– Znam... Niektórych. A moje związki z czarodziejami spoza naszej społeczności są czysto prywatne. O czym pan doskonale wie, panie ministrze – odpowiedział Snape ironicznie, ponownie siadając na swoim krześle.
– Wiem, że jest pan przyjacielem pana Goldstone – sarknął Diggory. – A można wiedzieć, jak dawno się znacie?
– Można – odpowiedzieli Snape i Goldstone jednym głosem z idealną synchronizacją. Popatrzyli na siebie i Norweg prychnął kpiąco.
– Znamy się od urodzenia, panie ministrze, nasze matki i babki były przyjaciółkami – wyznał Norweg rozbawionym głosem. – Matka Seva pochodziła z bardzo starego francuskiego czarodziejskiego rodu, znanego z ożywionych kontaktów z mugolami i czarodziejami żyjącymi tak jak ja, wśród mugoli.
– Bez żartów, panie ministrze, moje akta są w Ministerstwie i na pewno pan do nich zajrzał, zanim pan tu przyszedł – warknął Snape. – Nazwisko panieńskie mojej matki z całą pewnością pan zna, tak samo, jak ma pan informacje na temat mojego rodowodu. I jej. Zatem o co chodzi?
– No, cóż... Owszem, zajrzałem do archiwum. Pańskie akta zniknęły. I podejrzewam, że pan o tym wie. Nie lubię zabawy w kotka i myszkę, panie profesorze. A więc? – spytał Diggory mrużąc oczy.
Snape z irytacją wzruszył ramionami.
– A więc zabrali i to. Chyba z rozpędu – zakpił. – Tylko proszę mi nie wmawiać, że te zaginione akta były jedynym źródłem wiedzy o mojej skromnej osobie. Macie przecież akta sądowych procesów śmierciożerców. Także kopie moich dyplomów, które przesyłano do ministerialnego archiwum ze szkół, w jakich się uczyłem. Z Hogwartu i Magicznego Jagiellońskiego Uniwersytetu, oraz na pewno z dwuletniego korespondencyjnego kursu starożytnych eliksirów, który ukończyłem już pracując w tej szkole. Świadectwo ślubu moich rodziców. I całe mnóstwo innych śladów mojej obecności w społeczności czarodziejów!
– Rozczaruję cię, Snape – zawarczał wściekle Szalonooki Moody. – Na twój temat nie ma w Ministerstwie NIC! – wykrzyknął wręcz z furią. – W tej chwili oficjalnie w rejestrach Ministerstwa Magii po prostu NIE ISTNIEJESZ!!!
Harry patrząc na Snape'a stwierdził w duchu, że widok twarzy Mistrza Eliksirów po gwałtownym wystąpieniu Moody'ego wart był całego złota Gringotta. Zdumienie, rozbawienie i uznanie walczyły o lepsze ze zgrozą. Snape musiał być nieźle zaskoczony, bo trwało to dłuższą chwilę, zanim zdołał się opanować.
– Muszę przyznać, że to wcale nęcąca perspektywa – skomentował wreszcie. – Nie istnieć dla Ministerstwa... Ale mówiąc już poważnie, – Snape gwałtownie się wyprostował – nie dziwi mnie to, chociaż nie sądziłem, że wyczyścili ministerialne archiwa aż tak dokładnie. Otrzymałem informację, że Knot chce mnie aresztować. Podejrzewał, że jestem „człowiekiem Dumbledore'a" jak on to nazywał i chciał mnie unieszkodliwić. Nie tylko mnie. Zamiast współpracować z premierem i naszym dyrektorem, zajadle tropił i prześladował wszystkich, których uważał za zagrożenie dla swojej pozycji. Przypuszczam, że popadł w paranoję. I po tym, czego się teraz od pana dowiedziałem, panie ministrze, myślę, że nie tylko moje akta zniknęły z ministerialnych archiwów. Sprawdził to pan? – spytał, patrząc na ministra i kompletnie ignorując Moody'ego.
Szalonooki zacisnął gniewnie wargi.
– Sprawdziliśmy – zawarczał, ubiegając ministra w udzieleniu odpowiedzi. – Zniknęło bardzo wiele rzeczy, nie tylko twoje akta, Snape! I nie wmówisz mi, że nic ci na ten temat nie wiadomo! Po czyjej jesteś stronie, ty niedowarzony warzycielu?! – ryknął.
– Alastorze, ja ufam Severusowi – oznajmił z naciskiem Dumbledore.
– Wybacz, Albusie, – Moody rzucił dyrektorowi przepraszające spojrzenie – ale ja sądzę, że teraz, jak Amos jest Ministrem Magii, powinniśmy bliżej współpracować z ministerstwem. Pomimo, że niektórzy z aurorów niezbyt chętnie widzą taką współpracę – dodał kpiąco, rzucając znaczące spojrzenie Scrimgeourowi. – A co do naszego mistrzunia, to ja mu nie ufam, ot co! Choćbyś nie wiem co mówił!
– Dzięki za szczerość – zadrwił Snape. – Nie musisz mi ufać. Wystarczy mi zaufanie dyrektora.
