Oto kolejny odcinek. Miłośników Huncwotów uprasza się o nie ciskanie niczym ciężkim w monitor...
***
Gdy za Ronem i Hermioną zatrzasnęły się drzwi, w gabinecie zapanowała mroźna cisza. Severus Snape wysunął z rękawa różdżkę i machinalnie się nią bawił, rytmicznie ściskając kciukiem i palcem wskazującym koniec magicznego drewienka. Różdżka zawibrowała pod wpływem drgań. Przyciągnęło to uwagę Lupina, błądzącego wzrokiem po gabinecie. Remus przez kilka chwil obserwował ruchy dłoni Mistrza Eliksirów. Trzy krótkie szarpnięcia, trzy dłuższe, z zatrzymaniem palców na drewnie, trzy krótkie... Przerwa. I znów od początku. Jak wygrywanie na perkusji monotonnego rytmu jakiejś prymitywnej melodii. Trzy krótkie, trzy długie, trzy krótkie... Mecenas Vongerichten–Wintour i Olaf Goldstone patrzyli w okno, jakby widok chmur błądzących po niebie był najbardziej fascynującą rzeczą na świecie. Dumbledore wpatrywał się w Snape'a z ogromnym smutkiem. Minerwa McGonagall zaciskała i rozwierała pięści, jak rozgniewana kotka. Ona pierwsza przerwała ciszę.
– Severusie! – wybuchnęła gniewnie. – Jak mogłeś!
– Co – „jak mogłem" – pani profesor? – Mistrz Eliksirów spiorunował ją wzrokiem. Wyprostował się w fotelu i rzucił jej zaczepne spojrzenie. Różdżkę szybko wsunął z powrotem do rękawa.
– Czy musiałeś opowiedzieć Harry'emu te wszystkie straszne historie?! – wykrzyknęła z wyrzutem w głosie.
– Minerwo! – Dumbledore wstał z fotela i stanął przed nią. – Harry musiał się w końcu dowiedzieć prawdy o swojej rodzinie, poza tym, sam o to poprosił. No i Severus go przecież ostrzegał! – zakończył stanowczo.
– Niestety, pani profesor, to jeszcze nie wszystko – spokojny głos mecenasa Vongerichten–Wintour przyciągnął uwagę rozgniewanej kobiety i dyrektora. – Dziadek Harry'ego był wyjątkowo barwną postacią. I popełnił wiele złych czynów... – dodał z westchnieniem.
– Nic o tym wszystkim nie wiedziałem, Severusie. – Żal w głosie Dumbledore'a nie pozostawiał wątpliwości, co do jego uczuć.
– Ja i Lily ukrywaliśmy nasze tajemnice, bo nikomu nie ufaliśmy. – Słowa Snape'a były jak cięcie nożem. – I naprawdę nie mieliśmy powodów, żeby zaufać właśnie panu.
– Zdaję sobie z tego sprawę – dyrektor ciężko westchnął. Stary mężczyzna był wyraźnie wstrząśnięty i nie ukrywał rozgoryczenia słowami, które przed chwilą padły. Milczał przez dłuższy czas, bębniąc palcami po blacie stołu. – Wiem, dlaczego mi nie ufałeś, gdy byłeś tu uczniem. To była moja wina. Rozumiem. Ale później? – spytał, siadając ponownie w fotelu. –Ty i Lily mieliście kłopoty, ale jakoś je rozwiązaliście. Czy tak? A może nie? Coś się stało, prawda? Coś złego...
– Tak... – Mistrz Eliksirów spuścił głowę. – Mieliśmy straszne kłopoty. Czy udało się nam z tego wybrnąć... Tak, panie dyrektorze. Rozwiązaliśmy nasze problemy, niestety, nie do końca tak, jak byśmy chcieli. To nie są dobre wspomnienia, wolałbym do nich nie wracać... – Snape skrzywił się z niechęcią.
– To znaczy, że masz kolejną porcję okropności do wyjawienia?! – profesor McGonagall z rozpaczą chwyciła się za głowę psując swoje idealne uczesanie. Parę kosmyków wymknęło się ze swego miejsca i opadło jej na czoło.
– Przykro mi. Ale uważam, że Potter musi dowiedzieć się o tym wszystkim. Zbyt długo żył w nieświadomości. Pominę tylko to, co uważam za niebezpieczne. To, o czym nie może się dowiedzieć Riddle – Snape potarł dłonią czoło.
– To znaczy, że przemyślałeś dokładnie, co powiesz Harry'emu? – upewnił się Lupin.
– Przemyślałem i jeszcze dokładnie to przedyskutowaliśmy – odpowiedział Mistrz Eliksirów, wymieniając szybkie spojrzenia z Olafem Goldstone'em i mecenasem.
– Mogę zapewnić, panie Lupin, że naprawdę bardzo dokładnie – odezwał się prawnik. – Może pan być o to całkowicie spokojny.
Remus zerwał się z fotela i zaczął krążyć po gabinecie, ścigany zaintrygowanymi spojrzeniami. Zatrzymał się nagle przed Mistrzem Eliksirów.
– A możesz mi wyjaśnić, dlaczego ja tu jestem?! – spytał szorstko. – Chciałeś, żebym pilnował Harry'ego podczas rozmowy z Dursleyami. Gdy wtedy tego wszystkiego obaj z Harrym słuchaliśmy, to wydawało mi się, że wiem dlaczego, ale teraz już nic nie rozumiem!
– Zrozumiesz, jak wysłuchasz wszystkiego do końca. A przynajmniej mam taką nadzieję, oby nie okazała się płonna. Taki jesteś bystry i masz te swoje wilkołacze zmysły, a w pewnych sprawach okazałeś się ślepy jak kret! – Szyderstwo w głosie Snape'a było zaprawione dziwną goryczą. – Czy wiesz, co to jest „poker"? – spytał nagle, patrząc Remusowi prosto w oczy.
Lupin zamarł na chwilę z otwartymi ustami. Zamrugał powiekami, z wyraźnym zdumieniem.
– Wiem, hazardowa gra w karty... – wykrztusił.
– Właśnie... – Snape krzywo się uśmiechnął. – Kiedy byliśmy w czwartej klasie, los dał ci niezwykłą szansę. Używając pokerowej metafory można by powiedzieć, że dostałeś do ręki po kolei kolor, strita, fulla i karetę asów, a do tego jeszcze na dodatek twój los rzucił kośćmi i otrzymałeś wielkiego pokera, czyli pięć szóstek. A ty nawet tego nie zauważyłeś! Teraz dostałeś taką samą szansę. Po raz drugi w życiu. Rzadko udzielam rad, Lupin. Nie lubię tego i zazwyczaj moje rady nie są miło przyjmowane. Może i ty zignorujesz to, co ci powiem, ale dobrze się zastanów. Radzę ci, nie zmarnuj swojej kolejnej życiowej szansy, bo trzeciej możesz już nie dostać!
