– No i nie mam żadnych złudzeń co do tego, że umieściliście w naszym ministerstwie swoich szpiegów – stwierdził minister. – A ponieważ zdarza mi się, że myślę, – dodał z gryzącą ironią – to wydaje mi się, że przynajmniej co do tożsamości jednego z nich nie ma wątpliwości... – omiótł ostrym spojrzeniem mecenasa i Norwega.

– Jak go pan wywali z pracy, to naślemy następnego – zaśmiał się drapieżnie Olaf Goldstone.

– W to też nie wątpię, więc go NIE WYWALĘ – odpowiedział Diggory cierpko. – Przyszedłem tu nie po to, żebyśmy sobie prawili wzajemnie złośliwości, ale po to, żeby skłonić was do bardziej efektywnej współpracy. Traktat nie zabrania nam podjęcia działań dla wspólnego dobra obu naszych społeczności. Ale jest tam również bardzo niebezpieczna klauzula, dająca każdej ze stron prawo do ingerencji w życie drugiej społeczności w sytuacji skrajnego zagrożenia dla jej egzystencji. Traktat nie precyzuje niestety zbyt dokładnie, co należałoby uznać za „skrajne zagrożenie"; ten paragraf został opisany bardzo niejasno, po prostu mętnie. A to otwiera furtkę dla wtrącania się, gdy takie zagrożenie nie istnieje.

– Właśnie tę klauzulę chciał wykorzystać Knot – poinformował kpiąco Olaf Goldstone.

– Ja NIE JESTEM Knotem – odparował zimno Diggory. – Chcę unicestwienia psychopatycznego szaleńca, który postanowił zniszczyć nasz świat. I nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej niż jest.

Zapadła cisza. Wszyscy wstrzymali oddech. Milczenie przerwał Dumbledore.

– Knot to tchórz i głupiec, ale nie tylko on... – powiedział znużonym głosem. – Ludzie chcą spokoju i bardzo chętnie zamykają uszy i oczy na rzeczywistość.

– A teraz nie możemy sobie na to pozwolić – podsumował gniewnie minister. – Dlatego liczę jednak na bliższą współpracę, niż to, co zaoferował mi premier.

– Zatem przechodzimy do konkretów – stwierdził szorstko mecenas Vongerichten–Wintour. – No, cóż... Słuchamy. Jakie ma pan dla nas propozycje i czego chce się pan dowiedzieć?

– Między czarodziejami z obu naszych społeczności zawsze istniały różne prywatne powiązania. Tak samo nie jesteśmy oddzieleni od społeczności mugolskich. Pełna izolacja jest mitem i nie mamy się tu co oszukiwać – oświadczył suchym głosem minister. – Proponuję zacząć od wymiany informacji. Ja już wam parę rzeczy powiedziałem.

– I oczekuje pan rewanżu – westchnął mecenas. – W porządku. Ja się zgadzam. Olaf? – Norweg skinął głową. – A pan, panie dyrektorze? – prawnik spojrzał pytająco na Dumbledore'a.

– Ja także – skinął głową profesor. – Rozumiem, że możecie panowie obaj mówić w imieniu innych czarodziejów ze swojej społeczności?

– Zanim tu przybyliśmy, odbyliśmy naradę i uzgodniliśmy, co możemy zdradzić, a czego absolutnie nie – wyjaśnił Olaf Goldstone. – Dyskusja trwała długo, przeprowadziliśmy kilkanaście ankiet i uzgodniliśmy wspólne stanowisko.

– Ciekawe, ile osób uczestniczyło w tej dyskusji – spytał nieco drwiącym tonem Rufus Scrimgeour. – Skoro jest was dziesięć razy więcej niż nas, to na pewno wszyscy nie mogli się wypowiedzieć, zwłaszcza, że czasu na te uzgodnienia mieliście chyba nie za wiele!

– Ano nie. Ale my mamy bardzo szybkie środki łączności. Mugolska technika jest znacznie lepsza od magicznej komunikacji. Was jest mniej niż trzysta tysięcy, ale wątpię, czy podołalibyście takiemu zadaniu – odciął się Norweg. – My mieliśmy na przeprowadzenie dyskusji trzy dni, wystarczyło, żeby zapytać o zdanie pół miliona ludzi – zaśmiał się, widząc miny słuchaczy. – Otrzymaliśmy odpowiedzi od dwóch trzecich zapytanych, a w samej dyskusji wzięło udział kilka tysięcy. Możecie nie wierzyć, ale to prawda.

– Ja wierzę. Wiem, jak to zrobiliście – powiedział żywo Dumbledore. – Internet, oczywiście. A powszechne przekonanie na temat ogrów jest takie, że są to istoty bardzo leniwe... – zaśmiał się patrząc na Olafa Goldstone'a. – Chyba wybrał pan sobie niezbyt trafny nick.

– Możliwe, że ma pan rację, profesorze – blondyn skrzywił się z urazą. – A ja natomiast wiem na pewno, że trzmiele wcale nie są takie łagodne, jak ludzie uważają, mogą być groźniejsze nawet od szerszeni...

– Więc będziemy ostrożni – przerwał wyraźnie zirytowany mecenas. Harry był mu za to wdzięczny, nie miał ochoty słuchać niezbyt zrozumiałej dyskusji. Zastanowił się tylko przelotnie, skąd Dumbledore wie, jakim pseudonimem posługuje się Olaf Goldstone w internecie. Ukradkiem rozejrzał się dookoła i stwierdził, że przeważająca większość osób siedzących przy stole nic z tego nie pojmowała. Jedynymi, którzy mieli miny świadczące o niejakim zrozumieniu o czym toczy się rozmowa byli Hermiona, Dean i... Lupin?! Po chwili Harry uświadomił sobie, że chyba jednak nie ma w tym niczego dziwnego, Lupin żył przecież wśród mugoli i na pewno nie raz widział komputer, a może nawet go używał.