– Myślę, panowie, że możemy dojść w TEJ sprawie do porozumienia – Dumbledore zwrócił się wprost do mecenasa i Olafa Goldstone'a.
– No, cóż... Tym razem panie profesorze, pański ruch – odpowiedział z naciskiem Vongerichten–Wintour.
– Czyżby? – zapytał zgryźliwie szef aurorów. – A cóż pan profesor ma z tym wspólnego?!
– Wasi ludzie wyczyścili nasze ministerialne archiwum z wielu dokumentów. Zapewne takich, które z jakichś względów były dla was niewygodne – stwierdził Diggory, patrząc gniewnie na prawnika. – To się działo za rządów Knota. Rozumiem, że potrzebowaliście informacji, a na współpracę z nim nie mogliście liczyć. Nie będę wyciągał konsekwencji, pod warunkiem, że mi je oddacie.
Olaf Goldstone skwitował słowa ministra krótkim chichotem. Mecenas Vongerichten–Wintour skarcił go gniewnym spojrzeniem i Norweg natychmiast spoważniał.
– W takim razie, jeśli pan profesor, – prawnik skłonił głowę w stronę Dumbledore'a – wyraża na to zgodę...
– Owszem – potwierdził spokojnie dyrektor.
– ...Będę musiał udzielić państwu nieco bardziej szczegółowych wyjaśnień – dopowiedział mecenas. – Pan profesor Dumbledore ma z tym bardzo wiele wspólnego, ponieważ spora część z tych wykradzionych z Ministerstwa dokumentów znajduje się w jego posiadaniu.
Ta informacja wywołała gwałtowne poruszenie wśród słuchaczy.
– Coo takiego?! – wykrzyknął jakiś auror.
– Niemożliwe... – szepnął minister. Spojrzał z pretensją na dyrektora. – Ja mam to rozumieć?
– Spokojnie, proszę państwa. Obiecałem udzielić wyjaśnień i mam zamiar to uczynić – stanowczy głos mecenasa uciszył zebranych. – Sprawa jest dość prosta. Śledzimy wydarzenia w waszym świecie, co chyba nie jest dla was żadnym zaskoczeniem. Nasi obserwatorzy bardzo uważnie przyglądali się wszystkim wydarzeniom u was. Także meczom w rozgrywkach qudditcha – zaśmiał się kpiąco. – No, cóż... Byliśmy na meczu finałowym mistrzostw świata w quidditchu i nie uszło naszej uwagi, co się tam stało. Od czasów pierwszej wojny z Voldemortem nie stoimy z boku przyglądając się tylko temu, co się u was dzieje, bo uważamy, że wydarzenia u was oddziaływają także na nasze społeczeństwo i na mugoli. Gdy Voldemort rozpoczął swoją działalność poprzednim razem, początkowo nie wydawał się nam groźny, dopóki nie zaczął mordować jawnie. Ocknęliśmy się trochę za późno, ale się ocknęliśmy i włączyliśmy do walki przeciwko gadzinie. Udało nam się sprzątnąć wielu śmierciożerców, ale działaliśmy niezależnie od waszych służb, ponieważ Millicenta Bagnold, sprawująca urząd ministra przed Knotem, nie paliła się do współpracy z nami, chociaż nie była aż tak niechętnie nastawiona do nas jak on. No, i ona nigdy nie podjęła próby narzucenia nam władzy Ministerstwa. Większość naszego społeczeństwa zachowywała się niestety biernie. Jedyne co osiągnęliśmy na szerszą skalę, to zaszczepienie naszym ludziom niechęci do Voldemorta. Informowaliśmy oczywiście, co się dzieje i bardzo duży nacisk kładliśmy na jego poglądy na temat szlam i mugoli. To nie było trudne. Ale dziś musimy przyznać, niestety, że w czasie pierwszej wojny z Tomem Riddle nasze zaangażowanie było zbyt małe. Teraz już nie popełniliśmy tego błędu. Głównie dzięki Severusowi, który upierał się, że gadzina żyje i będzie próbował powrócić. Uwierzyliśmy w to, Severus miał namacalny argument – Mroczny Znak na przedramieniu. Śmierć Voldemorta powinna wymazać to piętno, a tak się nie stało. Dlatego nie czekaliśmy, aż wy coś zrobicie i zaczęliśmy działać sami. Początkowo nasze działania były dość chaotyczne, głównie zbieraliśmy informacje. Byliśmy coraz bardziej zaniepokojeni tym, czego się dowiadywaliśmy i zaczęliśmy tworzyć, a właściwie odtwarzać naszą wcześniejszą organizację, która podjęła czynną walkę z Voldemortem. Gdy Harry znalazł się w Hogwarcie, nasza grupa już działała i to bardzo efektywnie. Byli w niej zarówno czarodzieje, jak i mugole i tak jest do dzisiaj. Ściągaliśmy do nas ludzi także z waszej społeczności. Oczywiście staraliśmy się wybierać tylko takich, do których mogliśmy mieć zaufanie. Gdy premier zaczął tworzyć oddziały komandosów do walki z Voldemortem, większość członków naszej organizacji tam trafiła. Wielu z nich od lat pracowało w policji, więc to, że się tam znaleźli było naturalne. Oczywiście, nie zaprzestaliśmy naszej działalności. Sheen o tym wie, wtajemniczyliśmy go. I jest bardzo zadowolony. A po tym, co się stało na Turnieju Trójmagicznym postanowiliśmy nawiązać ścisłą współpracę z dyrektorem Hogwartu, bo wydawał nam się jedynym człowiekiem od was, z którym to się mogło udać. Woleliśmy jednak się przed nim nie ujawniać i dlatego przekazywaliśmy mu informacje anonimowo, głównie przez Severusa.
