– Nie rozumiem, jak mogłeś usłyszeć słowa wypowiedziane przez umierającą Lily! – wybuchnęła profesor McGonagall.

– Mogłem – odpowiedział zimno Snape. – Tak, jak mogłem Potterowi... Harry'emu... – mówił dalej z wyraźnym trudem. – ...telepatycznie przesłać wołanie o pomoc. Związałem się z Lily Przymierzem Krwi, a to rozciąga się także na jej syna. Na podobnej zasadzie działa połączenie Pottera z Voldemortem. Tylko że Przymierze Krwi jest dobrowolne, a połączenie chłopaka z gadziną powstało przypadkowo. I Przymierza Krwi nie można zablokować. Ja w każdym razie nie znam na to sposobu!

– Wiem, co oznacza Przymierze Krwi – wyszeptała kobieta ze zgrozą pomieszaną z podziwem. – To niesamowite. Do tego zaklęcia potrzeba niewiarygodnej wprost odwagi!

– Lily miała wątpliwości, twierdziła, że nie chce mnie narażać, ale ją namówiłem. To ona była zagrożona, o wiele bardziej niż ja. Skonstruowaliśmy także różne tarcze ochronne, zastosowaliśmy kombinacje zaklęć...

– ...z których na pewno co najmniej połowa była nielegalna... – mruknęła McGonagall posępnie, wpadając Snape'owi w słowa.

– A i owszem, większość – Snape zaśmiał się złośliwie. – Ale mieliśmy to prawdę mówiąc...

– W głębokim poważaniu – dopowiedział szyderczo Olaf Goldstone.

– Najważniejsze dla Lily było bezpieczeństwo jej syna – Mistrz Eliksirów zerknął przelotnie na Harry'ego. – Cała reszta nie miała znaczenia. Niestety, ja wiedziałem, że nawet najpotężniejsza z naszych Tarcz może okazać się niewystarczająca. I dlatego przystałem do śmierciożerców. Żeby mieć informacje z pierwszej ręki – zakończył.

– Do rzucenia zaklęcia blokującego moje połączenie z Voldemortem też użył pan mojej i swojej krwi – odezwał się Harry. – Chciałbym także wiedzieć... Dlaczego nie pozwolił pan całkowicie wymazać sobie Mrocznego Znaku? Może mi pan na to odpowiedzieć?

– Jestem twoim najbliższym krewnym i zawarłem Przymierze Krwi z twoją matką, więc do rzucenia zaklęcia blokującego twój umysł przed penetracją, twoja i moja krew były konieczne jako najważniejsze komponenty. Dlatego też nie mogłem pozbyć się tego mrocznego piętna. Ty masz bliznę, a ja Mroczny Znak. Jeśli gadzina podejmie jakiekolwiek działania przeciwko któremuś z nas, obaj będziemy o tym wiedzieli. Ty możesz osłabić to zaklęcie, albo... Hmm... Może lepiej użyję określenia: „zawiesić jego działanie". A to oznacza, że musisz się nauczyć panować nad swoim umysłem oraz nad tym zaklęciem. Wtedy będziesz mógł podsłuchiwać co myśli Riddle, a on nie będzie o tym wiedział. W drugą stronę to nie będzie działało, on nie będzie mógł podsłuchiwać ciebie. Rozumiesz?

– Tak – odpowiedział szybko Harry. – Ale czy to oznacza, że mogę modyfikować to zaklęcie?

– W pewnym sensie tak – wyjaśnił Snape jakby z pewnym wahaniem. – A co do mojego piętna, to miałem jeszcze jeden powód, żeby się go nie pozbywać. Voldemort nie pomyślał o tym, że można będzie działanie Znaku obrócić przeciwko niemu. Dopóki mam go na ręce, będę wiedział o każdej akcji, w której Voldemort użyje piętna do zwoływania swoich niewolników i co gorsza – dla niego oczywiście – będę wiedzieć, kogo on wzywa. A on nie może temu zapobiec!

– Dlaczego, Severusie? O tym nigdy mi nie mówiłeś?! – zdumiał się Dumbledore.

– Nie? Widocznie nie pomyślałem o tym aspekcie sprawy – westchnął Snape. – Rzecz jest bardzo prosta. Wymyślił to zaklęcie tak, żeby wiedzieć, gdy któryś z naznaczonych będzie się próbował pozbyć piętna. Zmodyfikował znane zaklęcia lojalności i nie pomyślał o tym, że ktoś może przyjść do niego tylko po to, żeby go szpiegować. I że jego zaklęcia przymusu nie będą miały nad tą osobą żadnej mocy, bo ten ktoś wcześniej złożył dobrowolnie inne przysięgi, posługując się znacznie potężniejszą magią, niż ta, jaką on władał.

– Ten „ktoś" to ty? Masz na myśli siebie – westchnęła profesor McGonagall.

– Nie tylko – uciął Snape. – Riddle skonstruował znak w taki sposób, że tylko on osobiście może zablokować komunikację, ale w tym celu musi wezwać delikwenta do siebie. Nie może tego zrobić na odległość. Nie pomyślał o tym. Nie może zamknąć tego kanału informacyjnego, bo sam to tak wykombinował! I dzięki temu, ja mogę się dowiedzieć, kogo on wzywa! A komunikacja przez Znak działa tylko w jedną stronę, czyli od gada do jego naznaczonych niewolników. Żeby zablokować mój Znak musiałby przestać używać swojego! To tak jak z radiostacją i odbiornikami. Kto ma działający odbiornik, to może odbierać nadawane audycje i nadawca nic nie może na to poradzić. Poza tym, nie chciałem, żeby się zorientował, że ty, Potter, jesteś w stanie całkowicie zniszczyć mój „odbiornik". Lepiej, by o tym nie wiedział. I jeszcze coś obróciło się przeciwko niemu... – Snape zerknął na Harry'ego i wyraźnie się zawahał.

– Coś jeszcze? Związane ze mną? – szepnął Harry.

– Tak – tym razem odpowiedział Dumbledore. – Tom zrobił chyba najgłupszą rzecz, jaką mógł uczynić. Ma w żyłach twoją krew. A to daje ci nad nim ogromną przewagę.

– Mam wrażenie, że już mi pan to mówił... A ja pana nie zrozumiałem – jęknął Harry z rozpaczą. – No a moja blizna? Ona nie działa, jak Mroczny Znak!

– Bardzo słuszne spostrzeżenie – powiedział sucho Snape. – Twoja blizna i umysł gadziny to jak dwie radiostacje, albo dwa telefony komórkowe. Tylko że ty teraz możesz swój wyłączyć.

– Niezwykle trafna analogia – oznajmił z uznaniem dyrektor. – Radziłbym jednak nie lekceważyć Riddle'a. On też może się nauczyć wyłączać swoją komórkę... Chociażby stosując zmodyfikowaną oklumencję.

