***
Sobota, 13 lipca 1996 roku, Hogwart – godzina druga dwadzieścia pięć po południu. Wieża Gryffindoru. Kwatera Remusa Lupina.
Remus Lupin ze zdziwieniem przyglądał się całkowicie mu nieznajomej sowie, podskakującej niecierpliwie na zewnętrznym parapecie jednego z okien. Otworzył je. Sowa wpadła do środka jak pocisk, zrzuciła mu na głowę małą paczuszkę i wyleciała tak szybko, że przed oczami mignęło mu jedynie mnóstwo szarych i czarnych plamek na piórkach, zanim ptak zniknął gdzieś na tle nieba. Lupin schylił się i podniósł z podłogi przesyłkę zawiniętą w gruby szary papier i nieprzemakalną folię. Niecierpliwie rozerwał opakowanie. Ze środka wysunął się list zaadresowany niewątpliwie do niego. Szybko obejrzał kopertę zanim ją otworzył. Brakowało adresu nadawcy...
List, napisany na kredowym papierze ozdobionym wizerunkiem wilka zaczynał się od słów:
Szanowny Panie Lupin!
Mężczyzna błyskawicznie przebiegł wzrokiem krótki tekst wydrukowany na komputerze i zatrzymał się na odręcznym podpisie nadawcy. Przeczytał te dwa słowa: imię i nazwisko autora listu i potrząsnął z niedowierzaniem głową. Przeczytał cały list uważnie jeszcze raz. I jeszcze... Kolejnego razu nie było, bo zabrzmiał gong na obiad. Remus Lupin szybko schował list do kieszeni. Schodząc po schodach do Wielkiej Sali zastanawiał się czy to nie żart. Dotknął kieszeni, w której spoczywał list podpisany przez mugolskiego policjanta Christophera Sheena i wciąż nie mógł uwierzyć, że otrzymał propozycję pracy w jednostkach specjalnych mugolskiej policji.
***
Sobota, 13 lipca 1996 roku, Hogwart – godzina druga dwadzieścia pięć po południu. Wieża Gryffindoru.
Harry z rezygnacją poddał się oględzinom Hermiony, która bardzo poważnie potraktowała prośbę Snape'a. Wzięła na siebie rolę eksperta od mody męskiej i właśnie krytycznie oglądała Harry'ego ze wszystkich stron, wybrzydzając na jego gust w doborze kolorów.
– Hermiono, na litość boską! – zniecierpliwił się wreszcie chłopak. – To tylko obiad! Nie założę krawata! I po kiego grzyba miałbym zmieniać koszulę na zieloną!
– Profesor Snape i pan Goldstone powiedzieli, że masz się elegancko ubrać. Włożysz seledynową koszulę i szarą bluzę Versace. Dobrze, krawat ci odpuszczę, ale zawiążesz na szyi apaszkę – dziewczyna energicznie popchnęła go na schody prowadzące do dormitorium. – Dżinsy mogą być, ale reszta do zmiany!
– Czy ty myślisz, że mnie obchodzi, co powiedzą Dursleyowie?! – zirytował się znowu Harry. – Spóźnimy się, obiad będzie za pięć minut!
– To masz pięć minut na przebranie się. Nie dyskutuj, bo tracisz czas – uciszyła go stanowczo.
Do jadalni weszli spóźnieni tylko o dwie minuty, ale nikt tego nie zauważył, bo wszyscy właśnie siadali do stołu. Ku zaskoczeniu chłopaka grono biesiadników powiększyło się o kilka osób, wśród których był nowy Minister Magii, Amos Diggory. Jego posępna mina zapowiadała jakieś kłopoty. Harry poczuł zaniepokojenie. Po co pan Diggory przybył do Hogwartu? Na pewno nie zjawił się tu z towarzyską wizytą. Świta Ministra liczna nie była, ale w jej skład wchodzili wyłącznie aurorzy i... Alastor Moody, z nieukrywaną wrogością łypiący na Snape'a, zarówno swoim własnym jak i magicznym okiem.
W Wielkiej Sali panowało napięcie, wszystkich ogarnął ponury nastrój. Harry miał złe przeczucia. A jeszcze przecież byli tu Dursleyowie. Czyżby to o nich chodziło? Chyba jednak nie...
Posiłek upłynął w ciszy, prawie nikt nic nie mówił. Harry miał wrażenie, że Petunia parę razy próbowała się do niego odezwać, ale rezygnowała w ostatniej chwili. On postanowił konsekwentnie ignorować swoich byłych opiekunów. Na szczęście obyło się bez incydentów. Dumbledore poinformował Dursleyów, że kolację dostaną dzisiaj do swoich apartamentów gościnnych, a za dwa dni pojadą do pensjonatu, w którym spędzą resztę wakacji. Skinął na panią Pomfrey i poprosił ją o odprowadzenie „miłych gości" do ich kwater. Harry słysząc to zarykiwał się w duchu ze śmiechu i z najwyższym trudem udało mu się zachować obojętną minę. Petunia wychodząc z Wielkiej Sali kilka razy się na niego obejrzała, ale nie podjęła żadnej próby nawiązania rozmowy. Na szczęście, bo on sam nie miał na to najmniejszej ochoty.
