***

Drzwi otwarły się z rozmachem i do gabinetu wkroczyła profesor McGonagall a za nią wsunęły się Petunia i Marge Dursley. Obydwie miały przylepione do twarzy przymilne uśmiechy. Vernon Dursley wszedł wyprostowany z miną pełną godności, a jedynie Dudley sprawiał wrażenie, jakby umierał ze strachu.

Harry patrząc na nich czuł obrzydzenie. „I to jest siostra mojej mamy!" – pomyślał z gniewem, przyglądając się Petunii. Olaf Goldstone wstał i podszedł do niego. Dopiero po chwili chłopak uświadomił sobie, że mężczyzna coś mu podaje. Odruchowo wyciągnął rękę. Ze zdziwieniem spojrzał na bardzo elegancki, oprawiony w skórę notes wielkości zeszytu, z własnym imieniem i nazwiskiem wytłoczonym na okładce. Do notesu przymocowane było markowe wieczne pióro ze złotą skuwką.

– Będziesz musiał kilka rzeczy zanotować – poinformował spokojnie Norweg, wciąż stojąc przed Harrym i zasłaniając go przed wzrokiem Dursleyów. Jednocześnie na okładce pojawiły się lekko drżące złociste słowa: „Panuj nad sobą, cokolwiek usłyszysz. Nie daj się sprowokować." Harry zamrugał i podniósł wzrok. Napotkał twarde jak stal spojrzenie błękitnych oczu. Nieznacznie skinął głową.

„Tak" – obiecał sobie. – „Dursleyowie nie będą tryumfować."

Zadowolony Olaf Goldstone wrócił na swój fotel i rozparł się w nim wygodnie. Gdy wszyscy już siedzieli, mecenas Vongerichten–Wintour chrząknął i z bardzo oficjalną miną wyszedł na środek gabinetu, trzymając w ręce elegancką teczkę, wyglądającą ogromnie urzędowo. Na okładce widniały: brytyjska flaga i godło, oraz napisy, oznajmiające że teczka zawiera dokumenty kancelarii adwokackiej.

– Państwo pozwolą, że zanim przejdę do oficjalnego odczytania testamentu Lily Potter wyjaśnię kilka spraw – powiedział mecenas. Ponieważ nikt nie zaprotestował, prawnik mówił dalej. – Jedynym spadkobiercą Lily jest jej syn, pan Harold James Potter. Panowie Severus Snape i Olaf Goldstone są wykonawcami testamentu i zgodnie z ostatnią wolą mojej klientki, zarządzali dotychczas pozostawionym przez nią majątkiem. Wszyscy pozostali występują jako świadkowie. Jakieś uwagi?

Uwag nie było. Prawnik z namaszczeniem otworzył teczkę, wyjął z niej testament i głośno odczytał. Tekst był bardzo krótki. Pomijając urzędowe frazesy jedyną istotną treść zawierały proste zdania, których sens był jasny – Lily cały swój majątek zapisała synowi, a wykonawcami swojej ostatniej woli wyznaczyła Severusa Snape'a oraz Olafa i Henry'ego Goldstone'ów. To było wszystko. Harry pomyślał z rozbawieniem i irytacją jednocześnie, że takie uroczyste celebrowanie odczytywania testamentu jest bezsensowne. Wszystko przecież już otrzymał. Przypomniał sobie nagle, że była mowa o jakichś klejnotach, ale jakoś nie czuł teraz potrzeby drążenia tej kwestii. Pewnie dostanie wkrótce klucz do skrytki bankowej, gdzie są przechowywane...

– No, dobrze, wszystko otrzyma Harry, ale CO otrzyma?! – zaskrzeczała nagle Petunia. Harry drgnął i skrzywił się z niechęcią. Dopiero teraz uświadomił sobie, że siostra jego matki ma okropnie drażniący i nieprzyjemny głos. A przecież słyszał go przez tyle lat!

– Właśnie miałem to odczytać. – Mecenas Vongerichten–Wintour wyjął z teczki kolejny dokument i uniósł nieco, prezentując obecnym. – Olaf, wszystko gotowe? – spytał zwracając się do Norwega.

– Oczywiście – Olaf Goldstone wstał z fotela i podszedł do stołu. Machnął różdżką i na blacie zmaterializował się wytworny skórzany kuferek, zamykany na małą, srebrzyście połyskującą kłódeczkę. Prawnik uśmiechnął się z zadowoleniem.

– W skład masy spadkowej wchodzą następujące pozycje – spokojny i monotonny głos adwokata dla Harry'ego zabrzmiał nieco usypiająco. Chłopak z trudem stłumił ziewnięcie. Kolejny punkt programu zapowiadał się potwornie nudno. Wszystko już wiedział o spadku; co tu jeszcze może być do powiedzenia? No cóż, widocznie trzeba było dopełnić tych formalności.

– Posiadłość ziemska w Norwegii... – Pierwszy punkt z listy pozycji „masy spadkowej" był dla Harry'ego kompletnym zaskoczeniem. Chłopak poderwał gwałtownie głowę, pewien, że się przesłyszał. Niepewnie popatrzył na prawnika, który spokojnie kontynuował czytanie, – ...na terenie której znajdują się: zamek, mieszczący hotel z pełnym zapleczem oraz tereny rekreacyjne wokół zamku. Pełna lista obiektów w załączniku numer jeden... – Prawnik szybko podał Harry'emu gruby plik kartek, po czym najwyraźniej zamierzał przejść do następnego punktu na liście, ale nie było mu to dane. Petunia Dursley zerwała się z fotela i wrzasnęła coś, czego nikt nie zrozumiał.

– O co chodzi? – spytał spokojnie prawnik, mierząc ją zniesmaczonym spojrzeniem.

– Zamek Johanssonów! Moja prababka zapisała to Lily! Wiedziałam o tym! Prababka odczytała swój testament w obecności Lily, mojej matki i babci! Pominęła całkowicie moją matkę i wujków! I moją babcię, a swoją córkę! Niczego im nie dała! – wysyczała pani Dursley wściekłym głosem. – O nie! Ja tego tak nie zostawię! Pójdę do sądu! – zawyła.

Severus Snape i Olaf Goldstone jednocześnie wzruszyli ramionami, patrząc na kobietę z pobłażliwą ironią. Mecenas westchnął i spojrzał w sufit. Harry pomyślał, że prawnik wygląda tak, jakby modlił się o cierpliwość.

