***

Sobota, 13 lipca 1996 rok, godzina jedenasta przed południem, Hogwart, gabinet dyrektora.

– Teraz mogę już spełnić obietnicę, którą dałem ci kilka dni temu, Potter – oznajmił Snape, patrząc na Harry'ego. Mistrz Eliksirów sprawiał wrażenie potwornie zmęczonego i miał taką minę, jakby bardzo chciał się znajdować zupełnie gdzie indziej.

Chłopak przełknął ślinę, bo nagle zaschło mu w gardle. Szybko się rozejrzał. Dumbledore, profesor McGonagall, Ron i Hermiona znajdowali się w gabinecie na jego życzenie. Pozostałych – zaprosił tu Mistrz Eliksirów.

Harry nie chciał rozmawiać ze Snape'em sam na sam. Czuł się oszołomiony tym, co wcześniej usłyszał. Rozprawa z Dursleyami zakończyła się przed dwudziestoma minutami, a on wciąż nie mógł się otrząsnąć. Gdy po wyjściu Dursleyów z gabinetu dyrektora, Mistrz Eliksirów zaproponował mu rozmowę w cztery oczy, Harry spontanicznie odmówił i zażądał, by byli przy tym obecni jego przyjaciele, dyrektor i profesor McGonagall. Nie bardzo potrafił odpowiedzieć na pytanie „dlaczego?" Snape nie nalegał. Zgodził się, postawił jedynie warunek dokooptowania do towarzystwa Olafa Goldstone'a i mecenasa Vongerichten–Wintour oraz Lupina. Przedstawienie przez Mistrza Eliksirów tej ostatniej kandydatury na jednego ze świadków rozmowy wprawiło Harry'ego w lekką konsternację, ale wolał nie pytać, czemu Snape tego chciał. Hmm... Musiał mieć ku temu bardzo poważny powód. Chłopak zastanawiał się już od kilku dni, jak naprawdę układają się stosunki między tymi dwoma mężczyznami. Kiedyś byli zawziętymi wrogami, a teraz? Wyglądało na to, że zawarli jakieś porozumienie...

– Prosiłeś, żebym ci opowiedział o twoim dziadku, Potter. Naprawdę tego chcesz? Dobrze się zastanów nad odpowiedzią. – Snape skrzyżował ręce na piersiach.

– Tak, chcę! – wykrzyknął Harry gniewnie. – Wciąż mnie okłamywano, a Dursleyowie nie pozwalali mi zadawać żadnych pytań o moich rodziców ani rodzinę. Mam tego dość! Chcę wreszcie coś wiedzieć. I nie tylko o moim dziadku, ale i o innych krewnych. Wolę najgorszą prawdę od litościwych kłamstw!

– Być może będziesz tego żałował – westchnął Mistrz Eliksirów.

– Jeśli nawet, to MOJA decyzja! – Harry popatrzył na profesora spode łba.

Snape przez chwilę milczał, przyglądając się chłopcu z napiętą uwagą.

– Siadaj więc i słuchaj – powiedział wreszcie cichym głosem. – Mówiłem ci, że twój dziadek był złym człowiekiem. To mało. Ojciec twojej matki był bardzo złym człowiekiem. Wdał się niestety w swoją matkę, czyli twoją prababkę. Nazywała się Korinna Hildegarda von Barrogil. Ona też była zła. Parała się czarną magią... Interesowała się tą dziedziną czarodziejskiej sztuki bardzo poważnie i osiągnęła wiele, bo nie miała skrupułów. Inni ludzie nic dla niej nie znaczyli. Wykorzystywała wszystko i wszystkich dla swoich celów i nigdy nie miała nawet cienia wyrzutów sumienia. Ukończyła Rabenschwarz – to jest niemiecka szkoła czarnej magii. Tradycja rodzinna, większość von Barrogilów się w niej uczyła. Żebyś nie miał złudzeń – twój dziadek także tam uczęszczał i miał znakomite wyniki. Był jednym z najlepszych uczniów.

– Czy to znaczy, że mój dziadek był czarnoksiężnikiem?! – wykrzyknął Harry ze zgrozą.

– Chyba można go tak nazwać... Niestety – Snape popatrzył na chłopca z dziwnym smutkiem. – Przypominam ci, że on był także moim bardzo bliskim krewnym – dodał cicho. – I zapewniam cię, że wolałbym nie chwalić się tym pokrewieństwem.

Harry przygryzł wargi. To wyznanie Mistrza Eliksirów dziwnie go zabolało.

– Moja prababka parała się czarną magią – powiedział z rozgoryczeniem. – Zdumiewające, że mając takiego ojca i babkę, moja matka nie została adeptką czarnej magii!

– Nie została. Nie miała odpowiednich predyspozycji, to po pierwsze, a po drugie z powodu poglądów swojej czarnomagicznej babki. Zaraz zrozumiesz, dlaczego... Twoja prababka nie była miłą osobą, wręcz przeciwnie. Jak już powiedziałem, ona chyba uważała, że inni istnieją tylko po to, by spełniać jej wolę. Była potworną egoistką. A jakby tego było mało, zadzierała nosa z powodu swojego arystokratycznego pochodzenia, ale oczywiście nie chwaliła się tym, że jej dziadek przehulał cały majątek, zostawiając swoim dzieciom monstrualne długi i wynaturzoną dumę rodową. Twoja prababka, tak jak jej ojciec i dziadek była opętana manią „czystości krwi". Nie miała nic przeciwko temu, żeby jej synalek trochę się zabawił, ale płodzenie dzieci z mugolką było w jej oczach zbrodnią! Twój dziadek związał się z twoją babcią, ale ponieważ nie była czarownicą, nie ożenił się z nią, nawet kiedy zaszła w ciążę. Zrobił to później, ale o tym za chwilę. Ożenił się natomiast z czarownicą, którą wybrała mu za żonę matka. Podejrzewam, że zmusiła go do tego ślubu zaklęciem Imperio... To małżeństwo było totalną katastrofą. Twój dziadek urządzał żonie i matce regularne piekło, i częściej przebywał ze swoją kochanką i córeczką Lily, niż prawowitą małżonką. Po narodzinach twojej matki ożenił się z twoją babcią, ale ten ślub był nieważny. Nie dlatego, że mugolski i cywilny, ale dlatego, że twój dziadek nie rozwiódł się przed tym z żoną, czyli popełnił bigamię. W dodatku użył fałszywego nazwiska – Evans. Naprawdę nazywał się przecież zupełnie inaczej.

– To znaczy, że moja matka była... jak to się mówi? „Z nieprawego łoża"? – prychnął Harry ironicznie.

– No i co z tego! – zripostował niecierpliwie Snape. – To doprawdy był najmniejszy problem!

– Dlaczego? – spytał Harry niepewnie. – Co zatem było tym „większym" problemem?

– Twoja prababka, matka twego dziadka była Niemką, arystokratką, spokrewnioną z większością europejskich i azjatyckich, czarodziejskich, arystokratycznych rodów „czystej krwi". Nie mogła przeboleć, że jej syn ma tak „plebejskie" upodobania i zadaje się „na poważnie" z mugolką. Twój dziadek znał swoją matkę na wylot i miał dość oleju w głowie, by nie informować jej, że urodziła mu się córka. Niestety, twoja prababka dowiedziała się tego w jakiś sposób i przysięgła na różdżkę, że: „zlikwiduje rodzinną hańbę"; czyli po prostu postanowiła zamordować Lily i jej matkę. Rozumiesz już, Potter, co było tym „największym problemem"? – Mistrz Eliksirów popatrzył wprost w oczy chłopaka, a jego twarz przypominała kamienną maskę.