– Nie zdradzałem, skąd wiem to i owo, a pan profesor nigdy mnie o to nie pytał – skomentował spokojnie Snape.
– Bo nie wiedziałem nic o twoich związkach z czarodziejami żyjącymi wśród mugoli – wyjaśnił Dumbledore.
– No, teraz już pan wie – skwitował Mistrz Eliksirów.
– Nasi ludzie pracowali w Ministerstwach Magii od zawsze, nie tylko w Anglii – oznajmił Olaf Goldstone.
– A co do tego nie mam żadnych złudzeń – westchnął minister.
– I co pan zrobi? – zaciekawił się drwiąco Norweg.
– Mam propozycję – minister skrzywił się gorzko. – Może zamienicie status przynajmniej niektórych spośród nich z agentów na łączników między naszymi społecznościami?
– Ciekawy pomysł... – zastanowił się Vongerichten–Wintour.
– Nie liczę na to, że ujawnicie wszystkich, ale sytuacja, w której ja udaję, że nie wiem, a oni udają, że nie wiedzą, że ja wiem, jest... Powiedziałbym, odrobinę schizofreniczna... – Diggory uśmiechnął się nieprzyjemnie.
– Wszystkich pan rozszyfrował?! – Olaf Goldstone parsknął śmiechem.
– Nie sądzę – odpowiedział minister. – Powiedzmy, że NA RAZIE tylko co do jednego mam absolutną pewność, że to wasz człowiek.
– Interesujące... – mruknął Vongerichten–Wintour.
Diggory ciężko westchnął. Popatrzył posępnym wzrokiem na prawnika i Norwega.
– Zastanawiałem się, co popchnęło właśnie TEGO człowieka do takich działań. Dlaczego się z wami związał? Kto jak kto, ale on? Wydawałoby się, że jest ostatnią osobą, która mogłaby zrobić coś podobnego! – minister uśmiechnął się złośliwie. – Odpowiedź okazała się banalna. Historia jak z Biblii, schemat powtarzający się od zarania dziejów ludzkości. Cherchez la femme...
– Co chcesz przez to powiedzieć, Amosie? – dyrektor z uprzejmym zdziwieniem pochylił się lekko w stronę ministra.
– Kobieta, panie profesorze, kobieta... – Diggory nieznacznie wzruszył ramionami. – Czarownica mugolskiego pochodzenia, odepchnięta przez czystokrwistych, nie mogła znaleźć u nas pracy na miarę swoich ambicji i wróciła do swojej mugolskiej rodziny. Jak się okazało, nie sama. Z nim. Proste, prawda?
– Niezupełnie, panie ministrze. Sprawa jest tu o wiele bardziej skomplikowana, chociaż pańskie wnioski są oczywiście w większości słuszne. Ale w jego wypadku nie tylko kobieta. Także jego cechy charakteru. I najlepszy przyjaciel naszego człowieka... – powiedział bardzo poważnym tonem mecenas.
– Ciekawi mnie, jak pan wpadł na to, że to właśnie on? – zainteresował się Olaf Goldstone.
– Kiedyś przyłapałem go, jak bobruje w moich papierach. Grzebał mi w biurku. Oczywiście wtedy przyjąłem za pewnik, że robi to na polecenie Knota – wyjaśnił Diggory. – Nawet się nie speszył, tylko wyjaśnił mi, że szuka pewnego dokumentu, który jest pilnie potrzebny. Wspólnie znaleźliśmy ten dokument, zabrał go i poszedł. Byłem wściekły, ale oczywiście nie na niego, tylko na Korneliusza. Inni urzędnicy też się skarżyli, że ktoś im przeszukuje biurka, ale już nikomu innemu nie udało się go na tym przydybać. Ja milczałem, bo nie widziałem żadnego sensu w zdradzaniu kto to robi. Dla wszystkich było oczywiste, kto i dlaczego, oraz z czyjego polecenia. Okazało się, że nie mieliśmy racji...
– Nie, Amosie. Kopie dokumentów z Ministerstwa trafiały do mnie, jak również sporo materiałów archiwalnych – oznajmił Dumbledore. – Ale nie tylko to. Niektórzy z tu obecnych już widzieli, co jeszcze ten człowiek mi przysyłał. Pokażę wam... Accio!