– Nie rozumiem... Naprawdę nie rozumiem! – Lupin wydawał się lekko zniecierpliwiony. – Mówisz zagadkami!
– Taak... Chyba faktycznie pan nie wie, o co chodzi – westchnął ciężko mecenas.
W gabinecie znów zapadło głuche milczenie. Ponurą ciszę przerwało energiczne pukanie do drzwi.
– Proszę wejść! – zawołał Dumbledore.
Do gabinetu weszli Harry, Hermiona i Ron. Harry zdecydowanym krokiem podszedł do Snape'a.
– Proszę... – powiedział cicho, ale stanowczo. – Chcę usłyszeć resztę. Wszystko, co może mi pan dzisiaj powiedzieć.
Mistrz Eliksirów przyglądał mu się uważnie przez parę chwil, jakby się nad czymś zastanawiał. Wreszcie bez słowa wskazał na pusty fotel, który chłopak tak gwałtownie porzucił kilkanaście minut temu.
Harry ze zdumieniem zauważył w oczach mężczyzny... błysk podziwu?! Niemożliwe!
– Może się pomyliłem – powiedział cicho Snape. – Jesteś bardziej podobny do swojej matki, niż przypuszczałem.
Chłopak zamarł. Czyżby się przesłyszał?!
– Siadajcie! – ponaglił Snape ostro.
Harry opadł na fotel, a Ron i Hermiona też szybko usiedli. Nawet nie próbowali ukrywać ciekawości.
– Niestety, Potter, dalszy ciąg mojej opowieści będzie równie okropny, jak to, co już usłyszałeś. A może nawet jeszcze gorszy – zapowiedział Snape zimnym głosem. – Nieporozumienia między Mathildą i Stephenem narastały od dawna. Twoja babka, Potter, zaczęła się buntować przeciwko jego tyranii i powoli przestawała być tak uległa jak była wcześniej. A to mu się oczywiście nie spodobało. Mathilda zaczęła przebąkiwać o rozwodzie i nalegała na Stephena, żeby się leczył. On oczywiście uważał, że jest całkowicie normalny i nie zamierzał się zmienić. No i oczywiście nie miał zamiaru puścić płazem „nieposłuszeństwa" swojej kobiety, którą po prostu traktował jak własność... Tym bardziej, że w pewnym sensie rozwiązała mu ręce śmierć Vianne – gdyby ona żyła, na pewno by się nie odważył na zamordowanie Mathildy. To stało się kilka dni po śmierci Vianne. Stephen sprokurował „wypadek" zabijając swoją kochankę i obok niej podkładając trupa mężczyzny, którego ukradł z cmentarza i transmutował tak, że wszyscy myśleli, że to jest on, Stephen Evans. Żeby nikt nie miał wątpliwości, doprowadził do wybuchu samochodowego zbiornika z benzyną, więc oba ciała były na wpół spalone. Wszyscy uwierzyli w tę śmierć, nawet Lily i ja. Ale nie Korinna. I słusznie, bo Stephen wrócił pierwszego listopada i próbował zabić swoją matkę. Pojedynkowali się. Nie oszczędzali się w tym pojedynku, walczyli na śmierć i życie, używając najwredniejszych klątw, jakie znali. Walka nie została rozstrzygnięta. Stephen trafił Korinnę kilkoma zaklęciami, które co prawda nie zabiły jej od razu, ale i tak doprowadziły do jej śmierci. Zmarła piątego grudnia. Przed śmiercią napisała do mnie list, którego treść ujawniła się dopiero po śmierci jej syna. Twój dziadek, Potter, przeżył swoją matkę tylko o dziesięć dni, a zginął najgłupiej jak tylko można. Grał w karty w jakiejś mugolskiej melinie i oszukiwał. Jeden z jego partnerów strzelił mu w plecy... Dla mugolskiej policji sprawa była oczywista. Pijacka burda w nielegalnej jaskini hazardu, zakończona morderstwem. Twój dziadek miał przy sobie fałszywe dokumenty, z których wynikało, że nie ma żadnej rodziny. Został pochowany na mugolskim cmentarzu komunalnym w małym miasteczku pod Londynem. Tam, gdzie zginął. Na nagrobku wyryto mu imię i nazwisko odczytane z tych fałszywych papierów, jakie miał przy sobie w chwili śmierci – w głosie mężczyzny była zimna zawziętość i jakaś zapiekła nienawiść. Wszyscy to wyczuli.
– A jednak, Severusie, i ty i Lily poznaliście prawdę – powiedział Dumbledore, przerywając niezręczną ciszę, jaka zapadła po ostatnich słowach Mistrza Eliksirów. – Bo ktoś musiał ojcu Lily postawić ten nagrobek, czyż nie mam racji? Wy to zrobiliście. Jestem tego pewien! A może oprócz was dwojga ktoś jeszcze był tą sprawą zainteresowany? – dodał dyrektor z namysłem, patrząc na Snape'a spod oka.
– Tak, ma pan rację – warknął Snape. – My postawiliśmy mu ten nagrobek. Mniejsza o to, dlaczego... Poznaliśmy prawdę, ponieważ Korinna rzuciła na Stephena zaklęcie śledzące i zostawiła mi list, o którym już mówiłem. To ten kawałek pergaminu doprowadził mnie i Lily do tego łajdaka... Gdy był już martwy. Kilka godzin po jego śmierci. Miał szczęście, że dopiero z tego listu dowiedziałem się o zbrodni, jaką zdążył jeszcze popełnić dokładnie dwa miesiące przed swoim własnym niesławnym zgonem. Gdybym wiedział o tym wcześniej, to ja bym go zabił...
– Co takiego zrobił? – jęknął Harry z rozpaczą.
– To ci powiem na końcu – oznajmił kategorycznie Snape.
Chłopak z rezygnacją skinął głową. Nie zauważył, że Dumbledore podniósł gwałtownie głowę, jakby uderzony jakąś nagłą myślą.
– Ty też właśnie wtedy straciłeś rodziców, pamiętam! – powiedziała cicho profesor McGonagall, wymieniając szybkie spojrzenie z dyrektorem. – Zmarli oboje, gdy byłeś w szóstej klasie. Czy śmierć twoich rodziców... Ma jakiś związek z ojcem Lily? – spytała z napięciem w głosie.
– Dobrze pani pamięta, pani profesor – odpowiedział zimno Mistrz Eliksirów. – I niestety, zgadła pani. Tak. Ma związek, ale teraz nie wyjawię szczegółów. Jest wiele innych spraw, które trzeba poruszyć... A co do śmierci moich rodziców... Moja matka zmarła w październiku...
– A ojciec tuż przed świętami Bożego Narodzenia – wpadła mu w słowa profesor McGonagall.
