***
Sobota, 13 lipca 1996 rok, godzina dziewiąta rano, Hogwart, gabinet i sypialnia dyrektora.
Harry siedział w sypialni dyrektora w wygodnym fotelu i patrzył na Lupina siedzącego obok niego. Remus czytał „Proroka" i krzywił się z coraz większym niesmakiem. Chłopak zerkał co chwila na pusty gabinet, doskonale widoczny, ponieważ drzwi między sypialnią i gabinetem Dumbledore'a dzięki zaklęciu Lustra Weneckiego były całkowicie przezroczyste. Nagle drugie drzwi prowadzące do gabinetu, te od strony schodów, gwałtownie się otworzyły. Harry wyprostował się szybko. Serce zabiło mu gwałtownie, poczuł straszliwe zdenerwowanie. Lupin złożył gazetę i cisnął ją na mały stolik obok swojego fotela.
– Spokojnie, Harry – powiedział cicho mężczyzna. Chłopak skinął głową.
Do gabinetu weszła Petunia Dursley, elegancko przepuszczona w drzwiach przez Dumbledore'a, za nią dyrektor, potem mecenas Vongerichten–Wintour i Olaf Goldstone, Vernon Dursley i na końcu – wepchnięty siłą przez Snape'a – Dudley. Snape wszedł jako ostatni, trzymając młodego Dursleya mocno za kołnierz. Dudziaczek miał okropnie przerażoną minę.
Drzwi zamknęły się ze zgrzytem. Harry wzdrygnął się, nieco zdziwiony. Co się stało? Do tej pory drzwi do gabinetu dyrektora otwierały się i zamykały całkowicie bezgłośnie!
– Proszę, siadajcie państwo. – Dumbledore wskazał swoim gościom fotele ustawione wokół małego, okrągłego stolika. Chwilę trwało, zanim wszyscy usiedli.
– Pozwólcie państwo, że przestawię pana mecenasa Mitchela Prestona Vongerichten–Wintour i pana Olafa Goldstone'a, oraz pana profesora Severusa Snape'a, Mistrza Eliksirów w Hogwarcie – dyrektor skłonił głowę w stronę Petunii Dursley, omijając wzrokiem jej męża i syna. – Oddaję panu głos, panie mecenasie – zakończył z uprzejmym uśmiechem, który wyraźnie obejmował tylko jego usta, bo spojrzenie profesora, tym razem skierowane już na całą trójkę Dursleyów było zimne jak lód.
– Reprezentuję interesy pana Harry'ego Pottera i jestem jednym z wykonawców testamentu jego matki, Lily Potter. O czym pani Dursley wie. Co prawda nasz dotychczasowy kontakt ograniczał się do korespondencji, ale wymiana listów między nami dotyczyła właśnie tej sprawy – powiedział chłodnym, profesjonalnym głosem adwokat.
– Właśnie! – zaskrzeczała Petunia. – Odmówił mi pan wypłaty wszystkich pieniędzy, jakie moja siostra zostawiła Harry'emu!
– Doskonale pani wie, pani Dursley, że taka była wola pani siostry. Była pani w Archiwum Państwowym i czytała pani testament pani Potter. No, cóż, Lily okazała się bardzo przewidująca. Choć nawet ona, w końcu znająca panią tak dobrze, mimo tego, jednak nie przewidziała, do czego jest pani zdolna – adwokat znacząco zwiesił głos, a Harry odniósł wrażenie, że zabrzmiały w nim nutki gniewu. Spojrzał przypadkiem na twarz Snape'a i aż drgnął z zaskoczenia. Mistrz Eliksirów miał tak wściekłą minę, jaką rzadko prezentował nawet na lekcjach z Gryfonami!
– Severus! Ani słowa! – powiedział nagle Olaf Goldstone, prostując się gwałtownie w fotelu i posyłając Snape'owi ostrzegawcze spojrzenie. Snape zacisnął wargi tak mocno, że utworzyły wąską linię.
– Pani Dursley, pieniądze, które posyłałem pani w imieniu wykonawców testamentu Lily Potter, panów: Henry'ego i Olafa Goldstone'ów oraz pana Severusa Snape'a, wydała pani niezgodnie z przeznaczeniem. Krótko mówiąc, zostały przez panią zdefraudowane. Dlatego będzie je pani musiała zwrócić – oznajmił twardo mecenas. – Oprócz tego, będzie pani musiała zwrócić równowartość przedmiotów, które zostały przez nas przesłane dla Harry'ego Pottera, a których mu pani nie przekazała! – dodał z lekką drwiną w głosie.
Harry znieruchomiał. Sens tego, co usłyszał nie mógł jakoś zagnieździć się w jego umyśle. Snape – wykonawcą testamentu jego matki?! Petunia Dursley zdefraudowała pieniądze? Jego, Harry'ego, pieniądze?! Nie przekazywała mu przedmiotów, przesyłanych przez… Snape'a?! Jaka tajemnica się za tym kryła?
– Coś nam się należało za ochronę tego… dziwadła! – wykrzyknął nagle Vernon Dursley.
– Ochronę?! – wybuchnął z wściekłością Mistrz Eliksirów, zrywając się na równe nogi. – Jak śmiesz, ty… Ty mugolu! Jaką ochronę? Znęcanie się nad dzieciakiem nazywasz ochroną?!
– Miałam go przyjąć i utrzymać przy życiu! – wrzasnęła Petunia Dursley. – O co wam chodzi?! Chłopak żyje!
– Ale nie mieliście go maltretować, Petunio – powiedział cicho Dumbledore. – Severusie, usiądź – dodał, zwracając się do Snape'a, który wciąż stał i wpatrywał się w panią Dursley morderczym wzrokiem.
– Ani kraść jego pieniędzy… – dodał miękko Olaf Goldstone. Ale w jego oczach czaiła się groźba.
– Niczego nie ukradłam! – zawołała rozpaczliwie pani Dursley patrząc przerażonym wzrokiem na czterech czarodziejów.
– Nie? – wysyczał cicho Snape. – Doprawdy? A to co? – szybko wyjął różdżkę i wskazał na wielkie pudło. – Accio – warknął. Pudło, które Harry natychmiast rozpoznał… To do niego wrzucił swoje ubrania po Dudleyu! Kartonowy prostopadłościan wzniósł się w powietrze i po chwili, jak grzeczny piesek, z cichym stuknięciem opadł na podłogę przy nodze Snape'a. Mistrz Eliksirów złapał karton i wyrzucił zawartość na stół. Pchnął kłąb szmat w stronę Petunii. – Nie po to wysyłałem co miesiąc sporą sumę pieniędzy na utrzymanie pani siostrzeńca, żeby chłopak chodził w łachmanach, z których wyrósł ten gnojek! – ryknął z furią, wskazując różdżką na Dudleya, który skulił się przerażony. Petunia wydała zdławiony okrzyk. Przycisnęła dłoń do ust, patrząc ze zgrozą na stare ubrania. Jakby ujrzała jadowitą żmiję.
– Głodzenie i zamykanie w komórce pod schodami, podczas, gdy pan Dudley miał dla siebie trzy pokoje i obżerał się różnymi smakołykami, to zapewne też w ramach właściwej opieki – zaszydził mecenas.
– I nie po to posyłaliśmy Harry'emu zabawki, żeby bawił się nimi wasz syn – Olaf Goldstone pochylił się w fotelu patrząc na Dursleyów zimnym wzrokiem. – Lily doskonale wiedziała, że nie będzie pani wydawać pieniędzy na jej dziecko, dlatego sporządziła taki testament, no i powierzyła pieniądze nam, a nie pani – wyjaśnił zgryźliwie.
– Bezkarność rozzuchwala, niestety. O czym wszyscy świetnie wiemy. Wydawało się wam, że jesteście całkowicie bezkarni dręcząc Harry'ego. Ale wasza bezkarność właśnie się skończyła – powiedział sucho Snape.
– Mamy wszystkie wyciągi z banku, a na moją prośbę policzono, jaki byłby kapitał, gdyby te pieniądze pozostały na koncie Harry'ego Pottera – mecenas uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Policzyliśmy też wartość wszystkich rzeczy, które przesłaliśmy pani siostrzeńcowi, a których mu pani nie przekazała, oraz oczywiście odsetki od tej sumy. Proszę, oto kopie dokumentów – mężczyzna cisnął na stół plik papierów. – Będziecie musieli państwo zwrócić te pieniądze!