Dyrektor machnął różdżką i na stole pojawił się stosik zdjęć i kartka papieru. Po chwili w rękach każdej z osób siedzących przy stole znalazło się jedno zdjęcie. Harry popatrzył na to, które mu się trafiło. Fotografia była ostra jak żyletka. Voldemort stojący w kręgu śmierciożerców patrzył mu prosto w oczy. „Zniszczę cię..." – wysyczał chłopak w myślach. Trzymał zdjęcie przed sobą i z zawziętością obiecywał sobie, że unicestwi tego szkarłatnookiego potwora. Z trudem oderwał wzrok od fotografii i szybko się rozejrzał. Tylko on jeszcze trzymał magiczny kawałek kartonu w dłoniach. Wszyscy pozostali odrzucili swoje na stół. Twarze większości obecnych zbladły, a przerażone miny mówiły same za siebie. Harry upuścił zdjęcie i obejrzał się na Dumbledore'a.
– Otrzymałem takich pakietów bardzo wiele – powiedział dyrektor poważnym głosem. – W każdym był plik fotografii i sprawozdanie z zebrania śmierciożerców. Ten człowiek posyłał kopie również do redakcji „Proroka" i Knotowi. Niestety, z tego co wiem, Korneliusz niszczył zdjęcia i twierdził, że to moje sztuczki, którymi chcę go przestraszyć, a w redakcji naszej najpoczytniejszej gazety albo też niszczono przesyłki, albo je głęboko chowano.
– Jak... on to robił?! – wykrzyknął jeden z aurorów.
– Ukrywał się w miejscach zebrań śmierciożerców i fotografował ich spotkania, oraz zapisywał wszystko co mówili. Posługiwał się zarówno mugolskimi, jak i magicznymi przyrządami utrwalającymi obrazy i dźwięki – odpowiedział natychmiast Olaf Goldstone.
Ciszę, jaka zapadła po odpowiedzi Norwega można było kroić nożem. Harry wyobraził sobie samotnego człowieka czającego się wśród nagrobków na jakimś zapomnianym cmentarzu i podsłuchującego śmierciożerców...
– Jakim cudem go nie złapali?! – spytał cicho Rufus Scrimgeour.
– To nie był cud – warknął Norweg. – Ten facet ma stalowe nerwy i jest znakomicie wyszkolony.
– Taa... Kraść potrafi, tego mu nie można odmówić! – warknął gniewnie szef aurorów.
– Fakt, jest świetny. Kradzieże, to jego specjalność – wyjaśnił dumnie Olaf Goldstone.
– Czy to on do spółki z tym Jö... no, ze swoim przyjacielem... wykradli... No... okradli Sami – Wiecie – Kogo? – spytał Fred podnieconym głosem, plącząc się nieco.
Snape poderwał głowę jak koń i rzucił rudzielcowi przeszywające spojrzenie.
– Zapomniałem, że wy o tym wiecie – warknął wściekle. – Tak, to byli oni. Włamali się gadzinie do biurka i ukradli mu kilkanaście dokumentów.
Harry pomyślał z niezwykłą sympatią i uznaniem o tym komandosie i jego przyjacielu. Żeby włamać się do biurka Voldemorta trzeba było mieć nie lada odwagę. Brawura godna najwyższego podziwu. Widział na twarzach obecnych, że nie tylko on tak sądził...
– Czy dlatego nazywacie go „Złodziejskie Nasienie"? – spytał z zaciekawieniem Dumbledore.
– Tak, dlatego – prychnął Olaf Goldstone. – A nasze umówione spotkanie w przyszłym tygodniu raczej jest już nieaktualne, prawda panie dyrektorze?
– Nasze spotkanie w internecie rzeczywiście nie ma już sensu – przyznał Dumbledore. – Ale wy powinniście wyjaśnić nam jeszcze wiele spraw, panowie – dodał, z powagą wpatrując się w obu czarodziejów w markowych mugolskich garniturach.
– Gdybym osobiście nie widział waszego człowieka w akcji, nigdy bym nie uwierzył, że to właśnie on i że jest do tego zdolny – powiedział spokojnie Diggory. – Teraz nie mam już żadnych wątpliwości.
Minister sięgnął do kieszeni i wyjął z niej mały notes. Stuknął różdżką w okładkę i podał go prawnikowi.
– Niech pan zajrzy do środka – powiedział sucho. – Znajdzie pan tam imię i nazwisko waszego agenta.
Vongerichten–Wintour otworzył notes i parsknął krótkim śmieszkiem.
– Zgadza się. No, dobrze. Zastanowimy się... Ale skoro i tak już pan wie, to rzeczywiście, lepiej będzie, żeby nasz człowiek działał oficjalnie. Pana propozycje mają sens – pochwalił, oddając notes właścicielowi.
– W takim razie szczegóły ustalimy przy następnym spotkaniu – zaproponował Diggory, patrząc pytająco na mecenasa. – Proponuję jutro... Co prawda to niedziela, ale myślę, że sytuacja wymaga natychmiastowych działań.
– Zgoda, ale po południu. Rano spróbuję porozmawiać z premierem i przekonać go do zaaprobowania naszych pomysłów – odpowiedział żywo prawnik.