„Niech Dursleyowie znikną z mojego życia!" – pomyślał z zawziętością.
– Harry, zostań jeszcze moment – prośba Dumbledore'a zatrzymała go przy stole.
– Słucham, panie dyrektorze? – zapytał grzecznie, stając przed profesorem, który przed chwilą skończył rozmowę z opiekunką Gryffindoru.
– Kolacja będzie o wpół do szóstej, bądź punktualnie, dobrze? – Dumbledore mrugnął filuternie, uśmiechając się tajemniczo z głębin swojej srebrzystej brody.
– O...oczywiście panie profesorze – Harry zająknął się z zaskoczenia.
– Idź już. Powinieneś odpocząć – powiedziała profesor McGonagall stanowczo, ale w oczach miała niepokój, którego nie udało się jej ukryć. Chłopak odniósł wrażenie, że nauczycielka chciała, aby on sam jak najszybciej opuścił towarzystwo. Chwilowa wesołość wyparowała z niego bez śladu. Zerknął na Dumbledore'a. Dyrektor też już się nie uśmiechał. Powietrze wydawało się gęste jak kisiel i aż wibrowało od skrywanych emocji.
– Jedną chwilę – powiedział cicho Amos Diggory, patrząc na Harry'ego z uwagą. – Ja też mam coś do powiedzenia panu Potterowi. I nie tylko jemu... Chyba możemy porozmawiać tutaj... – rozejrzał się szybko i skinął głową, jakby potakiwał swoim myślom.
– Słuchamy, Amosie – łagodny głos Dumbledore'a zadziałał jak oliwa wylana na wzburzone fale. Napięcie jakby nieco zelżało.
– To, co za chwilę ode mnie usłyszycie jest wbrew wszelkim zasadom odnośnie zachowania tajemnicy państwowej, jak to nazywają od wieków – powiedział Minister dziwnie kpiącym tonem. – I nie muszę chyba dodawać, że moja decyzja o poinformowaniu wszystkich tu obecnych o tych strasznie tajnych sekretach nie spotkała się z aprobatą. – Amos Diggory wyzywającym wzrokiem zmierzył stojącego najbliżej niego mężczyznę, którego wygląd skojarzył się Harry'emu ze starym, wyleniałym lwem, z grzywą płowych włosów w których bieliły się siwe pasemka.
– Niektóre informacje powinny jednak pozostać tajemnicą, panie ministrze – oświadczył z naciskiem, oficjalnym tonem, lwiogrzywy. Jego żółtawe oczy schowane za okularami w cienkich drucianych oprawkach miały zimny wyraz.
– Rufusie, dziękuję za przypomnienie, ale dyskusję na ten temat zakończyliśmy i nie będziemy do niej wracać – odpowiedział ostro Diggory. – Usiądźmy, proszę. – Chociaż ostatnie słowa ministra były bardzo uprzejme, zabrzmiały jak rozkaz. Dumbledore skinął dłonią i wszystkie krzesła odsunęły się od stołu, zapraszając obecnych do ponownego skorzystania z ich usług. Po chwili życzeniu ministra stało się zadość. Harry odruchowo usiadł pomiędzy Lupinem i mecenasem, tak jak podczas obiadu. Chłopak czuł, że żołądek zaciska mu się w ciasny węzeł. Bał się tego, co za chwilę miał usłyszeć...
– Mamy wojnę! – rąbnął Diggory bez wstępów. – Wszyscy jesteśmy w samym centrum wydarzeń, chcemy tego, czy nie. I dlatego nie możecie trwać w niewiedzy co do pewnych ważnych faktów. Zwłaszcza, że dotyczą właśnie was. A przede wszystkim pana Pottera. Nie wątpię, że czytał pan artykuły w Proroku o „Wybrańcu"? – spytał szorstkim tonem, zwracając się do Harry'ego. Chłopak przełknął ślinę. W pierwszym odruchu pomyślał, że ojciec Cedrika szydzi z niego, ale natychmiast zrozumiał, że tak nie jest. W głosie mężczyzny nie wyczuł nawet cienia drwiny.
– Tak – wykrztusił z trudem. – Czytałem...
Poczuł wzbierający gniew. Migały mu w pamięci tytuły o „Wybrańcu, co musi się zmierzyć z Sam – Wiesz – Kim", i o „Nadziei Magicznego Świata"! Same bzdury. O przepowiedni też coś było, na szczęście nikt nie wiedział niczego pewnego, cała treść Prawdziwej Przepowiedni była jak dotąd tajemnicą tylko jego i Dumbledore'a.