– Co?! To chyba żart! – wykrzyknął Vernon Dursley. – Naprawdę panowie myślicie, że się na to zgodzimy?!
– Tak. Na pewno się państwo zgodzicie, ponieważ odmowa się wam nie opłaci – oznajmił zimno Olaf Goldstone.
– Co pan ma na myśli? – szepnęła Petunia Dursley.
– Jeśli to szantaż… – jej mąż z wściekłością potoczył wzrokiem po obecnych, ale żaden z czarodziejów nawet nie drgnął. Wszyscy mieli na twarzach wyraz pogardy. Nawet Dumbledore skrzywił się z niesmakiem. Vernon Dursley nie dokończył rozpoczętego zdania.
– Nie, to nie jest szantaż. Chcemy dojść z państwem do porozumienia w kilku sprawach, a zdefraudowanie przez was pieniędzy Harry'ego Pottera jest jedną z nich. I, oczywiście, wszystkie się ze sobą wiążą – odpowiedział rzeczowo mecenas. – Wysłuchajcie państwo uważnie, co mamy wam do powiedzenia. Od tego, jakie podejmiecie teraz decyzje, zależy wasze życie. Prawda jest niemiła… Gdybyście potrafili się zdobyć na przyzwoite traktowanie Harry'ego Pottera, bylibyście dzisiaj bezpieczni. To, że śmierciożercy na was napadli jest tylko i wyłącznie konsekwencją waszego postępowania! – powiedział pan Vongerichten–Wintour z naciskiem.
– Doprawdy?! – Vernon Dursley uśmiechnął się ironicznie. Najwyraźniej zaczął odzyskiwać pewność siebie. – Wyjaśnijcie nam więc, o co chodzi!
– Wyjaśnimy – zapewnił go Olaf Goldstone, uśmiechając się nieprzyjemnie. Harry zauważył w tym momencie, że Norweg ma kły w górnej szczęce lekko wysunięte z linii zębów. Jego uśmiech przywodził na myśl drapieżnika, czającego się do skoku na ofiarę.
– Zacznijmy może od tego, że magia, której państwo tak straszliwie nienawidzicie, nie jest niczym nadprzyrodzonym – powiedział mecenas. – To, co wy, nie–czarodzieje, nazywacie „magią" jest po prostu pewną formą energii, którą czarodzieje, albo „magowie" – jeśli wolicie – mogą przetwarzać bezpośrednio, bez użycia środków technicznych, bo natura dała niektórym ludziom takie zdolności. Wykorzystywanie tej energii, czyli właśnie „magia" – opiera się na uczuciach i koncentracji umysłu. Wypowiadanie zaklęć i machanie różdżką, to tylko czynności pomocnicze, a różdżka jest czymś w rodzaju anteny, która wzmacnia efekt użycia magii. Zastanawiacie się pewnie teraz, po co ja wam to mówię… Ważne jest w tym to, co powiedziałem o uczuciach. Pani siostra, – mężczyzna pochylił się i popatrzył zimno na Petunię – rzuciła zaklęcie, które miało ochronić Harry'ego. Bardzo potężne zaklęcie. My to zaklęcie nazywamy Tarczą Miłości. Żeby zadziałało, ten, kto je rzuca musi umrzeć w obronie kogoś, kogo kocha. Nie potrzeba słów. Ani różdżki. Trzeba tylko bardzo mocno kochać. Naprawdę kochać. Na tyle mocno, żeby bez wahania poświęcić swoje życie dla ukochanej osoby. Nie sądzę, co prawda, żebyście to zrozumieli, ale może? – obrzucił Dursleyów spojrzeniem pełnym powątpiewania. – Morderca wiedział o tym, ale nigdy nie widział, żeby ktoś rzucał takie zaklęcie. Znał je tylko z opisów i zapewne z ksiąg. No, cóż, użycie takiej magii jest ze zrozumiałych względów niezwykle rzadkie. Voldemort nie rozumie, co to miłość, bo sam nigdy nikogo nie kochał. Magia Miłości jest dla niego nie do pojęcia. Ale wie o niej, zapewne więc dlatego, na wszelki wypadek, nie chciał zabić Lily i kazał jej się odsunąć. Ona jednak nie ustąpiła, rzuciła zaklęcie Tarczy Miłości i zasłoniła Harry'ego własnym ciałem. Zginęła, ale jej syn ocalał…
– Tak, to było w tym liście! – wrzasnęła Petunia z furią. – I dlatego musiałam się zajmować tym… – zakrztusiła się, z trudem złapała oddech, po czym kontynuowała swoją wściekłą tyradę. – Nienormalnym, obrzydliwym dziwadłem! Napisał mi pan, – wskazała palcem na Dumbledore'a – że „moja krew" będzie go chronić! I że MY też będziemy bezpieczni, jak go weźmiemy! A ci… śmierciożercy i tak nas zaatakowali!
Opadła na fotel łkając histerycznie.
– Najwyraźniej nie zrozumiała pani nic z tego, co profesor Dumbledore napisał, chociaż to było jasne i oczywiste – powiedział cicho Olaf Goldstone, patrząc na panią Dursley, jak na wyjątkowo obrzydliwą sklątkę. – Czy niczego nie pamięta pani z fizyki? Uczyła się pani przecież w szkole tego przedmiotu, na pewno!
Harry słuchał słów Norwega ze zdumieniem. O co mu u licha chodziło?! Co tu ma do rzeczy fizyka?! I skąd oni wiedzą, że Voldemort nie chciał zabić jego matki?! Z rozmowy wynikało, że Dumbledore wiedział to od samego początku, zatem musiał się o tym dowiedzieć od razu po napaści Voldemorta na jego rodzinę!
– Co pan bredzi! – warknął gniewnie Vernon Dursley wzruszając ramionami. Olaf Goldstone znów się uśmiechnął, ale spojrzenie jego błękitnych oczu było twarde jak stal.
– Nie bredzę – wysyczał. – To wy sami zniszczyliście ochronną moc zaklęcia. Magia nie tworzy cudów, to jedna z sił natury i jako taka podlega prawom przyrody. A jednym z fundamentalnych praw fizyki jest zasada, że na każdą akcję zawsze jest odpowiedź, czyli reakcja. Tak samo było i tutaj. Zaklęcie Lily działało W OBIE STRONY. Pani chroniła Harry'ego, a on chronił panią i pani syna, ale nie tylko. Ochrona, jaką wam dawała jego obecność rozciągała się także na pani męża i nawet na jego siostrę. Musiała pani o tym wiedzieć, bo przecież żądała pani od chłopaka, żeby do zupełnie obcej osoby mówił „ciociu" – a to, że Harry uznał ją także za swoją krewną, JEJ RÓWNIEŻ zapewniało bezpieczeństwo! Dopóki pani siostrzeniec, pani Dursley, uważał wasz dom za swój, a was za swoją rodzinę, ochronne zaklęcie działało. Niestety, traktowaliście go tak źle, że w końcu powiedział sobie: „Dość! To nie jest mój dom i nigdy nim nie był, a Dursleyowie nie są moją rodziną i tak naprawdę nigdy nią nie byli!" A to wystarczyło, by ochronne zaklęcie krwi przestało działać. Harry opuścił wasz dom na zawsze, bez zamiaru powrotu. Może nie zdawał sobie sprawy, ze wszystkich konsekwencji swojej decyzji. Myślę, że raczej na pewno nie. Nie wydaje mi się jednak, żeby żałował tego co zrobił. Bo niby dlaczego miałby?
– Niewdzięczny gówniarz! – ryknął nieoczekiwanie Vernon Dursley.
– A za co miał być wam wdzięczny? – odpowiedział Goldstone, cedząc słowa przez zęby. W przeciwieństwie do Dursleya mówił bardzo cicho, ale w jego głosie brzmiały groźne tony. – Dręczyliście go, wasze postępowanie wobec Harry'ego można śmiało nazwać znęcaniem się nad bezbronnym dzieckiem. Nie mieliście na tyle przyzwoitości, żeby go dobrze traktować. I kradliście jego pieniądze! Czy naprawdę sądziliście, że to wszystko ujdzie wam na sucho? Obecność Harry'ego zapewniała WAM bezpieczeństwo, tak długo, jak długo ON uważał wasz dom za swój, a was za swoją rodzinę. I tak bardzo długo z wami wytrzymał! Dzięki niemu mieliście piętnaście lat spokoju i dobrobytu. To już się skończyło. Gdyby nie zaklęcie ochronne Lily, śmierciożercy zamordowaliby was już wtedy, piętnaście lat temu! Sami jesteście sobie winni, że teraz już nic was nie chroni!