– Liczę na pana... – mruknął Diggory.
– Słyszę powątpiewanie w pana głosie – westchnął Vongerichten–Wintour. – To nie będzie łatwa rozmowa, ale myślę, że mi się uda. No, Imperio nie będę używał, obiecuję. Premier wbrew pozorom jest rozsądnym człowiekiem.
– Wierzę panu – oznajmił minister. Potarł dłonią czoło. Był już wyraźnie zmęczony. – Przejdźmy do kolejnej kwestii... Może nie najważniejszej, ale istotnej. Wasz agent posługuje się zmieniaczem czasu i mam nieodparte wrażenie, że ukradł go Knotowi już dość dawno...
– O?! – Olaf Goldstone nastroszył się gniewnie. – Skąd to podejrzenie?
– Podczas walki w ministerstwie, młodzi ludzie, – Diggory zerknął spod oka na Harry'ego, Rona, Ginny i Hermionę – rozbili gabloty w Sali Czasu. W jednej z nich były zmieniacze. Cały zapas. Kilka z tych urządzeń znajdowało się w posiadaniu pracowników ministerstwa, w tej chwili w użyciu są tylko dwa, pozostałe poleciłem zwrócić i zamknąłem je w zabezpieczonej skrytce. Zniszczone zmieniacze policzyliśmy i stwierdzono, że sześciu sztuk brakuje. Zniknęły. Knot zarzeka się, że nic o tym nie wie i nie kłamie. To pewne.
– Interesujące... – wymamrotał Norweg. Wargi mu drgały, wyraźnie tłumił śmiech. Harry czuł coraz większą irytację i narastający gniew. Nie podobało mu się, że Olaf Goldstone odnosił się lekceważąco do ministra i od początku rozmowy jawnie okazywał pogardę zarówno jemu jak i aurorom. Nie ukrywał też, że uważa czarodziejów odcinających się od mugoli za zacofańców...
– Wnioski nasuwają się same – wycedził lodowato Rufus Scrimgeour.
– Rozumiem. – Mecenas Vongerichten–Wintour nie stracił opanowania. – My też używamy zmieniaczy czasu, oczywiście bardzo rzadko i tylko w naprawdę koniecznych przypadkach. Natomiast co do tego, o czym panowie opowiedzieliście, to wybaczcie mi, ale nie macie żadnych dowodów, że te hipotetycznie zaginione zmieniacze rzeczywiście zostały ukradzione... To raz, a dwa, że jeśli nawet, to ukradł je właśnie nasz człowiek. Gabloty zostały zniszczone, ale nie tylko one. Inne szkody były przecież znacznie większe. Nie bardzo wierzę w to, że zdołaliście tak dokładnie policzyć, że brakuje akurat sześciu zmieniaczy. No i poza wszystkim, w ministerstwie było wielu szpiegów Voldemorta. Dlaczego posądzacie o kradzież naszych ludzi, a nie śmierciożerców?
Diggory i Scrimgeour popatrzyli na siebie.
– Braliśmy pod uwagę i taką możliwość – odpowiedział znużonym głosem minister. – No, dobrze, ma pan rację, nie możemy niczego udowodnić, nie mamy pewności, czy w ogóle zaistniała kradzież i równie dobrze możemy posądzać was, jak i śmierciożerców. Kilku z nich złapaliśmy, ale reszta uciekła.
– Proponuję zakończyć ten temat – zażądał zimno Olaf Goldstone.
– Dobrze. Spróbujemy to ewentualnie wyjaśnić później – zgodził się Diggory. – Pozostała nam jeszcze jedna rzecz do omówienia. Wspominał o tym premier, ale czuję, że wy wiecie o wiele więcej... – minister znacząco zawiesił głos.
– Chodzi panu o smoki – odpowiedział bardzo poważnym tonem Vongerichten–Wintour.
– Co o tym powiecie? – w pytaniu ministra pojawiła się groźba.
– Niestety, nic wesołego – odparł żywo prawnik. – Pewien Władca Smoków wpadł na ten sam pomysł co Tom Riddle i postanowił zostać panem świata. Mamy poważne podstawy przypuszczać, że jest to osobnik znacznie groźniejszy od Voldemorta.
– Co o nim wiecie?! – warknął Rufus Scrimgeour.
– Bardzo dużo i jednocześnie prawie nic – westchnął mecenas.
– Jak się nazywa? Kim jest? – drążył szef aurorów.
– Nie wiemy jak się nazywa... Teraz – odpowiedział cicho Olaf Goldstone z niezwykłą powagą. Z jego twarzy znikły wszelkie ślady rozbawienia, jakie prezentował wcześniej.
– Na Merlina! Nie możecie mówić jaśniej?! – zdenerwował się nie na żarty minister.
Obaj, mecenas i Norweg spojrzeli jednocześnie na Severusa Snape'a pytająco i wyczekująco jednocześnie.
– Severusie...? – szepnął niepewnie Olaf Goldstone.
Mistrz Eliksirów skinął głową z ponurą miną.