– Nic nie rozumiem! – jęknął Ron. – Co to jest „telefon komórkowy"?!

– Później ci wyjaśnię – uciszyła go pospiesznie Hermiona, która z najwyższą uwagą słuchała toczącej się rozmowy. Wręcz chłonęła wszystko, co zostało powiedziane.

– Oklumencja, legilimencja... – mruknął Harry ponuro. – Ciekaw jestem, czy Voldemort, kiedy dzielił ciało z Quirrelem nie próbował na mnie legilimencji. Pamiętam, że podczas uczty spojrzałem na Quirrela i wtedy strasznie rozbolała mnie blizna! A zaraz potem poczułem potworny ból głowy!

– Nie wiem, czy gadzina próbował czytać twój umysł stosując legilimencję – westchnął Snape. – Raczej byłoby mu trudno to zrobić. Blizna zabolała cię, bo on był blisko, ale ten ból głowy, który cię zaatakował chwilę później, to już była moja wina.

– Jak to?! – wykrzyknął Harry, zbyt zaskoczony tym co usłyszał, by się oburzyć.

– Po prostu, użyłem legilimencji. Spojrzałeś na mnie, a ja wykorzystałem okazję. Chciałem się dowiedzieć czegoś o Dursleyach, bo usłyszałem niepokojące historie opowiadane przez Hagrida i przyznam się, że nie wierzyłem własnym uszom. Nie mieściło mi się w głowie to, co on opowiadał. Niestety, to była prawda. Od ciebie się tego wtedy nie dowiedziałem, bo twoje myśli w tym momencie były zmącone i zajęty byłeś czymś innym, więc szybko się wycofałem – wyjaśnił spokojnie Mistrz Eliksirów.

– Kiedy tylko Severus powtórzył mi, co usłyszał od Hagrida, natychmiast wstrzymaliśmy wysyłanie pieniędzy twojej ciotce. Nie wysłaliśmy ci też prezentu na urodziny – wtrącił Olaf Goldstone. – Teraz wiemy, że Petunia zdefraudowała twoje pieniądze i nie oddawała ci przesyłanych przez nas zabawek. Zaufaliśmy panu profesorowi, licząc na to, że się tobą zaopiekuje – Norweg popatrzył z jawną pretensją na Dumbledore'a.

– Ma pan rację, to w sporej części była moja wina – westchnął dyrektor ze smutkiem.

– Moja też – mruknął gniewnie Olaf Goldstone.

– Obawiam się, że gdybyście wy obaj zaczęli bardziej interesować się Harrym, to źle by się to skończyło i dla was i dla niego – wtrącił szorstko mecenas Vongerichten–Wintour. – I tak teraz już za późno na żale.

– Słusznie – warknął Snape. – Ale w związku z tym musimy teraz ustalić kwestię opieki prawnej nad tobą, Potter. Jest to bardzo pilne, bo minister Diggory zapowiedział wydanie szeregu nowych ustaw i regulacji prawnych, które między innymi dotyczyć będą opieki nad niepełnoletnimi czarodziejami.

– Opieki prawnej? – wykrztusił Harry. – Jak to?!

– Według prawa społeczności czarodziejskiej, pełnoletność uzyskuje się z chwilą ukończenia siedemnastu lat, a w świecie mugoli, przynajmniej tu, w Wielkiej Brytanii – trzeba mieć osiemnaście lat, żeby zostać uznanym za dorosłego – wyjaśnił szybko adwokat. – Nie wiedziałeś o tym? Niemożliwe!

– Wiedziałem, ale nie zastanawiałem się nad tym – mruknął Harry smętnie.

– Zaklęcie ochronne krwi nie działa, bo swoim postępowaniem Dursleyowie doprowadzili do tego, że dla nich zniknęło bezpowrotnie – powiedział Snape dziwnie beznamiętnym głosem.

– Zdumiewające, że to nie MNIE pan o to oskarża! – sarknął Harry.

Snape zaśmiał się złośliwie.

– Cóż, gdybym JA był na TWOIM miejscu, zaklęcie zniknęłoby dużo wcześniej – wywarczał. – Ale to nie jest w tej chwili istotne. Ważne jest, że teraz możesz wybrać. Wcześniej takich możliwości nie było.

– Co to znaczy? Co pan ma na myśli? – spytał chłopak nieufnie.

– Dursleyów odrzuciłeś definitywnie. Zatem musisz się zdecydować na innych opiekunów. Dopóki jesteś niepełnoletni, musisz jakichś mieć, w przeciwnym razie wyznaczy ci opiekuna Ministerstwo! – oznajmił lodowatym tonem Snape.

– Nie! – wykrzyknął chłopak spontanicznie. Ministerstwo ma mu wybrać opiekuna?! Co to, to nie!

– Niestety, Harry, takie jest prawo – westchnęła smutno profesor McGonagall. – Nie wiedziałam o tych wszystkich uwarunkowaniach i nie miałam pojęcia, że twoim opiekunem musi być ktoś z rodziny twojej matki. Dlatego sprzeciwiałam się oddaniu cię Dursleyom. Syriusz niestety trafił do Azkabanu, a o twoich innych krewnych nic nie było wiadomo. No i nikt nie miał pojęcia o tym, że masz dwóch ojców chrzestnych!

– Black uważał to za straszny despekt dla swojej osoby – zakpił Snape. – Wszyscy uczestnicy ceremonii milczeli, choć każdy z innych powodów. Mniejsza teraz o to. Jaką podejmiesz decyzję, Potter? – Mężczyzna spojrzał na Harry'ego zmrużonymi oczami.

– A jaką mogę? – zniecierpliwił się chłopak. – Kto może być moim opiekunem?! Pan? Profesor Lupin? Pani Weasley?!

– Nie, Molly na pewno nie – skrzywił się Snape. – Natomiast ja i Lupin z całą pewnością tak. Oprócz nas dwóch w grę wchodzi jeszcze Olaf.

– A Dudley? – wypalił nagle Harry. – Przecież on jest synem Petunii! Czy przypadkiem jego ktoś nie będzie brał pod uwagę? Wolałbym nie...

– Bez obaw. Dudley nie jest dorosły, nie ma własnego domu i jest ociężały umysłowo. Nie mówiąc już o tym, że jest mugolem. No i boi się ciebie panicznie... – podsumował ironicznie Mistrz Eliksirów.

– I nienawidzi – mruknął Harry.

– Otóż to. Na niego nie masz co liczyć i jestem pewien, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie próbował ustanowić go twoim opiekunem – zaśmiał się złośliwie Olaf Goldstone.

– No, cóż. Rozważmy teraz, co przemawia za każdym z nas, a co przeciw. Za mną przemawia nasze pokrewieństwo. Po Petunii jestem twoim najbliższym krewnym ze strony matki... – oznajmił Snape.

