Do tego odcinka dołączam serdeczne podziękowania dla Skye i Nashirah za MISIA! Obiecuję, że pluszak się jeszcze pojawi!
***
piątek, 12 lipca 1996 rok, godzina pierwsza po południu, Edynburg
Zamyślona, młoda, jasnowłosa kobieta szła z pracy do domu. Drogę znała na pamięć, nie patrzyła więc ani na wystawy sklepowe, pełne atrakcyjnych towarów, ani na mijanych ludzi. Automatycznie skręciła w małą boczną uliczkę. Jeszcze kilkadziesiąt kroków... Zatrzymała się gwałtownie. Coś huknęło, koło głowy kobiety przeleciał jakiś przedmiot. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to piłka walnęła mocno w śmietnik. Niedaleko bawiły się dzieci. Przestraszona, mała dziewczynka biegła w jej stronę, krzycząc, że przeprasza i że naprawdę nie chciała...
– Uspokój się, kochanie, nic się nie stało – powiedziała łagodnie blondynka. Spojrzała pod nogi, bo przed chwilą coś uderzyło ją w stopę. Dwa kroki od niej leżał na chodniku mały, pluszowy miś z nadpalonym uchem i rozprutym brzuszkiem. Drugiego uszka brakowało. Musiał wypaść z kubła ze śmieciami.
– Biedaczku – westchnęła kobieta ze współczuciem. – Któż to tak źle cię potraktował? Nie bój się. Zabiorę cię ze sobą. Też mam małego misia. Wyczyszczę cię, naprawię i posadzę na poduszce obok mojego. Będziesz miał towarzystwo...
Uśmiechnęła się do siebie. Podniosła zabawkę i schowała do plastikowej reklamówki, którą zawsze na wszelki wypadek miała w torebce. Pomyślała, że jej teść będzie miał nowy temat do żartów. Lubiła go i wcale się na niego nie obrażała, nawet kiedy bywał złośliwy. Wiedziała, że on też ją lubi i nigdy tak naprawdę nie zamierzał sprawić jej przykrości.
Przyspieszyła kroku. Czekała ją jeszcze dzisiaj robota i to taka, którą uwielbiała. A przyjemność była tym większa, że prosił ją o wykonanie tej pracy właśnie ojciec jej ukochanego męża.
***
piątek, 12 lipca 1996 rok, godzina trzecia po południu, Snape Manor.
– Jao! Jao! – mała skrzatka krzycząc wpadła do kuchni. – Pani zaraz przyjedzie! Oj, będzie się gniewać na Sprężynkę! Zła Sprężynka! Zła!
Łkając, zaczęła gwałtownie targać się za uszy.
– Już jestem – młoda, wysoka, jasnowłosa kobieta pojawiła się w drzwiach kuchni. – Co się stało, Sprężynko? – zawołała z niepokojem w głosie.
– Niedobra Sprężynka! – zawodziła skrzatka z rozpaczą. – Nie sprzątnęła w pani pokoju!
– Więc zrób to teraz – powiedziała blondynka łagodnie. – Tylko przestań już się szarpać, bo jeszcze zrobisz sobie krzywdę. Zabraniam ci się karać! – zakończyła stanowczo.
Mała skrzatka zniknęła, pozostawiając w powietrzu kilka srebrnych iskierek.
Kobieta odwróciła się do pozostałych trojga skrzatów.
– Zróbcie mi herbaty, bardzo chce mi się pić – powiedziała z uśmiechem.
– Już, w tej chwili! – wykrzyknęła chórem cała trójka. Starsza skrzatka w zielonej płóciennej sukience i narzuconym na nią brązowym fartuchu rzuciła się do pieca i szybko rozpaliła ogień pstryknięciem palców. Statecznie wyglądający, pomarszczony stary skrzat, ubrany w ciemnobrązowe spodnie i taką samą koszulę, podał jej napełniony wodą czajnik. Najmłodszy z trójki wyjął z szafki paterę z ciastkami i postawił na stole. Kobieta podziękowała mu serdecznym uśmiechem.