– Sugeruję, aby powściągnęła pani emocje – powiedział mecenas spokojnym głosem. – Pani babka, Scarlett Talley–Leighton już wcześniej próbowała zakwestionować testament swojej matki i sprawę przegrała. Pani tym bardziej nie ma szans na obalenie testamentu, zwłaszcza, że przeciwko pani i pani mężowi toczy się śledztwo w sprawie znęcania się przez was nad synem pani siostry. Nie mówiąc już o tym, że pani syn jest oskarżony o popełnienie poważnych przestępstw.

Petunia Dursley opadła na fotel zaciskając pięści. Vernonowi Dursleyowi wypełzły na twarz fioletowe plamy, a jego siostra upodobniła się do ropuchy, tak wytrzeszczała oczy. Dudley siedział otępiały i ruszał wargami, chyba coś żuł. Harry spojrzał na nich, a potem szybko zerknął spod oka na resztę obecnych. Z twarzy Dumbledore'a i Lupina nie można było niczego wyczytać. Profesor McGonagall nie ukrywała gniewu i pogardy, a Ron i Hermiona wyglądali tak, jakby nie wiedzieli czy śmiać się, czy oburzać.

– Oto akt własności – prawnik podał Harry'emu kolejny dokument, który chłopak wziął machinalnie i trzymał w dłoni, nie wiedząc, co ma z nim zrobić.

– Czy mam coś podpisać? – spytał, patrząc niepewnie na prawnika.

– Nie teraz. Jak skończę odczytywanie testamentu, to podpisze pan oświadczenie, że przyjmuje pan spadek w całości – wyjaśnił mężczyzna uśmiechając się przyjaźnie. – Wszystkie dokumenty, które panu przekażę, panie Potter, powinien pan uważnie przeczytać. A tu jest teczka na te papiery – na kolanach Harry'ego zmaterializowała się niezwykle elegancka aktówka z wężowej skóry. Chłopak szybko wsunął do niej trzymane w ręku kartki. Zauważył, że na wierzchu teczki tak samo jak na okładce notesu wytłoczono jego imię i nazwisko.

– Dziękuję – mruknął Harry. Starał się nie patrzeć na Dursleyów, ale nie mógł nie słyszeć wściekłego posapywania Vernona Dursleya i gniewnych warknięć Petunii Dursley.

– Całą dokumentację dotyczącą funkcjonowania hotelu otrzyma pan po zakończeniu formalnego odczytania testamentu – mówił dalej prawnik. – Teraz proszę pana o przyjęcie klucza do zamku. Jest to tak zwany „klucz numer jeden", czyli otwierający wszystkie drzwi w obiektach na terenie pana posiadłości. Aktywuje system alarmowy oraz zawiera elektroniczne hasło do lokalnej sieci komputerowej. Oprócz pańskiego istnieją jeszcze trzy takie klucze. Jeden jest złożony w pańskiej skrytce w banku, zaś dwa pozostałe znajdują się w posiadaniu panów Severusa Snape'a i Olafa Goldstone'a. Ten, który teraz panu wręczam, był do tej pory w dyspozycji pana Henry'ego Goldstone'a. Proszę!

W ręku adwokata coś błysnęło i po chwili Harry trzymał w dłoniach całkiem zwyczajnie wyglądający klucz, przyczepiony do metalowego breloczka. Kątem oka złowił pożądliwe spojrzenia Petunii, Vernona i Marge. Nawet Dudley przestał ruszać żuchwą i zamarł wpatrując się w niego z szeroko otwartymi ustami. Chłopak pomyślał, że chciwość Dursleyów jest wręcz groteskowa. Popatrzył na breloczek. Był to bardzo ładny gadżet – miał kształt lwa o złociście połyskującym ciele, z dumnie uniesionym łbem. Grzywę zwierzęcia polakierowano na czarno i ozdobiono drobniutkimi, iskrzącymi kryształkami, a oczy wykonano z oszlifowanych czerwonych kamieni, „To chyba rubiny" – zastanowił się Harry. – „Ech, mniejsza z tym." To nie było ważne. Tymczasem Olaf Goldstone otworzył kuferek i wyjął z niego dwa portfele z wężowej skóry i kalendarz. Wszystko stanowiło jeden komplet, pasujący do aktówki. Na każdym z tych przedmiotów zobaczył dwie splecione litery: H i P wykonane z połyskującego żółtego metalu. „Czyżby to było złoto?" – pomyślał nieco zaskoczony. – „Może..." Chłopak porzucił te rozważania, gdyż Norweg wyjął z kuferka kolejny przedmiot. Było to maleńkie porcelanowe pudełeczko z namalowanymi na wieczku runami.

– Proszę wszystkich o uwagę – powiedział bardzo poważnym tonem mecenas. – Panie Potter, teraz przekażę panu przedmiot, który w rodzinie Johanssonów przechodzi z pokolenia na pokolenie od kilkuset lat. Jego pierwszym właścicielem był...

Mecenas Vongerichten–Wintour nie dokończył zdania, gdyż Petunia Dursley gwałtownie poderwała się z fotela i skoczyła jak żbik w stronę Norwega.

– Lwi sygnet! – zawyła. – To dla Dudziaaaczkaaa!!!

Wyciągnęła rękę, najwyraźniej chcąc wydrzeć Norwegowi to, co trzymał w dłoniach. Harry zamarł ze zgrozy. Nagle coś mignęło i w następnej sekundzie Petunia szarpała się, przytrzymywana przez Snape'a.

– Wracaj na swoje miejsce, kobieto! – wysyczał Mistrz Eliksirów. – Chcesz stracić syna? Ten sygnet jest magiczny, o czym doskonale wiesz, bo byłaś świadkiem rytuału, gdy twoja prababka Vianne oddała go Lily! Ten sygnet może nosić tylko czarodziej! A zresztą, jak sobie życzysz. Niech twój synalek tego dotknie. Proszę uprzejmie. Piękny pogrzeb będzie miał zapewniony!

Harry miał wrażenie, że patrzy na jakiś film, który jest jednocześnie komedią i horrorem. Petunia przestała się szarpać i szlochając padła z powrotem na fotel, nie bez pomocy Snape'a.

– Prababka Vianne nikomu nie pozwoliła dotknąć sygnetu – jęczała pani Dursley. – Dała go Lily i powiedziała, że jest zaczarowany!

– Bo jest – wycedził Snape zimnym tonem. – I dlatego ten sygnet otrzyma Harry Potter, a nie twój syn!

– To Dudziaczek powinien go dostać! Jest o miesiąc starszy od niego! – wrzasnęła Petunia wskazując palcem na Harry'ego.