– Spróbuję udzielić wam wyjaśnień... – powiedział z wysiłkiem. W jego głosie brzmiała nieopisana odraza. – Nie jest to dla mnie łatwe... Znam tego potwora osobiście – wyznał z posępną miną. – I chyba nie ma ani nie było na świecie nikogo, kogo nienawidziłbym bardziej! – wybuchnął nieoczekiwanie. Zacisnął drżące dłonie w pięści i oparł je na stole.
Harry zdumiał się niebotycznie. Nigdy by nie posądził Mistrza Eliksirów o to, że mógłby aż tak bardzo się odsłonić. Choć trwało to tylko chwilę i Snape błyskawicznie się opanował, to i tak wrażenie było potężne. Zarówno minister jak i dyrektor mieli jednakowo zaskoczone miny.
– Severusie! Znasz... Francuskiego Władcę Smoków?! Dlaczego nic mi nie mówiłeś?! – wykrzyknął wzburzony Dumbledore.
– Niech pan wobec tego powie nam wszystko to, co pan może o nim powiedzieć... – poprosił cicho Diggory. – I chyba się domyślam, po co były wam potrzebne dokumenty o Władcach Smoków z ministerialnego archiwum – dodał ze smutkiem.
Snape potrząsnął głową jak narowisty koń.
– Ten... osobnik urodził się zły. Jak Tom Riddle! – Mistrz Eliksirów urwał na moment i potoczył dzikim wzrokiem po słuchaczach. – To nieprawda, że nikt nie rodzi się ze złem w duszy. Są tacy ludzie! Jak ci dwaj... Riddle i ten... Ten... Miał kochające go matkę i siostrę. Zamordował je obie!
– Co takiego?! – wykrztusił Kingsley Shacklebolt ze zgrozą.
– Tak, właśnie. Jest psychopatą, jak Voldemort, ale w przeciwieństwie do Riddle'a nie jest szalony. Niestety, jest piekielnie inteligentny. No i znakomicie włada czarną magią. Tom Riddle to żałosny kretyn, który całkowicie już stracił poczucie rzeczywistości. Ten działa racjonalnie i dlatego jest bardziej niż Riddle niebezpieczny – Snape powiedział to wszystko tonem całkowicie beznamiętnym i może dlatego jego słowa wywarły na wszystkich przerażające wrażenie.
– Jak on się nazywa? – ponownie spytał Rufus Scrimgeour.
– Nie mogę wymówić jego imienia, ale nie dlatego, że się boję – Snape złośliwie się wykrzywił. – Nie znam smoczej mowy! Po prostu. Oczywiście, jak się urodził nadano mu normalne, ludzkie imię, ale nie ma sensu go tu podawać, bo dawno już się go pozbył. Wciąż zmienia dokumenty, ostatnie jego fałszywe imię, jakie znam to było... De Cressey, bodajże.
– Nie, Severusie, Aliena de Cressey też się pozbył, już trzy miesiące temu, od tego czasu działał jednocześnie jako Rolisson, Hardy i Tergeon, ale co najmniej od miesiąca używa jeszcze jednego nazwiska, którego niestety nie udało mi się poznać – uzupełnił Vongerichten–Wintour. – On poważnie traktuje wyłącznie swoje smocze imię, a to jest dla ludzi nie do wymówienia.
– Czy mógłbyś, Severusie, wytłumaczyć na czym polega fenomen Władców Smoków? – poprosiła Minerwa McGonagall. – Ja sama wiem o nich bardzo niewiele...
Harry wpatrywał się uważnie w twarz Mistrza Eliksirów. Był szalenie zaciekawiony, bo nigdy nie słyszał o Władcach Smoków. Miny większości osób zgromadzonych przy stole wskazywały niezbicie, że mieli ten sam problem.
– Oczywiście, proszę bardzo – zgodził się Snape. – Władcy Smoków to, najkrócej mówiąc – czarodzieje, którzy mają wrodzoną zdolność porozumiewania się ze smokami i mówienia w smoczym języku, tak jak wężouści rodzą się ze znajomością mowy węży. Oczywiście, ta nazwa: „Władcy Smoków" jest zwyczajnie głupia, bo sama znajomość smoczego języka jeszcze nie daje im żadnej władzy nad smokami. Muszą się nauczyć, jak zapanować nad smokiem. Są stare rody, w których znajomość smoczej mowy jest dziedziczna, ale oczywiście nie chwalą się tym publicznie... Jeśli ktoś urodzi się z tym darem w innej rodzinie, gdzie nikt o czymś takim może nawet i nie słyszał – bo jest to zdolność ogromnie rzadka – to może się przez całe życie nie dowiedzieć, że ma taki szczególny talent.
– Rozumiem... – wykrztusiła z przejęciem profesor McGonagall. – Powiedziałeś, że go znasz osobiście... Czy znasz też innych?