– Więc co mamy zrobić?! – wykrzyknęła Petunia z rozpaczą.
– Jeśli spełnicie państwo nasze warunki, postaramy się zapewnić wam bezpieczeństwo, ale od razu zastrzegam, że nie będzie to już tak skuteczna ochrona, jaką dawała wam obecność Harry'ego w waszym domu – powiedział chłodno mecenas Vongerichten–Wintour. – A gdyby Harry was kochał, to bylibyście bezpieczni do końca życia.
Harry poczuł narastający gdzieś w głębi swego ciała wewnętrzny dygot, którego nie potrafił opanować. Wciąż nie mógł ogarnąć umysłem tego, czego się przed chwilą dowiedział. Miał wrażenie, że głowę wypełnia mu szara wata zamiast mózgu. Próbował się skupić, bo rozmowa w gabinecie dyrektora toczyła się dalej. Wiedział jedno – musi wysłuchać uważnie wszystkiego i zapamiętać. Rozważania na temat tego, co usłyszał, może odłożyć na później, jak trochę ochłonie.
– Wasze kłopoty są konsekwencją WASZEGO postępowania, tylko i wyłącznie – powiedział z naciskiem mecenas. – Nie tylko wobec Harry'ego, także wobec waszego syna. Harry'ego dręczyliście, a swojemu dzieciakowi pozwalaliście na wszystko i dawaliście mu jak najgorszy przykład. Wasz syn stworzył bandę, której członków doskonale znacie. Od kilku lat byli postrachem okolicy. W końcu miarka się przebrała. Wszyscy członkowie jego gangu zostali aresztowani, jedynym, który jeszcze pozostał na wolności jest właśnie on, Dudley. Został wydany nakaz aresztowania go i w każdej chwili chłopak może znaleźć się w więzieniu. Zarzuty są bardzo poważne: napady, pobicia, rabunki, niszczenie mienia. Jak tylko informacje o tym dotarły do dyrekcji Gimnazjum Smeltinga, relegowano go natychmiast ze szkoły i skierowano do Ośrodka Wychowawczego im. Świętego Brutusa dla Młodocianych Recydywistów. O czym już wiedzą wszyscy wasi znajomi i oczywiście sąsiedzi. Większość z nich była przesłuchiwana, ponieważ wasz syn jest poszukiwany…
W tym momencie do Harry'ego dotarł w pełni sens słów prawnika. Chłopak zaczął się histerycznie śmiać. Zaniepokojony Lupin chwycił go za ramiona i mocno potrząsnął. Harry zakrztusił się i z najwyższym trudem łapiąc oddech wyjąkał:
– Potem wyjaśnię…
Mężczyzna puścił go i przyglądał mu się przez chwilę niepewnie, po czym, nieco uspokojony, znów usiadł w fotelu.
Tymczasem w gabinecie dyrektora wybuchło zamieszanie. Petunia Dursley dostała spazmów i wrzeszczała coś, czego nie można było zrozumieć. Vernon Dursley siedział jak sparaliżowany i coś bełkotał pod nosem. Dudley skulił się na swoim krześle i tylko patrzył przerażonym wzrokiem na to, co się dookoła niego dzieje.
– Severusie, czy masz przy sobie eliksir uspokajający? – spytał spokojnie Dumbledore.
– Oczywiście, panie dyrektorze – odpowiedział drwiącym głosem Mistrz Eliksirów wyjmując z kieszeni małą buteleczkę zawierającą różowy płyn.
„Snape okazał się cholernie przewidujący" – pomyślał Harry chichocząc. Lupin znów popatrzył na niego z niepokojem. Snape tymczasem ze złośliwym uśmieszkiem odmierzył dziesięć kropel eliksiru na małą srebrną łyżeczkę i zmusił Petunię Dursley do wypicia lekarstwa. Sądząc po tym, jak okropnie się skrzywiła, eliksir był bardzo niedobry w smaku.
Mikstura podziałała, bo pani Dursley opadła bezsilnie na fotel i tylko cicho łkała. Po kilku chwilach uniosła głowę i spojrzała na mecenasa.
– To nie może być prawda! – jęknęła. – Dudziaczek… On muchy by nie skrzywdził! To taki spokojny chłopiec…
Harry uśmiechnął się ironicznie. Był absolutnie pewien, że Dursleyowie znowu będą z całych sił negować oczywiste fakty, ale ich starania tym razem są z góry skazane na niepowodzenie. Rozparł się w fotelu i z najwyższą uwagą chłonął każde słowo wypowiedziane w gabinecie dyrektora.
– Proszę sobie darować, to jest żałosne – warknął drwiąco Olaf Goldstone. – Im prędzej pogodzicie się z prawdą, tym lepiej dla was!
– Olaf, daj spokój! – powiedział mecenas karcąco. – To nic nie da. Mamy państwu jeszcze sporo do powiedzenia – prawnik odwrócił głowę i przez chwilę przyglądał się Petunii Dursley. Harry zastanawiał się, czy w oczach mężczyzny rzeczywiście pojawiła się odraza, czy to tylko jego wyobraźnia płata figle?
– Co się dzieje z moją siostrą? – zapytał nagle Vernon Dursley. Jego arogancja nagle się gdzieś ulotniła, był teraz przeraźliwie blady i nie ukrywał przerażenia.
– Pana siostra jest teraz w Glasgow i dzisiaj po południu przybędzie do Hogwartu. Ukryliśmy ją w bezpiecznym miejscu. Panna Dursley przyjęła nasze warunki. Nie miała innego wyjścia. Początkowo nie chciała nam uwierzyć, ale napaść śmierciożerców na jej dom przekonała ją, że to, co mówimy to prawda. No, cóż… Spodziewaliśmy się, że słudzy Voldemorta spróbują ją zabić i zostawiliśmy przy niej ochronę.
– Marjorie! – krzyknął Vernon i ukrył twarz w dłoniach.
– Pana siostra żyje i jest teraz bezpieczna – powiedział z irytacją w głosie Olaf Goldstone. – Mamy do omówienia znacznie ważniejsze sprawy!
– Słusznie – wtrącił się nieoczekiwanie Dumbledore. – Pana siostrze w tej chwili naprawdę nic nie grozi, a za parę godzin ją pan zobaczy i będziecie mogli porozmawiać bezpośrednio – profesor spojrzał chłodno na Vernona Dursleya. – Panie mecenasie, proszę kontynuować – zwrócił się do prawnika.
– Dziękuję, panie dyrektorze – mecenas Vongerichten–Wintour skłonił głowę przed Dumbledore'em. – Wasza sytuacja jest zła, ale na szczęście dla was, nie beznadziejna – oznajmił Dursleyom wpatrującym się w niego przerażonymi oczami. – Ponieważ przeciwko Voldemortowi i jego śmierciożercom toczy się śledztwo, równolegle w społeczeństwie czarodziejów i ludzi niemagicznych, macie szanse na uzyskanie statusu świadków koronnych. Niestety, to się wiąże ze sporymi wyrzeczeniami z waszej strony.
– Jakimi wyrzeczeniami? – szepnęła Petunia ledwo dosłyszalnie. Harry pomyślał złośliwie, że i ona i jej mąż wyglądają w tym momencie, jak przekłute balony.
– Musicie zacząć zupełnie nowe życie. Zerwiecie wszystkie wasze znajomości. Nie będziecie mogli się kontaktować z krewnymi. Przejdziecie operacje plastyczne, tak żeby nikt was nie mógł rozpoznać i zamieszkacie w innym kraju. Oczywiście do swego domu już nie wrócicie i nie będziecie mogli stamtąd niczego zabrać...
– Zdjęcia Dudziaczka! – zawyła rozpaczliwie Petunia, przerywając mecenasowi. Olaf Goldstone i pan Vongerichten–Wintour popatrzyli na nią z niedowierzaniem. Obaj, Norweg i prawnik najwyraźniej osłupieli ze zdumienia. Snape prychnął z pogardą, a Dumbledore lekko przygryzł wargi. Dyrektor miał poważną minę, ale jego oczy podejrzanie błyszczały. Harry znów wybuchnął śmiechem. Lupin pokręcił głową z dezaprobatą.
– Harry... – spytał cicho. – Co w tym śmiesznego? Twoja ciotka nie zachowuje się najmądrzej, ale myślę, że tu nie ma się z czego śmiać. Ona jest w szoku...
Chłopak spojrzał na Lupina z niedowierzaniem.