– Ale przecież zaklęcie mojej matki przestało działać! – wykrzyknął Harry z rozpaczą. – Nawet jeśli wybiorę pana, to co z tego? Jest pan krewnym mojej mamy, ale jakie to może mieć znaczenie?

– Magia Lily wciąż w tobie tkwi. Zaklęcie przestało działać dla Dursleyów, lecz może się znów uaktywnić. Jednak możesz to zrobić tylko ty i tylko wtedy się to stanie, gdy w pełni świadomie i z całkowitym przekonaniem uznasz mnie za swojego krewnego. Jeśli zdecydujesz się ze mną zamieszkać, będziesz w moim domu bezpieczny. Myślę, że o wiele bardziej, niż byłeś kiedykolwiek u Dursleyów. Jednak musisz tego naprawdę chcieć! No i wtedy będziemy się chronić nawzajem, bo to zaklęcie tak działa. Przeciwko mojej kandydaturze przemawia tylko jedno. Nienawidzisz mnie.

– Nie! – krzyknął Harry z głębi serca. – To nieprawda! Już nie... – Ostatnie dwa słowa powiedział bardzo cicho.

– Dziękuję – mruknął mężczyzna nieco drwiąco. – Rozpatrzmy dwie pozostałe kandydatury. Najpierw Lupin. Jesteście obaj współwłaścicielami domu przy Grimmauld Place 12. Dom jest chroniony Fideliusem, a Strażnikiem jest sam profesor Dumbledore. Czyli jest to jedno z najbezpieczniejszych miejsc w Anglii. Co do samego Lupina – bardzo go lubisz i mu ufasz. Mam rację?

– Tak – Harry uśmiechnął się smutno. To prawda, ufał Lupinowi.

– Przeciwko niemu przemawia zaś to, że nie jest twoim krewnym, więc zaklęcie Lily raczej się dla niego nie uaktywni, chociaż... istnieje na to pewna szansa. Wydaje mi się, że niewielka, ale nigdy nic nie wiadomo. Nikt jeszcze nie zgłębił do końca wszystkich tajników Magii Miłości... – Snape zamyślił się na chwilę. Potarł dłonią czoło.

– Severusie, czy ty mówisz poważnie? – spytał Lupin ochrypłym głosem.

Harry wstrzymał oddech. Spojrzał na Remusa. Mężczyzna był potwornie blady, jego twarz przybrała barwę śniegu.

– Tak, zapewniam cię, że jestem wyjątkowo poważny. Chyba nie przypuszczasz, że uważam ten temat za odpowiedni do żartów?! – warknął wściekle Mistrz Eliksirów.

– Przepraszam – szepnął Lupin. – Nie miałem pojęcia... – wykrztusił.

– Jasne, rozumiem – mruknął Snape sarkastycznie.

– Przeciwko mnie przemawia też moja likantropia – w głosie Remusa zabrzmiała rezygnacja.

– Jeśli nie zapomnisz o piciu eliksiru, to nie będzie z tym żadnego kłopotu. No i mam nadzieję, że Diggory pójdzie po rozum do głowy i uchyli dekrety tej ropuchy Umbridge przeciwko wilkołakom, bo jeśli nie, to Voldemort będzie miał na usługi całą armię likantropów dowodzoną przez Fenrira Greybacka! – wysyczał Snape. – Kiedy wilkołaki uzyskają pełnię praw w naszym społeczeństwie, nie będzie żadnych przeszkód prawnych, żebyś został opiekunem Pottera. Natomiast co do samego domu, to przecież sam niedawno mówiłeś, Lupin, że przydałby się tam remont. Macie teraz obaj z Potterem dość pieniędzy nie tylko na jeden, ale nawet na dwadzieścia remontów – zauważył spokojnie Mistrz Eliksirów.

– A trzecia możliwość? – wtrąciła się energicznie profesor McGonagall. – Pan Goldstone? – pytanie zawisło w powietrzu.

– Tak, ja. Jestem współzarządcą norweskiej części majątku Harry'ego Pottera. Drugim jest oczywiście Henry – odpowiedział żywo Norweg. Uśmiechnął się do Harry'ego, ale zaraz spoważniał kontynuując wyjaśnienia. – Ten hotel i restauracja dają duże dochody, więc kwestie materialne nie stanowią żadnego problemu. Jest tam kilka mieszkań prywatnych, a na terenie wokół zamku urządziliśmy boisko do gry w quiddicha. Gdybyś się zdecydował ze mną zamieszkać, Harry, to związana jest z tym jedna niedogodność... Musiałbyś występować jako Ion Hammersmith. Tak naprawdę, to ten człowiek nie istnieje. Przygotowaliśmy ci ten kamuflaż na wszelki wypadek, już trzy lata temu. Pod taką maską raczej nikt by cię nie znalazł. Ale musiałbyś opuścić Hogwart...

– Nie! – krzyknął Harry spontanicznie.

– Rozumiem. W każdym razie, ta możliwość szybkiego ukrycia się będzie do twojej dyspozycji – obiecał Norweg.

– Mam nadzieje, że jednak nie będę musiał z tego korzystać i do swojego hotelu będę mógł przyjechać jako ja, a nie jako nieistniejący Ion Hammersmith! – wykrzyknął Harry.

– Życzę ci tego z całego serca – zapewnił żarliwie Olaf Goldstone.

– W takim razie wybór pozostawiasz sobie między mną a Lupinem – oznajmił Snape. – Masz czas na podjęcie decyzji do końca tego miesiąca. Do trzydziestego sierpnia i tak będziemy wszyscy przebywać w Snape Manor, więc zyskasz możliwość poznania mnie lepiej. I pamiętaj Potter, że pozory mylą.

– Już się o tym nie raz przekonałem – odpowiedział smutno chłopak. – A wybór nie będzie dla mnie łatwy – dodał szczerze.

– Co do tego, nie mam najmniejszych wątpliwości – mruknął Mistrz Eliksirów.

– Czyżbyś jeszcze się nie zorientował, że ludzkie życie, to jedna długa ścieżka wyborów? – zapytał filozoficznie Olaf Goldstone.

– Niestety, Harry musiał przez całe życie dokonywać znacznie trudniejszych wyborów niż inni – powiedział cicho Dumbledore.

– To prawda... – szepnął Lupin ze smutkiem.