– To twoje dzieło, prawda Jao? – zapytała. Młody skrzat wyszczerzył radośnie zęby.
– Tak, proszę pani! – oznajmił dumnie.
– Mój syn piecze najwspanialsze ciasta i ciastka na świecie! Starsza pani go nauczyła! – poinformowała z podziwem w głosie stara skrzatka.
– To prawda, te ciasteczka są tak wspaniałe, że stanowią solidne zagrożenie dla mojej figury – westchnęła wesoło blondynka. – Bardzo dobrze ci w zielonym, Jao – dodała, patrząc z uznaniem na koszulkę i spodnie skrzata. Obie części garderoby były nowe i mieniły się pięknym odcieniem młodej trawy.
– To przecież pani mi poradziła! – odpowiedział skrzat radośnie.
– No i sam widzisz, że miałam rację! – wykrzyknęła kobieta. Na tym rozmowa się urwała, bo skrzatka nalała do porcelanowej filiżanki aromatycznego napoju i kobieta zajęła się jedzeniem, a jej zadowolona mina była dla trójki skrzatów najwyraźniej wielkim komplementem.
***
piątek, 12 lipca 1996 rok, godzina trzecia po południu, gdzieś w Anglii.
– Legilimens... – wysyczał Voldemort, celując różdżką w drżącego małego człowieczka. Po chwili jego twarz wykrzywiła się w ohydnym grymasie. Czerwone oczy błysnęły złowrogo. – Crucio... – szepnął. – Crucio, ty idioto... – dodał jeszcze ciszej.
Glizdogon wił się na podłodze, skowycząc z bólu.
Tom Riddle opuścił różdżkę.
– Wynoś się! – warknął. – Precz!
Peter Pettigrew wstał z trudem i wycofał się czym prędzej. Szedł tyłem, zgięty wpół.
Voldemort usiadł na swoim ulubionym fotelu przypominającym tron. Był wściekły. Nie chciał, ani nie zamierzał przyznać się sam przed sobą, że czuje strach. Gdzieś w głębi świadomości czaiło się coś, co odbierało mu pewność siebie i nadzieję na zwycięstwo. I nikt nie mógł – albo nie potrafił powiedzieć mu, co się dzieje. Klęski sypały się jedna za drugą. Nie rozumiał tego. A teraz jeszcze TO! Mugol. Zwykły mugol zabił mu trzech śmierciożerców! A Glizdogon tylko się gapił i nic nie zrobił. Nawet nie próbował. Mało tego! Durny szczur nie widział twarzy tego mordercy! Zauważył jedynie czarne włosy i to, że bydlak był wysoki. Riddle zacisnął pięści w bezsilnej furii. Musiał coś przedsięwziąć!
A może...
Azkaban?
Nie... Najpierw ktoś, kto MUSI zostać ukarany!
***
piątek, 12 lipca 1996 rok, godzina piąta po południu, gdzieś w Anglii.
Bellatrix Lestrange stała przy oknie jak sparaliżowana. To niemożliwe... Nie, to nie mogła być prawda! Olbrzymi, czarny pies z płonącymi, bladymi ślepiami leżał na trawniku i wpatrywał się w nią. Szczerzył zęby, a ona miała nieodparte wrażenie, że ten bydlak się z niej śmieje!
– Co się stało, Bella? Na co tak patrzysz? – usłyszała głos męża. Z trudem odwróciła głowę.
– Spójrz tam i powiedz mi, co widzisz – odpowiedziała z wysiłkiem. Zamknęła oczy, ale obraz piekielnego psa wciąż tkwił pod jej powiekami. Ohydne przekleństwo wypowiedziane przez Rudolfa sprawiło, że poderwała się i spojrzała ponownie w okno. Na trawniku już nie było psa. Tam, gdzie przed chwilą leżał, czerniała ogromna plama spopielałej, wypalonej do gołej ziemi trawy, odcinając się jaskrawo od świeżej, soczystej zieleni reszty trawnika.