– Ano właśnie. Zacznę od komentarza do rewelacji Proroka. – Minister skrzywił się ironicznie. – Ta przepowiednia, zniszczona przez was w Ministerstwie, jest w połowie znana. Ten – Którego – Imienia – Nie – Wolno – Wymawiać dowiedział się o niej od swojego szpiega, który usłyszał część tekstu wygłaszanego przez wieszczkę. Złapani Śmierciożercy opowiadali o tym różne historie, ale najbardziej miarodajnych informacji udzielił nam Lucjusz Malfoy. Jego zeznania w połączeniu z zeznaniami innych podwładnych Czarnego Lorda ułożyły się w dość wyraźny obraz. Nikt nie wie, kim była jasnowidząca, która przybyła do gospody Pod Świńskim Łbem. Miała na sobie zawój otulający ją szczelnie od stóp do głów. Możliwe, że była Arabką, ale to tylko domysł odnośnie jej tożsamości, ponieważ po opuszczeniu gospody zniknęła bez śladu i nikt jej już nigdy potem nie widział. Ten – Którego – Imienia – Nie – Wolno – Wymawiać rozkazał śmierciożercom by ją odnaleźli. Nie udało im się to. Natomiast z całą pewnością wiadomo, że osobą, która wysłuchała całości przepowiedni był pan, dyrektorze. Bo ona przybyła tam na spotkanie z panem. – Diggory spojrzał pytająco na starego czarodzieja, ale Dumbledore milczał. Po chwili niezręcznej ciszy, nie doczekawszy się od dyrektora żadnej reakcji na swoje słowa, minister podjął opowieść. – Sami – Wiecie – Kto próbował zdobyć Przepowiednię w Ministerstwie, wysyłając po nią swoich śmierciożerców i zwabiając tam jedyną osobę, która oprócz niego mogła jej dotknąć – czyli pana, panie Potter! – Minister musnął wzrokiem Harry'ego, – bo nawet on nie mógłby zmusić profesora Dumbledore'a, najpotężniejszego czarodzieja na świecie, do wyjawienia mu jej treści. Lucjusz Malfoy posłużył się Imperio i wyciągnął od szpiega tekst tej części przepowiedni, którą tamtemu udało się podsłuchać. Ten szpieg nazywał się Norton Middlerock. Już nie żyje. Został zamordowany. Zginął niedawno, ale nie wiemy, kto go zabił.
W tym momencie Bill poruszył się niespokojnie, co natychmiast zostało zauważone przez lwiogrzywego aurora.
– Czyżby pan coś wiedział o tym człowieku, panie Wiliamie Weasley? – spytał ostrym głosem, zwracając się do Billa i przerywając ministrowi.
– Hmm... Tak – odpowiedział cicho Bill nieco niepewnym tonem. – To był Krukon, pamiętam go jeszcze ze szkoły... Jako najbardziej wrednego Naczelnego Prefekta. Był starszy ode mnie o sześć lat. Jego pasją była numerologia, studiował ją i starożytne runy na Praskim Uniwersytecie Magicznym, podobno miał otrzymać propozycję pracy na tej uczelni, ale jej nie przyjął. Ktoś mi mówił, że to Śmierciożerca, a ja nie bardzo mogłem w to uwierzyć. To tak do niego nie pasowało!
– Aaa... Rozumiem – auror skinął głową, ale przyglądał się Billowi podejrzliwie, jakby posądzał go o kłamstwo.
– Rufusie! Mogłeś później spytać o to pana Weasleya – w głosie ministra pojawiły się groźne tony.
– Przepraszam – powiedział cicho lwiogrzywy, z wyraźnie nieszczerą skruchą.
– No i właśnie to, że nie znamy okoliczności śmierci tego człowieka, jest sprawą bardzo poważną. Wahałem się jeszcze dzisiaj rano, czy przeprowadzić z wami tę rozmowę, czy nie, ale około południa zdarzyło się coś, co rozwiało moje wątpliwości. – Minister zatrzymał spojrzenie na twarzach bliźniaków.
– To znaczy?... – spytał przerażonym głosem Fred.
– Coo... się stało?... – wpadł mu w słowa George. Z zachowania ministra jasno wynikało, że sprawa dotyczy właśnie ich obu.
– Około południa wasz wspólnik, pan Lee Jordan, wracał do sklepu z lunchu, który jadł jak zwykle...
– W tej małej knajpce koło „Esów i Floresów"... – podpowiedział szybko Fred.