– Pan dyrektor powiedział ci kiedyś, Potter, że to nasze wybory określają, kim naprawdę jesteśmy. – Snape skinął głową w stronę Dumbledore'a i przez chwilę obaj mężczyźni patrzyli sobie w oczy. – Ziarno prawdy w tym stwierdzeniu tkwi na pewno, ale ja mam na ten temat nieco inną teorię. Na nasze wybory wpływa bardzo często przypadek. Przypadkowe spotkania powodują, że podejmujemy decyzje, których inaczej byśmy nie podjęli... To, co ci teraz opowiem, zapewne bardzo cię zaskoczy. Jednak mam też nadzieję, że da ci choć trochę do myślenia. Tiara chciała cię przydzielić do Slytherinu. A ty zapierałeś się rękami i nogami, że nie chcesz. Dlaczego? Bo pierwszą osobą ze świata czarodziejów z jaką rozmawiałeś był Hagrid. Opowiadał ci o Voldemorcie i powiedział między innymi: „...Sam – Wiesz – Kto był w Slytherinie i wszyscy jego zwolennicy..." Nie cytuję dokładnie, mniej więcej tak to brzmiało... Ucząc cię oklumencji widziałem tę scenę w twoich wspomnieniach. Teraz już wiesz, że to nieprawda, bo zwolennicy Riddle'a byli w każdym Domu, a nie tylko w Slytherinie, ale wtedy nie miałeś tej wiedzy, a więc żadnych podstaw, żeby kwestionować słowa Hagrida. Potem spotkałeś Dracona Malfoya u Madame Malkin. Draco zraził cię do siebie z miejsca. Niestety, młody Malfoy nie potrafi zdobywać ludzkiej sympatii. Na dworcu King's Cross poznałeś państwa Weasleyów, potem Ron Weasley przysiadł się do ciebie. Po drodze do szkoły opowiadał ci o Hogwarcie i Domach, a także o Malfoyach. No cóż, to co usłyszałeś nie nastawiło cię pozytywnie do Slytherinu. Kiedy Draco wszedł do waszego przedziału chciał ci ofiarować przyjaźń, a ty go odtrąciłeś. Opowiadał mi o tym. Nawet nie próbowałem mu tłumaczyć, że zachował się idiotycznie i wyjątkowo nietaktownie. Może teraz by to zrozumiał, chociaż mam i co do tego wątpliwości, ale na pewno nie wtedy. Podczas Ceremonii Przydziału myślałeś: „Tylko nie do Slytherinu!" Tiara powiedziała ci, że tam najbardziej pasujesz, ale spełniła twoje życzenie i przydzieliła cię do Gryffindoru. Może cię to zdziwi, ale nie jesteś wcale pierwszym, którego to spotkało. Tiara bardzo często uwzględnia prośby o przydział do wybranego Domu. Gdyby tego nie robiła, byłbyś w Slytherinie.

– Co pan miał na myśli mówiąc, że nie jestem pierwszym? – spytał cicho Harry. Czuł, jak zamiera w nim serce. W jednej sekundzie uświadomił sobie, kogo Snape miał na myśli... Za chwilę jego okropne przeczucia się potwierdziły.

– To samo spotkało twoją matkę. A potem mnie, tylko na odwrót... – mężczyzna dziwnie się skrzywił. – Twoja matka, jadąc po raz pierwszy do Hogwartu usiadła w jednym przedziale z trzema Ślizgonkami. Zaczęły rozmawiać. Te dziewczęta były od Lily starsze, dwie czwartoklasistki i jedna z piątej klasy. Twoja matka, Potter, opowiedziała im o sobie, także to, że pochodzi z mugolskiej rodziny. Wtedy Ślizgonki dały jej do zrozumienia, że jest kimś gorszym, „szlamą"! Lily nigdy pokorna ani łagodna nie była, toteż nawymyślała im od „wrednych idiotek" i poszła do innego przedziału. Trafiła na dziewczyny z Gryffindoru. Z siódmej klasy. Jedna z nich też była „szlamą" ale w Gryffindorze rasistowskie przekonania o wyższości „czystokrwistych" zawsze były źle widziane i tępione, więc jeśli nawet jakiś Gryfon wyznawał takie poglądy, to wolał się z tym nie ujawniać. Toteż Lily spędziła podróż bardzo przyjemnie i wysiadła z pociągu z głębokim przeświadczeniem, że Gryffindor to najlepszy Dom i postanowiła poprosić Tiarę o przydział właśnie tam. Tymczasem Tiara gorąco namawiała ją, żeby zgodziła się na Slytherin – „bo tam najlepiej pasuje", ale Lily upierała się przy Gryffindorze. I trafiła tam gdzie chciała...

– A... pan? Dlaczego chciał pan być w Slytherinie i nie zgodził się na Gryffindor? – zapytała niepewnym głosem Hermiona. – Czy źle pana zrozumiałam?

– Wręcz przeciwnie, doskonale pani zrozumiała – Snape odpowiadając dziewczynie, nie patrzył na Hermionę, tylko na Lupina. A jego spojrzenie mogłoby chyba zamrozić stopioną stal. Harry też spojrzał na Remusa. Wilkołak był bardzo blady, opuścił głowę i wpatrywał się w dywan, jakby kontemplował zawiłe arabeski wzoru kobierca. Dumbledore i McGonagall popatrzyli na siebie niepewnie.

– Czy chcesz powiedzieć, Severusie, że Tiara zamierzała cię przydzielić do Gryffindoru? – Profesor transmutacji nie zamierzała ukrywać zaskoczenia. Snape wyszczerzył zęby w gniewnym grymasie.

– Właśnie, pani profesor – odpowiedział szorstko. – Namawiała mnie dość długo. Wreszcie dała za wygraną i przydzieliła mnie do Slytherinu, zaznaczając przy tym, że akurat ten Dom jest dla mnie „najmniej odpowiedni" i że: „najbardziej pasowałbym do Gryffindoru". A na pytanie, dlaczego nie chciałem być w Gryffindorze najlepiej może odpowiedzieć Lupin – zakończył szyderczo.

– Wolę o tym nie mówić – Lupin popatrzył na Snape'a umęczonym wzrokiem. – Nie mam się czym chwalić...

– A pewnie, że nie – zadrwił mistrz Eliksirów. – Nie tylko ty, zresztą... Twoi kumple też. Nie chcesz mówić to nie mów.

– Remus! Coście wtedy zrobili?! – wykrzyknęła z przerażeniem profesor McGonagall. Lupin zagryzł wargi, ale nie odpowiedział, tylko z rezygnacją opuścił głowę.

– Wpadli do mojego przedziału i ni stąd ni zowąd obrzucili mnie znienacka różnymi klątwami – warknął Snape. – Siedziałem sam i czytałem książkę. Nie sprowokowałem ich w żaden sposób. Przegonił ich stamtąd Lucjusz Malfoy, który patrolował korytarz. Lucjusz był wtedy prefektem naczelnym i oczywiście musiał zareagować. Pomógł mi, usiadł ze mną w przedziale i opowiedział mi o Hogwarcie. A z jego opowieści niezbicie wynikało, że Slytherin to najwspanialszy Dom i ja gorąco zapragnąłem trafić właśnie tam. Tiara uwzględniła to i spełniła moje życzenie. Mam w ogóle wrażenie, że Tiara bardziej kieruje się marzeniami i pragnieniami przydzielanych uczniów, niż ich cechami charakteru. Bo tak naprawdę, to żadne z was trojga nie jest Gryfonem – mężczyzna obrzucił szyderczym spojrzeniem troje młodych ludzi. – Potter jest Ślizgonem, pan Ronald Weasley Puchonem, a panna Granger Krukonką.

