poczęstunku tylko nagle się wyprostował i dziwnie zasyczał.
Dean zastanawiał się potem, co kazało mu skoczyć, chwycić Ginny, przewrócić się razem z nią na ziemię i wyciągnąć różdżkę. Ostrzeżenie ptaka, który zwierzęcym instynktem wyczuł, że dzieje się coś niedobrego? Może...
Wszystko rozegrało się w ułamkach sekund. Usłyszeli trzy trzaski aportacyjne i Dean wrzasnął „Drętwota!" w kierunku najbliższego z nich. W tym samym momencie to samo krzyknęła Ginny. Zielony promień śmiertelnego zaklęcia przeszył miejsce, w którym przed chwilą stał Dean, a czerwony oszałamiającego trafiłby Ginny, gdyby została tam, gdzie była sekundę wcześniej. Wrzaski: „Avada Kedavra" i „Drętwota" zmieszały się z dziwnym odgłosem, jakby korek wyskoczył z butelki, głośnym jękiem, szumem piór i głuchym dźwiękiem, który skojarzył się Deanowi z uderzeniem czymś twardym w drewno. A potem nagle zapadła cisza.
Chłopak błyskawicznie poderwał się, jednocześnie starając się zasłonić swoją dziewczynę. Ściskał różdżkę gotów do walki. Ale walczyć już nie miał z kim. Potencjalni przeciwnicy leżeli na trawie. Trzej śmierciożercy. W czarnych szatach i białych maskach. Bez wątpienia martwi. Trawę plamiła krew. Śmierciożerca, leżący najbliżej brzegu stawu, oberwał od nich obojga drętwotą. Ale to nie ich zaklęcia go zabiły. Głowę miał groteskowo odwróconą pod dziwnym kątem i zamiast lewego oka krwawą plamę. Maska zsunęła mu się z twarzy do połowy i zahaczyła o kaptur. We włosach mężczyzny tkwiło mnóstwo białych piór. Olbrzymi łabędź stał obok, wachlował skrzydłami i gniewnie syczał. Drugi trup leżał plecami do góry. Trzeci miał tylko pół głowy... Dean poczuł, że robi mu się niedobrze.
– Ginny! – jęknął. – Nie patrz!
Dziewczyna kurczowo chwyciła go za ramię. Ostrzeżenie oczywiście zignorowała.
Oboje szeroko otwartymi oczami wpatrywali się w trzy ciała i wysokiego czarnowłosego mężczyznę z bronią w prawej ręce. Brunet trzymał w dłoni rewolwer Smith & Wesson Magnum 0,44... Dean bardzo dobrze znał się na broni palnej. Od dziecka interesował się militariami, namiętnie kolekcjonował modele broni i pojazdów wojskowych, oglądał filmy wojenne i sensacyjne oraz zbierał książki i czasopisma o tej tematyce. Szczególnie interesowała go druga wojna światowa i historia wywiadu. Nie miał wątpliwości, że ich wybawca jest ze służb specjalnych. Mężczyzna rozglądał się czujnie. Dean pomyślał, że ten facet przypomina dzikiego kota, przyczajonego do skoku na ofiarę.
– Idioci – warknął mężczyzna, patrząc na nich ze złością. – Co wam strzeliło do łbów, żeby się włóczyć w takie miejsca?!
Nie czekając na odpowiedź wsadził broń za pasek, tak, że mógł w każdej chwili uchwycić rękojeść i wyjął z kieszeni komórkę.
– Napad na pannę Weasley i jej narzeczonego – szepnął do słuchawki. – Trzy trupy. Padlinojady. Namierz mnie.
Przez chwilę słuchał.
– Nie, tamci to załatwili. Dobrze, czekam. – powiedział. Odwrócił się do Ginny i Deana.
– Za chwilę przyleci tu helikopter i nas stąd zabierze. Jak wyląduje, schowajcie różdżki – syknął. – A na te ścierwa nie musicie patrzeć – dodał.
– Pan ich zabił... – wychrypiała Ginny ze zgrozą w głosie. – Myśmy użyli tylko drętwoty...
– Zabiłem dwóch. Gdybym tego nie zrobił, to oni zabiliby was – odpowiedział brunet drwiącym tonem. – Trzeciego, tego któregoście ogłuszyli, załatwił ten królewski ptak – wskazał na łabędzia, który już się uspokoił i podreptał do wody. Pływał przy brzegu i wpatrywał się w nich czarnymi oczami, jakby rozumiał o czym mowa. – Najwyraźniej nie spodobało mu się postępowanie tych padlinożerców i dał temu wyraz. Może trochę za gwałtownie...
– Ostrzegł nas – powiedział cicho Dean.
– Zwierzęta mają szybszy refleks niż ludzie. Nawet czarodzieje. No i instynktownie wyczuwają niebezpieczeństwo – odpowiedział rzeczowo czarnowłosy.
Rozmowę przerwało im pojawienie się policyjnego helikoptera.
Dwaj mężczyźni w czarnych kombinezonach i czarnych maskach sprawnie uprzątnęli trupy, pakując ciała martwych śmierciożerców do plastikowych worków. Plamy krwi zasypali żwirem. Wystarczyło kilka chwil i po dramatycznych wydarzeniach nad stawem nie pozostał żaden ślad. Dean, Ginny i czarnowłosy mężczyzna szybko wskoczyli do wnętrza latającej maszyny. Helikopter wystartował.