– Tak. Zostałem sam. Moi dziadkowie też już wtedy nie żyli – powiedział sucho mężczyzna, patrząc na nią zmrużonymi oczami. – Dlatego powiedziałem wcześniej, że ten rok był dla mnie i Lily straszny. Śmierć naszych rodziców zmieniła diametralnie nasze życie. Nagle zostaliśmy oboje bez pieniędzy i bez jakiegokolwiek wsparcia. Ja miałem co prawda przyjaciół, ale daleko i wtedy naprawdę nie mogłem się do nikogo z nich zwrócić o pomoc. Z różnych powodów... Może na razie pominę wyjaśnienia w tej kwestii. No cóż. Stało się tak, że mieliśmy z Lily już tylko siebie nawzajem i w Anglii nikogo, komu moglibyśmy zaufać, w dodatku nie mogliśmy się przyznać, że cokolwiek nas łączy. A nasi chciwi krewni próbowali odebrać nam wszystko, co należało się Lily i mnie w spadku po rodzicach, niestety, było tego niemało. Co gorsza, Lily miała jeszcze jeden poważny powód do rozpaczy. Bardzo osobisty.
– Jaki? – spytał Harry.
– O tym opowiem ci kiedy indziej, bo to nie ma związku z resztą – oznajmił kategorycznie Snape.
– A może jednak powinieneś to opowiedzieć Harry'emu właśnie teraz – powiedział nagle mecenas łagodnym głosem.
– Nie, teraz nie, Mitch – sprzeciwił się Mistrz Eliksirów. – Owszem, to też jest ważne, ale zostawmy to jednak na później...
– Hmm... Może masz rację Severusie – ustąpił mecenas. – W takim razie, przejdźmy do wyjaśnień dotyczących spraw majątkowych. Panie Potter, trzydziestego pierwszego lipca skończy pan szesnaście lat i zgodnie z testamentem pańskiej matki powinien pan otrzymać w dniu szesnastych urodzin jej różdżkę, oraz wszelkie informacje na temat mugolskiej części majątku, nad którą przejmie pan kontrolę, gdy ukończy pan osiemnaście lat. Część spadku po rodzicach, zdeponowaną w Banku Gringotta już pan dostał, ale to nie wszystko. Różdżkę Lily panu przekazałem, co prawda nieco wcześniej, niż to było przewidziane, zatem proszę, aby po raz pierwszy użył jej pan w dniu szesnastych urodzin. Proszę mi to obiecać! – zażądał prawnik.
– Obiecuję – odpowiedział Harry mechanicznie, wstrzymując oddech. Czego on jeszcze się dowie, na Merlina!
– Dziękuję – mecenas Vongerichten–Wintour najwyraźniej traktował tę kwestię bardzo poważnie. – Severus, Olaf, Henry i ja mieliśmy dotąd pieczę nad pana majątkiem dziedziczonym po matce, natomiast pan profesor Dumbledore opiekował się tym, co dziedziczy pan po swoim ojcu. Pelerynę niewidkę i klucz do skrytki w Banku Gringota już pan ma i z tego pan korzysta, ale dziedziczy pan również posiadłość w Dolinie Godryka. No i jest jeszcze sprawa spadku po pańskim ojcu chrzestnym, Syriuszu Blacku. Może pan, panie dyrektorze wyjaśni teraz panu Potterowi wszystko, co dotyczy tych kwestii, ponieważ wyjaśnienia odnośnie spadku po Lily zajmą więcej czasu – mężczyzna z uprzejmym ukłonem zwrócił się do Dumbledore'a.
– Zgadzam się, panie mecenasie – odpowiedział żywo dyrektor. – Harry, twój ojciec zostawił mi dla ciebie nie tylko pelerynę niewidkę i klucz do skrytki w Banku Gringotta, ale również akt własności posiadłości w Dolinie Godryka. Oczywiście mam też formalny testament Jamesa, tak, że nikt nie może zakwestionować twoich praw. Dom jest co prawda w ruinie, ale możesz go odbudować, jeśli będziesz chciał. Poza tym, do ciebie należą także prawa autorskie do książek napisanych przez twoją babkę i pradziadka.
– Książek? – zdumiony Harry omal się nie zachłysnął. – Przepraszam, że przerwałem – zreflektował się po chwili.
– Ja ci o tym opowiem, ale to za chwilę, dobrze? – nieoczekiwanie wtrącił się Olaf Goldstone. – Proszę o wybaczenie, panie profesorze, – Norweg odwrócił się do Dumbledore'a – ale znałem osobiście dziadków Harry'ego, Potterowie to moi bliscy krewni. Bardzo lubiłem rodziców Jamesa... – dodał.
Dumbledore skinął głową. Przez chwilę przyglądał się mężczyźnie, po czym wrócił do zasadniczej sprawy.
– Niestety, muszę teraz powiedzieć o Syriuszu... Syriusz w testamencie zapisał tobie i Remusowi dom przy Grimmauld Place 12 jako współwłasność, oraz pieniądze, które już zostały wam obu przekazane. Gobliny przeniosły je do waszych bankowych skrytek.
Dyrektor potarł skronie z takim smutkiem w oczach, że Harry poczuł, jak pod powiekami gromadzi mu się podejrzana wilgoć. Potrząsnął głową.
– Co mi z tego – powiedział z tępą rozpaczą. – Chciałbym, żeby Syriusz wrócił...
– Ja też... – westchnął Lupin znużonym głosem.
– Syriusz pozostawił jeszcze coś – odezwał się Dumbledore, po krótkiej chwili ciszy. – Latający motor. Podarował go Hagridowi, ale Hagrid nie chce na nim latać i postanowił oddać go tobie. Prosił bym ci go dał. Miał to być prezent dla ciebie, Harry, na szesnaste urodziny, ale dostaniesz go już dzisiaj. Hagrid o niego bardzo dbał i zapewniam cię, że jest sprawny i doskonale zakonserwowany. A Remus nauczy cię na nim jeździć i latać. Myślę, że możecie zacząć już dzisiaj.
– Oczywiście, panie profesorze – zawołał Lupin z entuzjazmem.
– Przepraszam, a Stforek? Co się stanie z tym skrzatem? – przypomniał sobie nagle Harry.
– Stforek nie żyje. Potem ci o tym opowiem – obiecał szybko Remus.
– Dobrze – westchnął Harry. – Poczekam. „Zebrała mi się już nielicha kolekcja informacji, które poznam później." – pomyślał ironicznie.
– Chyba to dobry moment, bym opowiedział Harry'emu o jego przodkach Potterach – Olaf Goldstone uśmiechnął się do chłopaka.
– Tak, bardzo proszę! – Harry spojrzał na niego z nadzieją. Był już pewien, że o rodzicach swego ojca niczego złego nie usłyszy...