– I pan to mówi?! – wykrzyknął z wyrzutem. – Petunia Dursley w szoku! Rzeczywiście! Ona stale mi fundowała różne „szoki"! A teraz... Śmierciożercy chcą ją zabić, a ona...
– Właśnie jej zachowanie świadczy o doznanym szoku – powiedział stanowczo mężczyzna. – Nie będziemy teraz tego roztrząsać. I chyba wreszcie zrozumiałem, dlaczego Severus tak nalegał, żebym był przy tobie, gdy będziesz słuchać tej rozmowy... – dodał ciszej.
Harry zamilkł. Postanowił na razie nie drążyć sprawy, bo w gabinecie robiło się coraz bardziej interesująco...
Znów głos zabrał mecenas Vongerichten–Wintour.
– Najlepiej oczywiście byłoby, gdyby wszyscy uwierzyli, że zarówno wy troje, jak i pańska siostra, – prawnik spojrzał przelotnie na Vernona Dursleya – ponieśliście śmierć. Przygotowaliśmy kilka wariantów rozwiązania sprawy i wydaje nam się, że sfingowanie różnych wypadków będzie dla was najbezpieczniejsze. No i wszystko musi być na tyle wiarygodne, żeby przede wszystkim uwierzył w to Voldemort i jego śmierciożercy.
– Zatem, jak brzmi wasza propozycja? – spytał Vernon, który najwyraźniej zdołał się już opanować. – I czy to zapewni nam bezpieczeństwo?
– Jak już powiedziałem, zrobimy wszystko, żeby się udało, ale niestety, takiej ochrony, jaką dawała wam obecność Harry'ego nikt z nas nie jest w stanie wam zapewnić! – oświadczył sucho prawnik. Ku zdumieniu Harry'ego, Petunia Dursley ukryła w tym momencie twarz w dłoniach i wybuchnęła płaczem. Ale w oczach obserwatorów nie pojawiło się współczucie. Chłopak skrzywił się z irytacją. „Ona płacze nad sobą" – pomyślał gniewnie. Obejrzał się na Lupina. Mężczyzna patrzył na rozgrywającą się scenę ze smutkiem, ale i niesmakiem.
– Widziałem ich tylko raz... I sporo o nich wiem z opowiadań – powiedział Lupin tak cicho, że Harry ledwo go usłyszał. – Lecz mimo to, nie sądziłem, że są... aż tacy...
– Jacy? – spytał szybko chłopak.
– Tacy... Trywialni i prymitywni... – odpowiedział znużonym głosem wilkołak.
Mężczyzna i chłopiec popatrzyli na siebie w nagłym porozumieniu. Po czym jednocześnie odwrócili głowy i skupili się na rozmowie toczącej się w gabinecie.
Mecenas tymczasem kontynuował wyjaśnienia.
– Przygotowaliśmy skomplikowany plan działania dla uratowania wam życia, ale ważne jest tylko to, by okazał się skuteczny. Przedstawię wszystko w skrócie, chociaż oczywiście przemyśleliśmy już także szczegóły, i to w miarę dokładnie. Zaczniemy od sfingowania śmierci panny Dursley. Ponieważ wszyscy jej sąsiedzi wiedzą, że do jej domu wdarli się włamywacze i że ona sama została ciężko pobita – prawnik zwrócił się do Vernona Dursleya, – więc nikogo nie zdziwi jej gwałtowna śmierć na zawał. Marjorie Dursley napisała testament. Wie pan o tym, prawda?
Vernon Dursley tylko skinął potakująco głową.
– Zapisała wszystko panu i pańskiemu synowi, swemu bratankowi – oznajmił pan Vongerichten–Wintour. – W testamencie jest także życzenie skremowania jej ciała. W tym także nie ma nic niezwykłego. Wielu ludzi tak robi. My zadbamy o uwiarygodnienie mistyfikacji. Lekarz, który stwierdzi zgon, będzie przekonany, że wszystko jest w porządku. Pani Dursley zidentyfikuje ciało i zajmie się organizacją pogrzebu i konsultacjami z prawnikiem panny Dursley...
– Dlaczego nie ja?! – wykrzyknął z oburzeniem Vernon Dursley.
– Dlatego, że pana również oficjalnie „uśmiercimy"! – wyjaśnił prawnik. – Proszę mi wierzyć, że wprowadzenie w błąd Voldemorta i jego bandy będzie bardzo trudne. Ważne, żeby cała nasza mistyfikacja była spójna i logiczna. Jeśli popełnimy choćby najdrobniejszy błąd, wszystko na nic.
– W jaki sposób mam rzekomo „umrzeć"? – chciał wiedzieć Dursley.
– W pana przypadku sprawa jest skomplikowana, bo trzeba będzie wprowadzić w błąd magomedyków ze szpitala, w którym was leczono po napadzie śmierciożerców. Wszyscy troje znajdziecie się pod opieką aurorów w specjalnym ośrodku naszego Ministerstwa Magii. Otrzyma pan eliksir, który będzie pan zażywał przez kilka dni. Nikt, oprócz nas nie może o tym wiedzieć. A zwłaszcza czarodzieje, którzy będą się tam wami opiekować. Potem zacznie się pan skarżyć swoim opiekunom, że źle się pan czuje. Klątwa, jaką uderzył pana jeden z tych bandytów, którzy na was napadli, może dawać opóźnione skutki uboczne. Wróci pan do szpitala i tam okaże się, że już za późno na ratunek. Ale nie zostanie pan w szpitalu, tylko go opuści i pański zgon stwierdzą mugolscy lekarze. Ważne, żeby pana rzekoma śmierć nastąpiła już po pogrzebie pańskiej siostry. W Szpitalu Świętego Munga Voldemort ma swoje wtyczki. Przede wszystkim ich musimy zwieść i przekonać, że wszystko odbyło się w sposób naturalny. Oprócz tego trzeba jeszcze oszukać mugolską policję, co też nie będzie łatwe... Wymyśliliśmy jak to zrobić, ale wy musicie z nami naprawdę bardzo ściśle współpracować! I wykonywać dokładnie nasze polecenia! – prawnik pochylił się i poważnie spojrzał Vernonowi Dursleyowi prosto w oczy. – Zechce pan łaskawie pamiętać, że tu idzie o wasze życie!
– Rozumiem – wykrztusił po chwili milczenia Vernon Dursley. – Ale... To jak to zrobicie?
– Szczegóły to już nasza sprawa. Im mniej będziecie o tym wiedzieć, tym lepiej dla was – oznajmił kategorycznym tonem Snape.
– A co ze mną i z Dudziaczkiem? – spytała cicho, drżącym głosem Petunia Dursley.
– Na czas trwania śledztwa w sprawie napadów, pobić i włamań, jakich się dopuścił ze swoją bandą państwa syn zostanie zamknięty w Ośrodku Wychowawczym im. Świętego Brutusa dla Młodocianych Recydywistów. Zorganizujemy jego ucieczkę. Będzie uciekał na motorze...
– Motor? Dostanę motor?! – zapiszczał Dudley podskakując radośnie.
– Nie – odpowiedział zimno Snape. – Sfingujemy twoją śmierć w wypadku drogowym. Ukradniesz motocykl jednego z wychowawców, rozpędzisz się do dwustu mil na godzinę i rąbniesz w słup...
– Ja nie chcę! – wrzasnął Dudley z przerażeniem.
– Trup będzie fałszywy, to nie będziesz ty! – warknął z irytacją Olaf Goldstone.
– Aha... – bąknął Dudley, najwyraźniej nie do końca przekonany.
– Co do pani, – mecenas zwrócił się do Petunii Dursley, ignorując chłopaka, – po tragicznej stracie męża i syna, popełni pani samobójstwo. A wcześniej napisze pani testament, zostawiając wszystko Harry'emu Potterowi...
– Nie! – wrzasnęła kobieta, zrywając się tak gwałtownie z fotela, że ten się przewrócił. – Niczego nie zostawię temu... Temu... – Petunia Dursley urwała, zachłysnęła się i zaczęła kaszleć. Snape walnął ją w plecy. Mecenas próbował coś powiedzieć, ale nie zdołał, bo z jej ust popłynął potok słów, którego już chyba żadna siła nie byłaby w stanie zatamować.