– Właśnie. Był już trzy kroki od drzwi do sklepu, gdy usłyszał za plecami dwa trzaski aportacji. Odwrócił się i zobaczył dwóch śmierciożerców stojących tuż za nim i celujących w niego różdżkami. W następnej sekundzie coś mignęło, rozległ się dźwięk, jakby korek wyskoczył z butelki i obaj Śmierciożercy runęli na ziemię. Wszystko rozegrało się w przeciągu kilku sekund. Dosłownie. Na ulicy było mnóstwo ludzi, którzy to widzieli. Przesłuchaliśmy pana Jordana i większość świadków przy pomocy myślodsiewni. Był to jedyny możliwy sposób, żeby dowiedzieć się co naprawdę zaszło. Musieliśmy użyć myślodsiewni, ponieważ całe zdarzenie trwało zbyt krótko, aby inaczej można było ze świadków wyciągnąć coś sensownego.
Harry słuchał opowieści ministra z wzrastającą zgrozą. Śmierciożercy uwzięli się na Weasleyów!
– Czy ci śmierciożercy nie żyją? – spytał cicho Dumbledore.
– Żyją, ale są w szpitalu... – Diggory jakby się zawahał. – Oczywiście pod strażą – dodał szybko. –Jeden oberwał nieznaną klątwą, której nie potrafili w Mungo rozpoznać, a drugi został zraniony mugolską bronią – mężczyzna omiótł spojrzeniem twarze Billa i Charliego. – Arthur Weasley powiedział mi, że to było... Zaraz, chwileczkę, mam gdzieś zapisane... – minister sięgnął do kieszeni i po chwili trzymał w ręku mały zwitek pergaminu. – O! Jest! Rewolwer Smith & Wesson Magnum 0,44... Rodzaj metalowej różdżki, której mugole używają do zabijania się nawzajem.
– Ale... Co się wydarzyło? – zapytał niespokojnie Kingsley Shacklebolt.
– Przed śmierciożercami pojawiło się dwóch mężczyzn. Odległość między panem Jordanem a sługami Sami – Wiecie – Kogo wynosiła około dwóch jardów. Ci mężczyźni zmaterializowali się pomiędzy nimi, plecami do chłopaka i stanęli twarzą w twarz ze śmierciożercami. Jeden trzymał w prawej ręce różdżkę, a drugi w lewej ten... rewolwer. Jedynym odgłosem, jaki usłyszano był niezbyt głośny huk. Śmierciożercy upadli, a tamci dwaj zniknęli. Znowu całkowicie bezgłośnie. Jednym ze świadków był auror, który patrolował okolice Pokątnej. Natychmiast wezwał posiłki. Przybyli aurorzy opanowali panikę i jedynie przytomności umysłu Nimfadory Tonks, która dowodziła akcją, zawdzięczamy, że udało się natychmiast przesłuchać świadków. Część oczywiście uciekła, ale pozostało wystarczająco wiele osób, żebyśmy mogli zorientować się co zaszło.
– I nie wiadomo, kim byli ci dwaj?! – Shacklebolt nie krył zdenerwowania. Reszta słuchaczy milczała, a Ginny i Hermiona – obie w ten sam sposób – zaciskały i rozprostowywały palce, jak rozzłoszczone kotki.
– Nie. Wszystko obejrzeliśmy w myślodsiewni z różnych punktów widzenia wielu świadków. Przesłuchaliśmy także obu śmierciożerców, ale nie uzyskaliśmy zadowalających informacji. Dwaj tajemniczy wybawcy pana Jordana pojawili się całkowicie bezgłośnie. I tak samo cicho zniknęli. To dowodzi, że bezdźwięczna teleportacja jednak nie jest mitem. Niestety, osobiście nie znam nikogo, kto by to potrafił... Chyba, że o czymś nie wiem? – nieoczekiwane pytanie zadane szorstkim tonem pozostało bez odpowiedzi. Nikt nie spuścił oczu pod groźnym spojrzeniem ministra. Ponieważ ze strony słuchaczy nie było żadnego odzewu na jego aluzję, Diggory kontynuował opowieść. – Ci mężczyźni mieli na sobie czarne spodnie i kurtki z kapturami, które naciągnęli na głowy. Oczy przesłaniali ciemnymi okularami. Na dolną część twarzy obaj naciągnęli kołnierze czarnych golfów. To było widać bardzo wyraźnie. Niektórzy świadkowie zauważyli że mężczyźnie z różdżką wystawał spod kaptura niewielki kosmyk jasnych włosów, a ten drugi, który użył mugolskiej broni miał gęste, czarne brwi. Można więc przypuszczać, że jeden był blondynem, drugi brunetem. Pojawili się trzymając się za ręce. Oczywiście można to było stwierdzić jedynie dzięki użyciu myślodsiewni. Myślodsiewnia to wspaniały wynalazek, ponieważ pokazuje to wszystko, co zdołaliśmy zarejestrować w podświadomości, a z czego do świadomości przedostaje się niewielka część zaobserwowanych szczegółów...