– Twoje nazwisko, Harry, sugeruje, że któryś z twoich przodków był garncarzem, ale musiało to być ogromnie dawno, ponieważ ród Potterów jest od wielu pokoleń znany ze swoich talentów kulinarnych. Jeśli rzeczywiście Potterowie kiedyś wyrabiali garnki, to bardzo szybko od produkcji przeszli do ich używania i założyli karczmę, a ich potomkowie z powodzeniem kontynuowali ten proceder. Ta tradycja u Potterów sięga czasów założycieli Hogwartu. Dziadek twojego dziadka – Wilson Martin Potter – prowadził świetnie prosperujący zajazd i miał przy tej swojej knajpie mały browar. Warzył wspaniałe piwo. Naprawdę znakomite! Ożenił się ze Szwedką, Christiną Duncan, która była druidką i Mistrzynią Eliksirów. Wilson i Christina mieli dwoje dzieci: syna i córkę. Ich syn Harold to był twój pradziadek, a ich córka Brunhilda poślubiła Norwega i została moją praprababką. Jak widzisz, jesteśmy naprawdę blisko spokrewnieni, Harry. Twój pradziadek napisał wspaniałą książkę kucharską, która jest szalenie popularna wśród gospodyń domowych na całym świecie. Harold Potter był naprawdę utalentowanym kuchmistrzem, ale nie tylko. Ta książka jest napisana jak najlepsza powieść, oprócz przepisów na rozmaite potrawy zawiera mnóstwo wspaniałych opowieści, anegdot i bardzo wiele informacji o roślinach, zwierzętach, oraz o obyczajach i kulturze różnych narodów. Powinieneś ją przeczytać, niedawno została wznowiona, mam dla ciebie egzemplarz z ostatniego wydania – Norweg wyjął z kieszeni małe, kolorowe pudełeczko wielkości kostki cukru. Stuknął w nie różdżką i po chwili na stole leżała wielka księga w lakierowanej okładce. – Daję ci słowo, że ta książka jest naprawdę ciekawa!
– Wierzę! – zapewnił Harry żarliwie. – Jeszcze dzisiaj zacznę ją czytać!
– Doskonale – Goldstone uśmiechnął się do chłopaka. – Dostaniesz ode mnie także kronikę rodu Goldstone'ów, ale to nie dzisiaj. Prześlę ci ją do Snape Manor w dniu twoich urodzin. A teraz spełnię obietnicę, jaką ci dałem na początku rozmowy. Opowiem o twoich dziadkach Potterach.
Harry wstrzymał oddech. Słuchając opowieści o swoich przodkach miał wrażenie, że otrzymuje coś, co powinien mieć od dawna, ale czego mu dotąd uparcie odmawiano.
– Twoi dziadkowie byli bardzo miłymi ludźmi – Norweg zamyślił się na chwilę. – Pamiętam ich doskonale, bo u nas do tradycji należą rodzinne zjazdy. Kilka razy do roku urządzane są nasze spotkania rodowe – tak je nazywamy. Stawiają się na nich zazwyczaj prawie wszyscy członkowie rodu, no i oczywiście powinowaci... Twoich dziadków widywałem bardzo często. George Harold Potter ożenił się mając prawie czterdzieści lat, z Roksaną Troy – Meller. Nie wiem, czy ci coś mówi panieńskie nazwisko babci, ale to po niej odziedziczyłeś talent do gry w quddicha. Roksana grała na pozycji ścigającego w angielskiej drużynie narodowej przez dwa lata, zanim poślubiła George'a. Napisała kilka książek o taktyce gry i przez wiele lat prowadziła rubrykę sportową w „Sportczarodzieju", sędziowała mecze i czasem na różnych zawodach występowała jako komentator. O quddichu wiedziała chyba wszystko. Znała się też doskonale na miotłach.
– Mam jej książki! – wykrzyknął nagle Ron podnieconym głosem. – Harry! Ja mam książki, które napisała twoja babcia!
Harry pomyślał, że ze wszystkiego co do tej pory usłyszał, to było najmilsze. Spojrzał na Rona rozjaśnionym wzrokiem.
– Czytałem to przecież – powiedział z uśmiechem. – Szkoda, że nie wiedziałem wtedy, kim jest dla mnie autorka!
– Dostaniesz cały komplet – obiecał mecenas. – Też powinieneś je mieć.
– Bardzo słusznie – skomentował z aprobatą Olaf Goldstone. – Twoi dziadkowie przez długi czas byli bezdzietni. George martwił się, że nie będzie miał dziedzica. Gdy skończył siedemdziesiąt lat sprzedał restaurację naszemu kuzynowi, prawnukowi Brunhildy, który odziedziczył zamiłowanie do kucharzenia. Wszystkie pieniądze, jakie uzyskał ze sprzedaży i tantiemy za książkę kucharską swego ojca złożył w banku. Twoja babcia zarabiała znakomicie, poza tym odziedziczyła spory majątek po swoich rodzicach i jedynym jej zmartwieniem był brak dziecka. Dwa lata po sprzedaży restauracji, twoja babcia zaszła w ciążę. Gdy James się urodził, twój dziadek miał siedemdziesiąt dwa lata, a twoja babcia pięćdziesiąt pięć. Twoi dziadkowie zmarli niedługo po twoich urodzinach, śmierć George Pottera była błyskawiczna, na wylew krwi do mózgu, a twoja babcia umarła trzy miesiące później na niewydolność krążenia. Zmarli w sposób naturalny, nikt ich nie zamordował. Tom Riddle nie miał z tym nic wspólnego. No, cóż... To chyba wszystko...
– Dziękuję. Cieszę się, że wreszcie coś wiem o moich dziadkach... Ale... Nie powiedział pan prawie nic o moim ojcu – Harry spojrzał z namysłem na mężczyznę. – Skoro tak dobrze znał pan moich dziadków, to jego też musiał pan znać!
Norweg wyprostował się w fotelu. Przestał się uśmiechać, a jego twarz zmieniła się tak gwałtownie, jakby nałożył kamienną maskę.
– Tak znałem go – odpowiedział krótko.
Harry zawahał się. Sądząc z reakcji Olafa Goldstone'a na wzmiankę o Jamesie, nie lubili się. Czy warto ryzykować kolejne pytania? Ale tak bardzo chciał się dowiedzieć prawdy o ojcu!
– Czy może mi pan o nim opowiedzieć? – spytał cicho.
– Mogę. Ale zanim powiem cokolwiek na jego temat, zadam ci pytanie: czy mam być szczery, czy uprzejmy?
Harry osłupiał. Czegoś takiego absolutnie się nie spodziewał. Nie miał wątpliwości, że „szczerość" nie oznacza w tym wypadku niczego przyjemnego, prawdopodobnie usłyszy kolejną porcję inwektyw pod adresem swego ojca, a „uprzejmość" – to będą kłamstwa lub tylko milczenie... Nie, kłamstw zdecydowanie miał już dość.
– Wolę, żeby pan był szczery – powiedział wreszcie z trudem. Gardło miał tak ściśnięte, że ciężko mu było wydobyć z siebie głos.
– Dobrze się zastanów...