– Zawsze wszystko było tylko dla niej! Dla mojej koszmarnej siostry! Jak ja o coś prosiłam, to nigdy tego nie dostawałam! To ona zawsze wszystko miała! Rodzice bez przerwy się nią chwalili! Ojciec był niesamowicie dumny, że jego córka jest czarownicą! Mnie tylko besztali, że nie mam takich dobrych stopni, jak ona i wciąż powtarzali: „Co z ciebie wyrośnie!" I nie chcieli słuchać, jak im próbowałam powiedzieć, co moja siostrunia wyprawia! A była potworem! Jej syn jest taki sam jak ona! Niczego mu nie zostawię! – Petunia przerwała swoją tyradę, bo zabrakło jej tchu. Olaf Goldstone machnął różdżką i przewrócony wcześniej fotel stanął z powrotem przy stole. Pani Dursley opadła na niego bezwładnie. Snape wstał powoli i pochylił się ku kobiecie z miną nie wróżącą niczego dobrego.
– Ty zawistna żmijo! – powiedział cicho, głosem zimnym jak lód. – Zawsze byłaś wredna i nie cofałaś się przed niczym, żeby dokuczyć Lily. Nigdy nie przepuściłaś ku temu żadnej okazji! Skarżyłaś na nią, szkalowałaś, opowiadałaś o swojej siostrze niestworzone historie wszystkim krewnym i znajomym! Niszczyłaś jej rzeczy, spaliłaś sukienkę, którą Lily sama sobie uszyła, mazałaś po jej książkach, posunęłaś się nawet do tego, że wyrzuciłaś do śmieci jej ulubioną maskotkę, którą dostała od narzeczonego. A ona mimo wszystko cię kochała... Zapomniałaś, jak twoja siostra broniła cię, gdy wasz drogi tatuńcio wpadał w szał?! Kiedyś omal nie zabił Lily! Miałaś wtedy sześć lat, a ona osiem. Zasłoniła cię, jak twój ojciec zaczął cię tłuc, gdzie popadnie, bo mu właśnie w czymś przeszkadzałaś! On wtedy rzucił Lily o ścianę, miała wstrząs mózgu i połamane żebra! Uratowała was sąsiadka, usłyszała krzyki Lily, wpadła do waszego domu i walnęła tego szaleńca krzesłem przez łeb! Już o tym nie pamiętasz, co?! Gdyby nie interwencja madame Nicole, to twój rodziciel zabiłby was obie! Czego ty tak naprawdę zazdrościłaś Lily? Może chodziło ci o to, że ona jest magiczna, a ty nie? Nienawidziłaś jej. Za co? Wydawało ci się, że rodzice bardziej ją kochali? No, cóż, pewnie tak było rzeczywiście... I wcale się im nie dziwię – podsumował Mistrz Eliksirów, krzywiąc się złośliwie.
– Ale czy to naprawdę wystarczający powód do tego, żeby mścić się na dziecku Lily? – zapytał gniewnie Olaf Goldstone.
Petunia Dursley popatrzyła na obu czarodziejów z nieukrywaną nienawiścią.
– Ciekawe skąd o tym wszystkim wiecie – wydyszała. – Ale to mnie nie obchodzi! Niczego chłopakowi nie zostawię!
– Zostawi pani... – wysyczał Norweg złym głosem. Chciał chyba jeszcze coś powiedzieć, ale zamilkł, bo adwokat uniósł dłoń, sygnalizując, że chce zabrać głos. Osiągnął cel, przyciągając uwagę wszystkich obecnych w gabinecie. Petunia Dursley ucichła i skuliła się w fotelu. Prawnik przez chwilę przyglądał się jej uważnie.
– Jak pani uważa... – westchnął. – Proszę jednak rozważyć następujące fakty: po pierwsze – wasz syn zostanie aresztowany i grozi mu wyrok co najmniej kilku lat więzienia. Ponieważ Dudley ma już szesnaście lat, a jeden z napadów, w jakich uczestniczył skończył się wielomiesięcznym pobytem ofiary w szpitalu, to sprawa jest bardzo poważna. Chłopak będzie odpowiadać jak dorosły, a to naprawdę źle wróży. Powiedziałem, że wasz syn jest poszukiwany, bo policja nie wie, gdzie jesteście. I to jest wasze szczęście! Po drugie – o czym też wcześniej wspomniałem, wszyscy wasi sąsiedzi i znajomi już o całej sprawie wiedzą. Byli przesłuchiwani. Nikt nie zostawił na was suchej nitki. A wy przez całe życie bardzo się liczyliście z opinią publiczną i zachowywaliście tak zwane „pozory". Naprawdę chcecie się znów spotkać z tymi ludźmi? Ich wynurzenia na wasz temat dały prokuratorowi podstawę do wszczęcia kolejnego postępowania przeciwko wam: w sprawie znęcania się przez was nad Harrym Potterem. To po trzecie... Z tego wynika, że chyba jednak lepiej będzie dla was, jeśli zaczniecie życie od nowa, zupełnie gdzie indziej i wśród innych ludzi. Co prawda nie łudzę się, że się zmienicie, ale jeśli zrobicie coś głupiego i zdradzicie się ze swoją prawdziwą tożsamością, to możecie być pewni, że Voldemort was znajdzie i zabije – zakończył obojętnie. Chłodny, profesjonalny ton i rzeczowość jego wypowiedzi, ostro kontrastowały z drastyczną treścią.
Petunia Dursley jęknęła rozpaczliwie.
– To jest wymuszenie! – zaprotestowała.
– Jeśli nie spełnicie państwo naszych warunków, umywamy ręce. Być może uda wam się uniknąć śmierci z rąk śmierciożerców – powiedział miękko mecenas. – A może nie... – dodał spokojnie, uśmiechając się przy tym nieco ironicznie.
– Chcecie nas ograbić! – ryknął nagle ni stąd ni zowąd Vernon Dursley. – Nie zgadzam się na nic! Nie wierzę wam! Wracamy do domu!
Czarodzieje popatrzyli na niego tak, jakby mu nagle wyrosły czułki na nosie. Dumbledore pokręcił głową z wyrazem dezaprobaty na twarzy. Snape skrzywił się z wściekłością, ale nie odezwał się, powstrzymany przez Olafa Goldstone'a, który ostrzegawczo ścisnął go za ramię. Mecenas miał poważną minę, choć najwyraźniej i on był już mocno zniecierpliwiony.
– Jeśli nie chcecie państwo się ukrywać i zamierzacie wrócić do domu, to zrobicie to na własną odpowiedzialność – powiedział prawnik surowym tonem. – Nie zamierzamy was ograbić, jak był pan łaskaw wysunąć przed chwilą przypuszczenie co do naszych intencji – dodał sarkastycznie. – Właśnie miałem przejść do wyjaśnień, w jaki sposób zorganizujemy wam kamuflaż.
– Gdybyśmy chcieli was ograbić, nie zadawalibyśmy sobie tyle trudu – powiedział miękko Olaf Goldstone, wpadając w słowa mecenasowi. Uśmiechnął się jednocześnie swoim drapieżnym uśmiechem, a Harry pomyślał, że Norweg patrzy na Dursleyów tak, jakby się zastanawiał, czy lepiej będą smakować na surowo, czy upieczeni na grillu.
– Po prostu byśmy was zabili – warknął Snape. – Bez żadnego zawracania głowy, czy wdawania się w kłopotliwe negocjacje!
Mistrz Eliksirów był najwyraźniej coraz bardziej rozdrażniony i nie zamierzał bawić się w jakiekolwiek przenośnie. Jego szczerość podziałała, słowa Snape'a przedarły się przez pokłady tępoty Vernona Dursleya. Mężczyzna posiniał z wściekłości, ale zamilkł. Tymczasem jego żona zdołała się jakoś opanować.
– Co z nami będzie? – spytała cicho.
Mecenas Vongerichten–Wintour uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem, słysząc to pytanie.
– Zaraz wszystko państwu dokładnie wyjaśnię – obiecał. – Wyślemy was do Kanady. Zamieszkacie w małym miasteczku. Pan zostanie dyrektorem fabryki produkującej elektronarzędzia – prawnik spojrzał na Vernona Dursleya, który otworzył usta ze zdumienia i gapił się na mecenasa z głupią miną. Pan Vongerichten–Wintour kontynuował swoje wyjaśnienia, taktownie nie komentując zachowania Dursleya. – Ta fabryka jest filią koncernu Boscha, a jej dotychczasowy dyrektor właśnie przeszedł na emeryturę. Do pracy będzie pan dojeżdżał samochodem, to około pół godziny jazdy. Otrzyma pan akcje koncernu, oczywiście głównie tej filii, którą pan będzie kierował. Dostaniecie także dwa konta w banku kanadyjskim. Właściwie wszystko jest już przygotowane...