– Ty idiotko! – ryknął z furią Olaf Goldstone. – Jesteś potwornie głupia! Nic dziwnego, że moi rodzice i dziadkowie nie chcieli mieć z tobą nic wspólnego! Taak... Widocznie ujawniła się w tobie zła krew Talleyów! Jesteś taka, jak twoja babka Scarlett! Zawsze byłaś czarną owcą! Tak samo jak ona! Niestety, to się zdarza nawet w najlepszych rodzinach. I zdarzyło się w naszej. No i na dodatek zadałaś się z tym nicponiem, – wskazał brodą Vernona – a rezultat siedzi tu teraz przed nami. – Z nieukrywanym wstrętem spojrzał na Dudleya, który właśnie ten moment sobie wybrał, żeby potężnie beknąć. – Młodociany przestępca nadający się tylko do świętego Brutusa i w dodatku niedorozwinięty umysłowo! – wysyczał z pogardą. – Ale za to przyjemnie popatrzeć na twego siostrzeńca. Wyrośnie na wspaniałego mężczyznę – Norweg odwrócił się w tym momencie do Harry'ego i uśmiechnął się z aprobatą. Po chwili znów skoncentrował swoją uwagę na Dursleyach i skrzywił się wymownie. – Twój syn to nic dobrego. Będzie taki sam jak jego ojciec – zakończył z pogardą.

Petunia Dursley załkała spazmatycznie, a Harry miał przerażające odczucie deja vu. To już się przecież kiedyś zdarzyło, słyszał te same słowa, tylko wtedy były skierowane do niego i obrażały jego rodziców. A on w odwecie, choć zrobił to przecież zupełnie niechcący, nadmuchał winowajczynię i zrobił z niej balon. Ze zdziwieniem chłopak uświadomił sobie nagle, że nie czuje żadnej satysfakcji. Dursleyowie postępowali z nim podle i okrutnie, ale w tej chwili Harry widział jakby w powiększającym szkle, jak bardzo ci ludzie są głupi i płytcy. Nie byli warci poświęcania im tak dużej uwagi. I zamiast radości z dokonanej zemsty poczuł zażenowanie i niesmak.

– Dudziaczek nie jest niedorozwinięty! – wrzasnęła Marge Dursley zapluwając stół przed sobą. Olaf Goldstone niedbale skinął różdżką i natychmiast jej wrzask ucichł, jak ucięty nożem. Wymachiwała pięściami i ruszała ustami jak ryba, ale nie wydała z siebie ani jednego dźwięku. Nie zdołała też podnieść się z fotela, chociaż usilnie próbowała. Mężczyzna pochylił się ku niej groźnie i kobieta zamarła w groteskowej pozycji.

– Zamknij się, ty zapijaczona wywłoko! – warknął Norweg. – Jak śmiesz się odzywać! Zapamiętaj! Jeśli ja się dowiem, że ośmieliłaś się znowu powiedzieć coś złego o Lily, to ty odczujesz, co może zrobić rozgniewany czarodziej! – blondyn złowrogo błysnął oczami i znacząco uniósł różdżkę w stronę Marge Dursley. Przerażona kobieta skuliła się w fotelu.

– Olaf, dosyć! – Ostro wkroczył mecenas Vongerichten–Wintour. Norweg skinął głową i usiadł. Adwokat spojrzał gniewnie na Dursleyów. – Jeśli nadal będziecie państwo przeszkadzać, wyprosimy was stąd – ostrzegł chłodno. – Jesteście tu tylko i wyłącznie jako świadkowie i w związku z tym nie powinniście niczego komentować – oznajmił.

– A ja chyba jednak nie powinienem był proponować, żeby państwa tu zaprosić jako świadków – powiedział nagle Dumbledore. W jego głosie brzmiała dezaprobata. Harry szybko się rozejrzał. Na twarzach profesor McGonagall, Lupina i jego przyjaciół widniał taki sam wyraz – wszyscy byli zszokowani i zniesmaczeni jednocześnie.

„Dursleyowie zaprezentowali się najgorzej, jak tylko mogli" – pomyślał chłopak z rozgoryczeniem. Jednocześnie poczuł nagły gniew na Snape'a. Tylko Mistrz Eliksirów mógł opowiedzieć Olafowi Goldstone'owi historię nadmuchania Marge Dursley i podać szczegóły, które poznał ucząc Harry'ego oklumencji. Dlaczego to zrobił?! Ale to oznaczało, że ci dwaj mężczyźni są bardzo bliskimi przyjaciółmi... „Później o tym pomyślę" – obiecał sobie Harry skupiając ponownie uwagę na poczynaniach mecenasa.

Prawnik wziął do ręki leżące na stole porcelanowe pudełeczko i podał je Harry'emu.

– Magiczny sygnet Johanssonów – powiedział uroczystym głosem. – Jego twórcą i pierwszym człowiekiem, który go nosił był jarl Trygwe Lars Johansson, potężny czarodziej i jeden z najdzielniejszych wojowników Wikingów. Ten sygnet może nosić na palcu tylko człowiek obdarzony mocą magiczną. Nosiła go pańska matka, a teraz należy do pana.

Harry ostrożnie otworzył szkatułkę. Podświadomie spodziewał się złota, dlatego zaskoczyło go, że sygnet był srebrny. Delikatnie wyjął klejnot i dokładnie obejrzał. Wnętrze obrączki pokrywał runiczny napis, a oczko sygnetu wykonano z czarnego, idealnie wypolerowanego, przezroczystego kamienia. Gdy Harry przyjrzał mu się bliżej, zauważył ledwie widoczny zarys sylwetki lwa, zapewne wyryty po spodniej stronie oczka. „Dlatego Petunia krzyczała o „lwim sygnecie"!" – pomyślał chłopak. Wsunął pierścień na środkowy palec prawej dłoni. Pasował idealnie i był przyjemnie ciepły w dotyku. Harry czuł, że ten niezwykły przedmiot promieniuje przyjazną magią. Podniósł głowę. Zauważył nieco zakłopotany, że wszyscy obecni wpatrują się w niego z napięciem, a Ron i Hermiona sprawiali wrażenie wystraszonych. Czego się spodziewali? Że sygnet go ugryzie? Co prawda Snape straszył Petunię, że sygnet zabije Dudleya, jeśli ten go dotknie, ale Harry był pewien, że ani Mistrz Eliksirów ani Olaf Goldstone nie daliby mu przedmiotu, który mógłby go skrzywdzić. Uśmiechnął się i jego przyjaciele wyraźnie odetchnęli z ulgą. Norweg i mecenas Vongerichten–Wintour wyglądali na bardzo zadowolonych. Adwokat dał znak, że chce zabrać głos.