Harry miał wrażenie, że został oblany lodowato zimną wodą. Nie był w stanie wykrztusić słowa. Patrzył na Snape'a oniemiały z przerażenia. Wreszcie opanował się na tyle, że zdołał skinąć głową.

Rozejrzał się. Wszyscy siedzieli jak sparaliżowani. Panowała niesamowita cisza. Snape spojrzał w okno. Milczał przez dłuższą chwilę, w końcu oderwał wzrok od widoku chmur na niebie i kontynuował swoją opowieść.

– Dwa lata później przyszła na świat Petunia, a wtedy twoja prababka wpadła w szał. Ktoś jej o tym doniósł. Korinna chyba nie wiedziała, że druga córka jej syna nie jest magiczna, ani o tym, że Lily jest czarodziejką. Tego nie jestem pewien. Lecz to i tak nie miało dla niej znaczenia. Twój dziadek był nie w ciemię bity i ukrył swoją nielegalną rodzinę. Użył tylko jednego zaklęcia – Fideliusa, ale na szczęście jest ono bardzo skuteczne. Strażnikiem została twoja praprababka ze strony matki. Nazywała się Vianne Johansson. Pochodziła z rodu czarodziejów nie uznających władzy Ministerstwa Magii i żyjących od pokoleń wśród mugoli. Poślubiła mugola, Stuarta Talleya i urodziła mu córkę imieniem Scarlett. Gdy Talley odkrył, że jego żona jest czarownicą, wyrzucił ją z domu, a córkę zatrzymał przy sobie. Scarlett, czyli twoja prababka, niestety nie odziedziczyła po matce zdolności. Zazdrościła jej i znienawidziła zarówno matkę, jak i magię. Wolała zostać z niemagicznym ojcem. Oboje opowiadali kłamstwa, że Vianne zwariowała i porzuciła rodzinę. Ale kiedy twój dziadek zwrócił się do Vianne o pomoc, ona natychmiast się zgodziła. Twoja babcia Mathilda była córką Scarlett, a więc wnuczką Vianne.

– Więzy krwi okazały się bardzo silne, a w rodzinie Johanssonów zawsze kultywowano solidarność rodową – wtrącił nieoczekiwanie Olaf Goldstone.

– A skąd pan o tym wie? – spytał Harry ze zdumieniem.

– Po pierwsze, dlatego, że jestem przyjacielem Severusa. Znamy się prawie od urodzenia. A po drugie – Johanssonowie to bliscy krewni mojej matki. Ze mną też jesteś spokrewniony, Harry. I to podwójnie. Przez oboje rodziców. Twój ojciec był kuzynem mojego ojca – wyjaśnił spokojnie Norweg. – Jeśli chcesz, opowiem ci o twoich dziadkach Potterach i o innych naszych wspólnych krewnych.

– Chcę – odpowiedział Harry cicho. – Bardzo chcę. Nic o nich nie wiem...

– A więc się dowiesz – oznajmił Olaf Goldstone. – Severusie, mów dalej. Przepraszam, że ci przerwałem.

– Nie szkodzi – odpowiedział spokojnie Snape. – Zanim powrócę do opowieści o twoim dziadku, Potter, muszę wyjaśnić parę innych spraw. Oczywiście, wszystko się wiąże ze sobą. Scarlett poślubiła bardzo bogatego człowieka, Matheusa Leightona. Ten mężczyzna pochodził z rodziny od pokoleń zajmującej się złotnictwem i jubilerstwem. Leightonowie mieli troje dzieci: dwóch synów i córkę. Twoja babka Mathilda, czyli córka Scarlett i Matheusa, była niezwykle uzdolniona w tej dziedzinie. O wiele bardziej niż jej dwaj bracia: Karl i Robert. Choć oni obaj także zostali jubilerami i są bardzo cenionymi fachowcami w tej branży. Obaj mają potomków, ale tylko jedno z ich licznej progenitury ma magię. Jeden z wnuków Roberta.

– Czy ten chłopak uczył się w Hogwarcie? – spytał nagle Lupin, patrząc uważnie na Snape'a.

– Nie – odpowiedział spokojnie Mistrz Eliksirów. – Robert ożenił się z charłaczką, córką czarownicy, pochodzącej z rodziny czarodziejów od pokoleń żyjących wśród mugoli i unikających wszelkich kontaktów z naszą społecznością. Wnuk Roberta był bardzo starannie chroniony przed wykryciem przez Ministerstwo Magii.

– Rozumiem – mruknął Remus, wymieniając błyskawiczne spojrzenie z Dumbledore'em.

– Chciałbyś jeszcze o coś zapytać? – zasugerował Snape podejrzanie słodkim głosem.

– Na razie nie – odpowiedział spokojnie Lupin.

Mistrz Eliksirów skinął głową.

– Zapewne będziesz chciał mi zadać dużo pytań jak skończę moją opowieść – powiedział nieco ironicznie.

– Być może nie będę miał żadnych – westchnął Remus. – Twoja opowieść nie jest przeznaczona dla mnie, tylko dla Harry'ego. To on powinien zadawać ci pytania.

– Słusznie – odpowiedział chłodno Mistrz Eliksirów. – Doskonale rozumiem. Ciekawość jest rzeczą ludzką, a widzę, że nie tylko ty tutaj wręcz skręcasz się z ciekawości. Niestety, przysłowie mówiące o tym, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, może się okazać w tym przypadku prawdą... Czy mam kontynuować, Potter? – odwrócił się do Harry'ego tak nagle, że chłopak aż podskoczył na krześle.

– Tak! – Harry był zdecydowany wysłuchać go do końca. Postanowił też w tym momencie, że nie odpuści. Snape musi mu opowiedzieć o jego przodkach! Wszystko!