– Severusie! – jęknęła profesor McGonagall – Co ty mówisz?!

– Wiem co mówię – odpowiedział Snape lodowato. – Na przykład Lupin powinien był trafić do Ravenclawu, a niejaki Peter Pettigrew zwany Glizdogonem do Slytherinu. Z kolei Draco Malfoy znacznie lepiej by się czuł jako Krukon. Niestety, Draco ma słaby charakter i umysł zatruty bzdurami. A szkoda... Tak to wygląda, pani profesor. A dlaczego wszyscy Weasleyowie trafili do Gryffindoru, chociaż z całej siódemki rodzeństwa tylko jeden z braci jest ewidentnym Gryfonem? Pozostali to Krukoni, Ślizgoni i jeden Puchon. Lecz cóż... Tradycja rodzinna zobowiązuje! I Tiara to uwzględnia.

– Nigdy nie pomyślałam, że to tak może być – szepnęła kobieta wyraźnie zdruzgotana.

– Jeśli mi pani nie wierzy, to proszę spytać samą Tiarę – zaśmiał się niewesoło Mistrz Eliksirów. – „Los wam wyznaczę na starcie" – śpiewa, a to oznacza, że przydzielając ucznia do określonego domu chce mu pomóc osiągnąć to, o czym ten uczeń marzy. Na przykład ktoś tchórzliwy marzy o tym, by być bohaterem i w Domu Lwa może rozwinąć w sobie cechy, które są u niego głęboko ukryte. A bywa, że mu się to nie udaje... I to wcale nierzadko. Ale szansę dostaje.

– No, dobrze, niech ci będzie. Może masz rację, ale czego to dowodzi? – profesor McGonagall szybko otrząsnęła się z szoku. Choć widać było, że usłyszane rewelacje głęboko ją poruszyły.

– Banalna prawda, o której bardzo często zapominamy, pani profesor – Snape wzruszył ramionami. – Cechy charakteru są neutralne, dopiero nasze wybory czynią je złymi lub dobrymi. Odwaga może być głupia, okrutna albo szlachetna, inteligencję da się wykorzystać w złym i w dobrym celu i można by tak wymieniać jeszcze długo, tylko po co?

– Istotnie, Severusie, bardzo często zapominamy o rzeczach najprostszych – przyznała McGonagall spokojnie. – Ciekawa jestem, co jeszcze za chwilę usłyszymy. Bo mam wrażenie, że zamierzasz nas zaszokować kolejnymi rewelacjami.

– To już oceni pani jak skończę. Lecz niestety, myślę, że pani obawy jednak są jak najbardziej słuszne – Snape miał szyderczą minę, ale w jego głosie było więcej smutku i zmęczenia niż drwiny.

– Powiedział pan, że moja matka ocaliła panu życie, gdy pana kuzyni próbowali pana zamordować – zaczął Harry, dość niepewnym głosem. – Czy...

– Tak, o tym też powinieneś wiedzieć – przerwał mu Snape. – I właśnie o tym teraz usłyszycie. Niestety, to TEŻ nie będzie przyjemna opowieść...

– Słuchamy, Severusie – Dumbledore wyprostował się w fotelu i rozejrzał dookoła. Wszyscy wpatrywali się w Mistrza Eliksirów z napięciem i zaciekawieniem na twarzach.

– Jak już mówiłem, po śmierci naszych rodziców oboje z Lily znaleźliśmy się dokładnie w takiej samej sytuacji, Potter, jak ty u Dursleyów – Snape popatrzył ponuro na Harry'ego. – I Lily i ja byliśmy teoretycznie bardzo bogaci, a nie mieliśmy ani knuta... ani pensa. Różnica była taka, że ty nie wiedziałeś, że masz olbrzymi majątek, a my wiedzieliśmy, co się nam należy. Scarlett, babka Lily, próbowała podważyć testamenty Vianne i Stephena oraz odebrać Lily klejnoty Mathildy, ale nie udało jej się ani jedno, ani drugie. Jednak coś osiągnęła w swoich staraniach. Zdołała uzyskać orzeczenie sądu, które dawało jej pewną szansę na odebranie Lily majątku. Niewielką, co prawda, ale zawsze. Mianowicie przyznano jej opiekę prawną nad obydwiema wnuczkami. Ponadto wyrok sądu był dość okrutny, bo majątek Lily został zamrożony do czasu osiągnięcia przez nią pełnoletności. Scarlett zabrała do siebie Petunię, a Lily postawiła warunki nie do spełnienia. Oznajmiła, że nie będzie się nią opiekować, ani nie da jej pieniędzy, jeśli Lily nie zerwie z „tymi zboczeńcami", czyli naszą społecznością. No i obiecała łaskawie, że zajmie się nią, jeśli Lily da jej pełnomocnictwo do dysponowania swoim majątkiem, do dnia ukończenia przez nią osiemnastu lat. Ponieważ Lily oczywiście się nie zgodziła, babka wyrzuciła ją z domu. Jedynym miejscem, do którego Lily mogła wrócić, był Hogwart. Niestety, okazało się, że nie możemy zostać w szkole na święta. Wszyscy musieli opuścić zamek dziewiętnastego grudnia. Zajęcia miały się rozpocząć dopiero dziesiątego stycznia. Do tej pory nie wiem, co się wtedy stało i dlaczego wydano takie zarządzenie.

– Ministerstwo kazało zrobić w zamku deratyzację – odpowiedziała szybko i z nieukrywaną irytacją profesor McGonagall.

– I tylko tyle? – zdziwił się Snape. – No, to ciekawe... Ale dla nas obojga oznaczało to po prostu katastrofę. Nie mieliśmy się gdzie podziać, a ja na dodatek musiałem się ukrywać przed moimi „kochanymi" krewniakami.

– Coś sobie przypominam... – powiedziała z wysiłkiem profesor McGonagall. – Barty Crouch, który wtedy był szefem Departamentu Przestrzegania Prawa przysłał oficjalne pismo, w którym pytał o twoją sytuację po śmierci rodziców. A potem otrzymałam podpisaną przez niego informację, że Ministerstwo wyznaczyło ci na opiekuna prawnego najstarszego z twoich krewnych. Czy to ten opiekun próbował cię zamordować? Chciał przejąć twój majątek?! Dlaczego nic nam nie powiedziałeś?!!!