– Panie Potter, ten sygnet wzmacnia magię swojego właściciela. W razie potrzeby może być substytutem różdżki. Powinien pan teraz dopełnić pewnego magicznego rytuału. Severus, jako pana najbliższy krewny będzie pańskim poręczycielem. Severusie, oddaję ci głos – skinął w stronę Mistrza Eliksirów.

Snape wziął różdżkę i podszedł do Harry'ego.

– Wyciągnij przed siebie dłonie – polecił. – Rytuał jest bardzo prosty – dodał. – Każdy kolejny właściciel lwiego sygnetu musi oddać mu kroplę swojej krwi dla przypieczętowania magicznego przymierza.

Dumbledore z ogromnym zaciekawieniem przyglądał się poczynaniom Snape'a.

– To bardzo interesujące, Severusie – powiedział. – Czytałem o magii Wikingów, ale nigdy nie widziałem jej stosowania w praktyce.

Mistrz Eliksirów chwycił lewą dłoń Harry'ego i szybko dotknął różdżką czubka jego środkowego palca. Chłopak poczuł lekkie ukłucie i ujrzał na palcu kroplę krwi. Spojrzał niepewnie na mężczyznę, wciąż trzymającego go za przegub.

– Co teraz? – spytał cicho.

– Posmaruj swoją krwią kamień sygnetu – odpowiedział Snape puszczając rękę chłopca.

Harry szybko spełnił polecenie. Jego krew wsiąkła w czarny kamień bez śladu. Wstrzymał oddech czując, jak sygnet się rozgrzewa. Nagle pierścień rozjarzył się i po chwili kamień zmienił barwę na mlecznobiałą, a wygrawerowany lew stał się złocisty i bardzo wyraźny. Snape dotknął różdżką sygnetu. Mężczyzna nie wypowiedział żadnego zaklęcia, ale Harry czuł w ręce mrowienie, jakby przepływał przez nią słaby prąd. Po chwili wszystko się skończyło. Sygnet błyszczał jak świeżo wypolerowany, a złocisty lew prześwitywał z wnętrza białego kamienia w oczku. Teraz widać było wyraźnie, że nad głową lwa zawisły trzy korony, a otaczało go dziewięć serc.

– Spróbuj teraz użyć sygnetu zamiast różdżki i przywołać Accio te dwa portfele i kalendarz leżące na stole – zażądał Snape.

Harry bez zastanowienia wyciągnął przed siebie prawą dłoń i krzyknął: – Accio!

Zaklęcie przywołujące opanował znakomicie już w czwartej klasie. Uratowało mu to życie podczas Turnieju Trójmagicznego i gdy uciekał przed Voldemortem z cmentarza...

Teraz sygnet zadziałał tak, jak uprzedził go mecenas. Chłopak po sekundzie trzymał już w rękach przywołane przedmioty.

– Doskonale! – pochwalił go Olaf Goldstone. – Obejrzyj, co tam masz.

Pierwszy portfel zawierał kilkanaście kart kredytowych, (jedna była jednolicie złota), a drugi mugolskie pieniądze – angielskie funty i trochę bilonu, a do kalendarza dołączono mały notes. Tymczasem Norweg wyjął z kuferka kolejny przedmiot – srebrną bransoletę.

– Należała do twojej matki – powiedział podając ją Harry'emu. Hermiona ze świstem wciągnęła powietrze. Harry spojrzał na przyjaciółkę z zaskoczeniem. Dziewczyna wpatrywała się w bransoletę szeroko otwartymi oczami, z bardzo dziwnym wyrazem twarzy.

– Hermiona! Co się stało? – spytał Harry z niepokojem.

– Ja... Widziałam taką samą... – szepnęła dziewczyna.

– Owszem! – wmieszał się Mistrz Eliksirów. – Moją. Ja też mam taką.

– I ja – odezwał się Norweg. Obaj mężczyźni odsłonili prawe przeguby, na których widniały identyczne bransolety jak ta, którą Harry trzymał w ręku.

– Czy to także rodzinny zwyczaj? – zaciekawił się chłopak.

– Tak, większość naszych krewnych je nosi, ale to nie są tylko ozdoby. Służą także do innych celów – Olaf Goldstone uśmiechnął się zagadkowo. – Wszystko ci wyjaśnię, jeszcze dzisiaj, ale nie w tej chwili. Pan mecenas ma ci jeszcze sporo do powiedzenia. I my obaj też – dodał, wymieniając szybkie spojrzenia ze Snape'em.

Prawnik wziął do ręki kolejną kartkę.

– Farma we Francji. Jest to gospodarstwo rolne, nastawione na hodowlę ziół. Proszę, oto akt własności i dokumentacja farmy – adwokat wręczył Harry'emu kolejną porcję papierów.

– Lily kupiła to gospodarstwo za swoją część spadku po ojcu – wtrącił Olaf Goldstone. – Resztę pieniędzy korzystnie rozdysponowała. Sporą sumę złożyła w banku na wysoki procent oraz kupiła akcje różnych przedsiębiorstw, głównie mugolskich. Była to inwestycja na przyszłość, bo Lily chciała założyć firmę produkującą eliksiry. Niestety, nie udało jej się zrealizować swoich marzeń... Ale gospodarstwo prosperuje znakomicie i przynosi duże zyski – mężczyzna uśmiechnął się do mecenasa.

– Tak, Lily miała za co kupić tę farmę! – wrzasnęła nagle Petunia. – Ojciec zostawił jej więcej pieniędzy niż mnie!

– Bzdura! – ryknął z wściekłością Snape zrywając się z fotela. – Dostałyście obie dokładnie tyle samo pieniędzy, po dwa i pół miliona funtów! Stephen Evans jaki był, taki był, ale swój majątek podzielił sprawiedliwie między was obie! Tylko że Lily umiała mądrze wykorzystać swoją część, a ty nie! Bo cały swój posag oddałaś temu nicponiowi, którego poślubiłaś!

– Severusie! – zareagował ostro mecenas. – Opanuj się! Siadaj! – rozkazał. Ku zdumieniu Harry'ego, Snape usłuchał. – A panią ponownie proszę o wstrzymanie się od komentarzy – dodał lodowatym tonem, patrząc na Petunię Dursley groźnym wzrokiem. Kobieta skuliła się i zamilkła. – Wie pani doskonale, że nie ma pani najmniejszych szans na zakwestionowanie testamentu siostry. A skoro tę sprawę już wyjaśniliśmy, to pozostał nam ostatni punkt. Lily Potter posiadała konta w kilku bankach, oraz klejnoty, które otrzymała od swojej matki. Klejnoty zostały złożone jako depozyt w jednym z banków szwajcarskich. Oto wyciągi bankowe i klucz do skrytki – prawnik podał Harry'emu kartonową teczkę z jakimś herbem i małe pudełeczko. Chłopak sięgnął po pudełeczko. Jak się słusznie domyślał, wewnątrz leżał mały kluczyk, o bardzo skomplikowanym rysunku nacięć na obu krawędziach. Niewątpliwie to on otwierał zamek sejfu w banku. Chłopak odłożył to na stół i otworzył teczkę, po czym natychmiast ją zamknął. Wewnątrz znalazł papiery zapisane cyframi i niezrozumiałymi symbolami.