– Dobrze. Scarlett nienawidziła magii i niestety, odziedziczyła po swoim ojcu najgorsze cechy Talleyów. Talleyowie byli znanymi lichwiarzami, skąpcami gorszymi od Harpagona, chciwcami, którzy dla zdobycia złota nie zawahaliby się przed niczym. Oczywiście nie wszyscy, ale większość z nich wykazywała w mniejszym lub większym stopniu takie właśnie cechy charakteru. A Petunia wrodziła się w babkę... Na szczęście Lily, w przeciwieństwie do swojej siostry nie była taka, charakterem przypominała swoją matkę. Choć, paradoksalnie, rude włosy i urodę odziedziczyła właśnie po Talleyach. Talleyowie byli mugolami; jeśli nawet kiedyś byli w ich rodzie jacyś czarodzieje, to nic mi o tym nie wiadomo. Ale nie to jest ważne, tylko fakt, że ich najgorsze wady ujawniły się u twojej prababki, Scarlett. Kiedy Mathilda przedstawiła rodzicom narzeczonego – Stephena Evansa, Scarlett rozpoznała w nim czarodzieja. No, cóż, miała przecież magiczną matkę... Znienawidziła go od pierwszego spojrzenia. Stosunki między Scarlett i jej dziećmi, zwłaszcza córką, nigdy nie były dobre, a związanie się Mathildy z czarodziejem spowodowało, że rozdźwięk między tymi dwoma kobietami jeszcze się pogłębił. Nie zmieniły tego narodziny córek Mathildy. Niestety, Potter, twój dziadek miał wyjątkowo gwałtowny charakter i często wpadał w furię z byle powodu. Bił Mathildę i obie córki, co Scarlett przyjmowała oczywiście z satysfakcją, twierdząc, że po „kimś takim" niczego dobrego nie można się spodziewać. Scarlett próbowała zniszczyć ten związek, ale Mathilda kochała swego furiata i trwała przy nim, wbrew rozsądkowi. Jedynie Lily potrafiła okiełznać szalejącego ojca, choć i jej nie zawsze się to udawało. Twój dziadek bardzo szybko zorientował się, że starsza córka odziedziczyła po nim magię i okropnie się z tego cieszył. Scarlett, oczywiście, wręcz odwrotnie. Za to bardzo pokochała Petunię, bo ta nie była czarownicą. Gdy Lily otrzymała list z Hogwartu, w rodzinie wybuchła potężna awantura, która skończyła się zerwaniem stosunków między Leightonami i Evansami na ponad dwa lata. A niedługo po narodzinach Lily, obaj bracia Mathildy wyjechali ze swoimi rodzinami do Kanady i od tego czasu bardzo rzadko kontaktowali się z rodzicami i z siostrą. Robert i Karl w tym jednym wypadku zgadzali się ze Scarlett. Nie znosili twojego dziadka, tak samo jak ona. Nie podejrzewali, że to czarodziej, bo Evans znakomicie udawał mugola, uważali że on jest po prostu złym człowiekiem. I mieli rację!

Harry wpatrywał się w Mistrza Eliksirów z takim natężeniem, że prawie nie mrugał oczami. Mężczyzna przerwał swoją opowieść i popatrzył na chłopaka w zamyśleniu.

– Dlaczego moja mama trafiła do Hogwartu, a nie do tej niemieckiej szkoły? – spytał niepewnie Harry. – Czy to z powodu mojej prababki?

– Oczywiście – westchnął Snape. – Twoja prababka wyłaziła ze skóry, żeby odnaleźć kochankę swego syna i jej córki, ale zaklęcie Fideliusa było bardzo skuteczną ochroną i Korinnie nie udało się spełnić swojej przysięgi. Lily poszła do Hogwartu i wszyscy myśleli że pochodzi z całkowicie mugolskiej rodziny. Twój dziadek uznał to za znakomite rozwiązanie. Stwierdził, że transmutacji, animagii i czarnej magii nauczy ją sam, a całej reszty Lily dowie się w szkole.

Harry wzdrygnął się.

– Czy... Mój dziadek rzeczywiście uczył mamę czarnej magii? – spytał cicho.

– Tak, ale nie trafił na podatny grunt. Twoja matka nie była osobą, która mogłaby zostać adeptką ciemnej strony. Tym niemniej, teorię opanowała znakomicie – odpowiedział żywo Snape.

– Ale nie używała czarnomagicznych zaklęć? – Harry zadał to pytanie spontanicznie, i dopiero gdy usłyszał swój własny głos, uświadomił sobie, że obawia się odpowiedzi. Snape chyba to wyczuł, bo na jego twarzy pojawił się dziwny wyraz, jakby cień rozbawienia.

– To zależy, co uznasz za „czarną magię" – odparł Mistrz Eliksirów. – Istnieje przecież mnóstwo zaklęć, które same w sobie są niespecjalnie groźne, ale można nimi wyrządzić dużą krzywdę człowiekowi, nawet zabić, jeśli się ich niewłaściwie użyje. Albo ze złymi intencjami... Czy pamiętasz, co ci powiedział Ollivander, gdy kupowałeś u niego różdżkę? – spytał nagle Snape, jakby o czymś sobie przypomniał.

– Powiedział mi dużo różnych rzeczy... – odparł zaskoczony chłopak. „O co mu chodzi?" – Harry nie zrozumiał intencji mężczyzny. Co mógł mieć na myśli?

– Powiedział ci, że twoja matka kupiła różdżkę dobrą do uroków. Wierzba, dziesięć i ćwierć cala, zgadza się? – w głosie Snape'a można było wyczuć ledwo dostrzegalne napięcie.

– Tak, pamiętam... Ale, co to ma... – Harry urwał, niepewnie patrząc na Snape'a. Mistrz Eliksirów odwrócił się do mecenasa.

– Mitch, przyniosłeś to? – spytał.

– Oczywiście – odpowiedział żywo prawnik, sięgając do eleganckiej teczki. Wyjął podłużne pudełko, pokryte czarnym jedwabiem i podał chłopcu. Harry wziął je machinalnie i przez chwilę przyglądał mu się nieufnie.

– Otwórz! – ponaglił Snape.

Pudełko było drewniane, wyłożone w środku szmaragdowozielonym aksamitem. Na tym miękkim posłaniu spoczywała różdżka z jasnego drzewa.

– To właśnie TA różdżka. Pierwsza różdżka pańskiej matki, panie Potter – wyjaśnił rzeczowo prawnik. – Część pana dziedzictwa. Miałem to panu przekazać na szesnaste urodziny, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby otrzymał ją pan kilka dni wcześniej.

Harry nie mógł wydobyć z siebie słowa. Delikatnie ujął w dłoń magiczne drewno. Różdżka lekko wibrowała i chłopiec poczuł jak płynie od niej ciepło, powoli ogarniając go całego.

– Dziękuję... – wykrztusił wreszcie z trudem. Popatrzył na Snape'a z oczekiwaniem. Nie wątpił, że teraz usłyszy najważniejszą część historii swojej rodziny.

– Lily potrafiła bardzo dobrze rzucać klątwy i uroki, ale robiła to naprawdę rzadko i tylko w samoobronie. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek, kogokolwiek zaatakowała pierwsza – westchnął Snape. Przez chwilę milczał pocierając podbródek, jakby próbował zebrać myśli. – Lily nie wiedziała nic o Hogwarcie. Nie miała od kogo się dowiedzieć, bo była córką absolwenta Rabenschwarz. A ród von Barrogilów uznawał tylko trzy szkoły na świecie: Rabenschwarz, Durmstrang i Akademię Amazońską w Brazylii. Ta trzecia szkoła jest nielegalna, bo uczą tam praktycznie wyłącznie czarnej magii i dlatego jej położenie jest ukrywane, a lokalizacja wciąż zmieniana. Wielu twoich przodków, Potter, po ukończeniu Durmstrangu lub Rabenschwarz właśnie tam uzupełniało swoją edukację w dziedzinie mrocznych sztuk. Korinna von Barrogil i twój dziadek, niestety także!

Snape znów przerwał. Wszyscy obecni milczeli. Dumbledore miał posępną minę, ale najwyraźniej nie był zdziwiony.