– Zastanowiłem się – oznajmił chłopak z uporem.
– Jak sobie życzysz. Dowiedz się zatem, że niewielu jest i było ludzi na świecie, których nienawidziłbym bardziej, niż twego ojca. Przykro mi, naprawdę, bo ty przecież nie jesteś temu winien. Chociaż jesteś do niego bardzo podobny fizycznie, mam szczerą nadzieję, że poza tym w niczym innym go nie przypominasz. Hmm... Wyglądasz jak twój dziadek, gdy miał szesnaście lat. Jak obejrzysz zdjęcia w naszych starych kronikach to na pewno przyznasz mi rację... Obyś miał charakter George'a a nie Jamesa Pottera!
– Co mój ojciec zrobił takiego złego?! Co PANU zrobił?! – wybuchnął Harry.
– Chciałbyś może zobaczyć w myślodsiewni moje wspomnienia o Jamesie? – spytał miękko Norweg uśmiechając się kątem ust. Harry wzdrygnął się. Czy wspomnienia Olafa Goldstone'a o Jamesie były takie jak to, co zobaczył w myślodsiewni Snape'a?! Chłopak poczuł jak zimny pot spływa mu po plecach.
– Nie... – szepnął.
– Tak myślałem – skomentował sucho mężczyzna. – Krótko mówiąc, twój ojciec był okrutny, lubił się znęcać nad słabszymi i upokarzać innych, a przyłapany na takich zabawach tłumaczył się zawsze, że to były przecież tylko żarty. Ale jego ofiarom nie było do śmiechu... Na domiar złego był zarozumiały i uwielbiał się popisywać, no i oczywiście nie tolerował żadnej krytyki. Niestety, twoi dziadkowie pobłażali mu, pozwalali na wszystko i nie przyjmowali do wiadomości żadnych skarg. „On przecież tylko żartuje! Nikomu krzywdy nie robi!" – to była ich odpowiedź, na wszelkie uwagi odnośnie zachowania Jamesa. Nie mogę powiedzieć o nim niczego miłego. Większość krewnych nazywała go „Potworem"... Bardzo wcześnie nauczył się rzucać klątwami na prawo i lewo i zawsze tłumaczył, że to dla zabawy. W Hogwarcie zachowywał się okropnie. Niestety, nauczyciele też mu pobłażali i nigdy nie został za nic ukarany – Olaf Goldstone popatrzył oskarżycielsko na dyrektora i opiekunkę Gryffindoru.
– Żadni uczniowie nie mieli tak wielu szlabanów jak Potter i Black! – zaprotestowała ostro profesor McGonagall.
– Przepraszam, a ile razy ukarała pani Jamesa za znęcanie się nad kolegami?! – spytał gniewnie Norweg. – Tak się składa, że wiem za co oni dostawali te szlabany! Za gadanie na lekcjach i rozrzucanie łajnobomb na korytarzach! A nigdy za obrzucanie klątwami kogo popadnie!
– Ma pan niestety rację – wtrącił się energicznie Dumbledore. Dyrektor najwyraźniej postanowił nie dopuścić do awantury i przerwać przykrą rozmowę. – To głównie moja wina, byłem za bardzo pobłażliwy, a o najgorszych wybrykach Jamesa i Syriusza dowiedziałem się zbyt późno. Ale to wszystko wydarzyło się wiele lat temu. James nie żyje. Od piętnastu lat... Wydaje mi się, że wyciąganie tego wszystkiego teraz nie ma wielkiego sensu.
– Nie ja zacząłem – odparował chłodno Goldstone.
– Istotnie... Harry... Może już dość tego? – powiedział cicho Dumbledore.
– Nie! – krzyknął gwałtownie chłopak. – Mój ojciec zginął walcząc z Voldemortem! Może i nie był najmilszym człowiekiem na świecie, ale nie uciekł jak tchórz, stanął na drodze temu gadzinie, żeby dać czas mojej mamie na ucieczkę! Umarł jak bohater!
– Rzeczywiście, James umarł jak bohater... – Goldstone uśmiechnął się ironicznie. – To prawda.
– Czy to nie zmazuje jego win, jakie by nie były?! – jęknął Harry z rozpaczą.
– Nie – odpowiedział mężczyzna spokojnie.
– Dlaczego... – Harry uświadomił sobie nagle, że atmosfera w gabinecie zrobiła się tak ciężka, jakby powietrze przesycił gęsty dym. Profesor McGonagall, Hermiona i Ron wpatrywali się w Norwega z widocznym przerażeniem. Lupin siedział ze spuszczoną głową, a Dumbledore utkwił smutne spojrzenie w twarzy Mistrza Eliksirów. Snape i mecenas Vongerichten–Wintour nie patrzyli na nikogo.
– Czy chcesz, Harry, żebym to skomentował? – spytał cicho Norweg. – Możesz odrzucić, to co powiem... Jeśli zechcesz, bym ci o tym powiedział. Ale licz się z tym, że usłyszysz coś, co odbierze ci resztkę złudzeń. Jeśli jeszcze jakieś masz...
– Chcę, by pan to powiedział! – chłopak zerwał się z fotela zaciskając pięści.
– Usiądź – mężczyzna nie stracił spokoju.
Harry opanował się z trudem. Dumbledore nieoczekiwanie wstał i delikatnie poklepał go po ramieniu. Ten uspokajający gest zadziałał i chłopiec odrobinę się rozluźnił. Opadł na fotel.
– Słucham – powiedział głucho, nie patrząc na Goldstone'a.
– Twój ojciec zginął jak bohater i nikt nie będzie negować tego faktu. A ja nie zamierzam się nad tym rozwodzić. Bo tu nie chodzi o to jak zginął, ale dlaczego. A niestety, zginął tak naprawdę niejako na własne życzenie. I razem z nim zginęła twoja matka. Wiesz, kto ich wydał Voldemortowi, ale być może nie masz jednej kluczowej informacji w tej sprawie. To nie Peter Pettigrew miał być Strażnikiem twoich rodziców i twoim, Harry – matowy głos mężczyzny zdradzał znużenie i brzmiał dziwnie smutno.
– Wiem, wszyscy myśleli, że to Syriusz... – westchnął Harry.
– Nie o to mi chodziło – na twarzy Goldstone'a pojawił się gniew. – Twoi rodzice wiedzieli, że Riddle wydał wyrok na Jamesa. Chciał też zabić ciebie, bo poznał kawałek przepowiedni. Dziwne, że nie wybrał Neville'a Longbottoma, który jest czystej krwi, i też pasował do treści przepowiedni. No, cóż, Voldemort postąpił tak, jak postąpił, a nie inaczej. Potterowie znali treść przepowiedni...
– Znali – Dumbledore powiedział to jedno słowo bardzo wyraźnie, a Harry miał wrażenie, że przez gabinet przeszedł zimny powiew. „A więc wiedzieli..." – pomyślał.