– Czyżby jeden z nich był mugolem?! Ten... brunet?! – wykrzyknął Dean. Minister popatrzył na niego z dziwnym uśmiechem.
– To bardzo możliwe, panie Thomas. Wśród aurorów przesłuchujących świadków zdania na ten temat były podzielone. – Diggory zamyślił się na moment. – Ale taki wniosek nasuwa się sam. Czarodziej użyłby różdżki, a nie mugolskiej broni, prawda?
– Może to był ten sam człowiek, który... – Dean zerwał się z krzesła. – Ginny! To na pewno był on!
– Nasz wybawca miał różdżkę – warknęła Ginny gniewnie.
– Aleś ty uparta... – westchnął chłopak z rezygnacją, siadając z powrotem przy stole. – Tamten miał taki sam rewolwer!
– Tak, ale to nie musiał być TEN SAM rewolwer – nieoczekiwanie wtrącił się Kingsley Shacklebolt. – Dean, przecież to ty mi mówiłeś, że te przedmioty są od dawna produkowane seryjnie. Zatem jest ich bardzo wiele!
– Nno... tak... – przyznał chłopak niechętnie. – Ale to byłby niezwykły zbieg okoliczności!
– Pan z nim rozmawiał, a z tego co on powiedział mnie i Deanowi – a nie było tego dużo! – wywnioskowaliśmy że mugolska policja... Dobrze powiedziałam? Policja? – Ginny gwałtownie odwróciła się do swego chłopaka.
– Tak, dobrze... – mruknął Dean.
– No! Że mugolska policja współpracuje z aurorami! On przecież pana wezwał! – wykrzykiwała rudowłosa.
– Co za temperamencik... – mruknął jadowicie lwiogrzywy, za co zarobił kilka gniewnych spojrzeń od braci impulsywnej panienki.
– Otóż to. Dochodzimy do sedna problemu... Czy też może problemów – minister uśmiechnął się niewesoło. – Ten dzisiejszy incydent był dla mnie sygnałem, że musimy działać w sposób niekonwencjonalny. Zacznę od zaprezentowania państwu pewnego dokumentu, który trafił w moje ręce dopiero wczoraj. Późnym wieczorem. Oto on – Diggory położył na stole zwój pergaminu wyglądający bardzo urzędowo i dostojnie. Tekst dokumentu wykaligrafowano bardzo starannie czerwonym tuszem, a na kilkunastu jedwabnych wstęgach zwieszały się u dołu arkusza kolorowe, lakowe pieczęcie. Olaf Goldstone drgnął, jakby coś go nieprzyjemnie zaskoczyło.
– No, no... – warknął. – Coś podobnego! To Knot tego nie zniszczył? – zapytał ironicznie.
– Nie. Nie zniszczył – odpowiedział spokojnie Amos Diggory. – Po pierwsze ten pergamin jest magicznie zabezpieczony przed zniszczeniem, a po drugie istnieje kilka jego kopii. O czym jak sądzę, doskonale pan wie, panie Goldstone.
– Wiem... – Norweg skrzywił się, jakby pił wyjątkowo obrzydliwy eliksir.
– Jest to podpisane w tysiąc siedemset osiemdziesiątym siódmym roku porozumienie z mieszkającymi wśród mugoli czarodziejami, którzy nie chcieli się podporządkować władzy Ministerstwa Magii. Negocjacje były trudne, wielokrotnie je zrywano, ponieważ żadna ze stron nie chciała ustąpić. Osiągnięto w końcu kompromis i podpisano ten dokument. Nie będziemy go teraz czytać. Tekst jest długi, napisany strasznie napuszonym stylem i zwyczajnie nudny. Skupmy się więc na tym, co jest najważniejsze. Są to te postanowienia „Traktatu o Zgodzie", bo tak się ten dokument nazywa oficjalnie, które mówią o wzajemnych zobowiązaniach obu naszych społeczności – Diggory spojrzał prosto w oczy Olafa Goldstone'a. – Cytuję: „Czarodzieje żyjący poza zorganizowaną społecznością zobowiązują się do utrzymania w tajemnicy przed mugolami istnienia świata magii, a Minister Magii w imieniu wszystkich czarodziejów uznających jego władzę złoży Przysięgę Na Honor Magii i Krew że nikt nie będzie ingerował w życie i magię ludzi magicznych żyjących wśród mugoli i nieuznających konieczności izolacji." Koniec cytatu. Oczywiście wcześniej były podpisywane inne traktaty i umowy, ale to ten jest teraz obowiązujący. Każdy kolejny Minister Magii powinien otrzymać ten dokument od swego poprzednika po objęciu urzędu i złożyć Przysięgę w swoim imieniu. W moim przypadku tak się nie stało, z wiadomych powodów.