– Może wrócimy do zasadniczego tematu – powiedział ostro Vongerichten–Wintour.

– Słusznie – warknął minister zgryźliwie. – Premier powiedział mi że oni znają miejsce pobytu Tego – Którego – Imienia – Nie – Wolno – Wymawiać i pilnują zarówno jego, jak i wszystkich śmierciożerców. Oczywiście spytałem go, w jaki sposób. Odpowiedział mi, że mają swoje mugolskie sposoby i żebym się nie martwił, bo od tej chwili żadna akcja nie uda się już temu... tu wyraził się o NIM w sposób bardzo... hmm... wulgarny.

Mecenas uśmiechnął się złośliwie.

– Nasz premier bywa impulsywny i czasami zbytnio folguje swoim emocjom, a wtedy używa nieparlamentarnego języka – wyjaśnił.

– Panowie wiecie w jaki sposób śmierciożercy i... ON są śledzeni? – spytał Diggory z niedowierzaniem, rzucając podejrzliwe spojrzenie prawnikowi i Norwegowi. – I jak to możliwe, skoro zawiodły sposoby magiczne?

– My posługujemy się zarówno magią jak i mugolską techniką – odpowiedział Goldstone. – Nie sądzę, co prawda, by żądał pan od nas dokładnych wyjaśnień „jak to działa" – dodał złośliwie.

– Nie... Tego nie będę się domagał – minister smutno się uśmiechnął.

Harry szybko omiótł wzrokiem zebranych przy stole ludzi i zauważył, że Bill Weasley i Kingsley Shacklebolt wymieniają ukradkowe spojrzenia. „Oni obaj coś wiedzą." – pomyślał z niepokojem. Miał już serdecznie dosyć tajemnic i niedomówień. Czuł narastający gniew.

– Dlaczego pan uważa, panie ministrze, że ta sprawa dotyczy głównie mnie? – spytał, z trudem uciszając wzbierającą w nim wściekłość.

– Nie tylko ja tak uważam – odpowiedział spokojnie minister. – Doskonale rozumiem, jak bardzo jest panu ciężko – mężczyzna ze smutkiem popatrzył Harry'emu w oczy. – Niestety, obawiam się, że nie uniknie pan kolejnego starcia z Tym – Którego – Imienia – Nie – Wolno – Wymawiać.

– Co masz na myśli, Amosie? – spytał cicho Dumbledore.

– To zabrzmiało okropnie fatalistycznie – warknął zdegustowany Olaf Goldstone.

– Premier zapytał mnie, czy wierzę w te bzdury, które wypisuje „Prorok" na temat „Wybrańca" – westchnął minister. – Zaskoczył mnie, bo tego się jednak nie spodziewałem. Pokazał mi kilka numerów naszego dziennika z artykułami o panu Potterze i oznajmił, że on nie zamierza się tym sugerować. Zezłościłem się i powiedziałem, zgodnie z prawdą, że ja osobiście wierzę w tę przepowiednię. John Major wzruszył ramionami i zaśmiał się złośliwie. Opanowałem się z trudem, ale on się tym nie przejął. Chyba celowo dążył do tego, żeby mnie zdenerwować.

– Mam nadzieję, że zdołałeś jednak zapanować nad swoimi emocjami... – mruknął z niesmakiem Dumbledore.

– Tak, bo premier powiedział mi coś bardzo ważnego. I muszę się z nim zgodzić. Miał rację! Jego zdaniem to, czy ja wierzę w przepowiednię jest zupełnie nieistotne, bo ważne jest tylko to, że wierzy w nią Ten – Którego – Imienia – Nie – Wolno – Wymawiać. I dlatego należy jak najszybciej i jak najlepiej zacząć szkolić Harry'ego Pottera. Czarny Lord będzie dążyć do konfrontacji z nim za wszelką cenę. Stąd mój list do pana, panie Potter – Diggory spojrzał uważnie na chłopaka. – Mocno wierzę, że ma pan szansę zwyciężyć tego potwora.

– Nie jesteś sam, Harry. To tylko w bajkach jest tak, że „ten najgorszy i najczarniejszy" musi się zmierzyć sam na sam z „tym najlepszym i najbielszym" – powiedział kpiącym tonem Olaf Goldstone. – I ten zgadziały półgłówek w to uwierzył. Ale to nie jest bajka, to jest życie. Nie jesteś i nie będziesz sam, ale musisz być doskonale przygotowany.

Harry poczuł dreszcz. Olaf Goldstone i minister dobitnie wyrazili to, co on sam czuł od dawna. Przepowiednia przepowiednią, ale Voldemort dąży do konfrontacji. I prędzej czy później dopnie swego.

– Czyli nie mam wyjścia – powiedział z rezygnacją. – Muszę się szkolić do walki...

– Przecież chcesz zostać aurorem – przypomniał Snape z sarkazmem w głosie. – Masz teraz okazję, żeby zacząć naukę zawodu wcześniej niż przypuszczałeś – zadrwił.

Harry podniósł głowę i spojrzał prosto w czarne oczy swego drugiego ojca chrzestnego.

– Wykorzystam to – odparował zimno.