– Znałem. Moja matka ich znała, więc i ja... Z tych mi znanych niewielu zostało. On wymordował swoją rodzinę, bo nie znosi konkurencji, to raz, a dwa – ponieważ one próbowały go powstrzymać. Reszta rodziny się ukrywa. A siedziby śmierciożerców atakował, bo chciał zastraszyć Voldemorta. Ja też jestem na jego liście osób przeznaczonych do likwidacji. Podejrzewam że pan również, panie dyrektorze – spojrzał na Dumbledore'a ze smutkiem. – Przepraszam, że wcześniej nic nie mówiłem. Miałem powody, ale teraz muszę... Ten bydlak zamordował Margheritę... – Snape opuścił głowę.
– Wiem o tym – Dumbledore ciężko westchnął. – Czy macie jakiekolwiek informacje, lub przypuszczenia, gdzie ten morderca się ukrywa?
– Chyba gdzieś w Bretanii – odpowiedział posępnie Olaf Goldstone. – To jest najbardziej prawdopodobne. Ale równie dobrze może być w Ameryce Południowej.
– Jego plany są dość przejrzyste – odezwał się z namysłem Vongerichten–Wintour. – Na razie zdobywa fundusze poprzez kradzieże i napady na banki. Tworzy jednocześnie organizację paramilitarną złożoną głównie z mugoli. Posługuje się mugolską techniką i magią jednocześnie, przypuszczamy, że spróbuje pójść drogą Hitlera i Stalina, czyli zdobyć legalnie władzę w społeczeństwie mugolskim, a potem wyrżnąć wszystkich oponentów tworząc aparat ucisku i terroru. Przy czym nie jest tak głupi, żeby jechać na obłąkanych teoriach „czystej krwi". On potrafi uczyć się na cudzych błędach i swój „program" będzie opierać raczej na innych pomysłach. Na pewno już coś kombinuje, trudno jednak zgadnąć co. Oczywiście jego jedyny prawdziwy cel jest jasny – chce rządzić światem.
– Jest dopiero na początku drogi, ale już ma, niestety, znaczące sukcesy. Zebrał bandę gotowych na wszystko zwolenników, tylko że działa znacznie ostrożniej niż Riddle. On się nie spieszy... Ma czas. Tak przynajmniej myśli – wysyczał z zawziętością Olaf Goldstone.
– Rozumiem, że staracie się przeciwdziałać? – spytał szorstko Diggory.
– Oczywiście. I dlatego, – Vongerichten–Wintour pochylił się i zajrzał ministrowi głęboko w oczy – bardzo zależy nam na współpracy z wami. No i z mugolami. Wszyscy jesteśmy zagrożeni!
Diggory wytrzymał spojrzenie mecenasa.
– Czy dlatego zabraliście dokumenty o Władcach Smoków z ministerstwa, że nie mogliście porozumieć się z Knotem? – spytał.
– Tak, dlatego – przyznał prawnik. – Pilnie potrzebowaliśmy wszelkich możliwych informacji i nie mogliśmy z tym czekać. Oddamy panu to wszystko. Zresztą... niewiele się dowiedzieliśmy, to przeważnie były nieistotne śmieci. O naszym głównym przeciwniku nie mieliście nic. Więcej dowiedzieliśmy się od naszych francuskich łączników, no i bazowaliśmy na znanych nam informacjach od Severusa. To, co Sheen przekazał panu, panie dyrektorze, – zerknął na Dumbledore'a – to były właśnie te francuskie dokumenty.
– To już wszystko jasne, przynajmniej w tej kwestii – warknął Scrimgeour. – Tylko jeszcze jedno – szef aurorów odwrócił się do Snape'a. – Pan nie jest Władcą Smoków, panie profesorze, prawda? – spytał słodkim głosem.
– Już przecież mówiłem, że nie – odpowiedział pochmurnie Snape.
– W takim razie na tym dzisiaj skończymy, a my spotkamy się jutro – minister skinął głową mecenasowi.
Wszyscy zaczęli się podnosić z krzeseł i zrobiło się niewielkie zamieszanie. Ginny podeszła do Billa i coś do niego cicho szepnęła. Harry skierował się do wyjścia z sali, miał dość wszystkiego. Nagły wrzask Szalonookiego Moody'ego zatrzymał go na miejscu. Nieoczekiwane wystąpienie emerytowanego aurora spowodowało niemały wstrząs.
– Cisza! To nie wszystko! – ryknął wściekle były auror. – Jest jeszcze coś do wyjaśnienia!
– Co takiego Alastorze? – zdziwił się uprzejmie Dumbledore, gdy wszyscy się uciszyli.
– Mam pytanie do naszego szanownego warzyciela – wysyczał Moody patrząc wymownie na Mistrza Eliksirów.
– A cóż chciałbyś wiedzieć, szanowny panie – zdziwił się Snape, przesadnie akcentując wyrazy.
– A ja bym chciał wiedzieć, Snape, skąd ty masz smoki! – warknął Moody, mierząc Mistrza Eliksirów złym spojrzeniem. – Gadaj, od kogo kupiłeś smocze jaja?! A może wygrałeś w gargulki, co?! – wrzasnął były auror. Jego magiczne oko wirowało w niesamowitym tempie.
Na twarzy Snape'a pojawił się krwisty rumieniec.