– Wszystko ci dokładnie wytłumaczymy – Olaf Goldstone powtórzył swoją wcześniejszą obietnicę, uśmiechając się pod nosem. – Nie jest to specjalnie trudne ani niezrozumiałe. Ale o tym później. Mam ci do przekazania jeszcze dwie rzeczy – uśmiech Norwega był już całkiem wyraźny. – Mogę, Mitch? – mężczyzna odwrócił się do mecenasa.

– Tak, możesz – prawnik też się uśmiechnął. – Oddałem panu, panie Potter, wszystko, co powierzyła mi pańska matka – powiedział łagodnie. – Tym samym, oficjalnie, moja rola jest zakończona. Natomiast nieoficjalnie chciałbym pana zapewnić, że zawsze chętnie będę służył panu radą i pomocą, jeśli tylko będzie pan tego potrzebował.

– Dziękuję... – wykrztusił Harry. „Na pewno będę potrzebował pomocy." – pomyślał z lekkim przerażeniem.

– Jeszcze tylko jedno – oznajmił prawnik rzeczowo. – Podatek spadkowy został opłacony, zarówno w Norwegii, jak i we Francji i nie będzie pan miał żadnych problemów z tym związanych. Wszelkie formalności zostały załatwione. Olaf, proszę bardzo, ustępuję ci miejsca.

Norweg uśmiechnął się szeroko i wyjął z kuferka podłużne, drewniane pudełko.

– Ponieważ nie będę mógł być na twoich urodzinach, Harry, to prezent ode mnie dostaniesz już teraz. – Mężczyzna zdjął pokrywkę i podał Harry'emu otwarte pudełko. Chłopakowi zaparło dech. Wewnątrz pudełka leżał zegarek. Ale jaki! Tak eleganckie i wytworne czasomierze Harry widywał na zdjęciach w katalogach, z lubością przeglądanych przez Petunię Dursley i jej „przyjaciółki" podczas proszonych „herbatek". Potem Petunia złośliwie obgadywała swoje znajome przed Vernonem, naśmiewając się z nich bezlitośnie, a katalogi mody lądowały w koszu na śmieci. Harry czasami wyciągał je stamtąd i ukradkiem oglądał... A teraz miał w ręku taki właśnie wspaniały zegarek! Podniósł głowę i spojrzał prosto w błękitne oczy Norwega.

– Dziękuję... – wyszeptał, z trudem wydobywając głos ze ściśniętego gardła.

– Będzie działać w Hogwarcie, bo nie jest elektroniczny. Nakręca się sam, pod wpływem ruchów nadgarstka, więc nie musisz o tym pamiętać – powiedział Olaf uśmiechając się kątem ust.

– Czy jest magiczny? – spytał Ron wpatrując się z zaciekawieniem w zegarek. Harry spojrzał na przyjaciela. Poczuł się dziwnie winny. Chętnie podzieliłby się z Weasleyami swoimi pieniędzmi, ale wiedział, że oni niczego od niego nie przyjmą... Na twarzy Rona nie było jednak ani cienia zazdrości. Tylko zainteresowanie.

– Sam zegarek nie – odpowiedział Norweg na pytanie rudzielca. – Ale dodałem mu trochę magii – zaśmiał się. – Nałożyłem na niego kilka zaklęć – wyjaśnił. – Nigdy go nie zgubisz, nikt ci go nie ukradnie i nie będziesz musiał go czyścić – zakończył, patrząc na Harry'ego. W oczach miał figlarne błyski. Radość chłopaka wyraźnie go cieszyła.

– To świetnie! – Harry szybko zsunął z ręki swój stary zegarek i założył nowy.

– A oto ostatnia niespodzianka! – Norweg machnął różdżką i na stole pojawił się wielki pluszowy misiek. Harry westchnął z niedowierzaniem. A toż co?! Wyraźnie rozweselony mężczyzna chwycił zabawkę i zaprezentował obecnym. Pierwszy parsknął śmiechem Dumbledore. Po chwili dołączyli do niego profesor McGonagall i Lupin, a za nimi Ron i Hermiona. Mecenas Vongerichten–Wintour chichotał radośnie i nawet Snape się jakby uśmiechnął. Harry popatrzył na miśka i też się roześmiał. Tylko Dursleyowie się nie śmiali. Wszyscy czworo mieli ponure miny. Patrzyli na pluszaka spode łba, jakby ta niewinna zabawka mogła im czymś zagrozić. Chłopak zerknął na nich i szybko odwrócił wzrok. Postanowił pójść za radą swego norweskiego kuzyna i zignorować Dursleyów. Cokolwiek zrobią, czy powiedzą...

A misiek wyglądał rzeczywiście bardzo zabawnie. Miał butną minę i sprawiał wrażenie ogromnie zadowolonego z siebie. Nic dziwnego – był ubrany w doskonale dopasowane wełniane spodnie, lnianą koszulę i aksamitną kamizelkę. Do tego jedwabny, złocisto–zielony krawat z odrobiną czerni, ozdobiony zapinką z jakimś ciemnozielonym kamieniem i pasujące do tego spinki do mankietów.

– Ten pluszowy dżentelmen to prezent od firmy Versace. Klienci, którzy u nich robią duże zakupy są zawsze obdarowywani zabawnymi gadżetami i cennymi prezentami. Krawat jest z naturalnego jedwabiu, a spinki są złote – wyjaśnił poważnie Olaf Goldstone.

Harry wziął miśka i uważnie mu się przyjrzał. Pluszak był miękki i bardzo przyjemny w dotyku.

– Moja pierwsza zabawka... – mruknął chłopak cicho.

– Coś ty powiedział?! – warknął gniewnie Norweg. Odwrócił się gwałtownie w stronę Petuni Dursley, wpatrując się w nią zwężonymi oczami. Wyraz twarzy zmienił mu się w mgnieniu oka. Już się nie uśmiechał. Harry zagryzł wargi. Miał poważne obawy, że słowa, które mu się niebacznie wymknęły mogą stać się zaczynem kolejnej awantury, a tego wcale nie chciał.