– Bardzo dobrze. Trzymamy cię za słowo – podsumował Mistrz Eliksirów.

– W takim razie, skoro najważniejsze już ustaliliśmy, wróćmy może do sprawy współpracy z mugolskimi jednostkami specjalnymi – wtrącił się do dyskusji Rufus Scrimgeour.

– Słusznie – odparł szorstko mecenas. – Macie panowie jakieś propozycje? – spytał, przyglądając się uważnie aurorom i ministrowi.

– Mamy przede wszystkim pytania – odparował twardo lwiogrzywy. – Propozycje oczywiście też – dodał szybko, nieco bardziej ugodowo.

– Poprosimy zatem o pierwsze pytanie – Olaf Goldstone uśmiechnął się jadowicie. W tym momencie Norweg tak bardzo przypominał Snape'a na lekcjach eliksirów, że Harry wzdrygnął się mimowolnie.

– Powiedzieliście, że wiecie gdzie jest Ten – Którego – Imienia – Nie – Wolno – Wymawiać i wszyscy jego śmierciożercy. I że ich pilnujecie. Bardzo dobrze. Nie będę drążyć, JAK to robicie. A moje pytanie brzmi: Co z tego wynika? Czy to oznacza, że znacie każdy jego plan i będziecie przeciwdziałać? Bo zdarzenie pod sklepem z magicznymi dowcipami panów Freda i George'a Weasleyów właśnie na to mi wygląda – Rufus Scrimgeour z oszałamiającą szybkością wyrzucił z siebie ten potok słów.

Olaf Goldstone i mecenas Vongerichten–Wintour wymienili zasępione spojrzenia.

– To was najbardziej interesuje? – spytał grzecznie prawnik. – Czy to tylko wstęp do kolejnych pytań?

– Oczywiście, że tylko wstęp, bo pytań mamy oczywiście znacznie więcej – odparował chłodno minister.

– W porządku – mecenas ciężko westchnął. – Może moja odpowiedź będzie na tyle obszerna, że na niektóre wasze pytania otrzymacie zadowalające wyjaśnienie od razu, zanim zadacie nam kolejne. No, cóż... Wyciągnął pan bardzo słuszne wnioski z dzisiejszych wydarzeń.

Prawnik urwał i spojrzał na Norwega.

– Pilnujemy tego zgadziałą szlamę... – oznajmił szyderczym tonem Olaf Goldstone, wpadając w słowa swemu towarzyszowi.

– CO pan powiedział?! – przerwał z niebotycznym zdumieniem pomieszanym ze zgrozą jeden z milczących dotąd aurorów. Nie tylko on był zszokowany, tak samo zareagowała większość uczestników spotkania. Jedynie Dumbledore i Snape mieli kamienne twarze, a Olaf Goldstone roześmiał się drwiąco.

– Tom Marvolo Riddle, alias Voldemort zwalcza szlamy, a sam jest szlama, więc my nazywamy go tak, jak na to zasługuje. To samo co ten żałosny, niewydarzony pseudolordzina robił niejaki Schicklgruber, alias Hitler – zaszydził Norweg.

– Olaf, dość! – mecenas Vongerichten–Wintour ostro zareagował na wyskok jasnowłosego czarodzieja. – Hitler dążył do panowania nad światem i był już bliski realizacji tego celu. Voldemort chce tego samego. Obaj – szaleni psychopaci, niewiarygodnie groźni, nieobliczalni i niemożliwi do zignorowania. Dziadek Hitlera być może był Żydem, ale to nie ma w tej chwili najmniejszego znaczenia. Można ich obu porównywać, chociaż są to jałowe dywagacje. No, a Voldemort... Ja też nie uważam Toma Riddle za mądrego, ale nie sposób odmówić mu umiejętności posługiwania się czarną magią. I desperacji. Nie wolno go lekceważyć! A teraz z powodu swoich niepowodzeń jest potwornie wściekły, więc szczególnie niebezpieczny. W tym momencie, jedyne, co możemy zrobić, to uniemożliwić mu jakiekolwiek działanie, polować na niego i jego niewolników nie dając mu żadnej szansy na cokolwiek. Jego czas już się kończy, mamy środki, żeby go unieszkodliwić... Czyli po prostu unicestwić. Niestety, musimy z tym poczekać, aż pan Potter będzie gotowy do ostatecznej rozgrywki. Tak wygląda prawda, przykro mi. – Prawnik ze współczuciem ścisnął Harry'ego za ramię. Chłopak ukrył twarz w dłoniach. Otoczyła go mroźna cisza. „Nie poddam się!" pomyślał. Opuścił ręce i wyprostował się. Snape patrzył na niego uważnie, ale Harry nie potrafił odgadnąć, co jego spojrzenie wyraża. Brutalne słowa mecenasa wywołały u słuchaczy różne reakcje. Niektórzy wbijali wzrok w blat stołu, jakby widzieli tam coś ogromnie interesującego, reszta wpatrywała się w Harry'ego z przerażeniem i współczuciem jednocześnie.

– Wiem o tym – powiedział z największym spokojem, na jaki było go w tej chwili stać. Udało mu się ukryć wewnętrzny dygot. Ale sam przed sobą nie mógł udawać, że się nie boi... Z bolesną ostrością, po raz któryś z rzędu w czasie tej rozmowy uświadomił sobie, że ci wszyscy ludzie na niego liczą. Cokolwiek by nie mówili na temat Voldemorta. Będą go wspierać, ale to on, a nie kto inny musi unicestwić Toma Riddle'a. Przeklęta przepowiednia!