– Dwa konta? Dlaczego dwa? – dopytywał się Vernon Dursley nieufnie, przerywając prawnikowi.
– Jedno dla pana, drugie dla pańskiej żony – odpowiedział Olaf Goldstone zniecierpliwionym głosem.
– A po co jej osobne konto? – zdumiał się Vernon.
Snape gwałtownie poderwał się z fotela. Tym razem Norweg nie zdążył z interwencją. Mistrz Eliksirów dał upust wściekłości. Chwycił Vernona Dursleya za klapy marynarki i mocnym szarpnięciem zmusił go do wstania.
– Ty parszywy, zapleśniały chciwcze! – ryknął z furią, potrząsając Dursleyem jak szmacianą kukiełką. – Jak się żeniłeś, to byłeś nędzarzem, nie miałeś ani pensa, a posag twojej narzeczonej to było kilka milionów funtów! Wyciągnąłeś od niej wszystkie pieniądze na swoje „interesy"! Kupiłeś pakiet kontrolny tej swojej fabryki świdrów i zostałeś tam dyrektorem, ale wszystkie akcje były zapisane wyłącznie na ciebie! A za czyje pieniądze twoja siostrunia prowadziła swoją hodowlę psów, co? Za czyje pieniądze twoje sekretarki jeździły do Paryża?! – Snape puścił Dursleya i gwałtownie odwrócił się do Petunii. – A ty... Dałaś mu się nabrać, jak ostatnia idiotka! Twoja siostra cię ostrzegała, kim naprawdę jest twój najdroższy, ale oczywiście nie chciałaś jej słuchać. No, cóż, zawsze byłaś głupia. Zadałaś się z tym nic niewartym nicponiem... Czy nigdy cię nie zastanowiło, co on robi z TWOIMI pieniędzmi?
– Severusie! Siadaj! – zażądał ostro prawnik. O dziwo, Mistrz Eliksirów posłuchał. Usiadł z powrotem w fotelu. Zacisnął mocno wargi i wściekłym wzrokiem mierzył oboje Dursleyów.
Harry pomyślał, że to wszystko jest groteskowe. Snape robiący awanturę Dursleyom – najpierw oskarżający ich, że się nad nim, Harrym, znęcali, potem wytykający Petunii zazdrość wobec siostry, i wreszcie wymyślający Vernonowi! I to z jakiego powodu? Bo Vernon Dursley zagarnął posag żony i używał jej pieniędzy według własnego uznania nie pytając jej o zgodę... Stężenie absurdu zaczynało już przekraczać wszelkie dopuszczalne normy.
Dyrektor chyba odniósł takie samo wrażenie, ponieważ zdecydowanie wtrącił się do rozmowy.
– Proszę państwa – powiedział Dumbledore stanowczym głosem. – Zbaczamy z tematu. Nie jesteście tu państwo po to, żeby się z nami kłócić – spojrzał surowo na Dursleyów. Wyglądał w tym momencie tak groźnie, że Petunia i jej mąż skulili się przerażeni, a Dudley próbował udawać, że go w ogóle tam nie ma.
– Bardzo słusznie, panie dyrektorze – powiedział mecenas Vongerichten–Wintour. – W takim razie, żeby nie przedłużać sprawy – zgadzacie się państwo na nasze działania? Czy nie? Czy chcecie wracać do domu? Prosimy o szybką decyzję, bo nie mamy wiele czasu. A więc?
Dursleyowie popatrzyli na siebie bez słowa.
– Czyli nasz wybór sprowadza się do tego, że albo możemy wracać do domu wiedząc, że śmierciożercy nas prędzej czy później zabiją, albo zdać się na waszą łaskę – powiedziała zmęczonym głosem Petunia. – A jaką my możemy mieć pewność, że jesteście lepsi od śmierciożerców i ich pana? Nie jesteśmy przecież już wam potrzebni do ochrony Harry'ego Pottera!
Harry ze zdumieniem uświadomił sobie, że ta kobieta, którą zawsze miał za horrendalnie głupią, nagle dowiodła, że jednak czasem potrafi logicznie myśleć. Bardzo trafnie podsumowała sytuację, w jakiej się znalazła...
– Jaką możecie mieć pewność? Żadnej! – odpowiedział słodko Olaf Goldstone. – Możecie jedynie nam zaufać. Albo nie... – dodał drwiąco.
– Dobrze... Przyjmujemy wasze warunki. Nie widzę innego wyjścia – Petunia Dursley najwyraźniej podjęła decyzję. Vernon coś zabełkotał próbując protestować, ale uciszyła go jednym ostrym spojrzeniem.
– Skoro tak, to będę kontynuował wyjaśnienia – oznajmił mecenas. – Przygotowaliśmy dla państwa całą legendę: fałszywe życiorysy, zdjęcia i dokumenty, rodzinę i znajomych znających was rzekomo od lat, kolegów i koleżanki ze szkoły, a dla pana oczywiście znajomych z pracy. Olaf, daj tę dokumentację – prawnik odwrócił się do Norwega.
Olaf Goldstone wyjął z kieszeni paczuszkę wielkości pudełka od zapałek i położył ją na stole. Machnął różdżką i paczuszka zamieniła się w ogromne pudło. Mężczyzna otworzył je i zaczął wyciągać z niego kolorowe teczki i jakieś mniejsze pakunki. Snape pospieszył mu z pomocą i po chwili cały blat stołu był zawalony stertą papierów, a pudło powędrowało w kąt gabinetu.
– Będziecie się musieli państwo z tym zapoznać – poinformował Dursleyów Norweg, nie kryjąc satysfakcji.
– Czy to konieczne? – wykrztusił Vernon, patrząc z przerażeniem na piętrzące się przed jego nosem papierzyska.
– Tak, konieczne – stwierdził lapidarnie prawnik. – Nie możecie być ludźmi „znikąd"! Przygotowaliśmy całą mistyfikację bardzo starannie, ale wy też musicie podjąć wysiłki, żeby była udana. W pierwszej kolejności musimy uwiarygodnić legendę w kwestii „gdzie byliście, jak was nie było" – od napaści na was śmierciożerców, do waszej rzekomej śmierci. Oczywiście to legenda dla niemagicznej policji, bo czarodzieje będą wiedzieli, że byliście w naszym Szpitalu Św. Munga, a potem trafiliście do ośrodka rekreacyjnego Ministerstwa Magii. Natomiast mugolska policja i prokuratura otrzymają fałszywe informacje. Zatwierdzone przez Ministerstwo Magii i kolportowane za zgodą Ministra. Najprostszą mistyfikacją będzie wasz rzekomy wyjazd na wakacje. Miało to wyglądać tak, jakbyście przestraszeni napaścią bandy włamywaczy na wasz dom wyjechali pospiesznie, nie mówiąc nikomu dokąd. Kilka lat temu, kiedy Harry otrzymywał pierwsze listy z Hogwartu, usiłowaliście uciec i zadekowaliście się na małej wysepce. Uznaliśmy, że to świetne miejsce do wykorzystania dla naszych celów. Będziecie udawać, że byliście tam znowu, a na wypadek, gdyby policja chciała to sprawdzić – specjaliści z Ministerstwa wszczepili wielu osobom fałszywe wspomnienia. Ci ludzie będą „pamiętać" coś, co się nie zdarzyło, czyli wasze przybycie na wyspę i jej opuszczenie. Do tego momentu cała mistyfikacja została już zaakceptowana przez Ministra i wtajemniczonych urzędników w Ministerstwie. To są razem cztery osoby. A dalej... No, cóż. O tym, co zaplanowaliśmy dowie się tylko i wyłącznie Minister Magii. A zatem... Po rzekomym opuszczeniu wyspy, zamieszkacie w małym hotelu na przedmieściu Londynu. Ten hotelik jest własnością czarodziejki i będziecie tam pilnowani przez aurorów, więc zagrożenie atakiem śmierciożerców jest małe, tym bardziej, że oni mają teraz sporo kłopotów, oczywiście stwarzanych im przez nas. Do tego pensjonatu przeniesiecie się prosto z ośrodka naszego Ministerstwa. Pan, panie Dursley spędzi przedtem kilka dni w naszym szpitalu. Tak jak mówiłem wcześniej, będzie pan udawał bardzo chorego. I musi pan udawać dobrze, bo inaczej wszystko na nic. Magomedycy MUSZĄ być przekonani, że zabije pana to zaklęcie, którym oberwał pan pamiętnej nocy pierwszego lipca, podczas napadu śmierciożerców. Dlatego wypuszczą pana ze szpitala. Informacje o tym, że jest pan umierający otrzymają oczywiście aurorzy i to zadecyduje o przeniesieniu was do pensjonatu. Ten hotelik jest wykorzystywany do kontaktów z ludźmi spoza społeczności czarodziejskiej, dlatego często zatrzymują się tam mugole. Nikogo nie zdziwi wasz pobyt właśnie tam. Następnego dnia po waszym zamieszkaniu w tym pensjonacie dowie się o tym policja. Zjawią się tam oczywiście natychmiast w celu aresztowania waszego syna. Dudley trafi do aresztu, a potem zostanie przewieziony do Ośrodka Wychowawczego Świętego Brutusa. Oczywiście będziemy cały czas go pilnować. Nie zamierzamy pozwolić, by naprawdę coś mu się stało. Dlatego jego ucieczkę i rzekomą śmierć w wypadku na motorze zorganizujemy następnego dnia, a raczej nocy. Policjanci przy okazji poinformują państwa o śmierci panny Dursley, która w tym czasie będzie już pod naszą opieką. Zamieszka w Kanadzie w tym samym miasteczku, w którym przygotowaliśmy dla was schronienie, ale dla zmylenia przeciwnika będzie udawała krewną pani Petunii, występując jako pani cioteczna siostra. Pani zajmie się pogrzebem – mecenas spojrzał uważnie na panią Dursley, sprawdzając, jak przyjmuje jego słowa. Petunia słuchała uważnie, więc prawnik podjął swoje wyjaśnienia. – Pan Dursley pozostanie w hotelu i wezwie lekarza, skarżąc się na serce. Nikogo to nie zdziwi, zważywszy na okoliczności. Jeszcze tego samego dnia wieczorem, przed ucieczką Dudleya, zostanie pan znaleziony martwy w łóżku, a lekarze postawią diagnozę, że przyczyną zgonu był atak serca. Ważne jest oczywiście, żeby pański fałszywy zgon nastąpił przed sfingowanym wypadkiem Dudleya. Pani o wypadku dowie się dopiero rano. W tym czasie obaj panowie będą już czekali w ukryciu na zakończenie całej sprawy. A pani będzie musiała bardzo realistycznie zagrać histerię i rozpacz! Potem wezwie pani prawnika...