– Ach tak... – wysyczał jadowicie jasnowłosy mężczyzna, nie odrywając spojrzenia od Petunii. Kobieta skuliła się wystraszona. Harry z pewnym zdziwieniem zauważył, że nie patrzyła na Goldstone'a, ale zerkała na niego, jakby nieco niepewnie. Chyba chciała coś powiedzieć i nie mogła znaleźć słów. Sprawiała wrażenie nie tylko przerażonej, ale także zmieszanej i zagubionej. Chłopak pomyślał, że Petunia wygląda żałośnie i poczuł że budzi się w nim cień litości. Pomimo wszystko. Odwrócił się do Goldstone'a, ale nie zdążył nic zrobić, ponieważ mecenas Vongerichten–Wintour ubiegł go z interwencją.

– Olaf, przecież wiedziałeś o tym od dawna – wtrącił się stanowczym tonem. – Nie traćmy czasu na jałowe kłótnie, tym bardziej, że wszystko już ustaliliśmy i państwo przyjęli naszą propozycję – skinął głową w stronę Dursleyów. – Odczytywanie testamentu zostało zakończone, proponuję więc, żebyście państwo wrócili do swojej kwatery – zakończył z naciskiem.

– Sami nie trafimy! – warknął Vernon Dursley.

– Madame Pomfrey państwa odprowadzi – odpowiedział natychmiast Dumbledore, podniósł się i podszedł do kominka.

Gdy Dursleyowie opuścili gabinet dyrektora, Harry odetchnął z ulgą. Miał dość ich towarzystwa. I chyba nie tylko on, bo atmosfera w gabinecie zdecydowanie wypogodniała, chociaż nadal odczuwał napięcie. Szybko się rozejrzał. Mecenas patrzył na Goldstone'a i Snape'a z wyraźną naganą. Chłopak pomyślał z podziwem o prawniku. Na pewno miał niezwykle silną osobowość, skoro potrafił poskromić Mistrza Eliksirów i jego przyjaciela – zmusił ich obu do panowania nad sobą i stłumienia wybuchów furii.

Snape przez chwilę patrzył na drzwi, z taką miną, jakby obawiał się, że Dursleyowie wrócą. Zachowanie Mistrza Eliksirów wobec nich nie było, łagodnie mówiąc, uprzejme. Harry westchnął w duchu. Nie odczuwał satysfakcji patrząc na ich upokorzenie i nie wierzył, żeby ta bolesna lekcja czegokolwiek ich nauczyła. Mimo wszystko miał nadzieję, że zostaną skutecznie ukryci w Kanadzie i będą bezpieczni... o ile sami czegoś nie zepsują. Ale może się uda.

– Severusie, dokończ swoją opowieść – Mecenas Vongerichten–Wintour skinął głową Mistrzowi Eliksirów i rozsiadł się w fotelu. Snape wyjął z kieszeni marynarki małe pudełeczko obite czarnym aksamitem. Podał je Harry'emu na otwartej dłoni.

– Miałem ci to wręczyć w twoje szesnaste urodziny – powiedział zmęczonym głosem. – Razem z różdżką Lily. Ponieważ jej różdżkę już masz, więc to także otrzymasz dzisiaj. Weź.

Ku najwyższemu zdumieniu chłopaka, w pudełeczku był tylko mały, złoty, prosty krzyżyk na cienkim, również złotym łańcuszku. Harry nie poczuł w tym śladów magii... Popatrzył pytająco na profesora.

– To twój krzyżyk od chrztu – odpowiedział Mistrz Eliksirów na nieme pytanie chłopca. – Nie ma w nim żadnej magii... Nie, nie użyłem teraz legilimencji – westchnął. – Musisz się nauczyć bardziej nad sobą panować, wszystkie myśli masz wypisane na twarzy.

Harry zacisnął szczęki. Szybko zapiął na szyi łańcuszek i schował krzyżyk pod koszulą.

– Dziękuję... I proszę o wyjaśnienia! – powiedział cicho, ale stanowczo.

– Oczywiście. Usiądź – zażądał spokojnie Snape. – Miałeś kilka tygodni, gdy twój ojciec zdecydował, że trzeba cię ochrzcić i oznajmił twojej matce, kogo wybrał na ojca chrzestnego. Lily spodziewała się oczywiście, że wybranym przez jej męża do tej roli będzie Syriusz Black, ale wcale nie była tym zachwycona. Kiedy jeszcze wszyscy byliśmy uczniami nie znosiła Blacka, a potem, chociaż jej niechęć do niego nieco się zmniejszyła i twierdziła, że nawet go polubiła, to niezbyt mu ufała. Lily zawsze uważała Blacka za osobnika nieodpowiedzialnego i nie miała wysokiego mniemania o jego intelekcie. Powiedziała twemu ojcu, że ona też wybrała dla ciebie ojca chrzestnego. Potter oczywiście próbował protestować, ale nic nie wskórał, bo gdy Lily coś postanowiła, to wszelki sprzeciw był bezcelowy. Dlatego miałeś dwóch ojców chrzestnych. Jednym z nich był Black, drugim ja.

W gabinecie zapadła taka cisza, że Harry miał wrażenie, jakby nagle ogłuchł. Siedział jak sparaliżowany i czuł w głowie kompletną pustkę. Okropną ciszę przerwało chrząknięcie profesor McGonagall.

– Severusie! – jęknęła. – Dlaczego mówisz o tym dopiero teraz?!

– Bo dopiero teraz mogę – wyjaśnił szorstko. – Nie jestem już szpiegiem i ta tajemnica może zostać ujawniona. Choć lepiej, żeby to się nie stało powszechnie wiadome. Przede wszystkim nie powinno to dojść do uszu Riddle'a. A zaklęcie, które broni Pottera przed penetracją jego umysłu przez Voldemorta będzie działać znakomicie, oczywiście jedynie pod warunkiem, że sam Potter go nie usunie.

– Nie! – krzyknął Harry z przerażeniem. – Chcę żeby działało!

– Możesz to zrobić całkowicie bezwiednie – powiedział ostrzegawczym tonem Dumbledore. – Niestety, żadne zaklęcie nie daje stuprocentowej pewności, że zadziała poprawnie i zgodnie z intencją rzucającego. Szczególnie tak bardzo skomplikowane. Musisz się z tym pogodzić.

– Nawet Avada może nie zadziałać, o czym wiesz doskonale, lepiej niż ktokolwiek inny – wtrącił miękko Olaf Goldstone. – Mieliśmy naprawdę bardzo ważny powód, żeby milczeć – dodał.