– Rozumiem – w głosie mecenasa zabrzmiał rzetelny podziw. – Twoja matka byłaby z ciebie dumna, chłopcze. Nie wątpię, że wygrasz! Ale w tej chwili mamy inne pilne sprawy do załatwienia. Problemem z jakim się zmagamy jest niechętne nastawienie premiera i większości czarodziejów żyjących wśród mugoli do ścisłej współpracy z wami. John Major uważa, że jesteście właściwie zbędni i nie musicie brać szerszego udziału w zaplanowanych przez niego działaniach. Ja osobiście nie podzielam jego zdania, ale nie będę działał za jego plecami. Postaram się go przekonać. On co prawda potrafi być bardzo uparty, zaś na Knota jest okropnie cięty, a co o nim myśli, to lepiej nie powtarzać. Użyłem legilimencji i podsłuchałem co nieco. Nie chcę, żeby premier myślał o panu to samo, co o Knocie – prawnik spojrzał poważnie na Diggory'ego. – Na jego opór wobec naszej współpracy duży wpływ ma na pewno, niestety, postępowanie waszego poprzedniego ministra.

– Też jestem tego zdania – przytaknął Diggory z goryczą.

– Właśnie. W pana pytaniach wyczułem pewne podteksty – mecenas uśmiechnął się kątem ust, spoglądając na Scrimgeoura. – Ja także jestem pewien, że ci dwaj mężczyźni, którzy interweniowali pod sklepem panów Weasleyów to byli ludzie Sheena. Nie wiem, którzy, ale lepiej nie sugerujcie się tym, że jeden z nich użył broni palnej, a drugi różdżki. Członkowie elitarnych jednostek trenują sztuki walki wręcz i są nastawieni na używanie wszelkiego rodzaju broni. Potrafią doskonale strzelać, równie dobrze, jak używać różdżek. Oczywiście używanie różdżki dotyczy wyłącznie czarodziejów. Ci policjanci z oddziałów specjalnych, którzy nie są magiczni, uczą się z kolei jak rozpoznawać użycie magii i jak walczyć z czarodziejami. Wszyscy członkowie oddziałów specjalnych są zakamuflowani i oficjalnie robią coś zupełnie innego, pracują, studiują albo prowadzą życie tak zwanych bogatych nierobów. Wszyscy mają fałszywe dokumenty, oczywiście po kilka kompletów. No i najważniejsze – wciąż doskonalą swoje umiejętności. Myślę, że bardzo was interesuje, jak działają, prawda? – spytał nieco zgryźliwym tonem.

– Czyżby miał pan zamiar udzielić nam wyjaśnień na ten temat? – Rufus Scrimgeour okazał nieco przesadne zdumienie, zadając to pytanie.

– Akurat w tym przypadku nie zdradzę żadnej tajemnicy, przecież nie wyjawię szczegółów tajnych operacji, bo sam ich nie znam. Ja się zajmuję innymi sprawami – prawnik zaśmiał się pod nosem. – Wszyscy komandosi...

– Komandosi?! – wykrzyknął jeden z aurorów ze zdumieniem, przerywając mecenasowi. – Eee... przepraszam... – wybąkał po chwili. – Nie znam tego słowa...

– Tak nazywamy członków elitarnych jednostek specjalnych naszego wojska i policji – wyjaśnił lekko zniecierpliwiony Olaf Goldstone.

– Wszyscy komandosi są zawsze gotowi do działania – kontynuował wyjaśnienia mecenas Vongerichten–Wintour. – Czekają na wezwanie, a gdy przyjdzie, po prostu wypełniają rozkazy. Ludzie Sheena pełnią dyżury pilnując śmierciożerców na zmianę i błyskawicznie wchodzą do akcji, gdy zajdzie potrzeba. Przeważnie działają w dwie osoby, ale każdy z nich liczy się z tym, że może być zmuszony zadziałać bez rozkazu, zdany tylko na siebie. Są na to przygotowani.

– W jaki sposób ci... komandosi są werbowani? – zapytał nagle Lupin. Odwrócił się w stronę mecenasa zaglądając mu głęboko w oczy.

Mężczyzna skinął głową, spokojnie odwzajemniając spojrzenie.

– Selekcja jest bardzo ostra, bo trzeba mieć specjalne predyspozycje, żeby pracować w takiej formacji. Nie przyjmują tam byle kogo... – odpowiedział, uśmiechając się niewinnie.

Olaf Goldstone parsknął śmiechem.

– Dostał pan już list, prawda? – spytał chichocząc.

Remus gwałtownym ruchem wyrwał kopertę z kieszeni i cisnął ją na stół.

– To nie był żart? – upewnił się gniewnie.

– Ano, nie – potwierdził uspokajającym tonem Vongerichten–Wintour. – No, cóż... Kandydat na komandosa może być rekomendowany przez osobę godną zaufania.

Olaf Goldstone przestał się śmiać.

– Nie mamy tu niczego do ukrycia – oświadczył zdecydowanie. – To ja poleciłem pana Chrisowi. Był zachwycony i natychmiast do pana napisał, ale zanim wysłał ten list, – Norweg niedbale machnął dłonią wskazując sponiewieraną kopertę – skonsultował całą sprawę z premierem i zasięgnął opinii jeszcze paru osób, które znają pana osobiście. Otrzymał pan znakomite referencje i Chris bardzo liczy na pańską zgodę. A i to, że zawarł z panem bezpośrednią znajomość dzięki Marghericie, jak również fakt, że towarzyszył pan profesorowi Dumbledore'owi podczas rozmów o współpracy, również wpłynęło na jego decyzję.