– Słyszałem o istnieniu tej... umowy – powiedział cicho Dumbledore. – Zastanawiam się Amosie, co jeszcze Korneliusz przed tobą ukrył – dodał z rezygnacją.
– Czyżby Knot próbował unieważnić ten traktat?! – wykrzyknęła z niedowierzaniem profesor McGonagall.
– A i owszem – zaśmiał się drwiąco Olaf Goldstone.
– Olaf, daj spokój! – powiedział szorstko mecenas Vongerichten–Wintour i jednocześnie zgromił Norwega ostrym spojrzeniem. Minister popatrzył z uwagą na prawnika.
– Czy Jeremy Allen Vongerichten–Wintour to pański krewny, panie mecenasie? – spytał z napięciem w głosie.
– Tak. To mój ojciec. Wycofał się już z bezpośredniej działalności w naszej kancelarii, ale wciąż wspomaga mnie swoim doświadczeniem – odpowiedział prawnik uśmiechając się niewinnie.
– Złożyłem obietnicę dyrektorowi, – Diggory skłonił głowę w stronę Dumbledore'a – że nie będę was niepokoił, nie wiedząc wtedy, że jestem do tego zobowiązany przez ten dokument. – Mężczyzna machnął ręką wskazując na porzucony na blacie pergamin. – Złożyłem już Przysięgę i dotrzymam postanowień traktatu – zapowiedział stanowczym tonem.
– Od kogo dowiedział się pan o istnieniu tego dokumentu? – zapytał szybko Kingsley Shacklebolt. – Skoro Knot o nim nie powiedział...
– Wyobraźcie sobie, że od premiera – odpowiedział zgryźliwie Diggory. – Spotkałem się z Johnem Majorem wczoraj po południu i przeprowadziliśmy rozmowę na temat współpracy. No, cóż. Nie powiem, żebym był zaskoczony jego niechętną postawą!
– To znaczy? Czyżby współpraca z premierem nie zapowiadała się dobrze? – zdziwił się Dumbledore.
– Hmm... Zarówno John Major jak i jego poprzedniczka, pani Thatcher nie lubili Knota... – westchnął minister.
– To chyba mało powiedziane, że „nie lubili" – wtrącił jadowicie Snape.
– No, trudno im się dziwić, Knot zachowywał się wobec nich dość nietaktownie... oględnie mówiąc – mruknął Diggory, jakoś dziwnie zmieszany. – Prawda jest niestety taka, że chociaż Knot odszedł, to szkody jakie wyrządził, pozostały.
– Ach, tak. Rozumiem. Mam nadzieję, że nie pokłóciłeś się z premierem – westchnął Dumbledore.
– Nie, chociaż dyskusja była ostra. Pan mecenas Vongerichten–Wintour uczestniczył w tym spotkaniu i może potwierdzić moje słowa, oraz uzupełnić moją relację, gdybym o czymś zapomniał – Diggory z uprzejmą miną lekko skłonił głowę patrząc na prawnika. – Premier przyjął mnie z lodowatą uprzejmością. Być może nie spodobało mu się to, że przyprowadziłem ze sobą szefa Biura Aurorów. – Minister rzucił szybkie spojrzenie lwiogrzywemu mężczyźnie – Ale wydawało mi się, że Rufus Scrimgeour powinien w tym spotkaniu uczestniczyć, bo w końcu to on będzie odpowiadać... A właściwie to już odpowiada, za współpracę z mugolską... eee... policją.
– Nie uzgodniliście tego wcześniej? – zirytował się dyrektor.
– Nie było czasu, uprzedziłem tylko premiera pół godziny przed spotkaniem, że przyprowadzę ze sobą szefa naszych oddziałów do walki z czarnoksiężnikami. Protestów nie było, więc nie miałem obiekcji. No i John Major też przecież nie był sam. Towarzyszyło mu, oprócz pana mecenasa jeszcze dwoje ludzi. Szef ich oddziałów specjalnych... – Diggory urwał i zaczął gorączkowo przetrząsać kieszenie.
– Christopher Sheen – podpowiedzieli jednocześnie mecenas Vongerichten–Wintour i Rufus Scrimgeour.
– Tak, dziękuję – minister skrzywił się, nieco zażenowany. – Wyleciało mi z głowy jego nazwisko, ale mam notatki z tego spotkania. Oprócz pana Sheena była tam także kobieta, Anna Talley, której rola jest dla mnie niejasna. Ta pani została mi przedstawiona jako rzecznik prasowy, czyli osoba od kontaktów z mediami. Hmm... Wczoraj do omówienia mieliśmy takie mnóstwo spraw, że kwestie prasy pominęliśmy. A teraz zastanawiam się, co się ukaże w mugolskich gazetach. I mam poważne obawy, że mugolscy dziennikarze mogą strasznie namieszać!