– Severus wpadł na pomysł, żeby ukryć waszą rodzinę pod zaklęciem Fideliusa. Rozmawiał o tym z Lily i z profesorem Dumbledore'em. Wszyscy się zgodzili, że należy to zrobić. Ale... Stało się coś, z czym trudno mi się pogodzić. Czy to prawda, że pan zaproponował Jamesowi, swoją kandydaturę na Strażnika?! – Olaf Goldstone gwałtownie odwrócił się do dyrektora.
– Tak – odpowiedział ponuro Dumbledore.
– A Potter odrzucił pana propozycję?! – drążył Norweg.
– Odrzucił – potwierdził dyrektor posępnym głosem.
– Wiem o tym! – krzyknął Harry z rozpaczą.
– Wiesz?! – Olaf Goldstone popatrzył na chłopaka ze zgrozą, wyraźnie wstrząśnięty. – I co?! Nie rozumiesz, co zrobił twój ojciec?! Jak wielkie trzeba mieć w sobie pokłady pychy, żeby nie przyjąć TAKIEJ propozycji! Gdyby najpotężniejszy na świecie biały czarodziej zaproponował mi ochronę Fideliusa i jednocześnie złożył ofertę, że sam zostanie Strażnikiem moim i mojej rodziny, padłbym na kolana i słał dziękczynne modły do Odyna, Thora, Frei i wszystkich innych bogów! A James dał się namówić na kombinację, którą wymyślił Syriusz Black. Kombinował, kombinował, aż przekombinował. Odrzucił ofertę profesora Dumbledore, najpotężniejszego żyjącego czarodzieja i uczynił Strażnikiem Petera Pettigrew! Lily niestety nic o tym nie wiedziała, bo nie dopuściłaby do tego. Na swoje nieszczęście, miała zbyt dobre mniemanie o rozsądku swego męża, mimo, że tak wiele razy się na nim zawiodła! Gdybyż tylko on sam poniósł konsekwencje... ale niestety, za jego głupotę zapłaciła też życiem twoja matka, Harry! Gdyby James PRZYJĄŁ pańską propozycję, panie profesorze, – Norweg wpił płonące spojrzenie w dyrektora – może żyłby do dzisiaj!
– A może nie... – odpowiedział cicho Dumbledore.
– A może nie – powtórzył jak echo jasnowłosy mężczyzna. – Może by zginął w jakiejś akcji.
– To wszystko jest okropne, co pan mówi – wybuchnął Harry z rozpaczą. – Ale mój ojciec nie mógł być aż tak zły! Nie wierzę!
– Rozumiem cię – Olaf Goldstone westchnął ciężko. – Nie znałeś swego ojca. Dursleyowie prawie nic ci o nim nie mówili, a jeśli coś tam wspominali, to raczyli cię kłamstwami. A potem spotkałeś ludzi, którzy wychwalali Jamesa pod niebiosa, gloryfikując jego zalety i całkowicie pomijając milczeniem wady. Wolałeś wierzyć im, niż Severusowi, co jest całkowicie zrozumiałe. Teraz masz obraz Jamesa Pottera z dwóch różnych punktów widzenia. Byłbym nieuczciwy, twierdząc, że James składał się z samych wad i nie miał żadnych zalet. Zalety też miał. Bo nawet najgorsi ludzie jakieś mają. Niestety, ja mam twemu ojcu do zarzucenia bardzo poważne grzechy. I nie tylko ja... Ale nic nie jest całkowicie czarne, ani całkowicie białe. Wśród przeciwników gadziny byli i są ludzie bardzo źli, obiektywnie patrząc, choćby tacy jak Crouch. Walcząc ze złem popełniał czyny od których włosy dęba stają na głowie. I nie tylko on! Niestety... Twój ojciec także...
– Nie! – wrzasnął Harry z wściekłością. – Niech mi pan da dowody!
– Dowody istnieją – odpowiedział Olaf Goldstone z porażającym spokojem. – Chociaż teraz ci ich nie mogę przedstawić, za wyjątkiem własnych wspomnień. Powiedziałeś przed chwilą, że nie chcesz tego oglądać. Nie musisz. Pamiętaj jednak, że jak zobaczysz dowody o których mówimy, nie powinieneś być zaskoczony. Rozumiem cię, ciężko jest pogodzić się ze świadomością, że ktoś, kogo mieliśmy za ideał, okazuje się wcale nie taki wspaniały. Tym bardziej, że chodzi o twojego rodzonego ojca. Teraz możesz mi nie wierzyć... I wmawiać sobie, że kłamię, albo wyolbrzymiam, bo James dał mi się mocno we znaki. Pomyśl jednak o swojej matce. Riddle ją zabił, to fakt. Ale to głupota Jamesa sprawiła, że ten szlamowata gadzina uzyskał do niej dostęp! Lily była moją ulubioną kuzynką, choć poznałem ją dość późno, miałem czternaście lat, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, ale wierz mi, że od razu ją pokochałem. Lily była wspaniałą kobietą i nie mogę przeboleć jej śmierci!
Harry patrzył na wykrzywioną gniewem twarz jasnowłosego mężczyzny i czuł, jak całe ciało ogarnia mu fala lodowatego chłodu sięgająca serca. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym, jak doszło do tego, że to Peter Pettigrew został Strażnikiem jego rodziny. Wiedział o wszystkim, podsłuchał przecież rozmowę nauczycieli podczas swojego pamiętnego wypadu do Hogsmeade w trzeciej klasie... Potem dowiedział się prawdy, zobaczył Glizdogona i wysłuchał wyjaśnień Syriusza. Lecz dopiero teraz, brutalne słowa jego nowo poznanego kuzyna uświadomiły mu, że nic nie jest tu proste i, że niestety, jego ojciec też zawinił, odtrącając ofertę Dumbledore'a. Chłopak pomyślał z rozgoryczeniem, że dążąc do poznania prawdy o swoich przodkach otrzymał wiedzę, która była jak cios pięścią między oczy. A pretensje mógł mieć tylko do siebie, bo sam tego chciał! Znów poczuł wyrzuty sumienia. On sam przecież też zachował się lekkomyślnie i głupio, narażając swoich przyjaciół i przyczyniając się do śmierci Syriusza... Podniósł głowę i spojrzał twardo w błękitne oczy Norwega.
– Nie chcę już dłużej rozmawiać o moim ojcu – powiedział stanowczo, choć nie udało mu się zapanować nad drżeniem głosu.
– Rozumiem – Olaf Goldstone potarł dłonią policzek. – Ja wolałbym rozmawiać o twojej matce. A mamy ci do przekazania jeszcze wiele informacji. I przysięgam, że o Lily ani ode mnie, ani od Severusa nic złego nie usłyszysz.
