Oto kolejny kawałek. Życzę miłej lektury. I składam serdeczne podziękowania Thingrodiel, za odsłonięcie przede mną tajemnicy, jakie ciasto najbardziej lubi Mistrz Eliksirów.

***

sobota, 13 lipca 1996 rok, godzina piąta rano, Snape Manor.

Jasnowłosa kobieta w jedwabnej, nocnej koszuli, haftowanej w kolorowe motyle, stała na szczycie wieży i z uciechą obserwowała w rozmieszczonych wokół niej kryształowych lustrach bitwę smoków ze śmierciożercami. Nie czuła niepokoju, wiedziała, że jest całkowicie bezpieczna. Obok niej unosił się duch Japonki. Piękność w kimonie osłaniała co prawda usta wachlarzem, ale tłumiony chichot, jakim kwitowała kolejne błędy sług Voldemorta, był doskonale słyszalny.

– No, tego się nie spodziewali! – powiedziała ze złośliwą satysfakcją blondynka. – Spójrz, księżno! Aurorzy! Chyba dopadli...

– Oo! Jak wieją! – przerwała jej Japonka. Trzaski teleportacji uciekających śmierciożerców były doskonale słyszalne. Nie wszyscy zdążyli uciec...

***

sobota, 13 lipca 1996 rok, godzina szósta rano, Londyn, mieszkanie Jörge i Laeticii.

Rudowłosy chłopak w okularach szybko zaciskał dłonie w pięści, a po chwili rozwierał je i zginał palce, jakby chciał, żeby zamieniły się w szpony.

– Percy... To nie pomoże... – powiedziała cicho Penelopa.

– Mogę ci dać eliksir na uspokojenie – zaproponował łagodnie wysoki blondyn.

– Dziękuję ci, ale obawiam się, że jeśli nawet mi pomoże, to na krótko. I nie rozwiąże naszych problemów – odpowiedział smętnie rudzielec.

– Co cię właściwie tak niepokoi? – zapytała niepewnie jasnowłosa kobieta. Wtulała się w fotel, zaciskając palce na kubku z kawą.

– Nie zadawaj głupich pytań, Laeticio! Boję się o moją rodzinę, nie rozumiesz?! – wybuchnął Percy. – Tak mówisz, jakbyś nie słyszała, jak opowiadałem co się stało...

– Zapewniam cię, że wszystko dobrze usłyszałam. I pozwól sobie przypomnieć, że ja też przed chwilą wam opowiedziałam, co się działo niecałą godzinę temu w Snape Manor. Przecież jesteśmy wszyscy w niebezpieczeństwie, a twoja siostra znalazła się w grupie najbardziej zagrożonych, bo nazywa się Weasley. A ty... Znakomicie ją ochroniłeś! Możesz być z siebie dumny, Percy! – zawołała żarliwie Laeticia.

– Nie, wcale nie mogę! – wykrzyknął Percy z rozpaczą. – Zareagowałem za wolno! Śnieżnopióry ich ostrzegł. I to Dean zareagował jak błyskawica! Chociaż o niczym nie miał pojęcia! A ja przecież wiedziałem, co ci mordercy szykują, bo księżna de Fouche – Chamboulier mnie powiadomiła... Śledziłem ich oboje, osłonięty zaklęciem niewidzialności. Broń trzymałem w pogotowiu. Myślałem, że to wystarczy, żeby przeciwdziałać zamiarom padlinojadów! I spóźniłem się o kilka sekund... Ci dranie zdążyli rzucić Avadę na Deana. Gdyby nie skoczył na Ginny i nie przewrócił jej na ziemię, to by zginął! A Ginny oberwałaby Drętwotą!

– Dean jest synem Kingsleya – powiedziała spokojnie Penelopa. – Najwyraźniej odziedziczył refleks po tatusiu! A tak a'propos, czy to ty doradziłeś Kingsleyowi, żeby porozmawiał z Deanem o tym, co ich łączy?

– Oczywiście. Powiedziałem mu, że najlepiej zrobi jak od razu pogada szczerze ze swoim synem. I wszystko mu wyjaśni. I miałem rację! – oświadczył stanowczo rudzielec.

– Dean Thomas jest synem Kingsleya Shacklebolta? To dla mnie coś nowego! – zawołała Laeticia ze zdumieniem.

– Zaraz ci wyjaśnię – powiedział szybko Percy. Rozparł się w fotelu. – To było siedemnaście lat temu. Kingsley był wtedy młodym aurorem. Zakochał się w mugolce i chciał się z nią ożenić. Jego rodzice nie żyli od bardzo dawna, wychowywała go babcia, która była jedną z najpotężniejszych czarownic praktykujących afrykańską Białą Magię. Coś odwrotnego do Czarnej Woo–Doo. Babcia nie była początkowo zachwycona wyborem wnuka, ale gdy poznała jego ukochaną, to stwierdziła, że jest to absolutnie urocza dziewczyna i, chociaż mugolka, będzie dla Kingsleya dobrą żoną. Wszystko byłoby świetnie, niestety, Kingsley i jego babcia znaleźli się na celowniku śmierciojadów. Voldemort nakazał swoim bydlakom, żeby atakowali „zdrajców czystej krwi" – a auror, który chce się ożenić z mugolką, był wymarzonym celem. Napadli na nich, kiedy wszyscy troje byli w domu. To było takie małe przyjęcie zaręczynowe Kingsleya i jego dziewczyny. Padlinojady nie spodziewali się tylko jednego, że babcia Kingsleya utworzy Tarczę Miłości. Ale żeby to zadziałało, musiała umrzeć. Nie wiem, czy słyszeliście o takiej magii... – Percy popatrzył niepewnie na pozostałą trójkę.

– Owszem – odpowiedziała cicho Laeticia. – Zapewniam cię, że słyszeliśmy. Nazywana jest też Tarczą Największego Poświęcenia... To tej magii użyła matka Harry'ego, żeby ocalić życie swego syna. Można jej użyć tylko raz, bo żeby tarcza zadziałała, osoba, która rzuca zaklęcie musi poświęcić swoje życie!

– Ano, właśnie... – westchnął Percy. – Kingsley mi to wszystko opowiedział, jak go wezwałem po tym napadzie na Ginny i Deana.

– Nie odbiegaj od tematu – zażądała Laeticia. – Mów, co ci opowiedział Shacklebolt o ataku na niego!

– Dobrze... Podczas tamtego napadu jego babcia poświęciła swoje życie, żeby ocalić Kingsleya i jego narzeczoną. Pięciu śmierciożerców zginęło, a szósty umarł kilka godzin potem w Mungu, nie odzyskawszy przytomności. Kingsley zabił dwóch z nich. Powiedział mi, że to wtedy zabił po raz pierwszy i choć tłumaczył sam sobie, że przecież zrobił to w obronie ukochanej kobiety i własnej, to do dzisiaj nie może się pozbyć wyrzutów sumienia. Żaden z tych, co ich zaatakowali nie przeżył. Shacklebolt wtedy podjął decyzję, której nieraz potem żałował, a szczególnie mocno kilka miesięcy temu, kiedy dowiedział się przypadkiem o tym, że Dean jest jego synem... – Percy zapatrzył się przed siebie niewidzącym wzrokiem. – Nie mnie oceniać, czy postąpił słusznie... Nie wiedział, że jego dziewczyna jest w ciąży... Zmodyfikował jej pamięć, a wiecie przecież, że jest w tym naprawdę dobry! – Odwrócił się do Penelopy. – Przykro mi, Pensiku, ale lepszy nawet od ciebie!

– Strasznie chaotycznie opowiadasz – mruknęła Laeticia z dezaprobatą. – Percy, skup się!

– Staram się – westchnął ciężko rudzielec. – Niewiele już tu jest do opowiadania. Kingsley wymazał swojej ukochanej wszystkie informacje o magii i czarodziejach. Oczywiście również o tym, czego była świadkiem podczas tej walki. Uważał, że jeśli zerwie z nią wszelkie kontakty, to ona będzie bezpieczna. W pewnym sensie miał rację, bo istotnie nikt jej już nie niepokoił. Wszczepił jej fałszywe informacje o sobie i kilka dni po tej historii przekazał jej wiadomość – oczywiście mugolską pocztą – o swojej śmierci. Zaaranżował to tak, że jakoby się utopił, a jego ciała nie znaleziono, o czym powiadomiła jego ukochaną jego daleka krewna. Potem dyskretnie obserwował ją przez trzy miesiące i po prostu sprawdzał, czy ktoś nie próbuje jej atakować. Ale nic takiego się nie stało. Więc odsunął się od niej jak najdalej. Ona wyjechała wtedy na dwa lata do Kanady i tam urodził się Dean. Potem wyszła za mąż za pana Thomasa i ojczym Deana go adoptował. Kingsley nic o tym nie wiedział, bo zerwał z nią wszelki kontakt... O tym wszystkim, jak już mówiłem, Shacklebolt dowiedział się dopiero kilka miesięcy temu. Nie wiem, w jakich okolicznościach, tego mi nie powiedział.

– Co za idiota! – wykrzyknęła ze zniecierpliwieniem Laeticia. – Śledził ją przez trzy miesiące i nie zauważył, że ona jest w ciąży?! – Popatrzyła na Penelopę szukając u niej zrozumienia. Obie przez chwilę spoglądały na siebie, po czym jednocześnie westchnęły z jednakowymi minami, pełnymi pogardy dla męskiej głupoty i niespostrzegawczości.