– A niby dlaczego miałbym się zwrócić o pomoc właśnie do pani, pani profesor? – Snape wściekle wysyczał to pytanie. – Nigdy nie dała mi pani żadnych podstaw do przypuszczenia, że mogłaby mi pani w czymś pomóc. Kiedyś, jeden jedyny raz, poprosiłem panią o pomoc. Byłem w trzeciej klasie. Ale pani nie uwierzyła w to, co mówiłem i odebrała Slytherinowi punkty. Omal wtedy nie umarłem, a jedyną osobą, która próbowała mi rzeczywiście pomóc, była Lily!

– Severusie! – wybuchnęła kobieta. – Co... Nie! To niemożliwe! Niczego takiego nie pamiętam!

– To prawda... – nieoczekiwanie wtrącił się Lupin. – Niestety, tak było. Ja zawiniłem, a Severus mówił prawdę. Omal go nie zabiłem, a pani mu nie uwierzyła...

– O Boże... – szepnęła z rozpaczą. – Rozumiem... Dopiero teraz, po tylu latach dowiaduję się o tych sprawach. No tak, nie ufałeś nauczycielom...

– Nie wątpiłem wtedy i nie wątpię teraz, że potwierdziłaby pani decyzję Croucha i nie dałaby wiary moim słowom. Wolałem uciec i się ukrywać, bo wcale nie zamierzałem dać się zabić! – Snape zaśmiał się z goryczą. – Mój ojciec nie umarł w Snape Manor. Musiałem sprowadzić jego ciało do domu i urządzić mu pogrzeb. Była to wielka uroczystość, został pochowany na rodzinnym cmentarzu w naszym majątku. Oczywiście przybyli na to przedstawienie krewni i znajomi, a także różni oficjele z Crouchem na czele, bo mój ojciec był przecież ważną personą! Rzadko można obejrzeć taki popis hipokryzji!

– Bardzo to wszystko smutne – powiedział cicho dyrektor. Było widać jak na dłoni, że Dumbledore ma poczucie winy.

– Zaraz po pogrzebie Crouch oznajmił mi autorytatywnie, że moi krewni zgłosili chęć opiekowania się mną. Dziewiątego stycznia miałem skończyć szesnaście lat, zatem przez ten rok, zanim stanę się dorosły będę miał opiekuna prawnego, którym został najstarszy z moich kuzynów. Oczywiście tenże krewny był przy tym obecny i nie potrafił ukryć zadowolenia z faktu, że jego plany się powiodły. Zażądałem rozmowy z Crouchem w cztery oczy. Zgodził się bardzo niechętnie, ale nie mógł odmówić. Nie miałem wielkich nadziei, że go przekonam, bo Bartemiusz Crouch był człowiekiem niezwykle zadufanym w sobie i przekonanym o tym, że zawsze ma rację. Powiedziałem mu wprost, jak wygląda sytuacja i że moi krewni chcą odebrać mi majątek. Tłumaczyłem mu, że już wcześniej próbowali mnie zamordować, ale oczywiście odrzucił to natychmiast i stwierdził, że mówię bzdury. Oświadczył mi, że ponieważ pochodzę z rodziny parającej się czarną magią, to on nie może pozwolić na to, żebym pozostał w Snape Manor sam, bo na pewno jestem zwolennikiem Sami – Wiecie – Kogo, co w dodatku ponoć potwierdzają moi szkolni koledzy! No, a moi krewni przysięgli, że będą mnie strzec przed złymi wpływami. Był bardzo z siebie dumny, uważał, że doskonale załatwił sprawę. Zrozumiałem, że głupota i arogancja tego człowieka są jak kamienny mur, przez który się nie przebiję. Przewidziałem to przecież, ale mimo wszystko był to dla mnie cios. Ostrzegłem go, że nie mam zamiaru dać sobie narzucić opiekuna i że jeśli moi krewni osiądą w Snape Manor, to źle się to skończy, bo magia tego miejsca może być dla nich zabójcza. I że wracam do Hogwartu. Natychmiast. Miałem w kieszeni świstoklik, który wcześniej sobie przygotowałem. Na wszelki wypadek. Crouch próbował rzucić na mnie zaklęcie blokujące, ale spóźnił się o sekundę. Mój świstoklik zadziałał. Tego się szanowny dyrektor Departamentu Przestrzegania Prawa nie spodziewał. I nie mógł mnie namierzyć, bo skonstruowaliśmy z Lily ten świstoklik tak, żeby teleportacja była bezśladowa. Pogrzeb mojego ojca odbywał się dwudziestego grudnia, w Hogwarcie już wtedy nikogo nie było, więc nie mogłem tam wrócić, ale Crouch i tak natychmiast kazał to sprawdzić. Oczywiście mnie nie znalazł, bo wcześniej pomyślałem o takiej możliwości i przygotowaliśmy sobie z Lily kryjówkę. Na Nokturnie. Wynajęliśmy tam dwa możliwie najtańsze pokoje, zaopatrzyliśmy się w zapas eliksiru wielosokowego i załatwiliśmy dla siebie pracę w nielegalnej mugolskiej wytwórni kosmetyków, gdzie podrabiano renomowane, francuskie markowe wyroby. Lily namierzyła tę firmę i przekonała właściciela, żeby nas zatrudnił. Na szczęście to nasze miejsce pracy znajdowało się kilka ulic od Pokątnej, więc nie musieliśmy się daleko włóczyć po mugolskim Londynie.

– Czy naprawdę nikt nie mógł wam pomóc? – wykrzyknęła profesor McGonagall. – Jeśli nie nauczyciele ze szkoły, to przecież mieliście przyjaciół!

– Zwróciliśmy się do przyjaciół, ale później, jak już się zainstalowaliśmy w naszej kryjówce. Lily zawiadomiła swoją przyjaciółkę, która już wcześniej nam pomagała, że jesteśmy na Nokturnie. To ta dziewczyna dostarczyła nam wzorców do eliksiru wielosokowego, były to włosy jej dwóch kuzynów. Udawaliśmy dwóch chłopaków. Crouch kazał mnie szukać, bo nie mógł znieść, że ktoś ośmielił się mu sprzeciwić. Oczywiście ten jego rozkaz został utajniony, bo nie mógł mi postawić żadnego zarzutu, poza tym, że nie zgodziłem się na wyznaczonego przez niego opiekuna. Jego problem polegał na tym, że prawo dawało mi taką możliwość, pod warunkiem, że uzasadnię odmowę. A ja to przecież zrobiłem! Wiedziałem o jego działaniach, bo przyjaciółka Lily odwiedzała nas, co zresztą było dla niej bardzo ryzykowne... Baliśmy się o nią. Ale musieliśmy się z nią spotykać, bo miała kontakty w Ministerstwie i dzięki temu miała też możliwości dowiadywania się o krokach podjętych przez Croucha przeciwko mnie. Bałem się, że jeśli nawiążę kontakt z moimi przyjaciółmi spoza naszego społeczeństwa, to narażę ich na niebezpieczeństwo. Z tego samego powodu ani ja, ani Lily nie mogliśmy korzystać z naszych kont u Gringotta, bo Crouch by się o tym natychmiast dowiedział. W końcu, po kilkunastu burzliwych rozmowach, Lily wysłała sowę do Olafa. Z mugolskiego Londynu.