***
noc z 12 na 13 lipca 1996 rok, godzina pierwsza w nocy, Hogwart, Wielki Hol.
Harry z niedowierzaniem patrzył na swoich kuzynów. Wyglądali na przerażonych. Dudley okropnie schudł, a wyraz twarzy miał jeszcze bardziej tępy niż zwykle. Vernon Dursley też wyraźnie stracił na wadze, choć nie tak bardzo, jak jego syn, a ciotka Petunia była śmiertelnie blada. Jakby tego było mało, ich ubrania były mocno zniszczone, tak, jakby nosili je przez dłuższy czas.
To było bardzo dziwne...
Nie dano mu jednak się nad tym zastanowić. Dumbledore popatrzył na Harry'ego bez uśmiechu. Sprawiał wrażenie straszliwie zmęczonego.
– Dobrze, że już wróciliście – westchnął z wyraźną ulgą w głosie. – Idźcie do siebie. Harry, masz gości. Czekają na ciebie w waszym salonie – poinformował cicho.
Profesor skinął im głową i odwrócił się do Dursleyów.
– Proszę za mną – powiedział do nich sucho.
Kathleen skrzywiła się z odrazą. Harry przysunął się do Rona. Weasleyowie i Hermiona nie powiedzieli ani słowa. Wszyscy szybko pomaszerowali do Wieży Gryffindoru. Tylko Fred obejrzał się i przez chwilę przyglądał Dursleyom, nie kryjąc niechęci.
Dopiero, gdy znaleźli się w pokoju wspólnym, bliźniacy jako pierwsi ochłonęli na tyle, że przerwali milczenie.
– Co tu robią ci mugole?! – wybuchnął George.
– Jak Dumbel mógł... – zaczął Fred i urwał. Z niedowierzaniem potrząsnął głową.
W pokoju wspólnym czekało na nich kilka osób.
– Ginny! Bill! Charlie! – wykrzyknął radośnie Ron. – Co tu rooobicie... – zająknął się i nie dokończył, uświadamiając sobie, że chyba musiało się stać coś bardzo niedobrego. Oprócz trójki Weasleyów w pokoju wspólnym byli jeszcze: Dean Thomas, Lupin, Snape, Kingsley Shacklebolt i dwóch obcych mężczyzn. Wszyscy mieli bardzo poważne, wręcz ponure miny.
Harry przyjrzał się nieznajomym. Starszy z nich był całkowicie łysy, ale to tylko dodawało mu powagi. Ubrany był niezwykle wytwornie, w mugolski garnitur, ale chłopak jakoś nie miał żadnych wątpliwości, że jest to czarodziej. Drugi z obcych stał przy oknie i rozmawiał cicho ze Snape'em. Stanowili niezwykły kontrast, a jednocześnie w jakiś dziwny sposób byli do siebie zdumiewająco podobni. Różniło ich to, że nieznajomy miał jasne włosy i obfite wąsy. Był jednak dokładnie tego samego wzrostu, co Mistrz Eliksirów i obaj mieli na sobie identyczne, bardzo eleganckie, mugolskie garnitury. Ich ruchy były idealnie zsynchronizowane, w tym samym momencie unosili głowy i gestykulowali dłońmi.
„Jak bliźniacy" – pomyślał Harry. Obejrzał się odruchowo na Freda i George'a. Stali obok siebie i tak samo jak on wpatrywali się w Snape'a i jego rozmówcę, którzy w tej właśnie chwili jednocześnie odwrócili się od okna i podeszli do największego stołu w pokoju wspólnym. Mistrz Eliksirów bez żadnych wstępów wskazał na leżące na blacie stołu trzy spore pudła.