– No, nie zauważył... – mruknął Percy ponuro. – Kingsley oczywiście ukrył prawdę. Okłamał swoich zwierzchników. Nie powiedział im o swojej ukochanej. Ani o tym, co zrobiła jego babcia. Zresztą nikt specjalnie nie dociekał, co się naprawdę stało. Uznano to za jeszcze jeden „incydent", spośród tych, jakie wówczas były na porządku dziennym. Śmierciojady atakowali głównie aurorów i „nielojalnych", więc nikogo nie zdziwił atak właśnie na niego, choć podejrzewano, że Voldemortowi chodziło raczej o babcię Kingsleya, niż o niego samego. To ona była przecież bardzo znana z tego, że zajmowała się afrykańską Białą Magią. Shacklebolt dostał order Merlina i szybko awansował w hierarchii Służb Aurorskich. Gdyby wiedział, że będzie miał dziecko, to chyba nie zdecydowałby się na to rozstanie z ukochaną. Ja bym się nie zdecydował – powiedział cicho, patrząc płomiennie na Penelopę.

– Nawet byś nie mógł, kochanie – odpowiedział spokojnie dziewczyna. – Bo oboje tkwimy w tym po uszy i działamy razem. Narzeczona Kingsleya była osobą postronną, nie mającą pojęcia, czym się zajmuje jej chłopak. No i on przecież z kolei nie miał pojęcia o dziecku. Nie mógł chronić swojej ukochanej magią krwi, bo nie są spokrewnieni. To obecność Deana chroniła jego matkę i resztę rodziny. Babcia Kingsleya jest dla Deana prababcią, więc w jego żyłach płynie jej krew. To pokrewieństwo chroniło matkę Deana. Myślę, że stara czarownica wiedziała o ciąży narzeczonej wnuka, była przecież kobietą – musiała zauważyć! I mam dziwne przekonanie, że dlatego zdecydowała się poświęcić życie w obronie ich obojga!

– Jestem przekonany, że masz rację, Penelopo – powiedział spokojnie blondyn. – Niestety, mężczyźni w pewnych sprawach są mało spostrzegawczy, że tak się wyrażę... – mrugnął filuternie.

– Otóż to! – zawołał Percy. – Gdybyś mi nie powiedziała, że jesteś w ciąży, to pewnie bym to zauważył dopiero za jakieś trzy, albo i cztery miesiące! – odwrócił się do Penelopy.

Penelopa i Laeticia zgodnie zachichotały.

– Czy dlatego nalegałeś na natychmiastowy ślub? – zapytała Laeticia z zaciekawieniem.

– Oczywiście! Cieszę się, że ty i Jean zgodziliście się być naszymi świadkami,– odpowiedział poważnie Percy. – I cieszę się też, że wreszcie zdradziłeś mi swoje prawdziwe imię – powiedział, patrząc na blondyna z przekornym uśmiechem.

– Dlaczego więc nie zwracasz się do mnie moim prawdziwym imieniem? – Jean uniósł brew, udając zdziwienie.

– Bo twoje prawdziwe imię brzmi strasznie poważnie i jest trudne do wymówienia – droczył się Percy. – No i ty sam przecież powiedziałeś, że najbardziej lubisz swój pseudonim artystyczny, a więc…?

Wszyscy czworo się roześmieli.

– Mieliście szczęście, że w czwartek znaleźli w urzędzie stanu cywilnego lukę, w którą mogliśmy się wcisnąć z tą uroczystością – zauważył Jean.

– Jakaś inna para zrezygnowała ze ślubu i wskoczyliśmy na ich miejsce – wyjaśniła spokojnie Penelopa.

– Jedenastego lipca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku o godzinie jedenastej trzydzieści przed południem zostałem mężem Penelopy! – oznajmił z dumą Percy. – Jak to brzmi!

– Zwracam ci uwagę, że ślub braliście, oboje używając fałszywych papierów wystawionych przez Służby Specjalne Jej Królewskiej Mości, zatem całkowicie legalnych wśród mugoli, ale funkcjonujecie jako państwo O'Hare, a nie Weasley! – zauważyła Laeticia z rozbawieniem. – No i w związku z tym, o waszym ślubie wiemy tylko my i nasi najbliżsi współpracownicy...

– Jakoś nad tym nie boleję, Laeticio – odpowiedział spokojnie Percy. Błyskawicznie spoważniał. – Moi rodzice oczywiście dowiedzą się o wszystkim, ale dopiero, jak się ta cała awantura skończy.

– Ja powiedziałam swojej rodzinie, że wzięliśmy ślub, ale oni doskonale rozumieją, że ze względu na naszą pracę, trzeba wszystko utrzymać w tajemnicy – wyjaśniła Penelopa. – A tak w ogóle, to wy też nie używacie swojego prawdziwego nazwiska i macie fałszywe papiery! – wytknęła z lekką ironią, patrząc na gospodarzy.

– Oczywiście. Niestety, taka jest konieczność... – westchnęła blondynka. – Mniejsza o to. Jak zareagował Dean na informację, że… w pewien sposób – odzyskał ojca? – zapytała z zaciekawieniem.

– O dziwo, bardzo dobrze! – odpowiedział żywo Percy. – Mam wrażenie, że nawet z pewną... jakby satysfakcją. Od razu się polubili z Kingsleyem. Obserwowałem ich. Oczywiście Dean mnie nie widział. Ale nie wydaje mi się, żeby chłopak udawał...

– Jestem pewna, że masz rację – oznajmiła stanowczo Penelopa.

– Ja mam natomiast spore zastrzeżenia do tego co zrobiliście z pamięcią dzieciaków – powiedziała Laeticia, marszcząc brwi.

– Dlaczego? – zdziwił się Percy.

– Przecież to dla nich straszne zagrożenie! Co będzie, jak wpadną w łapy śmierciojadów?! – wykrzyknęła gniewnie.

– Zrobiliśmy to właśnie ze względu na taką możliwość – mruknął ponuro rudzielec. – Ani mnie, ani Kingsleyowi się to nie podobało, ale po rozważeniu wszelkich możliwych aspektów tej sprawy, postanowiliśmy zastosować taki kamuflaż...

– Zaraz, zaraz! Wasze rozumowanie wydaje mi się bardzo pokrętne – zaprotestowała kobieta. – Coście u diabła wymyślili?!

– Nie wiem, czy to rzeczywiście jest takie pokrętne – westchnął ciężko Percy. – Niestety, teraz jest już bardzo niebezpiecznie i to dla nas wszystkich... A jeszcze moja kochana siostrzyczka okazała się niepokojąco spostrzegawcza i boję się, że wpadnie na właściwy trop. A wtedy to pozostanie mi chyba już tylko się modlić!

– O co się modlić? – zniecierpliwiła się Laeticia. – Wytłumacz wreszcie o co chodzi z tym kamuflażem i co zauważyła Ginny!

– Zacznę może od kamuflażu... – Percy zastanowił się przez chwilę, wyraźnie próbując zebrać rozproszone myśli. – Jeśli nie zrobilibyśmy nic, to byłoby to podejrzane. Widzicie, próbowaliśmy rozumować tak, jak śmierciożercy. Co oni mogliby pomyśleć? Mugol! Zabił im trzech kumpli! Jak zdobyć o nim informacje? Od kogo? Od Kingsleya? To mogłoby być za bardzo ryzykowne. Zatem można spróbować od bezpośrednich świadków, którzy widzieli „tego mugola" – czyli od Deana i Ginny! Jasne, że te dzieciaki są teraz, po tym wszystkim mocno chronione, ale próby będą czynione z całą pewnością – porwać któreś z nich, a najlepiej oboje – i wydobyć z nich informacje! O tym, kim jestem nie wiedzą, bo przecież się im nie przedstawiłem, ale widzieli moją twarz, którą uważają za prawdziwą. Ja tu udaję mugola, piję eliksir wielosokowy i prezentuję się jako czarnowłosy Irlandczyk Patrick O'Hare, w domyśle współpracujący z czarodziejami, oczywiście jak najbardziej za wiedzą i zgodą swoich zwierzchników. Więc gdyby czarodzieje nie próbowali ukryć mojej twarzy, to od razu nasunęłoby się pytanie – dlaczego? Kingsley jest prawdziwym artystą, jeśli idzie o rzucanie zaklęcia zapomnienia, Lockhart to przy nim neptek i amator. Shacklebolt mógłby pracować jako amnezjator. Opowiadałem wam, jak błyskawicznie zmodyfikował w Hogwarcie pamięć tej idiotce, która wydała Gwardię Dumbledore'a?

– Oczywiście, ale nie rozpraszaj się na dygresje – przywołała go do porządku Laeticia.

– Słusznie... Zatem Kingsley powiedział Ginny i Deanowi, że zastosuje piętrowy kamuflaż, że będą wiedzieli, że im wszczepiono obraz fałszywej twarzy, ale twarze będą dwie, a on im wymaże te wyjaśnienia, których im udzielił i gdyby ktoś ich przesłuchiwał, nawet używając Crucio – to zobaczy najwyżej drugą fałszywą twarz, którą uzna za prawdziwą. Na szczęście żadne z nich, ani Dean, ani Ginny nie pomyślało, że gdyby potraktowano ich Niewybaczalnym, to ujawniliby też te wyjaśnienia Kingsleya. Więc w rzeczywistości fałszywych twarzy mają w pamięci aż siedem, ale nikt nie powinien grzebać tak głęboko. Zresztą to prymitywne Niewybaczalne nie daje na szczęście takich możliwości. A wątpię, żeby robił to Voldemort, nawet, gdyby któreś z nich śmierciożercy schwytali... Co, mam ogromną nadzieję, nigdy się nie stanie... Kingsley wbijał im obojgu w głowy, że są teraz śmiertelnie zagrożeni. No i śmierciożercy razem ze swoim zgadziałym panem są wszyscy pilnowani przez duchy twoich przodków, Jean, więc można mieć nadzieję, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to uda mi się chronić moją siostrę i jej chłopaka lepiej niż wczoraj... Na razie są w Hogwarcie, ale przecież nie zostaną tam na wieczność! – Percy smętnie pokręcił głową.

– Rozumiem. Ja również mam nadzieję, że nic im się już nie przytrafi, pomimo zagrożenia. – Blondyn uśmiechnął się pocieszająco.