– To okropne, co mówisz, Severusie – powiedziała cicho profesor McGonagall, przerywając ciszę. – Niestety, jestem pewna, że to wszystko prawda. Ale mam jedną wątpliwość... Chciałabym wiedzieć... Jak to się stało, w takim razie, że Lily została wpisana w naszej Hogwarckiej Księdze Narodzin jako dziecko z rodziny mugoli? Zdaję sobie sprawę, że można oszukać nawet tak potężny artefakt jak Księga Narodzin, ale jak tego dokonano w tym przypadku?! Poza tym, jeśli ojciec Lily nic nie wiedział o Hogwarcie, to skąd miał informację, że w Wielkiej Brytanii magiczne dzieci z mugolskich rodzin są zaraz po urodzeniu zapisywane do Hogwartu?

Snape skrzywił się ponuro i popatrzył pytająco na swoich dwóch przyjaciół. Pytanie zadane przez profesor McGonagall chyba zaskoczyło Snape'a, jak również Norwega oraz mecenasa. Wszyscy trzej wyraźnie się zastanawiali nad odpowiedzią. Wreszcie, po kolejnej wymianie szybkich spojrzeń, głos zabrał mecenas Vongerichten–Wintour.

– Państwo pozwolą, że w tej sprawie to ja udzielę wyjaśnień – powiedział łagodnie. – Postaram się nikogo nie zanudzić, ale muszę tu podać pewne informacje, które są niezbędne. Zatem, ad rem. Zorganizowana społeczność czarodziejów powstała bardzo dawno. Oddzielona od świata mugoli, ale nie do końca. Przenikająca się ze społeczeństwami ludzi niemagicznych, bo tak naprawdę, to nigdy nie udało się czarodziejom oddzielić od mugoli całkowicie. Gdyby wśród ludzi niemagicznych nie rodziły się dzieci obdarzone magią, a czarodziejom nie zdarzali się potomkowie charłacy, to może by się to zamierzenie całkowitej izolacji udało... Świat magii i świat mugoli przenikają się i dzisiaj, i żadne „ustawy o tajności" nic na to nie poradzą. Tym bardziej, że w społeczności czarodziejów władzę i wpływy przechwycili zwolennicy „czystej krwi" i narzucili swoje poglądy innym. Magom pochodzącym z rodzin mugolskich bardzo trudno jest zrobić karierę, nie są dopuszczani do dobrych stanowisk, mają problemy z asymilacją... Taka polityka i rasistowskie zachowania doprowadziły do tego, że wielu czarodziejów, którzy zostali odepchnięci przez „czystokrwistych" na margines, i którym nie dano szansy na godne życie – po prostu opuściło świat magii i weszli w świat mugoli. Pozbawieni możliwości nauki i pracy wśród czarodziejów, stworzyli własną społeczność magiczną, wtopioną w pozostałe ludzkie społeczności.

– Czyli świat ludzi magicznych podzielił się na DWA społeczeństwa! – wykrzyknęła profesor McGonagall.

– Właśnie, pani profesor – prawnik uśmiechnął się nieco złośliwie. – Jestem pewien, że w gruncie rzeczy zdawała sobie pani sprawę, że poza zorganizowanym społeczeństwem magicznych żyją inni czarodzieje, ale nie myślała pani o tym. My o was wiemy, może nie wszystko, ale prawie. Wy – albo niczego o nas nie wiecie, albo ignorujecie nas, albo udajecie sami przed sobą, że nas nie ma. A nas jest prawie dziesięć razy więcej niż was. Pan profesor o tym już wie, prawda? – spojrzał z powagą na dyrektora, który ciężko westchnął. – My nie odcinamy się od mugolskiej techniki, wykorzystujemy ją tak samo jak magię. Wielu z nas robi kariery w mugolskiej nauce, a jednocześnie korzystamy z magii. Dbamy oczywiście o edukację magiczną naszych dzieci, mamy swoje szkoły magii, o których wy niczego nie wiecie. Opracowaliśmy mnóstwo sposobów na maskowanie się przed wami, które do tej pory okazały się doskonale skuteczne i wciąż je udoskonalamy i wymyślamy nowe. O Hogwarckiej Księdze Narodzin wiemy od dawna, bo są oczywiście wśród nas i tacy, co skończyli Hogwart. Mamy sposoby na ukrycie naszych dzieci, tak że ich nazwiska nie pojawiają się w Księdze. Vianne wiedziała o tym i gdy Mathilda zaszła w ciążę, zanim Lily się urodziła, wraz z jej ojcem oboje podjęli odpowiednie środki zaradcze. Doszli do wniosku, że jeśli dziecko będzie magiczne, to powinno uczęszczać do Hogwartu, ale nie może zdradzić swojej prawdziwej tożsamości. Ojcu Lily strasznie się spodobało życie poza środowiskiem, w którym wyrósł, uznał, że ta druga czarodziejska społeczność daje znacznie szersze możliwości i oferuje ciekawsze życie. I do tego chciał przygotować swoją córkę. W ten świat wprowadziła go Vianne. Niestety, dała się omamić temu człowiekowi i nie zdołała przejrzeć jego prawdziwej natury – mecenas westchnął z ubolewaniem.

– Rozumiem, że nie zdradzi mi pan w JAKI sposób ukrywacie swoje dzieci? – zapytała zgryźliwie profesor McGonagall.

– Och... No, nie, oczywiście... Ale jedną rzecz mogę pani powiedzieć – mecenas Vongerichten–Wintour uśmiechnął się kątem ust. – Wasza Księga Narodzin nie rejestruje wszystkich magicznych dzieci, a tylko dzieci z mugolskich rodzin urodzone w Wielkiej Brytanii oraz dzieci z rodzin czarodziejów, którzy albo sami uczyli się w Hogwarcie, albo mają z waszą szkołą jakieś inne powiązania rodzinne. Pozostałe magiczne dzieci uczą się przecież w innych szkołach. Są to szkoły rzemiosł magicznych i prywatne szkoły magii, część z nich jest dotowana przez Ministerstwo Magii. Zatem najprostsze, co można zrobić, to wyjechać z Wyspy i urodzić dziecko poza Anglią. Co prawda, ten sposób może być zawodny, bo znam osobiście przypadek, że dziecko urodzone w Kanadzie zostało zarejestrowane w Hogwarckiej Księdze Narodzin, chociaż chłopak miał pół roku, gdy jego matka przywiozła go do Anglii. Lecz w tym wypadku podejrzewam, że decydujący wpływ miało to, że jego ojciec skończył Hogwart, a matka jest mugolką i niczego nie wiedziała o magii, bo rozstała się z ojcem chłopca gdy była w ciąży. Tak, że bywa różnie. Dlatego na wszelki wypadek stosujemy też i inne sposoby na ukrycie naszego potomstwa. Ja sam mam pięcioro magicznych dzieci i żadne z nich nie zostało zarejestrowane. Aha, jeszcze jedno. Severus zapewnił mnie, że mogę liczyć na waszą dyskrecję. Tylko dlatego się tu pojawiłem – mężczyzna spojrzał ostrym wzrokiem na dyrektora i profesor McGonagall.

– Obiecaliśmy i dotrzymamy słowa – odparła szybko profesor transmutacji. Zerknęła z ukosa na Dumbledore'a, który skinął potwierdzająco głową.

– Doskonale – prawnik uśmiechnął się powściągliwie. – W takim razie, ponownie oddaję głos Severusowi.