– To twoje, Potter. Zabierz to do dormitorium. Poza tym, zostaw tam swoje dzisiejsze zakupy i przyjdź tu zaraz z powrotem. Tylko dokładnie opróżnij kieszenie, bo wszystko za parę minut powróci do właściwych rozmiarów – powiedział szorstko. – I pośpiesz się, mamy parę rzeczy do omówienia, a ty powinieneś jak najszybciej położyć się spać.
Harry nie próbował się sprzeciwiać. Sięgnął po tajemnicze pakunki, ale zanim zdążył dotknąć pierwszego, Snape wyciągnął różdżkę i rzucił na paczki zaklęcie redukcji wagi.
– Zapomniałem, że to jest bardzo ciężkie. Teraz nie będziesz miał z tym problemów – wyjaśnił obojętnym tonem. – Ruszaj się! – ponaglił chłopca niecierpliwie.
– Pomogę ci – zaoferował Ron. We dwóch zabrali pudła i zanieśli je do dormitorium. Harry wytrząsnął z kieszeni swoje zminiaturyzowane zakupy, na wszelki wypadek wywracając podszewkę na drugą stronę. Popatrzył bezradnie na Rona, który wzruszył ramionami. Nie było co ukrywać – obydwu zżerała ciekawość.
– Merlinie... – westchnął rudzielec. – Co się dzieje?
– Chyba coś złego – odpowiedział cicho Harry. – Na pewno zaraz się dowiemy. Chodź...
W pokoju wspólnym panowała cisza. Wszyscy obecni mieli posępne miny.
– Siadaj, Potter – zażądał Snape zimnym głosem. – Ty też, Weasley. Potter, widziałeś już państwa Dursleyów, oczywiście. – To było stwierdzenie, nie pytanie.
– Tak – odpowiedział Harry lakonicznie. Był wdzięczny profesorowi, że nie nazwał Dursleyów „jego kuzynami" ani „krewnymi".
– Bardzo dobrze. Sprowadziliśmy ich tutaj, bo musimy z nimi przeprowadzić negocjacje w kilku sprawach. Rozmowa z państwem Dursley zaplanowana została na jutro rano. Zaraz po śniadaniu. Ty będziesz świadkiem tej rozmowy, ale nie będziesz w niej uczestniczyć. A Dursleyowie absolutnie nie mogą się dowiedzieć o tym, że wszystkiego słuchasz. Drugim, niewidzialnym dla nich świadkiem będzie profesor Lupin. Rozmawiać z nimi będę ja i pan mecenas Mitchel Preston Vongerichten–Wintour – Snape wskazał łysego mężczyznę, który skłonił się i uśmiechnął do chłopaka. – Oprócz pana mecenasa obecni będą profesor Dumbledore i pan Olaf Goldstone. – Wąsaty blondyn z powagą skinął głową. – Pan mecenas jest reprezentantem twoich interesów – Mistrz Eliksirów odwrócił się do starszego mężczyzny. – Pańska kolej, panie mecenasie... – powiedział kurtuazyjnie.
– Panie Potter, muszę udzielić panu kilku wskazówek – oznajmił stanowczym głosem adwokat. – Przede wszystkim, absolutnie nie może pan dać się zastraszyć. Prawo jest po pańskiej stronie. Wiem, że jeszcze nie orientuje się pan, o co chodzi, ale dowie się pan wszystkiego jutro, słuchając naszej rozmowy z państwem Dursley. Będziemy z nimi rozmawiać w gabinecie dyrektora Hogwartu, a pan i profesor Lupin wysłuchacie wszystkiego, co będzie mówione, siedząc obok, w sypialni. Oczywiście na drzwi będzie nałożone zaklęcie weneckiego lustra, i na wszelki wypadek jednostronne zaklęcie ciszy, tak, żeby oni nie mogli słyszeć waszych rozmów – mecenas uśmiechnął się i skinął głową w stronę Lupina.