– O czym wy mówicie?! – zdenerwował się nagle minister.

Aurorzy spoglądali na siebie niepewnie, wyraźnie oszołomieni. Harry patrzył na potwornie zdenerwowanego Lupina i nagle uświadomił sobie, że WIE o co chodzi. A za chwilę jego podejrzenia się potwierdziły...

Remus zacisnął wargi. Podniósł list i podał go ministrowi. Diggory delikatnie ujął kopertę w dwa palce i przez chwilę kołysał nią, jakby go parzyła. Wreszcie zdecydował się i wyjął z koperty kartkę papieru. Na jego twarzy pojawił się wyraz skrajnego niedowierzania.

– To nie jest fair – powiedział cicho, kładąc list na stół. Potrząsnął głową.

– Może przeczytasz głośno, Amosie – zaproponował spokojnie Dumbledore. Harry miał nieodparte wrażenie, że stary czarodziej w głębinach swojej srebrzystej brody ukrywa uśmiech.

– Zgadzacie się panowie? – Minister spojrzał pytająco na Lupina, mecenasa i Norwega. Wszyscy trzej skinęli głowami na znak zgody. Diggory przemógł swoją chwilową słabość i z nagłą energią ponownie sięgnął po dziwny list.

Tekst listu Sheena do Lupina nie był długi, ale w miarę, jak minister go odczytywał, na twarzach słuchaczy odbijały się kolejno uczucia zdumienia i oburzenia.

Oto, co usłyszeli:

Szanowny Panie Lupin!

Niniejszym składam Panu propozycję pracy. Jest Pan wykwalifikowanym czarodziejem i w walce z potężnym czarnoksiężnikiem, jakim bez wątpienia jest Tom Marvolo Riddle, nazywający sam siebie „Voldemortem", Pańskie umiejętności będą bardzo pożądane. Poza tym jest Pan wilkołakiem i wiem z pewnego źródła, że specjalizuje się Pan w Obronie Przed Czarną Magią. Nauczał Pan tego w Hogwarcie, a dyrektor tej szkoły nie zatrudniłby Pana, gdyby nie miał Pan odpowiednich kwalifikacji. Taki człowiek jak Pan byłby dla nas bardzo przydatny. Natomiast dla Pana służba w Oddziałach Specjalnych Policji Jej Królewskiej Mości byłaby (jak mniemam) doskonałym miejscem do pełnego wykorzystania Pańskich umiejętności. Dlatego proszę o poważne rozpatrzenie mojej propozycji. Mój numer telefonu Pan zna. Z niecierpliwością oczekuję Pańskiej odpowiedzi i mam nadzieję, że będzie pozytywna.

Z szacunkiem – Christopher Sheen

Harry pomyślał, że właściwie nie powinien czuć się zaskoczony. Skoro w policji pracują czarodzieje, to zatrudnienie wilkołaka może być z punktu widzenia szefa oddziałów specjalnych posunięciem bardzo sensownym. A jeśli jeszcze ten wilkołak zna się na obronie przed czarną magią... To tym bardziej! Premier przecież stworzył specjalny oddział komandosów do walki z Voldemortem i jego sługami... Ciekawe, co teraz zrobi Remus?

– Naprawdę uważa pan, panie ministrze, że to nie fair? A dlaczegóż to? – spytał zaczepnie Olaf Goldstone.

„No, właśnie, dlaczego?" – pomyślał Harry.

– Dlatego, że nasza społeczność nie akceptuje wilkołaków. Wszyscy wiecie o tym, jakie dekrety antywilkołacze zostały wydane za rządów Knota, jak również to, że główną orędowniczką wprowadzania ograniczeń praw wilkołaków była Dolores Umbridge. Anulowałem wszystkie te ustawy. Zrobiłem to używając bardzo prostego argumentu – naruszenie podstaw prawnych naszego społeczeństwa, czyli Magicznego Kodeksu. Co jest całkowicie zgodne z prawdą – oznajmił Diggory.

– W „Proroku" o tym napisali, a ich komentarz był wyjątkowo niechętny. Wręcz ociekał jadem i agresją! – wtrąciła z gniewem profesor McGonagall.

– Ano, właśnie – podjął wyjaśnienia minister. – Przesłałem do „Proroka" swoje oświadczenie odnośnie tej sprawy. Nie wdawałem się w szczegóły, oczywiście, poinformowałem ich tylko, że przygotowałem projekt nowej ustawy o wilkołakach.

– I wywołał pan burzę, panie ministrze – wtrącił z rozgoryczeniem Rufus Scrimgeour. – Czy naprawdę nie można było z tą sprawą poczekać?! – wykrzyknął.

– Nie! – odpowiedział twardo Dumbledore. – Voldemort ściąga do siebie wilkołaki obiecując im zrównanie w prawach z czarodziejami...

– Wynalazł eliksir uzależniający wilkołaki od niego, a tych, którzy już są z nim, nakłania do gryzienia jak największej liczby ludzi – odezwał się nagle Severus Snape. – Jeśli ustawa przygotowana przez pana ministra nie zostanie ogłoszona... I to jak najszybciej! To ten psychopata będzie miał do dyspozycji armię wilkołaków dowodzoną przez Fenrira Greybacka. Chyba nie musimy nikomu tłumaczyć, co to oznacza!