– Nie bądźcie tacy optymistyczni, bo możemy się na tych waszych nadziejach ostro przejechać! – zaprotestowała gniewnie Penelopa. – Poza tym... Jeszcze zostaje ten drugi bydlak! Z tego, co nam o nim opowiedzieliście, wynika jasno, że to też niezły gad! Równie paskudny, jak Riddle! Albo i bardziej!

– Niestety... – Jean skrzywił się, jak po wypiciu wyjątkowo obrzydliwego eliksiru.

– Okazaliście nam ogromne zaufanie zdradzając tajemnicę Władcy Smoków. Rozumiem, dlaczego nie chcecie nic z tego wyjawić Sheenowi ani Dumblowi... – Percy z zakłopotaniem potarł policzek. – Prawdę powiedziawszy, to ja też już nie ufam tak bardzo naszemu dyrektorowi. On niestety coś kombinuje! I czuję przez skórę, że jak się dowiem, CO, to chyba mi się to nie spodoba!

– Mam takie samo wrażenie, Percy – mruknął zgaszonym głosem Jean. – Opowiedz, co jeszcze mówił ci Kingsley... – przypomniał.

– Przesłuchał Deana i Ginny używając myślodsiewni. Oczywiście, oni nie oglądali swoich wspomnień z tej całej zadymy. Potem, jak już obejrzał, co zapamiętali, to dostali wszystko z powrotem. No i okazało się, że Ginny zauważyła, że ja trzymam różdżkę. Dean tego nie widział, bo w tym momencie był odwrócony do mnie plecami. Strzeliłem dwa razy z mojego Magnum, Śnieżnopióry zabił tego padlinojada, którego moja siostrzyczka i jej chłopak potraktowali Drętwotą, a ja dopiero wtedy zdjąłem z siebie zaklęcie niewidzialności. Przez kilka sekund trzymałem różdżkę w lewej ręce, zanim wsunąłem ją z powrotem do rękawa! Broni oczywiście nie chowałem, bo oni mieli odnieść wrażenie, że jestem stuprocentowym mugolem. Niestety, Ginny okazała się cholernie spostrzegawcza! No i jak sobie przypomni, że ja jestem mańkutem, to może jej wpaść do głowy właściwe skojarzenie... – Percy wsunął dłonie we włosy, burząc sobie fryzurę.

– Czy żadne z nich nie zwróciło uwagi na to, że pojawiłeś się z nicości? – zapytała Laeticia marszcząc brwi.

– Nie, bo wyskoczyłem zza krzaka. Tak to oboje pamiętają. Ale mamy jeszcze jeden kłopot... Był tam przecież ten cholerny szczur, Glizdogon. Mówiłeś mi, że Sidrí próbował go schwytać, ale chybił – Percy z zaniepokojoną miną potarł czoło, patrząc na Jeana.

– Tak, Sidrí opowiedział mi o tym. Był wściekły na siebie, że nie udało mu się złapać Glizdogona – Jean skrzywił się z niesmakiem. – Na szczęście ten parszywiec oglądał całe zajście ze szczurzej perspektywy i nie widział twojej twarzy.

– Skąd wiesz? – zdziwili się Penelopa i Percy jednym głosem.

– Od Samuraja. Riddle był podobno wściekły i potraktował Szczura Crucio. Miał do niego pretensje, że nie tylko nie zareagował, ale i nie może cię rozpoznać! Samuraj widział całe zajście, oczywiście sam był niewidzialny, bo przecież duchy mogą być niewidzialne, gdy tego chcą, więc ani Glizdogon, ani Riddle nie mieli pojęcia, że są obserwowani – wytłumaczył sprawę Jean.

– Nie rozumiem, dlaczego gadzina wysłał jako obserwatora właśnie tego nieudacznika, Glizdogona – zastanowiła się z niesmakiem Penelopa.

– O to musiałabyś zapytać tego samozwańczego lordzinę – odpowiedziała drwiąco Laeticia.

– Mnie natomiast najbardziej niepokoi fakt, że Śnieżnopióry zatłukł tego śmierciojada. – Jean wstał z fotela i zaczął krążyć po pokoju. Odwrócił się do Percy'ego. – Za dobrze go wytresowałeś!

– Czy to zarzut? – nastroszył się rudzielec.

– Tak naprawdę, to nie... – westchnął Jean, siadając z powrotem w fotelu. – Tylko weź pod uwagę, że zarówno twoja siostra, jak i jej chłopak są inteligentni...

– I nie ma siły, żeby się nie zaczęli zastanawiać, co wstąpiło w tego cholernego łabędzia – dołożyła Laeticia.

– Owszem – warknął Percy. – To też może być dla Ginny wskazówką, co do mojej tożsamości... Niestety!

– Prędzej czy później poskłada swoje spostrzeżenia w całość i odgadnie prawdę. A mam poważne podejrzenia, że nie zajmie jej to dużo czasu. Łabędź i różdżka w lewej ręce, to będą dla niej wystarczające wskazówki. No i o eliksirze wielosokowym też wie dosyć, żeby wpaść na właściwy trop! To twoja siostra, Percy! – powiedziała z uśmiechem Penelopa.

– Toteż właśnie... Gdyby wpadła w łapy śmierciojadów i gdyby udało im się z niej to wyciągnąć, to cały kamuflaż na nic i wszystko się posypie. Nie mówiąc już o tym, że na pewno by ją potem zabili! – Percy nie ukrywał zdenerwowania.

– Poruszasz bardzo zawiłe możliwości – mruknął Jean. – Niestety, jedyne co w tej sytuacji możemy zrobić, to mocno ją pilnować. Pytanie, do kogo pójdzie po radę, jak już załapie o co chodzi...

– Oby to był Bill! – jęknął Percy.

– Chyba musisz z nim pogadać – stwierdziła spokojnie Laeticia.

– Ano, trzeba będzie – mruknął rudzielec z rezygnacją w głosie.

– To się potem zastanowicie, jak się z nim skontaktować. A ja chciałabym wiedzieć nieco więcej, o tym, co to było z tą całą awanturą pod Snape Manor – oznajmiła Penelopa. – Twoje sprawozdanie było bardzo lakoniczne, Laeticio!

– Księżna Sakurako obudziła mnie około czwartej rano i powiedziała, że za chwilę od strony wschodniej, przy granicy strefy ochronnej wokół posiadłości, pojawią się śmierciożercy. I żebym na wszelki wypadek przygotowała sobie świstoklik. Ostrzegła też nasze skrzaty, a potem udałyśmy się na wieżę obserwacyjną. Smoki przyleciały za śmierciojadami. I dały im popalić! Sama się sobie dziwię, ale ani trochę się nie bałam... – Laeticia snując swoją opowieść lekko się uśmiechała. – Padlinożercy chcieli spalić Snape Manor. Wiedzieli, że właściciel jest w Hogwarcie i tam go nie dosięgną, ale liczyli na to, że uda im się sforsować zabezpieczenia i zniszczyć dwór. Nie przewidzieli, że Władców Smoków jest trochę więcej, niż „sztuk jeden". Ciekawe, co teraz sobie myślą... Może podejrzewają, że Severus ma jakieś konszachty z Francuzem od wielkich gadów! To by było świetnie!

– Możliwe, że będą mieli takie podejrzenia, ale nie jestem pewien, kochanie, czy to rzeczywiście będzie takie „świetne" – zaprotestował Jean.

– Dlaczego nie? Im więcej dezinformacji i dezorientacji w szeregach wroga, tym lepiej dla nas! – wykrzyknęła żarliwie Laeticia.

– No, może... – westchnął z powątpiewaniem w głosie jej mąż.

– Nie kłóćcie się... A co z Błękitnookim? Yurusarezaru zabrał go ze sobą do Japonii, myślicie, że to pomoże chłopakowi odzyskać równowagę psychiczną? No i czy na pewno będzie tam bezpieczny? Sami mówiliście że ten wredny Gad go szuka! – zapytał niespokojnie Percy.

– Yurusarezaru zna się na sztukach walki i ochronie. To on tego uczył mego ojca i mnie... Mam nadzieję, że francuski Pan Smoków nie wpadnie na to, że rozdzieliliśmy Błękitnookiego ze Świetlikiem. Ona wróciła do Edynburga. Na szczęście jedna ze stacji sieci teleportacyjnej jest na terenie Snape Manor... – Jean ciężko westchnął.

– A co na to wszystko Mistrz Eliksirów? – spytała Penelopa. – Księżna go zawiadomiła?

– Owszem. Był wściekły, że go od razu nie obudziłyśmy, ale jak się dowiedział, że żadne z nas nie ucierpiało, to się natychmiast uspokoił. Poprosił tylko Poetkę, żeby pomogła mu wzmocnić ochronę posiadłości. Licentia Poetica przybyła pięć minut po tej rozmowie i od razu wzięła się do roboty. Podziwiam ją... To prawdziwa Mistrzyni Słowa! – Laeticia pokiwała głową z gorącą aprobatą.

– Może dlatego, że jak wieść gminna niesie, język polski jest jednym z najtrudniejszych na świecie – stwierdziła spokojnie Penelopa.

– Nie potrafiłabym wymówić nawet jej imienia... – westchnęła smętnie Laeticia.

– Wyobrażacie sobie, co teraz napiszą w „Proroku"?! – wykrzyknął Percy. – I jak Dumbledore na to zareaguje?!

– Tu nie ma sobie co wyobrażać... – mruknęła zgryźliwie Penelopa. – Będzie dym!

– Na pewno – skrzywiła się Laeticia. – Co robimy? – spytała patrząc na męża,

Trzy pary oczu spoczęły na twarzy Jeana.