Mistrz Eliksirów miał tak ponurą minę, jakby go nagle rozbolały wszystkie zęby.

– Opowiem teraz, co się działo w Hogwarcie, gdy oboje z Lily się tu uczyliśmy – zaczął. – Tylko przedtem, muszę wyjaśnić, jak to się stało, że ja sam trafiłem do tej szkoły i to o rok za wcześnie. No, cóż... W mojej rodzinie Hogwart jakoś nie cieszył się specjalnie dobrą opinią, Snape'owie kończyli szkoły w Niemczech, większość moich przodków uczyła się w Rabenschwarz i Durmstrangu, stąd tak silne związki Snape'ów z von Barrogilami i innymi niemieckimi rodami arystokratycznymi. Ponieważ spora część moich antenatów wywodzi się z Walii i Irlandii, wielu z nich uczęszczało do słynnej walijskiej szkoły magii w Llandrindod Wells i do irlandzkiej Tuatha w górach Connemara. Jeśli w ogóle kiedykolwiek jacyś Snape'owie trafili do Hogwartu, to było to zapewne kilkaset lat temu.

– Możemy poszukać w szkolnych kronikach, Severusie – zaproponowała szybko McGonagall.

– W tej chwili to raczej mało istotna kwestia, pani profesor – zaoponował Snape. – Wróćmy do zasadniczego wątku... W Hogwarcie znalazłem się w wyniku kompromisu między moją matką i babką, matką mojego ojca. Moja matka była Francuzką i chciała mnie posłać do Beauxbatons, albo do Paryskiej Akademii Czarów, chociaż ta szkoła w rankingu magicznych szkół ma mniejszą renomę niż sławna Beauxbatons. Na to z kolei absolutnie nie chciała przystać moja babka, i w domu zapanowała niemal wojna. Babka oczywiście zamierzała zapisać mnie do Rabenschwarz, w ostateczności do Durmstrangu, czemu moja matka kategorycznie się sprzeciwiała. W pewnym momencie doszło do tego, że rozważały czy mam się uczyć w japońskiej Akademii Magii przy świątyni Kohrin–in w Kioto, czy w norweskiej Trondheim. Żadna nie chciała ustąpić, a mnie oczywiście o zdanie nie spytano... Moja matka była Mistrzynią Eliksirów i to ona zaszczepiła mi zamiłowanie do tej dziedziny magii. Babka uczyła mnie natomiast zaklęć czarnomagicznych, co doprowadzało moją matkę do szału. Wreszcie obie doszły do porozumienia i postanowiły posłać mnie do Hogwartu. Ponieważ moja matka chciała ochronić mnie przed złym wpływem rodziny mego ojca, zwróciła się do dyrektora szkoły z prośbą o przyjęcie mnie do pierwszej klasy, chociaż nie skończyłem jedenastu lat. – Snape popatrzył uważnie na profesora Dumbledore'a. – Nie pokazała mi listu, który do pana napisała...

– Napisała mi właśnie to, Severusie – dyrektor ze smutkiem pokiwał głową. – Błagała mnie, bym cię przyjął, bo bała się, że twoja babka zrobi z ciebie czarnoksiężnika. Zgodziłem się i spełniłem jej prośbę. Urodziłeś się dziewiątego stycznia, więc jedenaście lat skończyłeś w połowie pierwszej klasy, pomyślałem, że to wystarczy, żebyś sobie poradził z nauką. Przeczucie mnie nie omyliło, zawsze świetnie się uczyłeś.

– Niestety, uczniowie w szkole zajmują się nie tylko nauką, panie dyrektorze – powiedział chłodno Snape.

– To prawda, ale nie wszystko można przewidzieć – odparł Dumbledore zmęczonym głosem.

– Istotnie. Nikt nie przewidział, że Lily i ja spotkamy się w Hogwarcie. Ojciec nie chciał jej posłać do Durmstrangu ani do Rabenschwarz, bo wiedział, że byłoby to dla niej śmiertelnie niebezpieczne. Wybrał Hogwart, bo wydawało mu się, że tam babka jej nie dosięgnie. Jego nadzieje nie były płonne, bo Korinna nigdy się o tym nie dowiedziała. I całe szczęście! Dla niej Lily była tylko „hańbą rodu", chciała ją zamordować i nie potrafiła dostrzec w niej swojej wnuczki!

Harry miał wrażenie, że przez gabinet przeszedł zimny podmuch. Na twarzach słuchaczy widać było zgrozę.

– Nie mogę zrozumieć, jak można tak... tak... – wybuchnęła nagle Hermiona przerażonym głosem.

– Niestety, można, panno Granger – ton Snape'a był lodowaty. – Gdy ludzie zapominają o tym, co jest najważniejsze, stają się potworami, tak, jak Korinna von Barrogil, czy Tom Marvolo Riddle.

– A co jest najważniejsze, Severusie? – spytał cicho Remus Lupin.

– Podstawowa zasada współżycia społecznego, Lupin – prychnął Snape. – Żyj i daj żyć innym, nie uszczęśliwiając nikogo na siłę!

Harry osłupiał. Przygryzł wargi i niepewnie spojrzał na Mistrza Eliksirów. Czyżby Snape mówił serio? Chyba jednak tak...

– Mówiąc wprost, zbyt wielu jest takich, co uważają, że „wiedzą lepiej" co dla innych jest dobre, a jeśli do tego jeszcze dojdzie im żądza władzy i nieliczenie się z nikim, to mamy rezultaty! – warknął Snape gniewnie. – Takie właśnie!

Profesor Dumbledore pokręcił z dezaprobatą głową.

– Masz niewątpliwie rację, Severusie – powiedział spokojnie. – Zostawmy jednak może na razie filozoficzne rozważania. Opowiedz, co się stało gdy spotkałeś Lily?

– Nie spotkaliśmy się z Lily w pociągu, zobaczyłem ją po raz pierwszy, gdy wsiadaliśmy do łódek. Przez przypadek trafiliśmy do tej samej. Ale byłem zbyt zmęczony i wściekły po spotkaniu z waszą czwórką, – Snape rzucił ostre spojrzenie Lupinowi, który zbladł i spuścił wzrok – by przyglądać się swoim towarzyszkom w łódce. Oprócz mnie i Lily były tam jeszcze dwie dziewczyny. Ceremonia przydziału minęła szybko, chociaż przeżyłem chwilę grozy, gdy Tiara zastanawiała się gdzie mnie przydzielić. Na szczęście uwzględniła moją prośbę... – mężczyzna lekko się zawahał, jakby nie miał pewności, czy warto rozwijać ten wątek. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że nie. Przez chwilę milczał. Nikt inny się nie odezwał i zapadła niezręczna cisza. Harry pomyślał, że Snape zdradza tu wręcz niewiarygodne rzeczy. A może miał już dość ukrywania tych tajemnic?