– Byłem bardzo niespokojny nie mając żadnych wieści od Severusa przez tak długi czas – włączył się Olaf Goldstone. – Gdy ujrzałem list, odetchnąłem z ulgą. Niestety, po przeczytaniu sążnistej epistoły Lily, opisującej tarapaty, w jakich tkwili oboje z Severusem, ogarnęło mnie okropne przerażenie. Czułem się całkowicie bezradny i nie wiedziałem, jak im pomóc! Na szczęście była wtedy u nas w gościnie przyjaciółka mojej babci. Wspaniała czarownica, po mistrzowsku władająca z absolutną, niewiarygodną precyzją niezwykle rzadko spotykanym rodzajem magii – SŁOWEM. Mistrzyni i moi rodzice zorganizowali wspólnie z madame Nicole ukrycie dla Severusa i Lily na wakacje. Przede wszystkim jednak trzeba było zapewnić im obojgu bezpieczne dotarcie do Hogwartu dziesiątego stycznia – mężczyzna nagle zachichotał. – To była akcja! Crouch czatował, ale go zmyliliśmy.

– W Hogwarcie byłem względnie bezpieczny, przynajmniej do końca roku szkolnego – podjął opowieść Snape. – Kiedy tylko wróciłem do szkoły, Crouch natychmiast przysłał mi sowę z żądaniem poddania się woli Ministerstwa – czyli po prostu jego decyzji. Odpisałem, że mam prawo odmówić, a jako powód podałem oczywiście swoje oskarżenia wobec wyznaczonego opiekuna o próbę zabójstwa. Napisałem jednocześnie, że kopię listu wysyłam do Wizengamotu. Chociaż byłem absolutnie pewien, że mój list tam nie dotrze – zasyczał jadowicie.

– Oczywiście, że nie dotarł – potwierdził posępnie Dumbledore.

– Crouch wysłał mi jeszcze kilka sów, ale nie odpisałem mu już na żaden list. Wiem, że się wściekał, ale nie miałem zamiaru dać się zastraszyć. Sytuacja była patowa. Ja siedziałem w Hogwarcie, a moi krewni okupowali Snape Manor i rozkradali co się dało. Oczywiście z pełnym błogosławieństwem Croucha. On był tak zaślepiony, że nie widział tego, co było jasne jak słońce. Na szczęście moja babka i matka przewidziały taki rozwój wydarzeń i zabezpieczyły wszystkie przedmioty ruchome specjalnym czarem przeciw kradzieży, tak, że niczego z domu nie dałoby się wynieść, oraz związały Niezłomną Przysięgą nasze skrzaty zobowiązując je do absolutnej wierności wobec mnie i tylko tych osób, które ja im wskażę. Niestety, nie mogły zapobiec przywłaszczaniu sobie przez naszych chciwych krewnych bieżących dochodów z majątku. Pieniądze na kontach były dla złodziei niedostępne, ale mogli rujnować majątek rabunkową gospodarką. A ja byłem niepełnoletni i mogłem upomnieć się o swoje dopiero po ukończeniu siedemnastu lat. Oni tymczasem układali podstępne plany i snuli intrygi, jak mi Snape Manor odebrać na zawsze. Musiałem się ukrywać, bo oni naprawdę chcieli mnie zamordować. Nie wiedzieli, że mojego majątku strzegą oprócz zaklęć przyjazne mi istoty. Moi krewni zdawali sobie oczywiście sprawę z tego, że w Snape Manor działają nieprzychylne im siły, ale mieli nadzieję, że jeśli uda im się oficjalnie przejąć majątek, to będzie to dla nich podstawą o wszczęcie starań dla uzyskania zgody na prawne użycie wobec mnie Veritaserum i zaklęcia Imperius. Chcieli użyć eliksiru prawdy i przemocy psychicznej, żeby zmusić mnie do ujawnienia tajemnic Snape Manor. Potem mogliby już spokojnie mnie zabić. Dawali łapówki i to spore. Knotowi przede wszystkim, ale nie tylko. Chcieli obejść, albo nagiąć prawo, a ponieważ Crouch był im bardziej niż przychylny, to byli już blisko spełnienia swoich zamysłów. Przekonali tego półgłówka, że ja jestem niebezpiecznym zwolennikiem Voldemorta, a on patrzył przez palce na ich poczynania. Na szczęście dla mnie, żarli się też między sobą... Zdawałem sobie sprawę, że nie mam co szukać sprawiedliwości w Ministerstwie, bo nikt mnie tam nie weźmie poważnie, a przyszły Minister Magii woli mieć spolegliwych ludzi w bogatym majątku. Wśród społeczności czarodziei nie było też żadnego prawnika, któremu mógłbym zaufać.

– To wszystko jest ohydne! – wybuchnęła z oburzeniem Hermiona. Wszyscy spojrzeli na nią, ale przez długą chwilę nikt nie skomentował jej słów. Ciszę, jaka zapadła przerwał wreszcie Mistrz Eliksirów.

– A tak, panno Granger – pokiwał głową z drwiącym uśmieszkiem. – Takie jest nasze prawo i ci którzy mają go strzec – zaszydził. – Zastanawiałem się długo, co mogę przedsięwziąć i nic mi nie przychodziło do głowy. Wtedy Lily powiedziała, że jedyne, co mogę zrobić, to odebrać Snape Manor siłą i wyrzucić uzurpatorów – spojrzał posępnie na Harry'ego. – Twoja matka, Potter, była niezwykle odważna i zdecydowana na radykalne działania. Oznajmiła, że mi pomoże. Oprócz niej udział w tej eskapadzie zadeklarowało jeszcze troje naszych przyjaciół. Było więc nas pięcioro. Pięcioro nastolatków, a przeciwko sobie mieliśmy dwanaścioro czarnych czarodziejów. Siły były nierówne, ale my znaliśmy taką magię, o jakiej oni nie mieli pojęcia ani pewnie nigdy nawet nie słyszeli. Matka i babka jeszcze za swego życia pomogły mi przygotować specjalne tajne wejścia do Snape Manor, o których moi krewni nic nie wiedzieli. Wykorzystaliśmy jedno z nich, aby dostać się na teren majątku. Chcieliśmy tylko wyrzucić okupantów i udowodnić im złodziejstwo. Liczyliśmy na element zaskoczenia i nasze umiejętności, oraz na to, że magia Snape Manor sprzyja mnie, a nie im... Nic z tego nas nie zawiodło. Niestety, sprawy nie potoczyły się tak gładko, jakbyśmy tego chcieli.

– Kiedy to było, Severusie? – spytał ostro Dumbledore.