– Patrzy pan, panie ministrze, na te kwestie przez pryzmat swoich doświadczeń z waszą czarodziejską prasą – powiedział drwiącym tonem Olaf Goldstone. – Wy, czarodzieje z getta, jesteście strasznie zapóźnieni cywilizacyjnie. Nie macie porządnych mediów, a z gazet praktycznie tylko „Proroka", który co tu ukrywać, jest zwyczajnym brukowcem...
– Olaf, daruj sobie takie wypowiedzi! – ostro wkroczył mecenas Vongerichten–Wintour. – Przepraszam, panie ministrze, niestety, chociaż komentarz Olafa był bardzo nie na miejscu, to jego uwaga odnośnie waszej prasy była dość trafna. Powinien pan pomyśleć o prawie prasowym.
– A cóż to takiego, to „prawo prasowe"?! – wykrzyknął gniewnie Diggory.
– Prawo, które najkrócej mówiąc, pozwala osobom pokrzywdzonym przez dziennikarzy wypisujących bzdury, bronić przed sądem swego dobrego imienia – wyjaśnił spokojnie mecenas.
– Wasi pismacy piszą różne brednie, o czym pan doskonale wie. I pozostają całkowicie bezkarni! – zaszydził Norweg. – U nas za drukowanie takich artykułów na jakie pozwala sobie chociażby Rita Skeeter, wydawca gazety zapłaciłby olbrzymie odszkodowanie! I proszę mi wierzyć, że to nie ma żadnego związku z ograniczaniem wolności słowa, a idzie tu tylko i wyłącznie o możliwość obrony przed szkalowaniem.
Minister z niedowierzaniem popatrzył na obu czarodziejów.
– Niesamowite... – mruknął. – Może to i dobry pomysł? – zastanowił się.
– Mogę panu pomóc opracować projekt takiej ustawy – zaproponował prawnik. – Radzę z tym nie zwlekać, bo może się to okazać w najbliższej przyszłości bardzo potrzebne – dodał złowróżbnym tonem.
– Chętnie przyjmę pańską pomoc w tej sprawie. Tego typu dobrowolne kontakty nie są na pewno złamaniem postanowień traktatu – Diggory blado się uśmiechnął do mecenasa. Ale ten uśmiech natychmiast zgasł. – A co do mego spotkania z premierem, to niestety nie mogę, mimo najlepszych chęci, nazwać naszego spotkania udanym. John Major od razu dał mi do zrozumienia, że nie zamierza dłużej tolerować samowoli Ministerstwa Magii. Przypomniał, że już w czasach Założycieli Hogwartu czarodzieje złożyli Przysięgę Lojalności Panującemu w naszym kraju i ta Przysięga obowiązuje nadal, w związku z tym – on, premier rządu Jej Królewskiej Mości jest moim zwierzchnikiem.
– Co mu na to odpowiedziałeś? – zainteresował się Dumbledore. Jedynie on zareagował na opowieść ministra. Pozostali słuchacze mieli posępne miny, większość czarodziejów sprawiała wrażenie ciężko zszokowanych.
– Musiałem przyznać mu rację, co do Przysięgi, ale nie zgodziłem się z jego interpretacją wynikających z niej skutków – odparł żywo Diggory. – Przemówiliśmy się dość ostro i niestety nie doszliśmy do porozumienia. Ponieważ jednak nie to było celem naszego spotkania, zgodziliśmy się obaj w końcu na odłożenie dyskusji na ten temat do przyszłego tygodnia. Pan premier wyciągnął wtedy kopię tego dokumentu, – minister wskazał na zwój, wciąż leżący na stole – i poinformował mnie, że wszedł w porozumienie z czarodziejami żyjącymi wśród mugoli. Dowiedziałem się także ciekawych rzeczy o naszej rodzinie panującej – uśmiechnął się kwaśno.
– Czyżby królowa była czarownicą?! – wykrzyknął z podnieceniem Dean.
– Nie, Jej Wysokość nie, ale czarownicą jest Królowa Matka. I czarodziejem jest Książę William – odpowiedział zmęczonym głosem minister. – Zarówno rodzina Bowes–Lyon, czyli dziadka Jej Wysokości jak i Cavendish–Bentinck, z której pochodzi jej babka, to stare rody czarodziejskie, które swoją magię wywodzą jeszcze od Celtów i Wikingów. Oczywiście żaden czarodziej ani żadna czarownica od nich nie znaleźli się nigdy w naszej ewidencji, bo oni nie uznawali izolacji od mugoli i chętniej łączyli się węzłami małżeńskimi z arystokracją mugolską, niż z czystokrwistymi czarodziejami. Wśród Windsorów także zdarzały się osoby obdarzone mocą magiczną, chociaż znacznie rzadziej. Nie wiedziałem o tym wszystkim i podejrzewam, że pan, panie dyrektorze, także nie...