– Pierwsze dwa dni upłynęły mi spokojnie – kontynuował Snape. – Trzeciego dnia były eliksiry. Czekałem na te zajęcia z utęsknieniem. Słyszałem od matki, że tego przedmiotu będzie mnie uczył jeden z najwybitniejszych Mistrzów Eliksirów w Anglii – Horacy Slughorn. Zezłościła mnie jedynie informacja, że eliksiry mieliśmy mieć wspólnie z Gryfonami. To mi się nie podobało. Do sali wszedłem jako ostatni i usiadłem na końcu, starając się trzymać jak najdalej od gryfońskich dowcipnisiów, którzy najwyraźniej przyjęli za punkt honoru, że będą się wygłupiać i przeszkadzać innym, jak tylko się da. Zaczęli od tego, że wrzucili do kociołka twojej matki, Potter, jak ci się wydaje, co? – Snape zadając to retoryczne pytanie, najwyraźniej nie oczekiwał odpowiedzi. – Oczywiście łajnobombę – wyjaśnił zgryźliwie, znów rzucając wrogie spojrzenie Lupinowi.

– Ja w tym nie brałem udziału – westchnął z rezygnacją Remus.

– Nie, oczywiście, że nie, to zrobił Black, któż by inny... – odpowiedział drwiąco Snape. – Profesor Slughorn ukarał Blacka szlabanem, odjął Gryffindorowi punkty, a Lily posadził koło mnie i polecił nam wspólnie pracować. Byłem wściekły, bo Lily nie miała pojęcia o eliksirach, nie przeczytała niczego przed lekcją i w ogóle nie wiedziała, jak zabrać się do pracy. Nie chciałem jednak narażać się profesorowi, więc wytłumaczyłem dziewczynie co i jak, ale na wszelki wypadek sam zrobiłem eliksir. Wyszedł idealnie, z czego byłem bardzo dumny. Lily nie kryła podziwu i prosiła mnie, żebyśmy dalej pracowali razem, obiecała też, że się douczy. Zaczęliśmy rozmawiać i poczuliśmy do siebie sympatię. Oczywiście wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że coś nas łączy, nasze pokrewieństwo odkryliśmy dopiero po dwóch miesiącach. Złość mi szybko przeszła i zaproponowałem jej, że będziemy się razem uczyć. Pewną trudność stanowił fakt, że ona była w Gryffindorze, a ja w Slytherinie, poszukaliśmy więc w lochach pustego pomieszczenia. Znaleźliśmy po tygodniu poszukiwań opuszczoną salę, która wyglądała na nieużywaną od dziesięcioleci. Co ciekawe, było tam przejście na jeszcze niższy poziom, ale do tego dotarliśmy dopiero po roku korzystania z naszej kryjówki. Lily była niezwykle przedsiębiorcza i miała żyłkę ryzykanta; to ona odnalazła ukryte wejście penetrując jeden z bocznych, rzadko używanych korytarzy w lochach. Ponieważ nie chcieliśmy, żeby ktoś nam przeszkadzał, założyliśmy dodatkowy kamuflaż. Matka i babka nauczyły mnie mnóstwa przydatnych zaklęć, a ja nauczyłem ich Lily. Posprzątaliśmy i urządziliśmy sobie całkiem przytulny gabinet do nauki i stanowisko do robienia eliksirów. Korzystaliśmy z tych pomieszczeń przez siedem lat naszego pobytu w Hogwarcie...

– Założę się o moją brodę, że wciąż z nich korzystasz, Severusie – Dumbledore pokręcił głową z wyraźnym podziwem. – I ukryliście to przede mną! No, no!

Snape uśmiechnął się złośliwie.

– Nie mieliśmy żadnych złych zamiarów, panie dyrektorze – odparł z satysfakcją w głosie. – I nikt nigdy nie odkrył naszej kryjówki, chociaż wielu próbowało – Mistrz Eliksirów zerknął tryumfalnie na Lupina.

– Teraz rozumiem, dlaczego Lily była na eliksirach taka genialna i Slughorn nie mógł się jej nachwalić – powiedział cicho Lupin patrząc na Snape'a ze smutnym uśmiechem. – Mów dalej, Severusie...

– Oboje lubiliśmy eksperymentować, ale Lily była ostrożniejsza ode mnie i w tym wypadku mniej skłonna do podejmowania ryzyka. Ja próbowałem ulepszać receptury i wypróbowywałem swoje pomysły praktycznie, Lily podchodziła do zagadnień w sposób raczej teoretyczny, ale gdy była przekonana, że ma rację, potrafiła być bardzo uparta. Zacząłem ją uczyć francuskiego, a ona mi opowiadała o życiu mugoli. I tak nam się żyło przyjemnie i wesoło przez prawie dwa miesiące, dopóki nie ustaliliśmy dokładnie, jakie pokrewieństwo nas łączy. To było dla mnie okropnym wstrząsem. Lily nie miała pojęcia, że babka na nią dybie, ojciec też o tym nie wiedział, tylko przypuszczał. Chyba nie do końca wierzył, że jego matka aż do tego się posunie. A ja niestety byłem świadkiem, jak Korinna von Barrogil składała swoją przysięgę... Lily przeżyła potworny szok, gdy jej o tym opowiedziałem. A co gorsza, w Hogwarcie uczyli się nasi dalsi krewni, którzy podzielali poglądy Korinny i gdyby cokolwiek zwąchali, to życie Lily nie byłoby warte złamanego knuta! Kiedy jej to wyjaśniłem, zaczęliśmy się zastanawiać, co robić. Żadne z nas nie zamierzało zaprzestać naszych spotkań, oboje czuliśmy się obco w szkole i to, że się zaprzyjaźniliśmy było dla nas prawdziwym darem losu. Ale doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że musimy ukryć przed wszystkimi naszą wzajemną sympatię, żeby nikt nie domyślił się prawdziwej tożsamości Lily. Tym bardziej, że nasi wspólni kuzyni bardzo mnie nie lubili. Powód ich niechęci do mojej osoby był banalny. Dziedziczyłem Snape Manor...

– Przepraszam, że się wtrącę, ale nie bardzo rozumiem – powiedziała niepewnym głosem profesor McGonagall. – Czy to znaczy, że twoi krewni, Severusie, chcieli cię pozbawić majątku? Na jakiej podstawie?!

Snape uśmiechnął się ponuro. Popatrzył na mecenasa Vongerichten–Wintour.

– Mitch, może ty to wyjaśnisz – poprosił. – Wytłumaczysz to lepiej ode mnie.

– Proszę bardzo, Severusie – prawnik westchnął. Wyprostował się w fotelu i szybkim spojrzeniem omiótł twarze słuchaczy. – Snape Manor to spory majątek i daje duże dochody. Kilkaset lat temu został objęty majoratem, co oznacza, że właścicielem może być tylko mężczyzna, a jeśli właściciel nie ma potomków płci męskiej, to wówczas Snape Manor dziedziczy najbliższy krewny płci męskiej aktualnego właściciela. Krewni Severusa i Lily rościli sobie pretensje do Snape Manor, a Severus był jedyną przeszkodą, jaka im stała na drodze. To byli potomkowie Snape'a utracjusza, który kilkanaście pokoleń wstecz, w szesnastym wieku został wydziedziczony za hazard. To, oczywiście, bardzo stara historia... Tamten Snape był drugim synem, więc i tak nie odziedziczyłby Snape Manor, ale zwyczajem panującym od wielu pokoleń w rodzie Snape'ów, otrzymał spłatę, wartości jednej trzeciej majątku. Otrzymane pieniądze przepuścił w ciągu roku, a było tego niemało. Ożenił się potem bardzo bogato, ale majątek żony także zmarnował. Miał kilka córek, które też oczywiście miały dzieci. To od niego pochodzi boczna linia w drzewie genealogicznym Snape'ów i to byli właśnie ci kuzyni Lily i Severusa. Czy to wystarczy? – spytał patrząc zmrużonymi oczami na profesor McGonagall.