Harry patrzył na eleganckiego mężczyznę i nie mógł wykrztusić słowa. W głowie miał zamęt.
Nieoczekiwanie z pomocą przyszedł mu Lupin.
– Przepraszam, czy nie moglibyście jednak udzielić nam, panowie, chociaż jakichś ogólnikowych wyjaśnień? – zapytał łagodnie, ale z lekkim naciskiem.
Snape popatrzył na niego z namysłem, a potem z wyraźnym pytaniem w oczach odwrócił się do mecenasa. W tej samej chwili zrobił to także Olaf Goldstone.
Mitchel Vongerichten–Wintour zastanawiał się przez chwilę. Wreszcie podjął decyzję.
– W zasadzie... tak. Sprawa jest i prosta, i skomplikowana jednocześnie. Państwo Dursley są winni panu Potterowi pieniądze. Czy tyle wyjaśnień na dzisiaj wystarczy? – spytał, patrząc na Lupina z uwagą.
– Myślę, że do jutra jednak musi nam wystarczyć – odpowiedział Remus spokojnie, ale popatrzył znacząco na Snape'a. Mistrz Eliksirów nie zamierzał udawać, że tego nie zauważył.
– Dobra decyzja, Lupin – mruknął sarkastycznie i odwrócił się do Harry'ego. – Jak załatwimy sprawę z Dursleyami, spełnię obietnicę, którą dałem ci kilka dni temu, Potter, i opowiem o twoim dziadku. Dowiesz się też jeszcze i o innych sprawach. A potem zadecydujesz, z kim podzielisz się tą wiedzą.
Harry wciąż nie mogąc wydusić z siebie ani jednego słowa, skinął tylko głową.
– Jeszcze jedno, panie Potter – zabrał znowu głos adwokat. – Rozmawiać z państwem Dursley będziemy PO śniadaniu. To znaczy, że zetknie się pan z nimi PODCZAS porannego posiłku. PRZED tą rozmową. Musi pan im dać jasno do zrozumienia, że nie mają już nad panem żadnej władzy. Nie będzie pan sam, bo wszyscy będziemy tam obecni, ale przede wszystkim od pana zależy, jak będą pana traktować. Niech się pan postara. Samo wytworne ubranie nie wystarczy – mecenas Vongerichten–Wintour pochylił się do przodu, patrząc Harry'emu w oczy.
– Postaram się – obiecał chłopak. Opanował się już na tyle, że mógł w miarę logicznie myśleć. Dursleyowie są mu winni pieniądze... To zabrzmiało co najmniej zagadkowo. Jakie pieniądze? Zawsze mu wymawiali, ileż to ich kosztuje jego utrzymanie... Rozważania przerwał mu głos Snape'a.
– Mam tu wyniki waszych egzaminów – Mistrz Eliksirów wyjął z kieszeni kilka kopert i rzucił je na stół. – Poza tym, Minister Magii wystosował do was wszystkich listy. Profesor Lupin zaraz je wam przekaże.
Po chwili w rękach Hermiony, Deana, Rona i Harry'ego znalazły się po dwie koperty. Ginny i bliźniacy dostali po jednym liście, które wręczył im Lupin. Przez chwilę było słychać w pokoju trzask rozrywanych kopert i szelest pergaminu.
– Przeczytajcie najpierw listy od Ministra – zażądał kategorycznie Snape.
Harry szybko odłożył na bok wyniki SUM–ów, na które zdążył już zerknąć. Czy mu się zdawało, że z eliksirów otrzymał „W"? Niemożliwe! Rozwinął pergamin z oficjalnym godłem Ministerstwa i natychmiast zapomniał o SUM–ach. Przeczytał dwa pierwsze zdania. Zamrugał oczami. Oderwał wzrok od listu, przerwał i przeczytał je ponownie. To było niewiarygodne...
Szanowny Panie Potter!