– Musimy siedzieć cicho, i poczekać na reakcje przeciwników i sojuszników, bo nic nam innego w tej chwili nie pozostaje. Księżna Sakurako zaraz zawiadomi Dumbledore'a o tym, co się stało w Snape Manor i wyjaśni mu sprawę. Bez kłamstw, ale oczywiście całej prawdy mu nie powie. Relacje śmierciożerców, których udało się aurorom aresztować też mogą spowodować zamieszanie. Kingsley na szczęście jest kryty, bo nikt mu nie może zarzucić jakiegokolwiek zaniedbania. Zostawił pod Snape Manor dwóch obserwatorów, którzy od razu zawiadomili służby aurorskie, że coś się dzieje i wezwali posiłki – Jean mówił powoli, zastanawiając się nad każdym słowem. – Wszyscy członkowie naszej grupy już wiedzą, co się stało – Wolodia i Cloude uruchomili alarmową łączność. Ty wracaj do Snape Manor – spojrzał na żonę. – Masz tam jeszcze sporo roboty, prawda?

– Mnóstwo! – wykrzyknęła z zapałem Laeticia.

– Jak cię znam, to będziesz pracować do utraty tchu – westchnął Jean wznosząc oczy ku sufitowi.

– Bo akurat to bardzo lubię – wyjaśniła spokojnie.

– Dobrze, dobrze... Wiem o tym. Wy zostańcie tutaj – popatrzył na Percy'ego i Penelopę. – Macie dzisiaj wolne, prawda?

– Sobota – powiedział obojętnie Percy. – Zostawiłem alarmowe łącze w moim oficjalnym mieszkaniu. W razie czego, gdyby ktoś się chciał ze mną skontaktować, zostanę ostrzeżony.

– Ile stopni pośrednich założyłeś? – spytał szybko Jean.

– Cztery. Chyba wystarczy? – zapytał rudzielec niespokojnie.

– Na pewno. Wbrew temu, co mówiłeś, masz bardzo szybki refleks i nawet trzy byłyby w twoim wypadku dostatecznym zabezpieczeniem – powiedział uspokajająco Jean. – To ja wracam do Edynburga. Zobaczymy się za jakieś dwie godziny... Na razie.

***

sobota, 13 lipca 1996 rok, godzina szósta rano, Hogwart, gabinet dyrektora.

Profesor Dumbledore z niezwykłym zainteresowaniem czytał „Proroka Codziennego".

Prorok Codzienny donosi – gobliny oskarżają byłego Ministra Korneliusza Knota o próby przejęcia Banku Gringotta oraz o zabójstwa ich pobratymców.

Stary mężczyzna westchnął i odłożył gazetę. Połowę objętości tekstów zajmowały rewelacje na temat Knota i jego kolejnych, mniejszych i większych grzechów. Niestety, dowody przeciwko byłemu Ministrowi Magii były wystarczająco wiarygodne i dobrze udokumentowane...

– Panie profesorze! – usłyszał. Uniósł głowę. Przed jego biurkiem unosił się duch pięknej Japonki.

– Witaj księżno! – Dumbledore podniósł się z krzesła i grzecznie ukłonił. – Cóż cię sprowadza, milady, tu do mnie o tak wczesnej porze? Czyżby kolejne kłopoty?

– Niestety, tak, panie dyrektorze. – Księżna podpłynęła w powietrzu bliżej w kierunku do biurka. – Śmierciożercy próbowali napaść na Snape Manor. Riddle chciał ukarać Severusa Snape'a za zdradę i wysłał dwudziestu swoich ludzi, żeby spalili dwór i zniszczyli co tylko się da na terenie posiadłości. Nie przybył z nimi osobiście jedynie dlatego, ponieważ wszyscy wiedzą, że Mistrz Eliksirów jest w tej chwili w Hogwarcie i pan go chroni. – Księżna Sakurako de Blois–Fouche przerwała, patrząc z namysłem na Dumbledore'a.

– Powiedziałaś, milady, że „śmierciożercy próbowali"... Czy to znaczy, że się im nie powiodło? – spytał żywo dyrektor, patrząc na swoją rozmówczynię z niepokojem.

– Na szczęście nie, panie profesorze, ale... Hmm... – Japonka zająknęła się lekko, wyraźnie zakłopotana. Po chwili milczenia podjęła opowieść. – Za padlinojadami przybyły smoki. Dosłownie kilkanaście sekund po sługach Voldemorta... Smoki zaatakowały śmierciojadów i wywiązała się bitwa, którą niewolnicy gadziny przegrali. Walka trwała niecałe pięć minut, bo Kingsley zostawił pod Snape Manor dwóch obserwatorów, którzy natychmiast zawiadomili kogo trzeba o tym, co się dzieje. Aurorzy pojawili się po jakichś czterech minutach. Schwytali pięciu śmierciożerców i zabrali ich natychmiast na posterunek. Oprócz żywych, zabrali też sześć trupów padlinojadów zabitych przez smoki. Reszta sługusów Riddle'a zwiała z podkulonymi ogonami, że użyję takiej metafory... Smoki zniknęły i aurorzy nie mieli już nic do roboty. Obawiam się tylko, że zaraz ktoś tu od nich się pojawi i zacznie zadawać potwornie niewygodne pytania...

– Z całą pewnością. – Dumbledore przyglądał się swojej rozmówczyni uważnie, marszcząc brwi. – Ale zanim tu się zjawią, ja miałbym do ciebie, milady, parę niewygodnych pytań. Czy mogę je zadać?

– Spodziewałam się tego – odpowiedziała spokojnie księżna. – Proszę, niech pan pyta, panie profesorze... Ale nie gwarantuję odpowiedzi!

Dumbledore skinął głową.

– Czy zawiadomiłaś, pani, profesora Snape'a, zanim przybyłaś tu do mnie? – Pierwsze pytanie dyrektora chyba nieco zaskoczyło Japonkę.

– Tak, Severus już wie. Powiedziałam mu. Przypuszczam, że zaraz przyjdzie do pana, bo poinformowałam go, że powiem panu o wszystkim. Następne pytanie, proszę! – powiedziała, uśmiechając się nieco figlarnie. Lecz uwadze dyrektora nie uszło, że jej uśmiech był trochę sztuczny.

– Te smoki nie zostały wysłane przez Francuza, prawda? – Spokój w głosie profesora nie zwiódł kobiety. Bez trudu wyczuła napięcie, z jakim czekał na jej odpowiedź.

– Jest pan bardzo inteligentny, panie profesorze – odpowiedziała już bez uśmiechu, po chwili zastanowienia. – Nie, nie on... No, cóż. powiem panu prawdę. To nie Francuz wysłał właśnie te smoki przeciwko śmierciojadom, tylko mój ojciec. Był samurajem i szogunem, ale przede wszystkim był jednym z najpotężniejszych i najsławniejszych japońskich czarodziejów na przestrzeni kilku tysięcy lat. Nazywał się Tokugawa Ieyasu!

– Merlinie! – wykrzyknął Dumbledore ze zdumieniem. – Nie wiedziałem! Więc to prawda, że twój ojciec, milady, był Władcą Smoków!

– Tak! – potwierdziła z dumą księżna Sakurako de Blois–Fouche. – A moją matką była jedna z najsławniejszych gejsz. Zwano ją Czarodziejski Głos. Nie bez przyczyny! Imię mojej matki było idealną definicją jej magii!

– To znaczy, że nawet będąc duchem, twój ojciec, milady, może rozkazywać smokom?! – zdumiał się Dumbledore.

Księżna uśmiechnęła się posępnie.

– Tak – westchnęła. – Może. I smoki go słuchają. Ale tym razem nie rozkazywał, tylko poprosił. Posłuchały prośby i spełniły ją. Przybyły i zaatakowały sługusów Riddle'a. Czy ma pan jeszcze jakieś pytania?

– Tak, księżno, całe mnóstwo, ale nie sądzę, żebyś mi na nie chciała odpowiedzieć, zatem darujmy je sobie. – Dumbledore z namysłem zdjął okulary, przetarł je śnieżnobiałą chusteczką i włożył z powrotem na nos. – Oczywiście to, co mi powiedziałaś, to były informacje wyłącznie dla mnie?

– Tak, panie profesorze – potwierdziła księżna spokojnie.

– Obiecuję, że nikomu tego nie zdradzę – zapewnił dyrektor. – Niestety, możemy się spodziewać sensacyjnych artykułów w „Proroku" – westchnął mężczyzna z odrazą.

– Oj! O tym nie pomyślałam! Rzeczywiście... Co z tym zrobimy? – zapytała, patrząc niepewnie na Dumbledore'a.

– Jedyne, co możemy zrobić, to odmawiać odpowiedzi na pytania dziennikarzy – powiedział stanowczo profesor. – Głównie dotyczy to oczywiście Severusa i mnie. Nikt inny raczej nie powinien być przez tych pismaków atakowany... Hmm... – zastanawiał się przez chwilę. – Nie jestem pewien, czy dziennikarze uwierzą, że żaden z nas nic nie wie, co, kto, jak i dlaczego...

– Jeśli będziecie obaj konsekwentni w swoich wypowiedziach, to nie znajdą punktu zaczepienia – wyraziła przypuszczenie księżna.

– Niestety, napiszą mnóstwo bredni, jak zwykle! – rozległ się od drzwi rozeźlony męski głos. – Przepraszam, usłyszałem waszą rozmowę o dziennikarzach. Panie dyrektorze, jej wysokość mnie zawiadomiła, co się stało. – Severus Snape podszedł do biurka. – Domyślam się, że pan też już o tym wie?

– Usiądź, Severusie – dyrektor wskazał na fotel. – Milady, mam nadzieję, że to wszystko?

– Tak, panie dyrektorze, spełniłam swój obowiązek zawiadamiając was obu o ataku na Snape Manor, więc pozwolicie, że się już pożegnam. – Księżna de Blois–Fouche ukłoniła się i popłynęła w stronę okna. – Oczywiście, nadal będziemy pilnować śmierciożerców i zawiadomimy was o wszystkim, czego się dowiemy o ich zamiarach i podjętych działaniach.