– Przepraszam, że się wtrącam, ale nie mogę już tego słuchać! – powiedziała ostrym głosem profesor McGonagall. – James od piętnastu lat nie żyje, a Syriusz zginął w walce z Bellatrix Lestrange kilka tygodni temu! Bez względu na to, jakie pan i Severus macie do nich obu pretensje, to wszystko należy już do przeszłości! Obaj zginęli w walce z najgorszymi ludźmi, jacy pojawili się w naszym świecie! Czy naprawdę nie stać was na to, żeby im przebaczyć?
– Przebaczyć... – Olaf Goldstone zaśmiał się sucho. – Są, takie czyny, których nie można przebaczyć. Nie jestem chrześcijaninem, proszę pani. Nie zamierzam nadstawiać drugiego policzka po pierwszym zainkasowanym ciosie. Oczywiście, potrafię przebaczać, ale nie w tym wypadku. James nigdy nikogo nie przeprosił. Nie wyraził najmniejszej skruchy i nie prosił o wybaczenie. Więc go nie dostał, to chyba logiczne, prawda? A tego, że przez jego głupotę Riddle dotarł do Doliny Godryka i zamordował Lily, nie daruję mu nigdy! I co z tego, że bohatersko zginął? Na nic się to nie zdało. To bezgraniczne poświęcenie Lily ocaliło jej syna! Ona oddała swoje życie, choć wcale nie musiała! A co do Syriusza Blacka, to nie znałem go, ale wiem o nim sporo. Ciekaw jestem, czy pani wie o tym, że Black próbował zamordować Severusa gdy obaj byli uczniami? To było po SUM–ach, tuż przed zakończeniem roku szkolnego. Severus i Syriusz Black byli w piątej klasie. Black miał szesnaście lat! Wie pani?
– Tak, wiem... – odpowiedziała cicho profesor transmutacji. – Tylko że to właśnie James Potter uratował wtedy Severusowi życie.
– Bo był ciut inteligentniejszy od Blacka i w porę się opamiętał! – Norweg prychnął pogardliwie. Przez chwilę przyglądał się profesor McGonagall zmrużonymi oczami. – Gdyby tego nie zrobił, to on i Black trafiliby na pewno do Azkabanu, a dla Severusa i pana Lupina oznaczałoby to śmierć! Natomiast pan dyrektor straciłby stanowisko i zapewne nie tylko na tym by się skończyło! Tak się składa parszywie, że ja wiem o czymś na pewno – Syriusz Black nie miał żadnych wyrzutów sumienia i jeżeli czegokolwiek w tej sprawie żałował, to tylko tego, że jego plan się nie powiódł. Zakładam, że wie pani o spotkaniu we Wrzeszczącej Chacie – gdy pan Black i pan Lupin dopadli Petera Pettigrew udającego szczura?
– Owszem, o tym też wiem – odpowiedziała szorstko kobieta.
– Severus nie widział Glizdogona, bo był nieprzytomny w momencie, gdy szczur został zmuszony do powrotu do ludzkiej postaci, ale wcześniej usłyszał, jak pan Lupin opowiada Harry'emu, pannie Granger i panu Weasleyowi całą historię o tym, jak Syriusz Black próbował Severusa zabić posługując się panem Lupinem jak narzędziem. Nie wiedzieli, że Severus to wszystko słyszy ukryty pod peleryną niewidką. A jak Syriusz Black skomentował opowieść o swoim „wyczynie"?! Powiedział: „Należało mu się!" Nie może pan zaprzeczyć! – Olaf Goldstone gwałtownie odwrócił się patrząc zimnym wzrokiem na Remusa.
– Nie, nie mogę zaprzeczyć – Lupin miał rozpacz w oczach.
– Właśnie... Wy też to słyszeliście. Możecie zaświadczyć, jak było – mężczyzna popatrzył uważnie na trójkę nastolatków zatrzymując wzrok na twarzy każdego z nich po kilka sekund. – Mówi pani o wybaczeniu, ale Syriusz Black nie chciał tego, ani nie potrzebował. Dlaczego Severus miałby mu wybaczyć?
Pytanie zawisło w powietrzu. Harry pomyślał, że to jest ponad jego siły. Kochał Syriusza, akceptował go ze wszystkimi jego wadami i nigdy się nie zastanawiał nad jego stosunkiem do Snape'a. Czy znowu będzie musiał wracać do przeżytych koszmarów? Czy nigdy nie zazna spokoju?! Wcisnął się w fotel. Popatrzył smutno na opiekunkę Gryffindoru. Był jej wdzięczny za obronę ojca i Syriusza, ale pomimo przeżytego szoku, gdzieś w głębi umysłu pojawiła się gorzka myśl, że argumenty Norwega są trudne do zbicia.
– Może właśnie dlatego, że Syriusz i James nie żyją, a wy obaj tak – powiedziała gniewnie profesor McGonagall. – Mogę zrozumieć, że i pan, i Severus wspominacie ich źle. Jednak oni pozostawili po sobie dobrą pamięć u wielu ludzi. I cokolwiek złego zrobili...
– Niczego już się nie da naprawić – wpadł jej w słowa Olaf Goldstone. – Nie zmieni pani mojej pamięci. Ani Severusa. Nie przekona nas pani, zatem proponuję zakończyć ten temat.
– Ciągnięcie tej dyskusji istotnie nie ma sensu – zdecydowanym głosem odezwał się Dumbledore. – Panie mecenasie, wróćmy do sprawy spadku. Z tego, co powiedzieliście panowie wcześniej, jest jeszcze sporo do wyjaśnienia.
– Słusznie, panie dyrektorze. Spadek po Lily obejmuje nieruchomości, klejnoty Mathildy Leighton zdeponowane w jednym ze szwajcarskich banków, oraz pieniądze. Wszystko to oczywiście dziedziczy jedyny syn Lily, pan Harry Potter – oznajmił prawnik oficjalnym tonem. – Severus Snape, Olaf Goldstone i Henry Goldstone są wykonawcami testamentu, a ja występuję tu jako adwokat Lily. Proszę bardzo – mężczyzna położył na stole plik dokumentów. – Jest tu testament Lily i pełnomocnictwa. Żeby formalności stało się zadość, powinienem odczytać testament w obecności osób zainteresowanych i świadków. Czy ktoś zgłasza sprzeciw? – mecenas szybko się rozejrzał po twarzach obecnych w gabinecie.
– Jednej osoby tu brakuje – zauważył spokojnie dyrektor. – Nie ma wśród nas pana Henry'ego Goldstone'a. Poza tym, czy obecność moja i profesor McGonagall jest konieczna? Nie mówiąc już o Remusie, pannie Granger i panu Weasleyu? Natomiast najbliżsi krewni Harry'ego, państwo Dursleyowie są teraz w Hogwarcie. Czy ich to nie dotyczy?
Mecenas uśmiechnął się pod nosem.