W związku z zaistniałą sytuacją otrzymuje Pan od chwili przeczytania tego listu wszystkie prawa dorosłego czarodzieja. Może Pan używać różdżki bez ograniczeń.
Jednocześnie zobowiązuję Pana do przyspieszonej nauki teleportacji (również w stopniu zaawansowanym) i przygotowania się do jak najszybszego rozpoczęcia szkolenia aurorskiego. W ostatnim tygodniu sierpnia (dokładny termin zostanie ustalony później) zostanie Pan przeegzaminowany w celu określenia poziomu pańskich umiejętności. W zależności od wyników tego egzaminu otrzyma Pan opracowany specjalnie dla Pana program dalszego indywidualnego kształcenia.
Listy o takiej samej treści otrzymali również: panna Hermiona Granger, panna Ginevra Weasley, pan George Weasley, pan Frederick Weasley, pan Ronald Weasley i pan Dean Thomas.
Sprawa została uzgodniona z profesorami Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Dyrektor szkoły – profesor Albus Dumbledore wyznaczył profesora Severusa Snape'a i profesora Remusa Lupina do uczenia Pana i pozostałych osób wymienionych w tym liście. Część zajęć będzie prowadzić profesor McGonagall. Wstępne szkolenie aurorskie rozpocznie z Wami pan Kingsley Shacklebolt.
Naukę łamania klątw poprowadzi pan William Weasley, a szkolenie do walki ze smokami pan Charles Weasley.
Jeżeli zaistnieją jakieś kłopoty, lub wątpliwości – prosimy zwracać się do profesora Severusa Snape'a lub profesora Remusa Lupina.
Ten list proszę zachować w tajemnicy przed osobami niepowołanymi. Należy go zniszczyć natychmiast po przeczytaniu.
Z poważaniem – Minister Magii Amos Diggory.
Harry uniósł głowę i rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem. Nie mógł uwierzyć w to, co przeczytał. Jego przyjaciele mieli równie osłupiałe miny. Ginny opuściła swój list na kolana. Bliźniacy gapili się na siebie mrugając oczami. Ron i Dean jeszcze czytali. Hermiona wyjęła z kieszeni różdżkę i podpaliła trzymany w dłoni pergamin.
– Merlinie... – jęknął Ron. – To nie jest jakiś głupi żart?!
– Nie. To. Nie. Żart – odpowiedział Snape, dobitnie akcentując każde słowo.
– Mamy nowego Ministra Magii. Ten człowiek bardzo dobrze rozumie powagę sytuacji – powiedział spokojnie mecenas Vongerichten–Wintour. – Spalcie te listy. I nastawcie się na to, że od jutra będziecie się musieli wziąć ostro do roboty. Ja już skończyłem, na razie – mężczyzna ciężko westchnął. – Chyba, że macie jeszcze do mnie jakieś pytania?
Wszyscy jak na komendę potrząsnęli przecząco głowami.
Snape i Goldstone jednocześnie podnieśli się z foteli. Adwokat również wstał.
– Pozwolicie w takim razie, że się pożegnam – mecenas skłonił się uprzejmie i ruszył do drzwi.
– Lupin, przyjdź do mnie, jak tu skończycie. Mam ci coś do przekazania – powiedział Mistrz Eliksirów. – Śniadanie będzie o ósmej – dodał, patrząc na Shacklebolta. – Obudzę was o siódmej.
– Dobrze, profesorze. Porozmawiamy jutro o tych listach i zastanowimy się, jak to wszystko zorganizować – odparł szybko auror.
– Myślę, że teraz wystarczy nam pół godziny, żeby wyjaśnić im resztę – westchnął Lupin, patrząc na Harry'ego ze współczuciem w oczach.
– Będę na ciebie czekać – mruknął ponuro Snape. – Chodź, Olaf.
Jasnowłosy mężczyzna skłonił się sztywno. Po chwili on i Mistrz Eliksirów opuścili pokój wspólny Gryffindoru.