– Pan, panie dyrektorze już rozpoczął działania zapobiegawcze. Mówił mi pan o tym, co pan zamierza – Diggory uśmiechnął się kątem ust. Zerknął spod oka na rozgniewanego szefa aurorów, a Harry odniósł dziwne wrażenie, że minister celowo drażni Scrimgeoura.

– Tak – oznajmił zimno Dumbledore. – Severus i Remus napisali listy do wszystkich wilkołaków, jakich ministerstwo miało w ewidencji. Severus ulepszył formułę eliksiru tojadowego, a Remus wypróbował na sobie jego działanie.

– Nie obiecywaliśmy niczego w imieniu ministerstwa – oświadczył chłodno Snape. – Przesłaliśmy im tylko informacje o moim eliksirze i ostrzeżenie przed Voldemortem.

– Nie mam do was pretensji, wręcz przeciwnie, uważam wasze działania za bardzo pożyteczne. Postąpiliście słusznie. O tym jednak „Prorok" nie napisał, chociaż informacje otrzymali. A jeśli idzie o prawa dla wilkołaków... Natychmiast zaczęły się protesty. Do Wizengamotu wpłynęło dzisiaj kilkanaście pozwów zaskarżających tę ustawę... Której przecież jeszcze nie ma! – W głosie ministra zabrzmiało rozgoryczenie.

– Ludzie nie ufają wilkołakom... Wzbudzamy strach – westchnął ze smutkiem Lupin.

– O tych protestach już wiem, Amelia Bones mnie poinformowała – powiedział Dumbledore.

Remus gwałtownie odwrócił się do mecenasa.

– A wy?! – warknął groźnie. – Co WY myślicie o wilkołakach?!

– Traktujemy likantropię jako chorobę... – odpowiedział z namysłem Vongerichten–Wintour. – Nie, nie mam zamiaru udawać, że wszyscy czarodzieje z naszej społeczności są arcytolerancyjni, ale większość z nas raczej nie ma uprzedzeń. Wiemy, że konieczna jest ostrożność i likantropi żyjący wśród nas też to wiedzą. Mamy od dziesiątków lat opracowane programy ochrony i pomocy, a także ośrodki, gdzie wilkołaki chronią się w czasie pełni. W dawnych wiekach zajmowali się tym mnisi. Tworzyli w klasztorach specjalne azyle dla chorych na likantropię, jak również szpitale dla leczenia chorób i urazów magicznych. Kilka zakonów chrześcijańskich zostało założonych przez czarodziejów, głównie w celu ochrony i nauki dzieci obdarzonych mocą magiczną, które nie miały szans w waszej społeczności.

– Rozumiem – powiedział cicho Remus. Potarł dłonią czoło. – Czy Sheen zdaje sobie sprawę, czym jest likantropia? – spytał szorstko.

– Zapewniam pana, że tak – oświadczył z naciskiem Olaf Goldstone. – Ma ciotkę czarownicę i wie o magii i różnych jej aspektach wystarczająco dużo. Może pan być spokojny, on naprawdę WIE, co robi.

– W takim razie... przyjmę propozycję Sheena – oznajmił Lupin.

Olaf Goldstone i Mitchel Vongerichten–Wintour uśmiechnęli się z nietajoną satysfakcją.

– Wspaniale! – entuzjastycznie wykrzyknął Norweg.

– I właśnie dlatego uważam, że to nie jest fair – powiedział zmęczonym głosem Diggory. – Propozycja zatrudnienia pana Lupina w mugolskiej policji, może być potraktowana jako niedozwolone wtrącanie się w nasze sprawy... W życie naszej społeczności. Ale tak naprawdę, jest to policzek wymierzony NASZEJ nietolerancji. – Minister powiódł groźnym spojrzeniem po twarzach aurorów. – Cieszę się, że podjął pan taką, a nie inną decyzję – oznajmił.

Lupin uniósł brwi.

– Naprawdę uważa pan, panie ministrze, że powinienem przyjąć tę propozycję? – spytał z uprzejmym zdziwieniem. – Decyzję już podjąłem i jej nie zmienię, ale pana aprobata wydaje mi się... odrobinę... zaskakująca.

– Staram się patrzeć nieco dalej niż na koniec własnego nosa – syknął Diggory. – I dlatego widzę potencjalne korzyści z tej sytuacji. Po pierwsze: uważam że jest to dobry punkt wyjścia dla zacieśnienia współpracy między aurorami i... jak... aha, komandosami. Współpracy, która już istnieje, i ma się na razie całkiem dobrze, o czym mi nieformalnie wiadomo. Choć oficjalnie, oczywiście, nic na ten temat nie wiem. – Mówiąc to, minister uśmiechnął się złośliwie. – Po drugie: nie da się ukryć, że czarodzieje żyjący wśród mugoli, – Diggory zerknął spode łba na mecenasa i Norwega – znają magię, o której my nic nie wiemy. Bezśladowa i bezgłośna teleportacja; ta klątwa, niezidentyfikowana przez uzdrowicieli ze szpitala św. Munga, którą dzisiaj posłużył się jeden z wybawców pana Lee Jordana, i jak już zdołałem sobie uświadomić, całe mnóstwo innych rzeczy... Ja osobiście chętnie bym się nauczył chociażby cichej teleportacji... – westchnął.

– Odcinając się od mugoli, odcięliście się także od nas – uśmiechnął się Vongerichten–Wintour. – Pan ma otwarty umysł, panie ministrze, ale podejrzewam, że przeważająca większość spośród was nie będzie chciała utrzymywać z nami żadnych kontaktów. A jakie jeszcze korzyści widzi pan z pracy pana Lupina w naszej policji?