Snape wstał. Szybkim ruchem podsunął w górę lewy rękaw marynarki, podwijając jednocześnie rękaw koszuli. Odsłonił Mroczny Znak na przedramieniu, teraz ledwie widoczny. Mimo, że czaszka była szara i przyblakła, Znak zdawał się pulsować, a wąż wił się, jakby z wściekłością. Wyglądało to ohydnie, ale Harry nie miał wątpliwości, że Mroczny Znak na ręce Mistrza Eliksirów został zablokowany. Przypomniał sobie okrzyk Snape'a: „Nie do końca!" – gdy z pomocą Dumbledore'a zmagał się z przesłaną poprzez Znak klątwą Voldemorta, którą ten zaatakował Mistrza Eliksirów. Czy to oznaczało, że Mroczny Znak Snape'a można byłoby całkowicie usunąć, a Mistrz Eliksirów chciał go mieć nadal?!

– Gdy byłem uczniem siódmej klasy, Voldemort zdobywał coraz więcej zwolenników i stawał się coraz bardziej potężny. Wiedziałem, że wielu moich bliskich znajomych go popiera, przede wszystkim członkowie starych rodów i czystokrwiści – Snape prawie szeptał, ale nikt ze słuchaczy nie uronił ani słowa. W komnacie panowała taka cisza, że można byłoby usłyszeć odgłos upadku szpilki na puszysty dywan wyściełający podłogę gabinetu. Wszyscy zamarli, wpatrzeni w Mistrza Eliksirów. – Nie chciałem wstąpić w jego szeregi, chociaż Lucjusz Malfoy gorąco mnie do tego namawiał. Nie odmawiałem wprost, powiedziałem Lucjuszowi, że muszę najpierw załatwić moje sprawy prywatne i zdać OWTM–y. Dziewiątego stycznia skończyłem siedemnaście lat i w dramatycznych okolicznościach objąłem w posiadanie Snape Manor. O tym więcej powiem później, bo ta historia wymaga oddzielnej opowieści. Na razie tylko jedno odnośnie tej sprawy. Moi kuzyni próbowali mnie zamordować, a Lily ocaliła mi życie. Dowiedziałem się od Bellatrix, że Lily i jej chłopak, czyli Potter; mają zostać oboje zabici. Lily – bo jest szlamą, a Potter – bo jest zdrajcą idei czystej krwi. A że oboje są ulubieńcami Dumbledore'a, więc ich śmierć miała być dla dyrektora strasznym ciosem. Postanowiłem odwdzięczyć się Lily i zdecydowałem, że najlepiej ją ochronię przystając do śmierciożerców. Bo wtedy będę mieć informacje z pierwszej ręki. No, cóż... Naprawdę nie zdawałem sobie sprawy, na co się decyduję. Bardzo szybko zrozumiałem, że porwałem się na coś, co jest wyjątkowo potworne. I że czeka mnie niewyobrażalny wręcz koszmar. Niestety, nie rozmawiałem wcześniej z nikim o mojej decyzji, chociaż mogłem i powinienem był to zrobić. Postawiłem Lily i moich przyjaciół przed faktem dokonanym. Gdy wyjawiłem im mój potworny sekret, ich pierwszą reakcją było przerażenie. Ale nikt mnie nie odtrącił. Stworzyliśmy wtedy związek, który nazwaliśmy „grupą wzajemnego wsparcia" i postanowiliśmy czynnie walczyć z Voldemortem. A Lily poślubiła Pottera i oboje wstąpili do Zakonu Feniksa, o którym ja wtedy nic nie wiedziałem. Kiedy zacząłem przekazywać Lily informacje, ona mnie usilnie namawiała, żebym szpiegował dla pana – Snape spojrzał na Dumbledore'a, który przyglądał mu się ze smutkiem. – Pomyślałem, że to wcale niegłupi pomysł. Przyszedłem do pana i poprosiłem o pomoc. Głównie chodziło mi o podniesienie moich umiejętności w oklumencji i legilimencji. Trenowałem jedno i drugie od lat, nauczyła mnie tego matka, ale obawiałem się, że moje umiejętności mogą okazać się niewystarczające dla oszukania Voldemorta. O mojej roli wiedziały wtedy tylko dwie osoby z Zakonu Feniksa – Lily i pan, profesorze. Potem dowiedział się jeszcze Potter, bo był zazdrosny i robił Lily awantury. Musiałem się z Lily spotykać... a to strasznie się nie podobało jej mężowi – głos Mistrza Eliksirów wręcz ociekał jadem, gdy to mówił. – Zaczął nas śledzić wysługując się Pettigrewem. Ironia losu... Lily nie mogła już tego znieść i w końcu powiedziała swemu mężowi dlaczego się widujemy. Powiedziała mu to w dniu swojej śmierci. Może dlatego Pettigrew się nie dowiedział o mojej działalności, bo po prostu Potter nie zdążył go o tym poinformować. Potter tak absurdalnie ufał Glizdogonowi. Nie mogę zrozumieć, dlaczego. – Snape potarł czoło. – To mnie dziwiło, ale niestety nie zastanawiałem się wtedy nad tą kwestią. Nigdy nie zwracałem na Pettigrewa uwagi, a to był potworny błąd. On, jak się okazało, był bardzo dobrym aktorem. Przecież przez rok szpiegował Zakon. Nikt go o nic nie podejrzewał, a ja nie miałem pojęcia o jego roli. No i chyba jednak nie był aż takim beznadziejnym beztalenciem, skoro jednym zaklęciem uśmiercił dwanaście osób i wrobił w to Blacka tak, że wszyscy uwierzyli w jego winę. I zamordował Cedrika Digorry'ego rzucając Avadę, w dodatku użył do tego różdżki Riddle'a, a nie swojej własnej, choć i ją miał.

– Gdzie on teraz jest? – przerwał Snape'owi Lupin. – Wiesz? – spytał, nie ukrywając gniewu.

– Tak, cały czas jest przy gadzinie – warknął Mistrz Eliksirów. – Mniejsza z tym.

– Jest dobrze pilnowany, tak samo, jak wszyscy pozostali śmierciożercy i sam pseudolordzina – nieoczekiwanie wtrącił się Olaf Goldstone. W jego głosie brzmiała pogarda. – Mów dalej, Severusie!