– W dniu moich siedemnastych urodzin. Dziewiątego stycznia – odpowiedział chłodno Snape. – Moi krewni sądzili, że jestem tak naiwny, iż będę robił raban w Ministerstwie, a na to byli przygotowani. Nie spodziewali się, że zaatakuję ich bezpośrednio. Nie zamierzaliśmy nikogo zabijać, chcieliśmy tylko ich przegonić. Niestety, padło sześć trupów – mężczyzna urwał. Głos mu się załamał.

– To było okropne – dopowiedział cicho Olaf Goldstone, patrząc posępnie na Mistrza Eliksirów.

– Pan też... tam był? – spytał Harry patrząc na obu mężczyzn z nieukrywanym przerażeniem.

– Tak, byłem. Severus jest dla mnie jak brat, nie mogłem go zostawić samego, musiałem mu pomóc! – Norweg spojrzał na chłopca ze zdumieniem. Jego mina mówiła wyraźnie: „Jak możesz o to pytać?! Przecież to oczywiste!"

– Właśnie tam Lily ocaliła mi życie. Jeden z naszych kuzynów rzucił na mnie Avadę, gdy stałem odwrócony do niego plecami, ale Lily była szybsza. Skoczyła na mnie i przewróciliśmy się na ziemię. Zielony promień minął nas o stopę. Różdżkę miałem w ręku, Lily też. Oboje rzuciliśmy zaklęcia, zanim jeszcze nasze ciała dotknęły ziemi. Ona Drętwotę, a ja Diffindo. Oba trafiły, a ich skutek okazał się śmiertelny. Celowałem w ramię, chciałem mu po prostu wytrącić różdżkę z ręki, ale zaklęcie Lily zatrzymało go na chwilę w bezruchu i moje Diffindo rozpruło mu gardło. Nie mógł się uchylić. Padł na wznak ze zdziwioną miną. To był ich przywódca, mój „opiekun" wyznaczony przez Croucha. Reszta się poddała widząc jego śmierć. Okazało się, że jeszcze pięcioro z nich nie żyje. Nasza magia była zdumiewająco skuteczna... Proste zaklęcia – zatrzymujące i obezwładniające użyte przez Olafa i przez... No, przez dwóch pozostałych uczestników naszej wyprawy, zostały wzmocnione przez działanie magii Snape Manor, a zaklęcia naszych przeciwników były osłabiane lub wygaszane. Nie użyliśmy żadnych klątw, nie musieliśmy.

– Rzuciłem zaklęcie uniemożliwiające teleportację i mój przeciwnik dostał ataku serca, a kolejny, jak później się dowiedzieliśmy, miał wylew krwi do mózgu – westchnął ciężko Olaf Goldstone. – Trzej pozostali zostali trafieni swoimi własnymi klątwami, które odbiły się od naszych tarcz – dodał.

– Cała rozprawa trwała tylko kilka minut. Zwyciężyliśmy, ale nie mieliśmy pojęcia, co dalej. Mieliśmy sześcioro jeńców i sześć trupów, a my wszyscy byliśmy zszokowani i przerażeni – powiedział Snape znużonym głosem. Harry pomyślał, że opowiedzenie tej historii musiało kosztować Mistrza Eliksirów bardzo wiele. Nigdy by nie przypuszczał, że ten skryty mężczyzna zdobędzie się na taką szczerość.

– Co zrobiliście? – spytała spokojnie McGonagall.

– Zawiadomiliśmy rodziców Olafa. Przybyli oboje natychmiast, razem z Mistrzynią Słowa. Zdaliśmy się na ich decyzję i mądrze zrobiliśmy – odpowiedział Snape.

– Mój ojciec zmodyfikował pamięć ocalałych krewnych Severusa i Lily, tak, że mogli zgodnie zeznać, że pozabijali się nawzajem – wyjaśnił Olaf.

– A ja i Lily wróciliśmy do Hogwartu. Momentalnie wysłałem sowę do Croucha informując go, że właśnie skończyłem siedemnaście lat i muszę natychmiast objąć majątek, bo jeśli nie, to uzurpatorzy zginą. Magia Snape Manor ich zabije. Crouch tym razem potraktował sprawę poważnie. Sprawiło to zaklęcie, które dała mi Mistrzyni. Nasączyłem nim pergamin, na którym napisałem list do pana dyrektora Departamentu Przestrzegania Prawa. Crouch zebrał oddział aurorów i wyruszył do Snape Manor. Sytuacja jaką zastał, wprawiła go we wściekłość. Podobno dostał ataku furii. Ja tymczasem zgłosiłem do Wizengamotu osiągnięcie pełnoletności i zażądałem formalnego przekazania mi mojego majątku. Sprawa była dla sędziów oczywista, otrzymałem w błyskawicznym tempie wszystkie potrzebne dokumenty i w asyście dwojga prawników, którzy nic nie wiedzieli o działaniach Croucha, udałem się do Snape Manor. Crouch jeszcze tam był, więc nie mógł się sprzeciwić. Ugiął się, ale nie darował mi tego, że go przechytrzyłem. Rozmawiałem z nim przez chwilę w cztery oczy. Powiedział mi, że będzie mnie bardzo uważnie obserwować, bo on jest pewien, że związałem się z Sam – Wiesz – Kim i zagroził mi, że postara się mnie aresztować. Wtedy jeszcze nie byłem szpiegiem i nie miałem żadnej ochoty na wiązanie się ze śmierciożercami i ich panem... Stało się to dopiero później... Objąłem legalnie majątek, a moi krewni się stamtąd wynieśli. Crouch zatuszował wszystko i myślał, że to koniec sprawy. Bardzo się pomylił. Moi krewni popierali gadzinę i źle się to dla nich skończyło. Wszyscy zostali śmierciożercami. Z tych dwanaściorga żyje jeszcze tylko jeden mężczyzna, pozostali zginęli. Ten, który ocalał siedzi w Azkabanie. Zwariował... A Crouch nigdy się nie przyznał do popełnienia błędu. Był na to zbyt dumny. I zbyt głupi!

– Miałeś z nim jeszcze jakieś problemy? – spytał dyrektor, z natężoną uwagą wpatrując się w twarz Snape'a.

– Owszem. Ale to już zupełnie inna historia – odpowiedział szybko Mistrz Eliksirów.

– Czy to już wszystko? – Harry miał wrażenie, że siedzi na karuzeli, a cały świat wiruje dookoła. – Powiedział pan wcześniej, że o najgorszym dowiem się na końcu. O co chodzi? Co to jest, to najgorsze?

– Najgorsze dla mnie – powiedział Snape bardzo cicho. Ton głosu mężczyzny mroził krew w żyłach. – Coś, co zrobił twój dziadek.

– Co zrobił? – szepnął Harry.

– Twój dziadek zamordował moją matkę.