– Tak, oczywiście – odpowiedziała szybko. Harry zauważył, że profesor transmutacji wyraźnie unikała wzroku Snape'a.

Mistrz Eliksirów podjął opowieść.

– Moi krewni z entuzjazmem podchodzili do czarnej magii. Popierali Riddle'a i uważali, że „szlamy" należy z Hogwartu usunąć. I w ogóle, co to za pomysły, żeby „takich" dopuszczać do społeczności czarodziejskiej! No, skandal! Lily doznała od nich wielu przykrości, zresztą nie tylko nasi kuzyni jej dokuczali, takich rasistów wierzących w idee „czystej krwi" było wtedy w szkole bardzo wielu. Ja wciąż słyszałem uwagi, żebym nie zadawał się ze „szlamą"! To podsunęło Lily pomysł, żebyśmy udawali, że się nie znosimy. Wymyśliła, że będziemy się spotykać potajemnie w naszej kryjówce, którą nazwała „azylem" – a dla naszych kolegów będziemy odgrywać przedstawienie. Mieliśmy pokłócić się publicznie, przy możliwie dużej widowni, a ja powinienem ją wtedy zelżyć i nazwać „szlamą". Szczerze mówiąc, nie za bardzo mi się to spodobało, tym bardziej, że niespecjalnie wierzyłem w swoje zdolności aktorskie. Nie miałem jednak wyboru. To było konieczne, żeby ocalić życie Lily. Na wszelki wypadek przećwiczyliśmy wcześniej scenę kłótni. Udało się, od tego momentu oboje ostentacyjnie omijaliśmy się z daleka i rzucaliśmy sobie publicznie wrogie i złośliwe uwagi. Lily miała niesamowitą inwencję i mieliśmy naprawdę świetną zabawę wymyślając w zaciszu naszej kryjówki inwektywy, jakimi się potem publicznie obrzucaliśmy. Niestety, Lily za często wypadała z roli, tak jak w tej scenie, którą obejrzałeś sobie w mojej myślodsiewni, Potter... – Snape uśmiechnął się sarkastycznie. Harry poczuł gniew i jednocześnie rozpacz. Czy ten złośliwiec będzie mu to wypominał do końca życia?! Mimo wszystko w tym momencie chłopak uświadomił sobie, że wcale tego nie żałuje. Choć jego wyobrażenia i marzenia o idealnym ojcu odeszły w niebyt. Prędzej czy później, i tak dowiedziałby się prawdy. A może właśnie to, że zajrzał do złych wspomnień Snape'a przyspieszyło decyzję profesora o udzieleniu mu tych wyjaśnień? Poprawił się w fotelu i spojrzał Mistrzowi Eliksirów prosto w oczy.

– Nie powinienem był tego robić – przyznał spokojnie. – To było złe... Ale dowiedziałem się prawdy.

– Jeszcze nie – odparł sucho Snape. – Wciąż wiesz za mało. Ale dzisiaj, niestety, nie dowiesz się wszystkiego bo ani nie mamy na to czasu, ani nie możemy ci powiedzieć o bardzo wielu sprawach, które na razie muszą pozostać tajemnicą.

– Rozumiem – westchnął Harry nieco smętnie.

– Lata, które spędziłem w Hogwarcie nie były dla mnie przyjemne... Określając łagodnie. Gdyby nie przyjaźń z Lily, to uciekłbym stąd najpóźniej po kilku miesiącach. Moi krewni zatruwali mi życie... I nie tylko oni – Snape gniewnie się wykrzywił. – Argument o kuzynach był jedynym, jaki moja babka przyjmowała do wiadomości, ale dla niej z kolei ważne było, żebym wiedział co knują. Ona nie wierzyła, że będą próbowali mnie zabić, a to niestety okazało się prawdą. Ich zapędy ukrócili rodzice, gdy zorientowali się, że moja śmierć nie zapewni im dziedzictwa. No i bali się jednak mojej babki, która była niezwykle sprawna w posługiwaniu się czarną magią. Gdyby odkryli prawdziwą tożsamość Lily, mieliby argumenty przeciwko mnie. Nie mówiąc już o tym, że wtedy zginęlibyśmy oboje. No, cóż... Jakoś przetrwaliśmy z Lily pierwszych pięć lat w Hogwarcie. Wszystko się zmieniło na początku szóstej klasy, tydzień po rozpoczęciu zajęć. Wtedy zmarła Vianne... Była już bardzo stara i chora, ale jej śmierć była i tak strasznym ciosem dla Lily, która bardzo kochała swoją prababkę. Lily przepłakała chyba miesiąc, zanim się trochę otrząsnęła z rozpaczy. Pomogła jej w tym sama Vianne. Wróciła jako duch i dalej strzegła Lily, więc zaklęcie Fideliusa nie straciło mocy.

– Niemożliwe! – wykrzyknęła z najwyższym zdumieniem Hermiona. Szybko się rozejrzała, jakby szukając w twarzach dorosłych czarodziejów potwierdzenia dla swoich wątpliwości.

– Jak najbardziej możliwe, panno Granger – wyjaśnił uspokajająco dyrektor. – Pod warunkiem, że duch strażnika pozostaje blisko pilnowanego obiektu lub osoby. Zdarza się to jednak tak rzadko, że niewielu czarodziejów choćby słyszało o takiej możliwości. Potężni czarodzieje mają moc także po śmierci, jeśli zostają duchami. Decydują się na to z bardzo różnych powodów. Czasem robią to ze szlachetnych pobudek, inni wybierają egzystencję między światami ze strachu przed całkowitym odejściem... Lecz ci, którzy zostają na Ziemi jako duchy z powodu niezałatwienia za życia ważnych spraw, zawsze prędzej czy później odchodzą dalej. Jeśli to, co ich zatrzymało w wędrówce zostanie rozwiązane – znikają.

– Rozumiem... – szepnęła Hermiona. – I przepraszam... – spojrzała z miną winowajczyni na Mistrza Eliksirów. Snape cierpko się skrzywił.

– Vianne bez chwili przerwy towarzyszyła Lily, ale była niewidzialna, tak, że nikt oprócz mnie o tym nie wiedział – podjął. – Odeszła dopiero po roku. Oczywiście, po jej odejściu zaklęcie Fideliusa przestało działać. Lecz dopóki pozostawała z nami, jej obecność była dla nas obojga wielką pociechą. Śmierć Vianne zapoczątkowała serię okropnych wydarzeń. Okropnych dla mnie i Lily. Niestety, Potter, ich głównym czarnym bohaterem był twój dziadek. Zaczął od tego, że zamordował twoją babcię pozorując wypadek samochodowy. Zaaranżował też swoją śmierć, choć oczywiście on wcale nie zginął...

Harry zmartwiał. Uchwycił się kurczowo poręczy fotela, bo poczuł, że zakręciło mu się w głowie. To, co usłyszał było chyba jeszcze gorsze, niż informacja, że prababka chciała zamordować swoją wnuczkę, czyli jego matkę.