– Spotkałem się z Lily w kawiarni TEGO dnia... To było przed południem. Rozmawialiśmy kilkanaście minut, potem odszedłem z madame Nicole, a Lily została. Wtedy ostatni raz widziałem ją żywą – Snape mówił z wyraźnym wysiłkiem. – Próbowałem ją ostrzec, ale ona wróciła do domu. Widziała się jeszcze z Margheritą, córką madame Nicole... Margherita namawiała ją, żeby uciekała, bo ktoś ich zdradził i Voldemort może do nich trafić. Lily powiedziała Marghericie, że posłucha jej rady, ale najwyraźniej nie zdążyła.

– Czy wie pan... Co się stało? – zapytał Harry. Głos mu się załamał.

– Niestety, nie... – Snape nie patrzył na chłopaka, jego wzrok błądził gdzieś poza oknem. – Godzinę po rozmowie z twoją matką poleciałem świstoklikiem do Francji. Miałem wrócić następnego dnia rano. Lily obiecała mi, że porozmawia z Jamesem. Okropnie nas oboje zirytował widok włóczącego się za nami Glizdogona. Nie byłem przekonany co do słuszności decyzji o poinformowaniu Pottera w kwestii mojej działalności. Miałem obawy, że on powtórzy to Blackowi, a jemu nie ufałem ani trochę. Lily obiecała mi jednak, że zażąda od swego męża zachowania tajemnicy. Margherita powiedziała mi potem, że rozmawiała z Lily tuż po moim wyjeździe, a Twoja matka powiedziała jej, że jeśli ma uciekać, to razem ze swoim mężem. Chciała go ocalić... Podejrzewam, że nie zdołała go przekonać, a to skończyło się... tak jak się skończyło... – Snape urwał. Przez chwilę milczał, po czym z wyraźnym wysiłkiem ponownie podjął opowieść. – W nocy nie mogłem spać. Miałem złe przeczucia. Próbowałem się uspokoić czytając coś, ale nic to nie pomogło. W pewnym momencie poczułem potworny ból. Palił mnie Mroczny Znak. Nigdy wcześniej nie czułem czegoś równie strasznego. To było gorsze nawet od Cruciatusa. Straciłem na chwilę przytomność. Ocknąłem się błyskawicznie, gdyż usłyszałem gasnący głos Lily. Wymówiła dwa imiona... Harry... i jeszcze jedno. Nie, nie moje.

– Czyje?! – jęknął Lupin.

– Człowieka, którego kochała od piętnastego roku życia – odpowiedział cicho Snape. Popatrzył smętnie na Harry'ego, omijając wzrokiem Lupina. – To było w czwartej klasie... Drugiego stycznia Lily skończyła piętnaście lat, a moje czternaste urodziny przypadały dziewiątego. Postanowiliśmy, że urządzimy sobie przyjęcie, tylko dla nas dwojga. Udało mi się namówić skrzaty w kuchni, żeby upiekły nam mały tort według przepisu mojej matki i kupiłem w Hogsmeade trochę kremowego piwa. Początkowo bawiliśmy się nieźle, ale Lily nie zdołała ukryć przede mną, że coś ją trapi. Była bardzo smutna, co starała się schować pod maską sztucznej wesołości. W końcu spytałem, co się stało. Nieoczekiwanie wybuchnęła strasznym płaczem i przyznała mi się, że od kilku miesięcy kocha chłopaka, który nie zwraca na nią najmniejszej uwagi. Powiedziała mi, kto to jest. Czułem się kompletnie bezradny, miałem czternaście lat i jeszcze się nie interesowałem dziewczętami, to przyszło później... Lily była starsza ode mnie o rok, a jej ukochany miał już prawie siedemnaście lat. Nie miałem pojęcia, co zrobić, ani co powiedzieć. On nigdy nie zauważył jej jako kobiety, ani gdy byliśmy uczniami w szkole, ani później. Lubił ją, owszem, ale nic ponad to... Kiedy byliśmy już na ostatnim roku, Lily zaczęła chodzić z Potterem, ale tak naprawdę, to on był dla niej tylko „nagrodą pocieszenia". No, cóż... Potter adorował ją wytrwale i w końcu nauczył się ukrywać przed nią swoje występki. Lily wmawiała mi, że Potter się zmienił, niestety, ja wiedziałem lepiej... Być może Lily miała nadzieję, że wiążąc się z Potterem zwróci na siebie wreszcie uwagę ukochanego? Lecz tak się nie stało. Ucieszył się z ich związku i chyba nawet w głowie mu nie postała myśl, jaka jest prawda. Lily twierdziła, że pokochała Pottera, ale gdy zadałem jej pytanie wprost: „Czy kochasz Jamesa?" to, chociaż odpowiedziała mi, że bardzo go kocha, wyraźnie się przy tym zawahała. Dziś myślę, że gdyby tamten tylko kiwnął palcem, natychmiast porzuciłaby Pottera i odeszła z ukochanym. W tamtej strasznej chwili uświadomiłem sobie, jak bardzo musiała kochać tego człowieka, skoro ostatnim wypowiedzianym przez nią słowem było jego imię! Wiedziałem, że Lily umiera... że umarła. I nie miałem żadnych wątpliwości, że się nie omyliłem – zdrajcą był Black! Wszyscy wtedy byli przekonani, że to on był Strażnikiem. Wróciłem natychmiast do Anglii, ale już było za późno. Dowiedziałem się od razu, że ty ocalałeś – mówiąc to wszystko nie spuszczał spojrzenia z Harry'ego, a chłopak miał wrażenie, że przenikliwy wzrok Mistrza Eliksirów przechodzi przez niego, jakby był ze szkła. – I bardzo żałuję, że cię nie zabrałem. Za bardzo zawierzyłem panu, panie dyrektorze – odwrócił się gwałtownie do Dumbledore'a. – Niestety, pańska ocena sytuacji okazała się zbyt optymistyczna! Zabrałbym chłopaka, ale to, – wskazał na Mroczny Znak – mnie powstrzymało. Piętno nie zniknęło, co oznaczało, że ten parszywa gadzina przeżył. I na pewno zrobi wszystko, żeby wrócić. Lily powiedziała mi o przepowiedni, ale wtedy, mając świadomość, że ona przed chwilą została zamordowana, a ja byłem oddalony od niej o tak wiele mil i nic nie mogłem zrobić... byłem zbyt zrozpaczony, żeby myśleć jasno i zdać sobie sprawę ze wszystkich możliwych skutków tego, co się wydarzyło.

Snape zasłonił Mroczny Znak i usiadł w fotelu.

Harry przełknął ślinę. Gardło miał suche jak wiór.

– Wiedział pan... że moja mama rzuciła zaklęcie Tarczy Miłości? – spytał wreszcie.

– Oczywiście. To było jedyne, co mogło cię ocalić. Bezgraniczne poświęcenie twojej matki – odpowiedział posępnie Snape.