Gdy niezbyt głośny trzask oznajmił, że Gruba Dama zamknęła przejście za plecami wychodzących, Shacklebolt i Lupin jednocześnie otworzyli usta.
– Harry... – zaczął Remus i urwał, bo auror też się odezwał.
– Stało się coś złego... – powiedział Kingsley, zawahał się i spojrzał niepewnie na Lupina. – Może jednak ty im to opowiedz, Remusie. Ginny, pan Thomas i ja uzupełnimy twoją relację. Musicie poznać wszystkie szczegóły...
– Chwileczkę – odezwała się nieoczekiwanie, milcząca do tej pory Kathleen. – Czy ja też mogę już odejść? Chyba nie jestem tu potrzebna?
– Zaczekaj... – powiedzieli jednocześnie Fred i George.
– O co chodzi? – warknęła blondynka patrząc na nich niezbyt przyjaźnie.
Bliźniacy spojrzeli na siebie.
– Profesor Snape dał nam pieniądze za pracę, jaką dla niego wykonaliśmy, ale nie podpisaliśmy żadnego pokwitowania. Zapomniał? – zapytał niepewnym głosem Fred.
– Nie, na pewno nie zapomniał. Dał wam forsę przy świadkach i w obecności adwokata. Może to wystarczy? – zadrwiła.
– Masz rację. Wystarczy. Oczywiście... – mruknął George.
– W takim razie do zobaczenia – Kathleen ukłoniła się, sięgnęła do kieszeni i zniknęła.
– Jak ja nie cierpię tej baby! – wybuchnął wściekle Fred.
– Dziwne... – Kingsley uśmiechnął się pod nosem. – Dlaczego? Mnie się wydała całkiem miła...
– Za bardzo lubi się rządzić! – warknął George. – Ciekawe, jak jej mąż z nią wytrzymuje!
– Skąd wiesz, że ma męża? – zdziwił się auror.
– Nosi obrączkę – wyjaśnił sucho Fred.
– No, cóż... Nie wygląda chłopak na nieszczęśliwego, wręcz przeciwnie – mruknął Shacklebolt tłumiąc rozbawienie.
– Zna go pan? – zdumieli się bliźniacy, nie ukrywając zaskoczenia.
– Tak. Znam. Uratował mi życie – odpowiedział auror, już bez śladu uśmiechu.
Przez chwilę panowała cisza. Przerwał ją Lupin.
– Harry, wojna się zaczęła – powiedział cichym, zmęczonym głosem. – Śmierciożercy próbowali porwać Ginny... Żeby zaszantażować ciebie.
***
noc z 12 na 13 lipca 1996 rok, godzina trzecia w nocy, Hogwart, dormitorium w Wieży Gryffindoru.
Harry leżał na swoim łóżku, w dormitorium. Za zaciągniętymi zasłonami. Chrapanie dochodzące z łóżka Neville'a, chwilowo zajętego przez Billa Weasleya, i spokojne oddechy pozostałych: Deana, Rona i Kingsleya, świadczyły niezbicie o tym, że wszyscy oprócz niego śpią. Bliźniacy, Lupin i Charlie spali w sąsiednim dormitorium, a dziewczęta zajęły sypialnię, w której w ciągu roku szkolnego mieszkała Hermiona.
To, co usłyszał od Lupina, w połączeniu z relacjami Ginny, Deana i Kingsleya – skutecznie wybiło go ze snu. W dodatku Ginny i Dean strasznie pokłócili się o swego wybawcę. Ginny stanowczo twierdziła, że to nie mógł być mugol i upierała się, że trzymał przez chwilę różdżkę w lewej dłoni. Logiczne argumenty Deana, że gdyby ten człowiek był czarodziejem, to użyłby różdżki, a nie broni palnej – absolutnie do niej nie trafiały. Dean zaś uważał, że znacznie dziwniejsze było zachowanie łabędzia. No i to, że mężczyzna, który ich uratował, nie wydawał się być ani trochę zdziwiony tym co zrobił ptak, było zdaniem chłopaka o wiele bardziej zastanawiające, niż dywagacje, dlaczego czarodziej (hipotetyczny, jego zdaniem...), nie używał różdżki do walki.