– Nie. Jestem naprawdę zaskoczony – mruknął Dumbledore z kamienną twarzą. – To oznacza, oczywiście, że Jej Wysokość o wszystkim wie, prawda?
– Tak. John Major poinformował mnie o tym z nieukrywaną satysfakcją. Powiedział też wprost, że powołał specjalny zespół do walki z Tym – Którego – Imienia – Nie – Wolno – Wymawiać. Wytknął mi, że on sam musiał się tym zająć, bo Knot nie chciał z nim współpracować i z uporem twierdził, że Sami – Wiecie – Kto nie wrócił i że to wszystko brednie szalonego chłopaka i zdziecinniałego starucha. O tym wiedziałem od pana, dyrektorze, przypomniałem mu więc, że przybyłem przecież do niego właśnie w celu nawiązania oficjalnej współpracy, skoro nieoficjalna trwa i ma się dobrze. Kontakty prywatne między mugolskimi policjantami a niektórymi urzędnikami ministerialnymi oraz aurorami, – minister spiorunował wzrokiem Kingsleya Shacklebolta – pozwoliły na uratowanie życia wielu osób. A jak zareagował na to John Major? Uśmiechnął się krzywo i oznajmił, że nie ma zamiaru oglądać się na nas i zarówno on, jak i jego ludzie będą działać tak, jak uznają za stosowne. Nie zamierza także pytać mnie o zdanie. Współpraca będzie się ograniczać do wspólnych akcji, jeśli zajdzie taka potrzeba, oraz na przekazywaniu sobie nawzajem koniecznych informacji. Okazało się, że premier zorganizował specjalną jednostkę składającą się z doskonale wyszkolonych czarodziejów i mugoli, którzy mają za zadanie walczyć ze śmierciożercami wszelkimi możliwymi sposobami i środkami. Szefem tych oddziałów jest Christopher Sheen.
– Jak premier nazywa Voldemorta? – spytał nagle Dumbledore, pochylając się w stronę ministra.
– Jego dawnym imieniem i nazwiskiem... albo tak jak pan... – odpowiedział Diggory, wyraźnie bardzo zaskoczony pytaniem. Dyrektor pokiwał głową, jakby coś mu się doskonale zgadzało.
– Nie użył tytułu „lord" ani nie nazwał go „Czarnym Panem"? – upewnił się.
– Nie... – wykrztusił minister, z nieukrywanym zdumieniem patrząc na profesora.
– Tak myślałem – mruknął Dumbledore posępnie. – Mów dalej, Amosie...
– Przeczytałem „Traktat o Zgodzie" od razu u premiera. I – wyprzedzając nieco wypadki – powiem, że natychmiast po zakończeniu spotkania i powrocie do ministerstwa zacząłem szukać naszego egzemplarza. Znalazłem i sprawdziłem. Wszystko się zgadza... Premier oddał głos panu mecenasowi – Diggory przerwał na moment i zerknął spode łba na prawnika. – A od pana mecenasa dowiedziałem się, że Korneliusz Knot natychmiast po objęciu urzędu ministra postanowił unieważnić „Traktat o Zgodzie" i zmusić wszystkich ludzi magicznych pozostających poza jurysdykcją Ministerstwa Magii do poddania się jego władzy.
– Knot zażądał spotkania – mecenas Vongerichten–Wintour wpadł ministrowi w słowa uśmiechając się jadowicie. – Był bardzo pewny siebie. Poinformowaliśmy go, że nie zamierzamy zrezygnować z naszej niezależności od Ministerstwa Magii. Niestety, głupota tego człowieka okazała się większa niż dopuszczalna na takim stanowisku.
– My mówimy o takich urzędnikach: „głupszy niż ustawa przewiduje i przepisy pozwalają" – wtrącił drwiąco Olaf Goldstone.
– Kiedy odmówiliśmy podporządkowania się jego żądaniom, posunął się do gróźb – mówił dalej mecenas, rzucając jednocześnie gniewne spojrzenie niesfornemu Norwegowi. – Musieliśmy mu uświadomić dość brutalnie, że jest nas prawie dziesięć razy więcej niż jego podwładnych, zatem wszczynanie z nami wojny może się źle skończyć. Mamy dość środków, żeby obronić swoją niezależność przed jego zakusami. To wystarczyło, żeby zrezygnował, ale nie da się ukryć, że bardzo uważnie przyglądamy się działalności waszego ministerstwa.
– Przewodniczącym waszej delegacji prowadzącej rozmowy z Knotem był pański ojciec, panie mecenasie – dopowiedział Diggory. – Przypuszczam, że jedna z kopii „Traktatu o Zgodzie" jest przechowywana przez pańską rodzinę.
– Tak, owszem – potwierdził spokojnie prawnik.