– W dalszej perspektywie wymiana doświadczeń między aurorami i komandosami. Myślę, że moglibyśmy się nawzajem od siebie sporo nauczyć. Gdyby premier i Sheen się zgodzili, mógłbym oddelegować do tych oddziałów komandosów paru aurorów. Na przykład. Hmm... Rozumiem, że pan Lupin musi przejść szkolenie, żeby móc podjąć pracę komandosa i że to szkolenie nie będzie łatwe – Diggory posłał Remusowi znaczące spojrzenie. – No i... Czy nie boicie się panowie, że będzie lojalny wobec nas, a nie wobec was?

– Mogę na to odpowiedzieć – Remus gwałtownie się pochylił, przyciskając obie dłonie do blatu stołu. – Myślałem o tym. I nie widzę tu konfliktu interesów między naszymi społecznościami. Nie będę przecież niczyim szpiegiem, a z Voldemortem i śmierciożercami walczę od samego początku! Jeśli praca w mugolskiej policji stworzy mi do tego sposobność, to dam z siebie wszystko, żeby być użytecznym!

– Co do szpiegowania, to lepiej się nie zarzekaj, Lupin – ostrzegł go Snape. – Jesteś idealnym kandydatem na agenta wśród wilkołaków popierających Riddle'a.

– Jeśli dostanę takie zadanie, to będę ich szpiegować – momentalnie odpalił Remus.

– A ja będę miał dodatkowy argument, żeby przeforsować nową ustawę dającą likantropom prawa do pracy... Po prostu, prawo do normalnego życia! Niestety, nie będę mógł ogłosić tego publicznie – oznajmił minister z błyskiem w oku. – Praca pana Lupina w mugolskiej policji musi pozostać tajemnicą, może o niej wiedzieć jedynie niewiele osób. Nikt z nas, tu obecnych, nie powie ani słowa żadnemu dziennikarzowi – Diggory rozejrzał się szybko z groźną miną. – O tym dowiedzą się tylko członkowie Wizengamotu oraz aurorzy... I to nie wszyscy!

– Myślę, Amosie, że to akurat jest dla nas oczywiste – potwierdził spokojnie Dumbledore.

– Wy musicie chronić się przed „Prorokiem", my mamy z jednej strony gorzej, a z drugiej łatwiej – zaśmiał się Olaf Goldstone. – Nasi żurnaliści wcale nie są lepsi niż wasi, też mamy wśród nich żądne sensacji hieny, ale przeważająca większość to jednak przyzwoici ludzie. Chociaż czasami są zbyt dociekliwi, jak na nasze niektóre potrzeby... Ale działania oddziałów specjalnych wojska i policji są opatrzone klauzulą tajności i żadne publikacje nie wchodzą w grę. Więc tu będzie spokój. Przynajmniej tu...

– Czy ja mogę zadać pytanie? – głos Ginny zabrzmiał tak przenikliwie, że wszyscy aż podskoczyli. Harry w nagłym przebłysku uświadomił sobie, że to nieśmiałe dziewczątko, które kiedyś rumieniło się co chwila i nie mogło wydusić z siebie słowa, dawno zniknęło. Teraz tuż obok niego siedziała pewna siebie młoda dziewczyna, której nie peszyła nawet obecność Ministra Magii! Chyba wolał tą obecną... Jednocześnie pomyślał o Lunie. Jakże one obie były różne, a jednak jakby trochę podobne. Luna też nie peszyła się byle czym i waliła prawdę prosto z mostu. Uśmiechnął się w duchu. Ciekawe, jak pan Diggory na to zareaguje...

– Oczywiście, panno Weasley – minister uśmiechnął się przyzwalająco, i najwyraźniej celowo „nie zauważył" gniewnego grymasu szefa aurorów.

– Harry musi się szkolić, ale dlaczego my? – Ginny zatoczyła ręką koło.

– Nie chce pani? – warknął Rufus Scrimgeour.

– Bardzo chcę! – wykrzyknęła Ginny. – Czy dlatego, że jesteśmy tak blisko Harry'ego? – dodała cicho, bardzo poważnym głosem.

– Tak, właśnie. Dlatego – potwierdził minister. – Próbowano już panią porwać. Próbowano zabić pana Thomasa. Ci śmierciożercy, którzy dzisiaj zaatakowali pana Lee Jordana mieli za zadanie porwać któregoś z pani braci i zabić każdego, kto im stanie na drodze. W każdym razie – tak zeznali. Nie widzę powodu, żebyście mieli być bezbronni wobec ataków.

– Dziękuję... – szepnęła Ginny bardzo cicho. – Ale mam jeszcze... No... Dwa pytania – spojrzała prosząco na ministra. Pod tym błagalnym wzrokiem każdy by zmiękł, nic dziwnego więc, że pan Diggory przyzwalająco skinął głową. Harry pożałował, że on nie potrafi stosować takich kobiecych sztuczek.

– Czy wśród tych... komandosów są czarodzieje porozumiewający się z ptakami? I czy są wśród nich metamorfomagowie? – W głosie Ginny brzmiało jakieś dziwne napięcie. Zadając pytanie dziewczyna patrzyła na Olafa Goldstone'a, ale Harry zauważył, jak rzuciła ostre spojrzenie Billowi.

„Dziwne..." – pomyślał chłopak. Bill spuścił głowę, jakby czuł się czemuś winny...