– Wasza wysokość! – Severus poderwał się i pochylił przed nią w głębokim skłonie. – Jestem niezmiernie wdzięczny za pomoc. Proszę, przekaż swemu najszacowniejszemu ojcu najgorętsze i najszczersze podziękowania ode mnie!

– Przekażę, Severusie – obiecała kobieta. Przeniknęła przez szybę i zniknęła.

Snape powoli się wyprostował i usiadł z powrotem na fotelu.

– Co teraz, panie dyrektorze? – spytał wyraźnie przygnębiony. – Coraz więcej komplikacji...

– Powinniśmy byli to przewidzieć! – Dumbledore zmęczonym ruchem pogładził się po brodzie.

– Przewidziałem – powiedział zimno Snape. – Zastosowałem tyle zaklęć ochronnych, że nawet temu zgadziałemu bydlakowi przełamanie ich zajęłoby bardzo wiele czasu! Poza tym, w Snape Manor jest mnóstwo czarów obronnych jeszcze z czasów moich dziadków, pradziadków i parę starożytnych klątw...

– Czy pomyślałeś o zaklęciu Fideliusa? Poza tym, tamten twój pomysł… Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej mi się podoba! – oznajmił dyrektor z błyskiem w oku.

– Sądzę, że Riddle TEGO się nie spodziewa. Chociaż to bardzo prymitywny podstęp. – Severus zmarszczył brwi z miną pełną powątpiewania. – No, cóż, spróbujemy. Myślę, że jednak gadzina da się nabrać. A co do zaklęcia Fideliusa... Szkoda, że nie mogę o to poprosić pana, bo już pan jest Strażnikiem siedziby Zakonu – westchnął z rezygnacją.

– Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś był Strażnikiem dla dwóch obiektów – przyznał profesor. – Ale może moglibyśmy spróbować? – zaproponował.

– Nie, panie dyrektorze, lepiej nie ryzykujmy takich eksperymentów – zaprotestował stanowczo Snape. – Podjęliśmy już ogromne ryzyko w tak wielu innych sprawach, że to sobie może raczej darujmy. Znajdę innego Strażnika. Niestety, to nie mogę być ja...

– No, nie. Niestety... Powiesz mi, kto? A może jednak lepiej nie? – zastanowił się Dumbledore.

– Dwie wtajemniczone osoby wystarczą. Ja i Strażnik – Snape pokręcił głową. – Ale coś mi przyszło do głowy... Napiszę kto jest Strażnikiem i zapieczętowaną kopertę z jego nazwiskiem zdeponuję u pana. Zaczaruję ją tak, że jej zawartość będzie mogła być ujawniona dopiero po mojej śmierci. To powinno być wystarczającym zabezpieczeniem! A Strażnik o tym też będzie wiedział. Na wszelki wypadek.

– Słusznie... Bardzo dobry pomysł, Severusie – pochwalił profesor. – Jeszcze tylko musimy uzgodnić, co powiemy aurorom i pismakom... – westchnął z niesmakiem.

***

sobota, 13 lipca 1996 rok, godzina siódma rano, Hogwart, Wieża Gryffindoru – dormitorium chłopców.

Harry podniósł się z łóżka ziewając rozpaczliwie. Postanowił nie ryzykować dyskusji z rozeźlonym Mistrzem Eliksirów. Snape przyszedł do Wieży Gryffindoru o siódmej rano, tak jak obiecał i urządził im pobudkę. Kingsley Shacklebolt, Dean i Bill zerwali się z łóżek błyskawicznie, tylko on i Ron gramolili się z pościeli, jak rozespane niedźwiedzie. Snape niestety nie zamierzał czekać, aż się rozbudzą.

– Wstawaj, Potter, ale już! Zaraz będzie śniadanie i masz się odpowiednio zaprezentować Dursleyom! Musisz być ubrany wytwornie, a jednocześnie z niedbałą elegancją, rozumiesz?! – wykrzykiwał niecierpliwie. Najwyraźniej niemrawa reakcja chłopaka nie zadowoliła go w najmniejszym stopniu, bo sapnął gniewnie i otworzył gwałtownie drzwi do sypialni. – Panno Granger! – wrzasnął.

Po chwili kroki dziewczyny zadudniły na schodach i Hermiona wpadła do sypialni.

– Co się stało, panie profesorze?! – zawołała przestraszona.

Snape wskazał na torby zawierające nowe ubrania Harry'ego.

– Pomożesz Potterowi wybrać odpowiedni strój. Kobiety to potrafią... – zarządził sucho.

– Severusie, czy ty nie przesadzasz? – Do sypialni wszedł Remus Lupin. Miał podkrążone oczy i wyglądał na potwornie zmęczonego, jakby nie spał całą noc.

– Nie – odpowiedział Mistrz Eliksirów lodowatym tonem. – Zapewniam, że to, co Potter będzie miał na sobie przy śniadaniu, ma bardzo istotne znaczenie. I nie są to żadne żarty! Bierz się do roboty, Granger! Wam też przydadzą się jej rady – zaszydził, patrząc na pozostałych.

Powiedziawszy to, odwrócił się na pięcie i wyszedł z dormitorium, odprowadzany zdziwionymi spojrzeniami.

***

sobota, 13 lipca 1996 rok, godzina siódma trzydzieści rano, Hogwart, gabinet dyrektora.

Profesor Dumbledore siedział w fotelu i niecierpliwie stukał palcami po obitym szkarłatnym aksamitem podłokietniku. Czekał na Remusa, byli przecież obaj umówieni z komisarzem Sheenem. Z ulgą powitał pukanie do drzwi.

– Proszę wejść! – powiedział głośno, jednocześnie podnosząc się z fotela.

Lupin cicho wsunął się do gabinetu. Dyrektor z troską zauważył, że Remus bardzo źle wygląda. Miał podkrążone oczy i był bardzo blady.

– Mamy tylko dwadzieścia minut, musimy wrócić do Hogwartu przed ósmą – powiedział szybko Dumbledore.

– Wiem, panie dyrektorze. – Lupin podszedł do profesora. – Na szczęście nie potrzebujemy wiele czasu, żeby załatwić sprawę. Musimy tylko przekazać komisarzowi świstokliki i komunikatory. Resztę, na szczęście, załatwiliśmy już wczoraj.

– Nie traćmy zatem czasu – profesor wyjął z kieszeni mały ołówek i podsunął go Remusowi. Młody mężczyzna chwycił koniec ołówka od strony grafitu, brudząc sobie trochę palce. Po chwili obaj zniknęli z cichym trzaskiem.

Dwadzieścia pięć minut później... Hogwart, gabinet dyrektora.

Świst i trzask. Dwie męskie postacie zmaterializowały się na środku gabinetu dyrektora Hogwartu.

– Uff... – westchnął ciężko Dumbledore. – Zdążyliśmy. Swoją drogą, nigdy bym nie przypuszczał, że Sheen zdobędzie tak wiele informacji o Władcach Smoków, w tak krótkim czasie... Interesujące, nie uważasz, Remusie? – zapytał z zastanowieniem w głosie.

– Nawet bardzo – przyznał Lupin. Zmarszczył brwi. – Niestety, nadal niczego nie wiemy o tym tajemniczym Francuzie...

– Zaraz po rozmowie z Dursleyami przejrzymy te papiery, które dał nam Sheen. A na razie zamknę to w biurku... – dyrektor wyjął z płóciennej torby od Harrodsa grubą kartonową teczkę i włożył ją do szuflady, której nie omieszkał zabezpieczyć zaklęciem. – To na wszelki wypadek – mrugnął do Remusa. – A teraz zejdźmy na śniadanie.

***

sobota, 13 lipca 1996 rok, godzina ósma rano, Hogwart, Wielka Sala.

Harremu mocno biło serce gdy otoczony przyjaciółmi wchodził do Wielkiej Sali na śniadanie. Nakryty był tylko jeden stół, nauczycielski. A przy każdym nakryciu leżała elegancka wizytówka z wyraźnie wykaligrafowanym imieniem i nazwiskiem. Dyrektor i profesor McGonagall siedzieli już na swoich stałych miejscach, pogrążeni z cichej rozmowie. Naprzeciwko Dumbledore'a zajmował miejsce Vernon Dursley, mający po swojej prawej ręce Petunię. Dudley siedział obok matki z otępiałą miną wpatrując się w pusty talerz.

– Tutaj, Harry! – zawołał Lupin kiwając mu ręką. Chłopak podziękował skinieniem głowy siadając pomiędzy Lupinem i mecenasem Vongerichten–Wintour. Chwilę później do sali wkroczyli ramię w ramię Snape i jasnowłosy Norweg. Mistrz Eliksirów obrzucił Harry'ego tak uważnym spojrzeniem, że chłopak poczuł się jak mucha na olbrzymiej płachcie śnieżnobiałego papieru.

– Dobrze – skwitował jego wygląd Mistrz Eliksirów. Harry pomyślał z ulgą, że Hermiona wykonała naprawdę świetną robotę, bo gdyby nie jej pomoc, to pewnie nigdy by mu się nie udało ubrać zgodnie z żądaniami Snape'a: „wytwornie i jednocześnie z niedbałą elegancją". Snape usiadł naprzeciwko niego, a Olaf Goldstone zajął krzesło obok Vernona Dursleya. Harry zaczął podejrzewać, że w rozlokowaniu osób przy stole nie było niczego przypadkowego. Kingsley, Dean, Ginny, Charlie i Bill znaleźli się po lewej ręce dyrektora, a Ron, Hermiona i bliźniacy okupowali miejsca po prawej. Przy stole obok Dudleya siedziało jeszcze dwóch ponurych mężczyzn w uniformach aurorów. Vernon Dursley nagle spojrzał na Harry'ego z wściekłością i nienawiścią. Chłopak poczuł zimny gniew. Udało mu się zignorować swego byłego opiekuna i zachować kamienną twarz, choć najchętniej rąbnąłby tego durnia co najmniej Drętwotą.

Profesor Dumbledore wstał z krzesła i rozejrzał po twarzach obecnych.