Harry miał o czym myśleć. Podczas rozmowy nie uszły jego uwagi znaczące wymiany spojrzeń między Billem, Charliem i Kingsleyem. Tak, jakby ostrzegali się nawzajem przed zbytnim gadulstwem. Jeszcze coś mocno chłopaka zaskoczyło. Dean i Shacklebolt odnosili się do siebie niezwykle ciepło i przyjaźnie. Nie w słowach, ale w spojrzeniach, uśmiechach, w brzmieniu głosu... Okazywali sobie nawzajem ogromną sympatię, a poznali się przecież dopiero dzisiaj. Co sprawiło, że w ciągu tych kilku godzin tak bardzo się polubili?
Kolejne zaskoczenie przeżył, gdy wreszcie przeczytał wyniki swoich SUM–ów.
Tak jak zauważył, z Eliksirów otrzymał „W" – co było absolutnie zdumiewające. Oprócz tego dostał „W" z Obrony Przed Czarną Magią – czego się spodziewał, ale również z Astronomii i Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami! Z Zaklęć otrzymał „W" z egzaminu praktycznego i „PO" z teorii, a z transmutacji „PO" z obu części. Tu liczył na „Zadowalające", więc to zaskoczenie również było miłe. Z Historii Magii zdał na „Z" a Wróżbiarstwo... „PO"?! Tego się nie spodziewał absolutnie!
Jeszcze większe zdumienie przeżył Ron, który otrzymał podobne stopnie, tylko z Eliksirów zdał obydwie części na „PO". Najbardziej jednak zaskoczyło rudzielca „W" z wróżbiarstwa. Co ciekawe, dwaj najstarsi Weasleyowie skwitowali to wzruszeniem ramion i zgryźliwym pytaniem: „Czyżbyś oczekiwał z Wróżbiarstwa innego stopnia?" Ginny się nie wypowiedziała...
Dean także wszystko zaliczył, choć stopnie miał nieco gorsze, niż Harry i Ron, ale wcale się tym nie przejął.
No, a Hermiona otrzymała same „W"... Ale to dla wszystkich było oczywiste.
Harry nie mogąc zasnąć próbował zrozumieć, jak to było możliwe, że otrzymał taki dobry stopień z Eliksirów, oraz jakim cudem zdał Historię Magii, ale nie udało mu się dojść do żadnych konstruktywnych wniosków...
Jakby tego wszystkiego było mało, chłopak przeżył kolejny szok, gdy zajrzał do pudeł, które Snape kazał mu zabrać do dormitorium. W jednym był laptop, telefon komórkowy z kolorowym wyświetlaczem i kamerą cyfrową oraz elektroniczny zegarek. W drugim Harry znalazł odtwarzacz DVD/VHS z podglądem, a trzecie pudło zawierało telewizor z płaskim, ciekłokrystalicznym kineskopem. Wszystko ze znanej japońskiej firmy Sony. Czarodzieje oglądali elektroniczne cuda z podziwem i zdumieniem, ale na pytanie – co to wszystko znaczy – nikt oczywiście nie znał odpowiedzi. Jedyną osobą, która mogłaby im udzielić wyjaśnień, był Mistrz Eliksirów, ale na spotkanie z nim musieli poczekać do rana.
I dopiero kładąc się do łóżka, chłopak uświadomił sobie, że duże pudło, do którego spakował swoje stare ubrania po Dudleyu zniknęło z sypialni.
Gdy do okien dormitorium zajrzał świt, w końcu zmęczenie wzięło górę i Harry wreszcie usnął.