– Taak... Jest paru metamorfomagów – odpowiedział Olaf Goldstone powoli, nieco przeciągając zgłoski. – Natomiast co do ptaków, to mamy lepsze środki komunikowania się niż sowia poczta – oznajmił jakby nieco pogardliwie.

– Proszę mnie NIE ZBYWAĆ! – warknęła gniewnie Ginny. Wszyscy spojrzeli na nią ze zdumieniem. – Pan doskonale wie, że nie o to pytałam! Czy łabędź... Tam, nad stawem... W Ogrodach Kensington... BYŁ tresowany?!

Olaf Goldstone miał na twarzy dziwny wyraz, jakby uznania i niechęci jednocześnie. Norweg milczał przez chwilę, pocierając dłonią podbródek. Wyraźnie zastanawiał się nad odpowiedzią.

– Tak, panno Weasley – odpowiedział wreszcie. – Ten łabędź BYŁ tresowany. I nie znalazł się tam przypadkiem. Więcej nie mogę pani nic na ten temat powiedzieć, ale myślę, że to pani wystarczy, prawda? Natomiast dziwi mnie trochę, że nie spytała pani o ANIMAGÓW. Tacy też są w tych oddziałach specjalnych policji – zakończył z lekko kpiącym uśmieszkiem.

– Tak, to mi wystarczy – odpowiedziała energicznie rudowłosa. Znów spojrzała na Billa. A gdyby spojrzenia można było ważyć, to to, które Ginny rzuciła swemu bratu miałoby niewątpliwie wagę kowalskiego kowadła.

– W takim razie wróćmy do sprawy niejakiego Nortona Middlerocka – zażądał stanowczo Rufus Scrimgeour. – Z zeznań Lucjusza Malfoya i innych śmierciożerców dowiedzieliśmy się, że należał do zaufanych ludzi Sami – Wiecie – Kogo. Poszukiwaliśmy go i w końcu znaleźliśmy, ale niestety, już martwego. Zginął w noc ostatniej pełni, kiedy aurorzy bronili mugoli przed atakami śmierciożerców. Okoliczności jego śmierci były nader dziwne. Czy możecie panowie coś nam o tym powiedzieć?

Olaf Goldstone i Mitchel Vongerichten–Wintour sprawiali wrażenie mocno zirytowanych tym pytaniem. Patrzyli na siebie, a Harry odniósł wrażenie, że wiodą telepatycznie dyskusję. Niewątpliwie wiedzieli, co się stało z tym śmierciożercą, o którego pytał szef aurorów. Po dłuższej chwili milczenia mecenas zdecydował się na odpowiedź.

– Wiemy, co się stało, ale od nas żadnych wyjaśnień pan nie usłyszy – oznajmił zimno. – Poza jednym. Ten człowiek musiał zginąć.

– Tym bardziej jest to dla mnie intrygujące. Naprawdę nie możecie wyjaśnić, o co tu chodzi? – w głosie Scrimgeoura pojawiły się gniewne nuty.

Harry czujnie obserwował siedzących blisko niego, po przeciwnej stronie stołu, Billa i Kingsleya Shacklebolta. Od początku tej rozmowy widać było, że obaj coś ukrywają. O tym Middlerocku chyba też coś wiedzieli...

– Nie – odmówił odpowiedzi Olaf Goldstone. – NIE MOŻEMY.

– Hmm... – chrząknięcie dyrektora przerwało lodowatą ciszę, jaka zapadła po słowach Norwega. – Przepraszam, Rufusie, ale może lepiej zostawmy tę sprawę... Na razie.

– Dobrze. Niech będzie – ustąpił niechętnie lwiogrzywy.

– Nie, panie dyrektorze – oznajmił nagle Snape, podnosząc się z krzesła. – Myślę, że jednak trzeba o tym powiedzieć, tym bardziej, że dużo osób wie, co się naprawdę stało.

– Decyzja należy do ciebie, Severusie – zgodził się Dumbledore.

– To ja zabiłem Nortona Middlerocka – oświadczył Mistrz Eliksirów, wciąż stojąc i patrząc z góry na rozgniewanego szefa aurorów. – Nie chciałem go zabijać, ale nie miałem wyjścia. Użyłem zaklęcia, które sam wymyśliłem. To właśnie ten śmierciożerca zdemaskował mnie jako szpiega i urządził zasadzkę. Osaczył mnie i zaatakował. Musiałem się bronić. On nie był sam. Było ich dziewięciu. Zabiłem dwóch, Nortona i jeszcze jednego, ale pozostali mnie obezwładnili. Na szczęście dla mnie zdołałem wezwać pomoc. Przybyły mi na ratunek dwie osoby z oddziałów specjalnych Sheena. I... Jeszcze ktoś... Dzięki tym ludziom zdążyłem zawiadomić pana dyrektora o zamiarach śmierciożerców wymordowania mugolskich rodzin naszych uczniów. To wszystko, co mogę panu powiedzieć – Snape z determinacją popatrzył w oczy ministrowi.

– Zgadza się – warknął Rufus Scrimgeour. – Znaleźliśmy dziewięć trupów. Dwa były strasznie pocięte jakimś zaklęciem tnącym, wyglądały jak po użyciu zwielokrotnionego Diffindo, a pozostali zginęli od Avady.

– Zatem to się wyjaśniło – westchnął Diggory ze znużeniem. – Ale w takim razie natychmiast nasuwa mi się na myśl pytanie o pańskie związki z ludźmi Sheena. Skoro wezwał pan ICH na pomoc, to musi ich pan znać, panie profesorze.