– Witam wszystkich państwa w Hogwarcie – powiedział neutralnym tonem. – Zapraszam na śniadanie i życzę smacznego.

Usiadł i stuknął różdżką w swój talerz. Puste dotychczas półmiski natychmiast zapełniły się smakowitymi potrawami. Harry szybko nałożył sobie na talerz solidną porcję jajecznicy na bekonie i sięgnął po grzanki. Rozejrzał się szukając masła i dżemu. Stały dość daleko, po prawej stronie.

– Proszę o masło – zwrócił się do mecenasa.

– Proszę uprzejmie – prawnik podał chłopcu maselniczkę. – Dżem też?

– Tak, dziękuję – odpowiedział automatycznie, smarując grzankę masłem.

– Ja też poproszę – Snape wyciągnął rękę i Harry szybko podsunął mu miseczkę z dżemem. W międzyczasie Lupin nalał kawy sobie i Harry'emu. Przy stole panowała pełna napięcia cisza, towarzystwo nie było rozmowne. Od czasu do czasu tylko ktoś prosił sąsiada o podanie czegoś. Śniadanie dłużyło się chłopcu niemiłosiernie. Z ulgą przywitał pojawienie się ciast i soku dyniowego. Tuż przed nim znalazła się patera z pięknie wypieczonym sernikiem. Ponieważ Harry bardzo lubił sernik, bez namysłu ukroił sobie spory kawałek i położył na talerzyku. W cieście było mnóstwo rodzynków, a właśnie takie smakowało mu najbardziej!

– Ja też chcę sernik! – wrzasnął nagle Dudley. Wszyscy spojrzeli na niego nieprzyjaźnie. – Harry, daj mi sernik!

Harry nagle poczuł, że mecenas i Lupin prawie jednocześnie trącili go znacząco. Mecenas ostrzegawczo nacisnął kolanem jego udo, a Lupin delikatnie nadepnął mu na stopę. Chłopak uśmiechnął się w duchu. Nie potrzebował tego przypomnienia, żeby zachować się tak, jak sobie tego obaj życzyli. Z największą przyjemnością zignorował wrzaski Dudleya.

– Proszę, Potter, ukrój i dla mnie – powiedział cicho Snape. Harry spokojnie spełnił jego prośbę i położył spory kawałek sernika na talerzyku Mistrza Eliksirów.

– Nie słyszałeś, co do ciebie powiedział Dudley? – warknął wściekle Vernon Dursley patrząc na Harry'ego rozkazująco. – Daj mu sernik!

Snape podniósł głowę i spojrzał na mężczyznę. Pod tym spojrzeniem Vernon skulił się i zbladł. Jego żona z całej siły ciągnęła go za rękaw.

– Czarodziejskie słowo, panie Dursley – powiedział cicho Snape. – Nie usłyszeliśmy czarodziejskiego słowa...

– Nie znam żadnych czarodziejskich słów! – wybuchnął Vernon.

– Tak, najwyraźniej pan nie zna, chociaż są powszechnie używane – Snape uśmiechnął się pogardliwie. – Szkoda.

Do zakończenia posiłku nikt się już nie odezwał. Nawet Dudley, chociaż nie dostał sernika.

Gdy Dumbledore dał sygnał, że można już wstać od stołu, Harry spojrzał przypadkiem na talerzyk Mistrza Eliksirów i z najwyższym trudem powstrzymał wybuch śmiechu. Snape zjadł dwa kawałki sernika, nie zostawiając ani okruszka ciasta, ale starannie wydłubał z niego wszystkie rodzynki!

Ale wybredny..." – pomyślał chłopak chichocząc.

– Jakiegoż to „czarodziejskiego słowa" nie powiedziałem, panie profesorze? – usłyszał pytanie zadane ostrym głosem przez Vernona Dursleya. Harry obejrzał się i ujrzał Dursleya stojącego obok Snape'a. Chłopak uśmiechnął się złośliwie. Vernon Dursley nadął się, najwyraźniej chciał zaimponować swemu rozmówcy, może go zastraszyć... Ale jego wysiłki były żałosne. Przy Mistrzu Eliksirów wyglądał jak mały, niechlujny i słaby człowieczek. Snape – wyższy od swego rozmówcy prawie o głowę, ubrany w nienagannie skrojony, mugolski garnitur, poruszający się spokojnie, miękko jak kot i prawie bezgłośnie – i Vernon Dursley – powłóczący nogami, w zniszczonym ubraniu. Kontrast między tymi dwoma mężczyznami był uderzający.

– To słowo to „proszę", panie Dursley – odpowiedział uprzejmie Snape na zadane mu pytanie.

Harry szybko odwrócił się do nich obu plecami. Dawno nie odczuwał takiej satysfakcji.

***

sobota, 13 lipca 1996 rok, godzina dziewiąta rano, Londyn, Ministerstwo Magii, Gabinet Ministra

Kingsley Shacklebolt był pewien, że znów zdarzyło się coś okropnego. Nowy Minister Magii, Amos Diggory, na pewno nie wzywałby go bez powodu. Gdy Kingsley wszedł do jego gabinetu, oprócz Ministra zobaczył tam jeszcze kilkoro ludzi. Dwóch aurorów, których posłał do pilnowania Snape Manor, jednego z dowódców oddziałów szybkiego reagowania – Olivera Hope'a, Nimphadorę Tonks i Alastora Moodyego, oraz swojego własnego zastępcę – Terencjusza Boota.

– Siadaj, Kingsley – Amos wskazał mu fotel. Sam usiadł w fotelu obok niego, a nie za biurkiem, czyniąc jednocześnie zapraszający gest w stronę pozostałych osób obecnych w gabinecie. Po chwili wszyscy siedzieli wokół niskiego stolika, na którym stał jakiś przedmiot osłonięty drewnianym, okrągłym pudłem, takim samym, w jakich zazwyczaj modnisie przechowują kapelusze.

– Co się stało? – spytał cicho Shacklebolt.

– Zaraz zobaczysz – westchnął Minister znużonym głosem. Jego posępna mina nie wróżyła nic dobrego. Diggory zdjął drewnianą osłonę z tajemniczego przedmiotu. Oczom aurora ukazała się myślodsiewnia.

– Wejdź tam i patrz. Postaraj się wyłapać wszystkie możliwe szczegóły. Możesz oglądać to tyle razy, ile uznasz za stosowne. Najdokładniej, jak tylko zdołasz... – powiedział Diggory.

Kingsley pochylił się i zanurzył twarz w srebrzystej mgle cudzych wspomnień.

Patrzył z góry na lasy wokół Snape Manor. Dopiero po chwili zorientował się, że znajduje się na jednym ze wzgórz w hrabstwie Derby, tuż przy granicy posiadłości Severusa Snape'a. Na terenie jego majątku znajdowała się jedna z wielu, słynnych ongiś, kopalni niebieskich fluorytów, a poprzednie pokolenia Snape'ów kiedyś zbijały na nich fortunę. Ujrzał jednego ze swoich aurorów schodzącego ze stoku. Ruszył za nim. Po chwili obserwowany przez niego mężczyzna stanął i schował się za pień grubego drzewa. Tuż przy niewidzialnej granicy Snape Manor pojawiły się czarne postacie śmierciożerców. Było ich chyba ze dwudziestu. Większość z nich Kingsley rozpoznawał po ruchach i sylwetkach. Ale Czarnego Pana wśród nich nie było. Tego Shacklebolt był absolutnie pewny. „Ciekawe, dlaczego..." Wysoka postać spowita czarną peleryną, – to była Bellatrix Lestrange. Wyciągnęła różdżkę. Trysnęły fioletowe i czerwone iskry, a w powietrzu, w miejscu, gdzie doleciało zaklęcie, pojawiła się tęczowa plama, jakby kawałek błony bańki mydlanej. Był to oczywiście fragment pola ochronnego otaczającego posiadłość. Pozostali śmierciożercy zrobili to samo, co ich przywódczyni i wokół pojawiły się kolejne rozbłyski. Na tym skończyły się działania przybyszów zmierzające do wdarcia się na teren Snape Manor. Kilka metrów nad nimi, z nicości wyłoniło się kilkanaście smoków. Były to wyłącznie chińskie ogniomioty. Stadu przewodził olbrzymi samiec. Jego łuski mieniły się wszystkimi barwami tęczy. Kingsley nigdy jeszcze nie widział tak pięknego smoka. Jaskrawe barwy smoczego ciała prześlicznie grały na tle nieba. Wielki smok wyglądał jak rajski ptak. Wbrew swej woli auror zamarł z podziwu. Potrząsnął głową i wrócił do obserwacji zachodzących zdarzeń.

Wszystkich smoków było szesnaście. Utworzyły eskadrę w kształcie prostokąta, zawisając w powietrzu tak blisko jeden drugiego, że niemal muskały się skrzydłami. A że skrzydła ogniomiotów są niewielkie i przezroczyste – były prawie niewidoczne i ciała smoków wyglądały jak wypuszczone z łuku strzały. Sekundę później, porównanie, jakie przyszło do głowy aurorowi okazało się niezwykle trafne. Olbrzymie gady zwinęły skrzydła i rzuciły się w dół, kompletnie zaskakując śmierciożerców gwałtownością swojego ataku. Dwóch śmierciojadów zginęło od razu od strug smoczego ognia. Pozostali szybko przemieszczali się teleportując, skacząc w różne strony od kilku do kilkunastu metrów, w bok i w tył. Dwóch padlinojadów podczas teleportacji zderzyło się ze sobą wystarczająco niefortunnie, żeby dać smokom szansę na atak. Obaj pechowcy upadli na ziemię; jeden chyba stracił przytomność, bo się nie ruszał. Wódz smoczej eskadry wykorzystał to natychmiast, ciskając w nieruchomą postać kulą ognia. Przytomny śmierciożerca usiłował osłonić kolegę zaklęciem tarczy, ale nie do końca mu się powiodło, ponieważ ognisty pocisk odbity od chwilowej osłony musnął innego sługę Riddle'a. Smok, niezwykle zwinnie, jak na tak olbrzymią istotę śmignął obok czarno ubranej postaci i cisnął w śmierciojada Lancą. Shacklebolt zamrugał gwałtownie. Nie, to mu się nie zdawało! Smok miotnął zaklęciem! Jak to możliwe?!