– Kogo? Pana? – spytała Petunia Dursley sarkastycznie, wpadając mecenasowi w słowo.
– Absolutnie nie! – wykrzyknął gniewnie mężczyzna. – To musi być osoba nie mająca o niczym pojęcia, najlepiej pani osobisty adwokat! Przypadkiem wiem, kto to jest. Znam państwa prawnika i uważam, że doskonale odegra swoją rolę. Złoży pani na jego ręce testament, zapisując wszystko Harry'emu Potterowi. BEZ żadnych warunków! – dodał mecenas Vongerichten–Wintour z naciskiem. – Tego samego dnia wieczorem położy się pani spać zażywając zbyt dużą dawkę środków nasennych. Co powinien stwierdzić lekarz, gdy pani ciało zostanie odkryte. Trzeba będzie to wszystko przeprowadzić bardzo szybko, żeby nie dać śmierciożercom szansy na zaatakowanie was. No, cóż... Postaramy się tak ich zaabsorbować, żeby mieli pełne ręce roboty. Waszym fałszywym pogrzebem zajmie się Harry Potter – naturalnie przy naszej pomocy. Kremacja zatrze wszystkie ślady tych machinacji, a my w tym czasie zabierzemy was w bezpieczne miejsce. Każde z was przejdzie operację plastyczną, by nie można było was rozpoznać. Oczywiście w czterech różnych klinikach. Musimy bardzo dokładnie zgrać w czasie wszystkie nasze kolejne posunięcia, żeby nikt nie nabrał żadnych podejrzeń! Wszystko odbędzie się tak, jak tu mówiliśmy, bo w waszą śmierć muszą uwierzyć zarówno czarodzieje, jak i policja. Powtarzam wciąż słowo „muszą" i naprawdę nie bez przyczyny. Jeśli ktoś poweźmie choć cień podejrzenia, że wasza śmierć to mistyfikacja – BĘDZIE PO WAS! Tylko kilka osób zostanie wtajemniczonych w całą intrygę; oprócz Ministra Magii i nas tutaj, jeszcze troje ludzi spośród prowadzących śledztwo przeciwko śmierciożercom. Szef zespołu śledczego i jego dwoje najbliższych współpracowników. Ten zespół został powołany osobiście przez premiera Johna Majora, zaś członkowie zespołu otrzymali bardzo szerokie kompetencje. A wam przyznano status świadków koronnych i tylko dlatego mogliśmy podjąć działanie zakrojone aż na taką skalę. W tych teczkach, – prawnik szerokim gestem ogarnął piętrzące się na stole papierzyska – znajduje się dokumentacja waszego fałszywego życia. Zdjęcia z dzieciństwa, drobiazgowe opisy „rodziny" i znajomych. Wszystkim tym ludziom wszczepiliśmy wspomnienia na wasz temat, musicie tylko wejść w ten wasz nowy świat. Damy wam eliksiry wspomagające zapamiętywanie, żebyście się tego wszystkiego nauczyli.
– A... finanse? – spytała cicho Petunia. – Jeśli mam zostawić wszystko synowi Lily... Z czego będziemy żyli?
– O tym już też była mowa – warknął Snape, patrząc złym wzrokiem na Vernona, który był śmiertelnie blady, siedział wbity w fotel i milczał jak mumia.
– Severusie! – Mecenas spojrzał z wyrzutem na Mistrza Eliksirów. – Zaraz wszystko dokładnie państwu wyjaśnię – zwrócił się do Dursleyów. – Jak już mówiłem...
Mecenas Vongerichten–Wintour przerwał, ponieważ w kominku pojawiła się głowa profesor McGonagall.
– Albusie! – zawołała.
– Co się stało, Minerwo? – zaniepokoił się dyrektor.
– Przybyła panna Dursley. Poppy ją przywiozła, trochę wcześniej niż było umówione – poinformowała profesor transmutacji. – Co mam zrobić? Przyprowadzić ją do was?
–Tak, przyprowadź – zdecydował Dumbledore. Popatrzył na prawnika, który energicznie skinął głową z pełną aprobatą. Severus Snape i Olaf Goldstone spojrzeli na siebie. Obaj uśmiechnęli się złośliwie. Harry miał wrażenie, że porozumiewają się telepatycznie. Ich miny nie wróżyły Marjorie Dursley niczego dobrego...
Chłopak drgnął gwałtownie, gdyż Lupin ścisnął go lekko za ramię. Spojrzał na mężczyznę nieco nieprzytomnie.
– Co się stało? – spytał zdziwiony. Lupin miał bardzo poważną minę.
– Severus nie uprzedził mnie, co przedsięwziął w sprawie twoich krewnych – powiedział cicho. – Mam obawy, że będziemy mieli wszyscy nieliche kłopoty...
– Może śmierciożercy do nich nie trafią – mruknął Harry. – Mimo wszystko nie życzę Dursleyom spotkania z tymi bandytami! – dodał nieoczekiwanie dla samego siebie.
– Nie nazywasz Petunii „ciotką" – zauważył Lupin, przyglądając się chłopcu z zastanowieniem.
– Nie! – powiedział twardo Harry. – Teraz wiem, że to zniszczyło chroniące mnie zaklęcie, ale ja po prostu nie mogę już myśleć o Dursleyach jak o moich krewnych. Nie mogę i tyle! To prawda, że Petunia Dursley jest siostrą mojej mamy, ale nigdy nie traktowała mnie jak krewnego. Nigdy... – dodał z dziwnym żalem w głosie.
Lupin smutno pokiwał głową.
– Niestety – szepnął.
Ktoś zapukał do drzwi gabinetu i po chwili do środka weszły profesor McGonagall i Marge Dursley. Harry aż drgnął z zaskoczenia, widząc jak bardzo siostra Vernona się zmieniła. Straszliwie schudła, była bardzo blada i najwyraźniej przerażona. Szła przygarbiona i bojaźliwie zerkała na boki.
– Dzień dobry, panno Dursley – powiedział uprzejmie Dumbledore. – Proszę usiąść – skinął dłonią i do stołu przysunął się kolejny fotel. – Minerwo, zostaniesz z nami? – spytał dyrektor zwracając się z uśmiechem do profesor transmutacji.