Mały, wyleniały szczur, ukryty w krzaku rododendrona, wyjrzał spod liści i wytrzeszczając czarne oczka patrzył za odlatującym w niebo metalowym ptakiem. Niezbyt długo. Olbrzymi, białozłoty kruk jak pocisk spadł z nieba, próbując rozcapierzonymi szponami chwycić zdobycz. Chybił o cal. Szczur pisnął rozdzierająco i rozpaczliwie wywinął się spod niosących śmierć ptasich szponów. Co sił w krótkich łapkach przebiegł pod rosnący obok rododendrona krzak pigwowca, wciskając się jak najgłębiej pomiędzy gęste, kolczaste gałęzie. Udało mu się. Kruk zrezygnował. Zakrakał gniewnie i odfrunął.
***
12 lipca 1996 rok, piątek, Londyn, posterunek policji, kilka minut po pierwszej po południu.
– Poczekajcie tutaj – czarnowłosy mężczyzna wprowadził Ginny i Deana do prawie pustego pomieszczenia bez okien, w którym stało tylko kilka krzeseł i duży stół. Gdy oboje usiedli skinął im głową i wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi. Dziewczyna i chłopak popatrzyli na siebie.
– To był mugol... – szepnęła Ginny. Szok dopiero teraz dał o sobie znać. Ta jedna myśl zajmowała ją w tej chwili bez reszty. Mugol. Mugol zabił śmierciożerców. Tak po prostu. Zabił... Jak to było możliwe?! Mugol zabił dwóch „czarnych" czarodziejów! Zabił ich mugolską bronią. Nic im nie pomogła ich czarna magia... Spojrzała na Deana. Przytulił ją delikatnie. Westchnął.
– Nie należy lekceważyć mugoli, Ginny – powiedział cicho. – Oni też potrafią bardzo sprawnie zabijać. I to w okrutny sposób. Tylko że ten człowiek nie zrobił tego dla zabawy. Uratował nam życie...
– Panu uratowałem życie, a pańską narzeczoną uchroniłem od porwania – odezwał się spokojny głos od strony drzwi. Brunet wrócił w towarzystwie wysokiego, czarnoskórego mężczyzny.
Ginny uniosła głowę. To był Kingsley Shacklebolt!
– Ten pan jest czarodziejem i aurorem. Zajmie się wami – poinformował ich suchym głosem brunet. Ukłonił się i wyszedł.
– Zanim was stąd zabiorę, muszę zmodyfikować wam pamięć – powiedział auror bez zbędnych wstępów. – Absolutnie nie możecie pamiętać prawdziwej twarzy waszego wybawcy, chyba to rozumiecie? – spojrzał z powagą na nich oboje.
Ginny nie mogła się odezwać. Była śmiertelnie blada i wyglądała, jakby zaraz miała zemdleć. Natomiast Dean czuł uderzenie adrenaliny. Krew w nim wręcz buzowała..
– Rozumiemy, ale wiem, że Obliviate można przełamać zaklęciem Crucio! – wykrzyknął chłopak.
– Słusznie – mężczyzna popatrzył na Deana z uznaniem. – Ale to nie będzie takie zwykłe Obliviate. Zastosujemy piętrowy kamuflaż. Będziecie pamiętać wszystko dokładnie tak, jak było, z wyjątkiem prawdziwej twarzy człowieka, który was uratował. Będziecie też pamiętać, że modyfikowano wam pamięć, ale ta modyfikacja będzie sięgać dość głęboko. Gdyby ktoś was nawet bardzo brutalnie przesłuchiwał, zobaczy fałszywą twarz, którą zapamiętacie zamiast prawdziwej, a pod nią pojawi się kolejna. Przesłuchujący uzna ją za prawdziwą, ale ta też będzie fałszywa. Jedyne, co wam naprawdę wymażę z pamięci, to te moje wyjaśnienia, których wam teraz udzieliłem. Zgoda?
– Jasne! – wykrzyknął Dean z entuzjazmem. To mu się spodobało. Wyprowadzić w pole wroga i to w tak perfidny sposób! Świetny pomysł. Ginny skinęła głową na znak przyzwolenia. Oprzytomniała już trochę i uznała, że nie ma nic do stracenia. Nie darmo była Gryfonką! Przełknęła ślinę.
– Ja też się zgadzam... – szepnęła zdrętwiałymi wargami.
– Świetnie – mężczyzna wyjął różdżkę. Spojrzał na Deana i nagle sobie coś przypomniał. – Przepraszam, panie Thomas, nie przedstawiłem się panu. Panna Weasley mnie zna, ale pan nie... Nazywam się Kingsley Shacklebolt.
Dean skłonił się.
– Miło mi – powiedział. – Szkoda tylko, że poznaliśmy się w takich okolicznościach... – dodał z westchnieniem. Nie zauważył, że czarnoskóry auror przygląda mu się dziwnym wzrokiem. Ginny miała wrażenie, że Shacklebolt usiłuje za wszelką cenę coś ukryć. Czy jej się zdawało, czy w jego oczach rzeczywiście czaiło się przerażenie?