Pozostali padlinożercy też zwijali się jak w ukropie, broniąc się przed smokami miotającymi na nich płomienie i pioruny kuliste oraz... zaklęcia! No, cóż, wielowiekowy spór o możliwości smoków odnośnie rzucania czarów chyba właśnie został rozstrzygnięty...

Śmierciożercy usiłowali się przegrupować i próbowali rzucać zaklęcia synchronicznie, ale nie zdążyli. Nad polem walki wyłoniło się z niebytu kolejne stado smoków. Tym razem liderem grupy był mieszaniec ogniomiota z zielonym walijskim. Musiał mieć też za któregoś przodka rogogona węgierskiego, bo jego ogon był najeżony ostrymi kolcami i pokryty całkowicie czarnymi łuskami. Ten gad miał też fioletowo – czarny brzuch. Poruszał się w powietrzu z niezwykłym wdziękiem, jak tancerz. Nowo przybyłych smoków było siedem, wszystkie, poza przywódcą to były ogniomioty. Utworzyły okrąg, opasując śmierciożerców jakby ruchomą ognistą obręczą i zaatakowały ich od tyłu. Sługusy Riddle'a zostali wzięci w dwa ognie. Olbrzymie gady poruszały się jak błyskawice i klątwy śmierciożerców przeważnie chybiały celu, a te, które jakimś cudem trafiały, najwyraźniej odbijały się od ciał smoków. Kolejna zagadka – czyżby smoki potrafiły bronić się przed atakami tworząc magiczne tarcze ochronne? Tak to wyglądało, a przecież smoki posiadają naturalne zdolności do odbijania czarów!

Uwagę Kingsleya przykuł jakiś ruch w lesie, na terenie Snape Manor, tuż przy granicy posiadłości. Drzewa poruszyły się, jakby szarpnęła nimi gwałtowna trąba powietrzna i nad lasem pojawiły się dwa kolejne smoki. Tym razem były to węgierskie rogogony, ale absolutnie niezwykłe. Nie były tak wielkie, jak normalne, dorosłe smoki i nie były czarne! Większy miał łuski ciemnobłękitne, z lekkim brązowym połyskiem, a drugi był czerwono – złoty. Z niesamowitą szybkością i potworną zajadłością rzuciły się w sam środek bitwy. Ich poczynania od pierwszej chwili były jasne i oczywiste – polowały tylko na jedną osobę – Bellatrix Lestrange. Poruszały się tak szybko, że wręcz nie sposób było nadążyć za nimi wzrokiem. Po chwili Bellatrix zrzuciła z siebie płonący płaszcz i teleportowała się o kilka metrów od miejsca, w którym zaskoczył ją gwałtowny atak gadów. Podniosła różdżkę, ale zanim zdążyła jej użyć, czerwony rogogon ogonem zrzucił jej z twarzy maskę, a błękitny walnął łbem w plecy, tak, że bezwładnie jak szmaciana lalka przeleciała kilka metrów i upadła na ziemię. Nie straciła jednak przytomności, bo natychmiast przetoczyła się w bok unikając dwóch strug ognia, którymi plunęły oba rogogony, precyzyjnie trafiając w miejsce, gdzie przed chwilą leżała.

W tym momencie na miejscu walki pojawili się aurorzy... I to był koniec zabawy. Bellatrix wykazała się podziwu godnym refleksem i dała swoim ludziom sygnał do odwrotu. Aurorom udało się schwytać w sieć zaklęć antyteleportacyjnych pięciu padlinojadów, reszta żywych zdołała uciec. Zalana krwią twarz Bellatrix była przez chwilę bardzo wyraźnie widoczna.

Na placu boju pozostali aurorzy, ich jeńcy i sześć trupów śmierciożerców zabitych przez smoki. Wielkie gady błyskawicznie wzleciały w niebo. Błękitno – brązowy rogogon dołączył do grupy, której przewodził olbrzymi, jaskrawo ubarwiony ogniomiot. Natomiast czerwono – złoty smok, jak strzała śmignął w górę i po chwili zniknął, jakby się rozpłynął w powietrzu. Mniejsze stado smoków zbiło się w ciasną grupę wokół swego dowódcy i również zniknęło. Towarzyszący temu dźwięk był tak głośny, że aż zadrżały drzewa. Nad lasem przetoczył się przeciągły grzmot. Kingsley spojrzał z obawą w górę, na wciąż krążące nad lasem pozostałe ogniomioty i jedynego wśród nich rogogona. Zastanawiał się, czy nie zaatakują aurorów. Na szczęście nic nie wskazywało na to, żeby miały takie plany. Poczynania gadów wyglądały nadzwyczaj interesująco. Kingsley patrzył coraz bardziej zaintrygowany. Smoki rozproszyły się. Olbrzymi przywódca podlatywał po kolei do każdego ze swoich podwładnych i zataczał wokół niego niewielki krąg. Trzepotał przy tym skrzydłami jak koliber, nieomal zawisając w powietrzu tuż nad plecami każdego z mniejszych smoków, który po chwili znikał, prawie bezgłośnie, a wielki gad podlatywał do następnego członka swego stada i wszystko się powtarzało. Każdemu smokowi z eskadry przywódca poświęcił kilkanaście sekund, odsyłając je wszystkie z terenu walki. Po niecałych dwóch minutach pozostały w powietrzu już tylko dwa smoki – tęczowy ogniomiot i błękitny rogogon. Zatoczyły dwa nakładające się na siebie koła, rogogon niżej, ogniomiot nad nim. W chwili, gdy ogniomiot znalazł się tuż nad błękitnym rogogonem oba smoki rozpłynęły się na tle nieba, w całkowitej ciszy, jakby ich nigdy nie było. Shacklebolt rozejrzał się dookoła. Wśród drzew, w kilku miejscach błysnęło coś błękitnego. Potrzebował paru sekund, żeby zrozumieć, co to było. Ektoplazma. Oprócz żywych ludzi i smoków były tam także duchy. Obserwowały walkę. Ciekawe... Znajdowały się zbyt daleko, żeby mógł się im dokładniej przyjrzeć, ale samo to, że pojawiły się w tym miejscu było co najmniej zastanawiające.

Aurorzy błyskawicznie zebrali się do odwrotu. Dowódca – Oliver Hope wezwał z ministerstwa dwóch młodych stażystów i zostawił ich pod Snape Manor, jako obserwatorów, a wszyscy pozostali – poprzedni dyżurujący i uczestnicy starcia deportowali się z powrotem na posterunek, zabierając świstoklikiem schwytanych żywych śmierciożerców oraz trupy tych, którzy zginęli.

Kingsley powoli wysunął głowę z oparów myślodsiewni i wrócił do rzeczywistości.

– Czyje to wspomnienia? – spytał wskazując na myślodsiewnię.

– Moje – odpowiedział jeden z obserwatorów. Wyjął różdżkę i wyciągnął z magicznej misy srebrne nitki swoich wspomnień.

– Wybraliśmy najdokładniejsze obrazy, ze wszystkich, jakie mieliśmy dostępne – wyjaśnił Boot. – Przesłuchaliśmy śmierciożerców przy pomocy Veritaserum i używając myślodsiewni, ale ich wspomnienia były o wiele mniej pełne.

– Rozumiem – szepnął Kingsley w zamyśleniu. Wszyscy przyglądali mu się uważnie.

– No i co powiesz? – Moody pierwszy przerwał pełną napięcia ciszę.

– Hmm... Nasuwa się kilka pytań i spraw do rozważenia – powiedział rzeczowo Shacklebolt.

– Słuchamy – powiedział stanowczym głosem Minister.

– Smoki moim zdaniem przyleciały ZA śmierciojadami. To po pierwsze – powiedział auror z zastanowieniem. – Za wyjątkiem tych dwóch rogogonów, które najwyraźniej tam na nich czekały – dodał, przypominając sobie oglądane przed chwilą sceny.

– No właśnie – zauważył zgryźliwie Moody. – Rogogony czekały na śmierciojadów i to na terenie Snape Manor. Ciekawe, nie sądzicie?

– Nawet bardzo – mruknął Diggory. – Coś jeszcze ci się nasunęło, Kingsley?

– Tak, sporo. Po drugie – te smoki zachowywały się niezwykle inteligentnie i rzucały zaklęcia jak czarodzieje. No i po trzecie – jestem pewien, że tam były duchy! – Kingsley położył szczególny nacisk na swoje ostatnie słowa. – Nie wiem dlaczego, ale to wydaje mi się tu szczególnie ważne! No i chciałbym się dowiedzieć, co powiedział Snape – zażądał, odwracając się do swego zastępcy, Boota. – Rozmawialiście z nim dziś rano, zaraz po śniadaniu, nie mam teraz wątpliwości, że właśnie o tym co się stało.

– Owszem... – Boot z zakłopotaniem potarł szczękę. – Nic ci nie mówiliśmy, bo chcieliśmy, żebyś to wszystko obejrzał, niczym się wcześniej nie sugerując. A rozmowa z Mistrzem Eliksirów nie była przyjemna, ale niczego innego przecież nie można się było spodziewać...

– No, dobrze, wszyscy wiemy, że charakter to nasz przyjaciel Snape ma paskudny, ale chcę wiedzieć, jak on zareagował! – oznajmił Shacklebolt już trochę zniecierpliwiony.