– Nie, nie mogę, mam bardzo dużo pracy, Albusie – odpowiedziała z westchnieniem.
– Prawda, wiem – przyznał dyrektor. – Potem ci wszystko zrelacjonuję.
– Pani pomoc będzie nieoceniona w przeprowadzeniu naszego planu – oznajmił mecenas Vongerichten–Wintour z wyraźnym szacunkiem. – Porozmawiamy później, w takim razie, skoro nie może pani z nami zostać.
– Oczywiście, sądzę, że do obiadu skończę – obiecała profesor McGonagall. Skłoniła się i opuściła gabinet z cichym szelestem szat.
Marge Dursley usiadła w zaoferowanym jej fotelu i uścisnęła za rękę Petunię. Rozejrzała się niepewnie, wymieniła spojrzenia z Vernonem i blado uśmiechnęła się do Dudleya. Jednocześnie unikała wzroku przyglądających się jej nieżyczliwie mężczyzn.
– Pani pozwoli sobie przedstawić – profesor Dumbledore elegancko dokonał prezentacji obecnych, po czym gładko wrócił do tematu spotkania. – Proszę kontynuować, panie mecenasie, chyba już niewiele zostało do wyjaśnienia, prawda?
– Tak jest, panie profesorze – prawnik uśmiechnął się, patrząc na Marge Dursley, a Harry w tym momencie pomyślał, jak wiele różnych uczuć można okazać poprzez taki grymas określany jako „uśmiech". Gdyż w podobny sposób „uśmiechał się" Vernon Dursley do osób, których nie lubił ani nie szanował. Chłopak nie mógł pozbyć się wrażenia, że gdyby nie obecność Dumbledore'a, to przyjaciele Snape'a potraktowaliby Dursleyów znacznie gorzej niż dotychczas. Nie mówiąc już o samym Mistrzu Eliksirów... Harry po raz kolejny, słuchając rozmowy w gabinecie, zastanowił się co to może znaczyć. Odsunął od siebie te rozważania na potem i ponownie skupił się na słuchaniu.
– Oszacowaliśmy wasz majątek i otrzymacie od nas jego równowartość pomniejszoną o sumę, którą jesteście winni Harry'emu Potterowi. Będą to akcje i pieniądze na kontach, polisy ubezpieczeniowe, oraz dom, którego wartość jest trochę wyższa niż wartość budynku, w którym mieszkaliście dotychczas. Pewien problem stanowią klejnoty, które odziedziczyła pani po matce, zdeponowane w banku szwajcarskim...
– Jakie klejnoty?! – wykrzyknął Vernon Dursley, przerywając mecenasowi i patrząc na żonę z pretensją.
– Chętnie byś je wymienił na kolejny pakiet akcji, co? – wysyczał ironicznie Snape, patrząc na Dursleya z nieukrywaną pogardą. Mecenas odwrócił się do Mistrza Eliksirów i uniósł nieco dłoń w górę. Ten gest miał zapewne oznaczać: „Severusie, daj spokój." Snape zamilkł, zaciskając usta.
– Klejnoty, które pańska teściowa przed swoją śmiercią podarowała córkom. Mathilda Leighton była jubilerem. Nie wiedział pan o tym? – zdziwił się obłudnie prawnik. – To, co otrzymała Lily, dziedziczy oczywiście Harry.
Vernon Dursley zgrzytnął zębami, ale zmilczał.
– Moja matka zrobiła zastrzeżenie w testamencie, że nie wolno mi sprzedać niczego, mogę to przekazać tylko mojej córce, a jak nie będę miała córki to wnuczce... A jeśli i wnuczki nie będzie, to pierwszej mojej potomkini płci żeńskiej w linii prostej! – wydyszała Petunia. – Złożyła klejnoty w skrytce w szwajcarskim banku! Widziałam je tylko raz... – załkała żałośnie.
– Ano właśnie, o to chodzi. Trudno będzie obejść ten zapis, tym bardziej, że w testamencie pani matki jest klauzula o następującej treści: „W razie, gdyby moja córka Petunia zmarła nie pozostawiwszy po sobie żadnych potomków, klejnoty dziedziczą żeńscy potomkowie mojej drugiej córki, Lily." Koniec, kropka. Ale o klejnotach pomyślimy później, na razie będą leżały w sejfie.
– Jak więc przekonacie chłopaka, żeby mi je oddał?! – zawołała histerycznie Petunia. – Skoro mamy wszyscy troje rzekomo umrzeć, to on musi wszystko dostać! I niczego nie może nam przekazać z powrotem, bo wszystko by się wydało! Jak...
– O to niech się pani nie martwi! – warknął Olaf Goldstone, przerywając jej. – Jak załatwimy sprawy pieniężne z Harrym Potterem, to nasza sprawa. Wy niczego nie stracicie, zaczniecie nowe życie, będziecie tylko musieli uważać, żeby się nie zdradzić – zapomnieć o wszystkich krewnych i starych znajomych oraz nauczyć się nowych twarzy i fałszywych życiorysów...
– No, dobrze, a jak przeprowadzicie operacje bankowe? – chciał wiedzieć Vernon Dursley. – Przecież można nas będzie wytropić przez prześledzenie drogi przelewów pieniędzy na nowe konta!
– W bankach też wszystko już załatwiliśmy. O to również nie musicie się martwić, mamy przyjaciół hackerów. Są doskonałymi profesjonalistami i nie zadają żadnych pytań – powiedział sucho Norweg.
– To już wszystko? – spytała Petunia niepewnie.
– Nie, nie wszystko. Pozostaje jeszcze sprawa Dudleya. Wasz syn dostanie kuratora. Ten człowiek jest czarodziejem i będzie chłopaka pilnował, skoro wy tego nie potraficie. Nie możemy pozwolić, by znowu zaczął rozrabiać. Mówiąc wprost, jeśli się nie uspokoi, nic go nie uratuje przed więzieniem – oznajmił Olaf Goldstone lodowatym tonem, patrząc groźnie na Dudleya.
– Nie! – jęknęła Petunia. – To niemożliwe!
Vernon Dursley sapnął gniewnie, i chyba chciał coś powiedzieć, ale spojrzał na Severusa Snape'a i natychmiast zrezygnował z tego zamiaru. Siostra Vernona też się nie odezwała; rozglądała się mrugając oczami z wyraźnym niedowierzaniem i przerażeniem.
– Najwyższy czas, żeby wreszcie pogodziła się pani z prawdą – powiedział chłodno prawnik. – A zważywszy na popełnione przez Dudleya przestępstwa, to kara naprawdę nie będzie dla niego zbyt dotkliwa! Czy jeszcze o czymś chciałaby pani porozmawiać?
– A co będzie z naszymi pamiątkami rodzinnymi? – wykrzyknęła Petunia. – Ja chcę zachować zdjęcia, listy...
– Ja przechowam te pamiątki – obiecał nagle Dumbledore. – Tu, w Hogwarcie. Ale pod jednym warunkiem – spojrzał Petunii głęboko w oczy. – Oddasz Harry'emu zdjęcia i listy jego matki.
Na twarzy kobiety odbiła się cała masa uczuć – od złości i gniewu do strachu.
– Dobrze – powiedziała cicho. – Oddam...
– Może na tym na razie skończymy – zaproponował mecenas Vongerichten–Wintour. – Musicie się państwo zapoznać z tą dokumentacją i potem będzie jeszcze cała masa szczegółów do omówienia.
– Słusznie – stwierdził dyrektor. – Myślę, że do naszej rozmowy wrócimy po obiedzie. Poproszę Madame Pomfrey, żeby odprowadziła państwa do waszych kwater.
Dyrektor podniósł się i podszedł do kominka. Po chwili pielęgniarka znalazła się w gabinecie.
– Proszę, chodźcie państwo ze mną – powiedziała, zwracając się do oniemiałych Dursleyów.
Wszyscy czworo sprawiali wrażenie oszołomionych i lekko otępiałych. Podnieśli się posłusznie i skierowali do drzwi, idąc za madame Pomfrey. Petunia Dursley zatrzymała się nagle, jakby coś sobie przypomniała.
– Przepraszam... Jeszcze tylko jedna sprawa... Jak będzie brzmiało nasze nowe nazwisko? – spytała niepewnym głosem.
– Będziecie się nazywać Foolhole – odpowiedział spokojnie Severus Snape. – A nowe nazwisko panny Dursley to Balloon.