– Mój dziadek był mordercą... – wychrypiał z wysiłkiem. Nie zamierzał kwestionować słów Snape'a. Mistrz Eliksirów na pewno mówił prawdę.

– Niestety, tak. I nie było to jego pierwsze morderstwo. Po raz pierwszy zabił, mając piętnaście lat. Miał kochankę, chyba swoją rówieśnicę. Była mugolką, zwykłą dziewczyną, jakich wiele. Spotkali się na wakacjach nad morzem. On się zabawiał, a ona się zakochała. Twój dziadek, Potter, był obdarzony przez naturę niebezpiecznym urokiem, działającym na kobiety jak afrodyzjak, a jak się zapewne domyślasz, dodatkowo pomagała mu w uwodzeniu magia... Dziewczyna chciała go przy sobie zatrzymać i popełniła śmiertelny błąd. Powiedziała mu, że jest w ciąży. Nie wiadomo, czy to była prawda, ale Stephen wolał pozbyć się ewentualnego „kłopotu" – utopił swoją kochankę. Nie sprawiło mu też żadnych trudności przekonanie mugolskich policjantów by uznali to za wypadek. Nie został ukarany, a Korinna, której powiedział o tym, co zrobił, stwierdziła tylko krótko: „Następnym razem będziesz bardziej uważał." Było jeszcze kilka „następnych razów", ale na szczęście obyło się bez mordów. Do czasu... Stephen lubił flirty z mugolkami i uwielbiał igranie z ogniem – chętnie uwodził mężatki. To się musiało źle skończyć. Przyłapany przez zazdrosnego męża, użył Avady... Nie wiem dokładnie, ilu ludzi zabił, zanim spotkał Mathildę. Lubił się tym przechwalać, a mnie skóra cierpła, gdy słuchałem jego opowieści. Moja matka też się go bała... Twierdziła, że on i Korinna są całkowicie wyprani z sumienia. Twój dziadek i twoja prababka, Potter, uważali, że nic się takiego nie stało: „bo to byli przecież tylko mugole"...

– Niech pan przestanie... – jęknął Harry. – Wiem, sam chciałem, ale proszę, niech pan przestanie! To wszystko jest koszmarne!

– Jest koszmarne. Ostrzegałem cię. A najgorszego jeszcze nie usłyszałeś – powiedział Snape zmęczonym głosem. – Prędzej, czy później i tak się tego dowiesz, ale jeśli masz już dość, to teraz możemy na tym skończyć.

Harry z najwyższym wysiłkiem opanował chęć by wybiec z gabinetu. Chciał biec przed siebie, gdzie go oczy poniosą.

Być może będziesz tego żałował..." – usłyszał w pamięci głos Mistrza Eliksirów. A jednak Snape nie miał racji. Harry nie żałował. Czuł okropne wzburzenie, ale nie żałował!

– Powiedział pan, że będę żałował swojej ciekawości – Harry wyszeptał te słowa, ale w gabinecie panowała taka cisza, że nie można go było nie usłyszeć. Wszyscy wpatrywali się w niego szeroko otwartymi oczami a Hermiona i profesor McGonagall były potwornie blade. Dumbledore, Lupin, Goldstone i mecenas Vongerichten–Wintour mieli posępne miny, a Ron wyglądał, jakby go zemdliło. – Ale to nie tak... Ma pan rację, muszę się dowiedzieć prawdy, a wolę wcześniej niż później. I jednak wolę to usłyszeć od pana, niż od kogoś innego! Mam dość... na chwilę. Muszę stąd wyjść! Ale wrócę. I wtedy powie mi pan resztę!

Nie czekając na odpowiedź Harry wypadł za drzwi. Ron i Hermiona błyskawicznie poderwali się i pobiegli za nim.

***

Nie wiedział, jak zawędrował nad brzeg jeziora. Usiadł na skarpie i bezmyślnie wpatrywał się w migoczącą taflę wody. Otrzeźwił go łopot skrzydeł. „Hedwiga" – pomyślał. Ale to nie była jego śnieżnopióra sowa. Kilka kroków od Harry'ego wylądował na ziemi olbrzymi czarny orzeł. Złożył skrzydła i zaczął wpatrywać się w chłopaka. Harry pomyślał zaniepokojony, że ten ptak na pewno jest magiczny; czarne oczy skrzydlatego drapieżcy miały niezwykle inteligentny wyraz. Chłopak sięgnął po różdżkę. Na wszelki wypadek, gdyby orzeł go zaatakował, postanowił użyć zaklęcia Conjunctivitus. Co prawda ptak raczej nie zdradzał żadnych złych zamiarów, ale kto go tam wie...

– Harry! – usłyszał gdzieś za sobą okrzyk Hermiony.

– Jestem tutaj! – zawołał.

Po chwili dziewczyna i Ron, oboje ciężko dysząc podbiegli do Harry'ego i usiedli obok. Milczeli długą chwilę.

– Harry... Czy ty wierzysz Snape'owi? – spytał cicho Ron niepewnym głosem.

– Tak. Wierzę – odpowiedział Harry spokojnie, nie patrząc na przyjaciela. – On mówił prawdę.

Znów zapadła cisza, a wtedy, niespodziewanie usłyszeli szelest. Hermiona zerwała się na równe nogi, ale obaj chłopcy obejrzeli się tylko w kierunku, skąd dochodził dźwięk. Od miejsca, w którym siedzieli, do linii drzew Zakazanego Lasu było około stu metrów. Na tle zieleni zamigotało coś srebrzyście i spomiędzy drzew wyłoniły się dwa jednorożce. Pokłusowały w stronę trójki młodych ludzi. Zatrzymały się kilka kroków od nich i zaczęły spokojnie skubać trawę... Siedzący wciąż nieopodal orzeł nie zareagował na pojawienie się rogatych koni; cały czas nie spuszczał wzroku z Harry'ego. Chłopak czuł coraz większy niepokój.

– Wracajmy do zamku – powiedział do przyjaciół. – Chcę usłyszeć resztę.

– Harry... może poczekaj z tym do jutra... – zasugerował Hermiona.

– Nie! – warknął z zawziętością. – Nie mam na co czekać. Chcę wiedzieć, jakie jeszcze zbrodnie popełnili moi przodkowie!

Ron położył dłoń na ramieniu przyjaciela. Nie zrobił nic więcej, ale to wystarczyło. Harry poczuł dziwne ciepło w okolicy serca. Jednocześnie zapiekły go oczy.

– Dziękuję, że tu za mną przyszliście – szepnął lekko schrypniętym głosem.

W milczeniu ruszyli do Zamku. Orzeł poderwał się do lotu i krążył nad nimi. Jednorożce również przestały skubać trawę i towarzyszyły im prawie do samej bramy, trzymając się jednak w odległości kilkunastu kroków.

Gdy weszli do wielkiego holu, Harry przerwał milczenie.

– Hermiono, czy to były te same jednorożce, które spotkaliśmy, gdy przylecieliśmy do Hogwartu? – spytał, patrząc uważnie na dziewczynę.

– Jestem pewna, że to one – odpowiedziała spokojnie.

– O czym wy mówicie? – spytał Ron. – Znacie te zwierzęta? Zdumiewające, że podeszły do nas tak blisko...

– Później ci to wyjaśnię – szepnął mu Harry.