– Henry zostawił Severusowi i Olafowi pełnomocnictwo do występowania w jego imieniu we wszystkich sprawach dotyczących spadku po Lily. Pan Lupin jest tu obecny na prośbę Severusa, a wszyscy pozostali jesteście tu na życzenie pana Pottera. Zaś co do Dursleyów... Oczywiście, możemy ich zaprosić na odczytanie testamentu, ale po co? Niczego po Lily nie dziedziczą – prawnik odpowiedział na pytanie Dumbledore'a, wciąż lekko się uśmiechając.
– A ja sądzę, Mitch, że pan profesor ma rację. Dziedziczą, czy nie, ale to jednak najbliżsi krewni Harry'ego, więc powinni być obecni przy odczytaniu testamentu Lily, skoro i tak są w zamku. Jak myślisz, Severusie? – Olaf Goldstone mrugnął do Snape'a. Mistrz Eliksirów popatrzył na Norwega i w jego oczach pojawił się złośliwy błysk. Obaj mężczyźni uśmiechnęli się jednocześnie, takim samym wrednym uśmieszkiem.
– Czemu nie? Jestem za! – Snape podniósł się z fotela, cały czas złośliwie się uśmiechając. – Zaraz ich tu sprowadzę...
– Ja to zrobię – oznajmiła nieoczekiwanie profesor McGonagall, energicznie ruszając do drzwi. Zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, już jej nie było. W gabinecie zapanowała ciężka cisza. Ron kulił się w fotelu, a Hermiona buntowniczo podniosła głowę.
– Chciałabym o coś zapytać – zażądała ostrym głosem, patrząc gniewnie na Norwega
– Rozumiem, że pytanie ma być skierowane do mnie. Słucham – mężczyzna popatrzył na nią z wyraźną drwiną. Ale jego zachowanie tylko wzmogło bojowy nastrój dziewczyny
– Z pana wypowiedzi można wywnioskować, że nie widzi pan różnicy między śmierciożercami i ich przeciwnikami! Dlaczego? Ci co sprzeciwili się Voldemortowi i jego sługom zasługują na szacunek już choćby tylko z tego powodu!
– Ma pani szesnaście lat, panno Granger. Dziwię się, że jest pani aż tak naiwna. Wierzy pani w to, ze wszyscy „nasi" czyli ci, co są po „dobrej" stronie, to sama szlachetność? Jednym słowem, tradycyjnie: „dobrzy" Gryfoni i „źli" Ślizgoni?! Taa... niezłomne gryfońskie cnoty... Bez obrazy, ale katalog gryfońskich świętych jest wyjątkowo zakłamany! Wśród zwolenników Riddle'a było bardzo wielu Gryfonów, a wśród przeciwników nie brakowało Ślizgonów. To raz, a dwa, proszę pani, to niech się pani nie łudzi! – Norweg uśmiechnął się sarkastycznie. – Ci „nasi" zwolennicy mogą być tak samo źli jak przeciwnicy. To wszystko truizmy. W prawdziwym życiu nie ma tak, jak w bajkach, że po jednej stronie samo zło a po drugiej samo dobro! To, co śmierciożercy robią dla zabawy, mordując i torturując niewinnych ludzi, aurorzy robią w majestacie prawa, z namaszczeniem i frazesami o „zwalczaniu zła" na ustach. Niestety, i jednym i drugim sprawia to taką samą przyjemność! Noo... Nie wszyscy aurorzy... Nie chcę być niesprawiedliwy. W każdym z nas siedzi mały wredny sadysta, skłonny do dręczenia innych i czerpania z tego przyjemności. Tylko, że jedni potrafią nad swoimi odruchami okrucieństwa zapanować, a inni nie. I może być pani pewna, że każdego, kto ma władzę, jakąkolwiek, choćby najmniejszą i chwilową, zawsze najdzie kiedyś chęć, żeby tej władzy nadużyć! Ludzie nie są święci, a pani nie jest głupia, więc radzę szybko pogodzić się z rzeczywistością. Walkę ze złem najlepiej zacząć od siebie. Czy jako prefekt nigdy nie nadużyła pani władzy? – zakończył drwiąco.
Hermiona oniemiała, wpatrując się ze zgrozą w jasnowłosego mężczyznę.
– Co zatem skłoniło PANA do opowiedzenia się przeciwko lordowi Voldemortowi? – spytał zimnym głosem Dumbledore. – Jeżeli nie widzi pan różnicy między aurorami i śmierciożercami?
– Powodów mam bardzo dużo, panie profesorze. Bardzo osobistych i nieco mniej osobistych. Wolę stanąć przeciwko temu szlamowatej gadzinie, bo on chce zniszczyć to wszystko co ja cenię, lubię i kocham i co jest dla mnie bardzo ważne. Aha... Czemu nazywa go pan „lordem"? Królowa nie dała mu tytułu, więc lordem nie jest, a ani rodzina jego ojca, ani matki nie należała do arystokracji, ani nawet do szlachty.
– Och... Dlaczego „lord"? – westchnął Dumbledore. – Po prostu tak się przyjęło. Wszyscy tak mówią, dlatego teraz użyłem tego „tytułu", który sobie bezprawnie przywłaszczył.
– Zauważyłem, że powiedział pan to z ironią – mruknął Norweg. – Wiem, że akurat PAN mówił o Riddle'u zawsze tylko: „Voldemort"...
– Natomiast pan używa określenia „ten szlamowata gadzina" – dyrektor popatrzył uważnie na rozmówcę ponad szkłami swoich księżycowych okularów. – Już to parę razy słyszałem – dodał z namysłem.
– On zwalcza tych, których nazywa „szlamami" a sam jest „szlama"! – warknął Olaf Goldstone złośliwie.
– Taaak... – Dumbledore wciąż intensywnie wpatrywał się w jasne oczy rozmówcy. – To też już słyszałem – mruknął, jakby bardziej do siebie, niż do Norwega. – No, cóż, rozumiem. Najwyraźniej nie ma pan złudzeń.
– Nie, złudzeń nie mam. Jestem cynikiem i egoistą i zawsze staram się postępować tak, by mi się to na długą metę najlepiej opłacało. A prosta kalkulacja w tej sprawie daje mi pewność, że więcej zyskam angażując się przeciw temu psycholowi niż za nim. Riddle jest już osaczony i skończony, choć jeszcze o tym nie wie. Ale ja już wiem, że on nie ma najmniejszych szans na wygraną. Pan też o tym wie, panie dyrektorze. Nie oszukujmy się...
– Wiem – powiedział cicho Dumbledore. – Ale wiem też, że zwycięstwo będzie nas drogo kosztować.
– Na pewno – podsumował spokojnie Norweg. – No, cóż... Ja mogę zapłacić prawie każdą cenę za jego unicestwienie. Nawet cenę własnego życia. Mam żonę i dzieci. Czy to wystarczy za odpowiedź?
– Tak – powiedział cicho Dumbledore. – Całkowicie.
Ciszę, jaka zapadła po tych słowach przerwało pukanie do drzwi.