– Nie był ani zdziwiony, ani zaskoczony. Wręcz przeciwnie! Oświadczył, że spodziewał się „niezapowiedzianej wizyty" swoich byłych kolegów śmierciożerców, w związku z czym starał się odpowiednio do niej przygotować. Zabezpieczył więc swoją posiadłość, zarówno tereny wokół domu, jak i sam dom, jak tylko mógł najlepiej. Zapytałem go wprost o smoki – Boot ciężko westchnął. – Odpowiedział mi pytaniem, czy słyszałem o Władcach Smoków. No, cóż, słyszałem... Na tym musiałem rozmowę zakończyć, bo pan profesor oznajmił, że nie będzie snuł żadnych domysłów na temat smoków, tylko musi parę rzeczy sprawdzić. Nie chciałem go naciskać, uważałem, że na to jeszcze za wcześnie, ale bardzo mnie interesuje, co też on chce sprawdzać! A potem mi zasugerował, żebyśmy przeszukali archiwa w Ministerstwie. Pod kątem informacji na temat Władców Smoków! Być może, to moje uprzedzenia, bo cholernie nie lubię Snape'a, ale zabrzmiało to jakoś tak... mocno ironicznie...

– No i? Przeszukaliście? – spytał Shacklebolt zaintrygowany.

– A i owszem – odpowiedział mu Moody z takim sarkazmem w głosie, że Kingsley uśmiechnął się w duchu. – Tylko, że KTOŚ już to wcześniej przeleciał i wyczyścił na glanc. Dokładnie! – dodał z rozgoryczeniem.

– I niczego nie znaleźliście?! – zdumiał się auror. – Nie wierzę! Coś musiało zostać!

– Tylko kilka wzmianek o czarodziejach, nazywanych Władcami Smoków, z racji zdolności panowania nad smokami – powiedział spokojnie Diggory. – W najstarszej części Archiwum. Nasz „czyściciel" tam dotarł również, ale najpewniej bardzo się spieszył i te parę dokumentów po prostu przeoczył. Był bardzo ostrożny i pracował pod zaklęciami niewidzialności. Używał też zaklęć wyciszających. To na pewno jest bardzo dobry czarodziej. Włamał się do Archiwum perfekcyjnie, używając kluczy Knota. Nie było czasu, żeby sprawdzić, jak ominął zaklęcia zabezpieczające. Przez chwilę posądzałem właśnie Knota. Uznałem, że trzeba to koniecznie wyjaśnić i to natychmiast. Oliver Hope poleciał do Azkabanu i przesłuchał Knota pod Veritaserum. Okazało się, że on nic na ten temat nie wie, nawet mu do głowy nie przyszło, żeby szukać czegoś o Władcach Smoków. Tego smoka, którego użył podczas pamiętnej awantury w Wizengamocie, dostał od francuskiego wiceministra magii, który miesiąc temu zginął w niejasnych okolicznościach. Na wszelki wypadek przesłuchana została także Umbridge. Ona też nic nie wie...

– Rozumiem... – Kingsley zamyślił się. Nie miał wątpliwości, że złodziejem był Percy Weasley, ale postanowił na razie zatrzymać swoje podejrzenia w tajemnicy. I jak najszybciej porozmawiać o tym z Billem. – A co było w tych kilku dokumentach, które znaleźliście?

– Przeważnie są to jednozdaniowe wzmianki o Władcach Smoków – Hope skrzywił się z niesmakiem. – Z bardzo starych dokumentów. Jakieś nabazgrane na marginesach notatki w stylu: „Zamek zaatakowały gadziny wysłane przez Władcę Smoków z Morten, ponieśliśmy niewielkie straty." Albo coś takiego: „Władca Smoków z Llywenglyth wydał swoją córkę za francuskiego arystokratę, a oblubieniec jest o pięćdziesiąt lat starszy od oblubienicy..." I z tego wszystkiego wyłowiliśmy tylko jedno nazwisko, francuskie zresztą, ze starego rachunku. Był to świstek pergaminu, oderwany od czegoś. Jest na nim potwierdzenie zapłaty przez: „pana Chavalie za jajo smoka od Władc..." Na tym koniec.

– Chętnie przejrzałbym bibliotekę w Snape Manor! – warknął gniewnie Moody. – I skąd się wzięły te dwa kolorowe rogogony? Mówiąc wprost – skąd Snape ma smoki?!

– Podejrzewasz Severusa, że nielegalnie hoduje smoki?! – zdumiał się Kingsley. – Na terenie Snape Manor?! Chyba żartujesz! Przecież on przez cały rok szkolny mieszka w Hogwarcie, a w swoim domu bywa tylko w czasie wakacji! Jakim cudem mógłby hodować smoki? Przecież jest samotny, ostatni z rodu, o ile wiem... Nie ma żony, ani dzieci... Kto mógłby zajmować się tymi smokami w czasie jego nieobecności? – auror pokręcił głową patrząc z niedowierzaniem na starszego mężczyznę. – Alastorze, chyba przesadziłeś!

– Też mi się wydaje, że to nieprawdopodobna koncepcja – powiedział z niewesołym uśmiechem Minister. – Tym niemniej, te dwa gady czekały na śmierciożerców NA TERENIE posiadłości Severusa Snape'a. Jak się tam dostały? On twierdzi, że z powietrza też nie tak łatwo zaatakować jego majątek... A swoją drogą, że Snape coś ukrywa, to jest oczywiste!

– Tego nie neguję i absolutnie nie mam zamiaru się o to kłócić – odpowiedział smętnie Kingsley.

– Poza tym, to właśnie ROGOGONY atakowały siedziby znanych śmierciożerców! – dołożył sucho Moody.

– Chwileczkę... – Diggory powiedział to cicho, ale z tak groźną miną, że Moody natychmiast umilkł. – Niewątpliwym faktem jest, że Severus Snape był przez długie lata szpiegiem w szeregach Voldemorta. Szpiegował dla Albusa Dumbledore'a. Profesor mu ufa, więc może i my też powinniśmy? – spytał sarkastycznie. – Tym bardziej teraz, po tym, co się stało!

– Masz na myśli to, że go zdemaskowano? – zezłościł się stary auror. – Nie przeczę, że jego informacje były bardzo przydatne zarówno w pierwszej wojnie, jak i teraz, zanim go nie nakryli, ale jaką możemy mieć pewność, że nie pracował na dwie strony?

– Jeśli Dumbledore twierdzi, że nie, to sądzę, że się jednak nie myli – powiedziała nagle Tonks, pochylając się gwałtownie do przodu.

– Profesor Dumbledore prawie nigdy się nie myli. Prawie... – Minister ze znużeniem pokręcił głową. – Miejmy nadzieję, że i tym razem ma rację – Diggory zmęczonym ruchem potarł skronie. – Zreasumujmy... Fakty są następujące: śmierciożercy próbowali sforsować zapory wokół Snape Manor. Zapewne po to, aby zniszczyć dom. I zapewne nie tylko dom. Czy ktoś myśli inaczej? – potoczył wzrokiem po rozmówcach.

– Nie sądzę, Amosie, żeby ktoś z nas to kwestionował – odparł Moody nieoczekiwanie ugodowo. – Snape jest w Hogwarcie, więc chyba istotnie, takie były ich zamiary.

– No, właśnie! – mruknęła buntowniczo młoda aurorka, potrząsając fioletową czupryną.

– Dobrze – kontynuował Diggory. – Drugim faktem jest przybycie smoków, które zaatakowały śmierciożerców, ale nie zamierzały atakować aurorów. Trzecią sprawą jest niezwykle inteligentne zachowanie tych gadów i ich możliwości władania magią. Czwartą – obecność duchów koło Snape Manor. Ja też mam przeczucie, że jest to szalenie ważne... – Minister spojrzał z powagą na Kingsleya. – Terry rozmawiał z duchami w Hogwarcie, ale niczego nie wiedziały na ten temat. Przyznały natomiast, że do Wielkiej Brytanii przybyło niedawno mnóstwo duchów, przede wszystkim ze Skandynawii, ale również z Azji. Wszystko to ma jakiś związek z walką z Voldemortem – popatrzył w zamyśleniu na Boota.

– Duchy z Hogwartu zapewniły mnie, że wszyscy oni popierają profesora Dumbledore'a i że rozmawiali z duchami spoza zamku. Nikt nie stanie po stronie Riddle'a. Tak mówili! I ja im wierzę! – oznajmił stanowczo Boot.

– W tej chwili i tak nie dojdziemy do żadnych konstruktywnych wniosków, bo musimy zebrać więcej informacji – Minister skrzywił się z rezygnacją. – Będzie z tym niewątpliwie sporo kłopotów. Kingsley, ty wracaj teraz jak najszybciej do Hogwartu i weź się ostro za szkolenie dzieciaków, a przede wszystkim, oczywiście, Pottera. Nie pozwól mu się obijać! – Diggory wstał, dając tym do zrozumienia, że spotkanie dobiegło końca. – A poza tym, postaraj się jakoś dogadać ze Snape'em. Może w nieoficjalnej rozmowie zdradzi trochę swoich tajemnic...

– Rozumiem – Shacklebolt pomyślał z irytacją, że podstępne wydzieranie tajemnic z Mistrza Eliksirów może się okazać niewykonalne. No, ale spróbować trzeba. – Nie posądzasz go chyba, że to on jest jednym z Władców Smoków?

– Nie, Kingsley, chociaż i tego nie można wykluczyć. Ale na pewno ma z nimi jakieś powiązania. No i jeszcze jedno. Spróbuj dowiedzieć się czegoś o czarodziejach żyjących wśród mugoli. Dumbledore nawiązał z nimi kontakt i twierdzi, że są świetnie zorganizowani, oraz, że jest ich znacznie więcej, niż nas. Bądź więc bardzo ostrożny, bo nie wiadomo, czym oni tak naprawdę dysponują...

– Dobrze, postaram się – Kingsley skłonił się i ruszył do drzwi. Przed powrotem do Hogwartu będzie musiał porozmawiać jeszcze z Terrym i Oliverem.

– Powodzenia – życzył mu Diggory.