– Koniecznie chcesz znać prawdę? Dobrze, powiem ci! – wysyczał wściekle. – Nie kupiłem smoczych jaj. Spłodziłem dwa smoczątka osobiście – Mistrz Eliksirów wykrzywił usta w sardonicznym uśmiechu. – Uwiodłem i rozkochałem w sobie piękną złotą smoczycę, a ona urodziła mi śliczne dzieci! Zadowolony z wyjaśnień?!
Pierwszy wybuchnął śmiechem Olaf Goldstone. Harry chwycił oparcie krzesła, które miłosiernie napatoczyło mu się pod rękę, bo gdyby nie to, pewnie by upadł na podłogę. Śmiech potoczył się szeroko, prawie wszyscy krztusili się, chichotali, rżeli i prychali jak stado wściekłych kotów. Sam Dumbledore śmiał się tak, że aż łzy kapały mu na brodę. Nawet minister nie oparł się ogólnemu rozbawieniu. Jedynym, którego wyjaśnienia Mistrza Eliksirów nie zadowoliły, był Szalonooki Moody. Zacisnął wargi i rzucał wściekłe spojrzenia dookoła, ale niestety nie udało mu się na nikim wywrzeć odpowiedniego wrażenia.
Pierwszy zdołał się opanować minister.
– Muszę zweryfikować swoje poglądy w dwóch sprawach – powiedział melancholijnie. – Po pierwsze, osoby, które darzyłem i darzę zaufaniem, myliły się, twierdząc stanowczo, że profesor Severus Snape jest całkowicie pozbawiony poczucia humoru, co właśnie okazało się absolutną nieprawdą... A po drugie, no cóż... Do dzisiaj żywiłem błędne mniemanie, że ze smoczycą to się tego nie da zrobić, ale i tu jak widać nie miałem racji!
Wypowiedź ministra wywołała kolejny atak wesołości, chociaż już nie tak gwałtowny, a wizja Snape'a ze smoczycą zaparła Harry'emu dech w piersiach. Z trudem opanował rozbawienie i wybryki swojej rozszalałej nagle wyobraźni.
***
Wracając do Wieży Gryffindoru ramię w ramię z Ronem i Hermioną, Harry co chwila wydawał z siebie chichot, którego nie potrafił opanować. Nie tylko on się śmiał. Ron i Hermiona również. A idący za nimi bliźniacy i Dean rechotali głośno i wymieniali się coraz bardziej sprośnymi przypuszczeniami na temat „jak to się robi ze smoczycą". Ale kto mógł przewidzieć, że bardzo poważna rozmowa z Ministrem Magii będzie miała takie rozrywkowe zakończenie!
***
Harry wyjrzał przez okno i zamarł, patrząc ze zdumieniem na scenę rozgrywającą się na błoniach. Trzy rudowłose osoby stały blisko siebie, a jedną z nich była na pewno Ginny. Z tak dużej odległości oczywiście nie dało się dostrzec szczegółów, ale sądząc z tego, jak gwałtownie dziewczyna wymachiwania jedną ręką, jednocześnie kurczowo trzymając Billa drugą dłonią za szatę na piersi, Ginny czyniła właśnie swemu najstarszemu bratu jakieś wyrzuty.
– Ron! – zawołał cicho Harry. – Spójrz. – Wskazał na wyraźnie kłócących się na błoniach Weasleyów.
– O rety! Ciekawe, o co Ginny ma pretensje do Billa – zastanowił się Ron. – Już podczas rozmowy z Diggorym miałem wrażenie, że chce nam braciszka obedrzeć ze skóry...
– Dobrze, że jest tam Charlie, spełni rolę amortyzatora – zabrzmiał głos Freda.
– Obawiam się, że nasza siostrzyczka jest w wyjątkowo bojowym nastroju i może dać radę im obu – stwierdził filozoficznie George. – Ja tam się pchał nie będę... – oznajmił. – Bo jeszcze i mnie się oberwie – dodał proroczym tonem. – No nic, potem z nimi pogadamy, jak trochę ochłoną.
– George, – zagadnął Fred – jak myślisz, kto jest agentem tych... innych czarodziejów?
– Ja bym ich nazwała raczej „wolnymi czarodziejami" – powiedziała ostrym tonem Hermiona. – I wcale się im nie dziwię, że chcą być niezależni od Ministerstwa Magii! – dodała gniewnie.
– Ooo, Hermiona Granger także w nastroju bojowym! – wykrzyknął George. – Co teraz wymyśliłaś, wojowniczko? – zachichotał. – Jakaś nowa krucjata, tym razem może na rzecz zmiany magicznego prawa? Świetnie byś się nadawała na partnerkę dla Percy'ego!
– Zmiany w magicznym prawie to nie jest głupi pomysł, George – odezwał się Lupin wchodząc do pokoju wspólnego.
– Też byłbym za tym. – W ślad za Remusem pojawił się Kingsley Shacklebolt.
Bliźniacy zamilkli i popatrzyli zaskoczeni na aurora i Lupina.
– Hmm... No, może i racja – zgodził się z ociąganiem George.
– Ten człowiek był Gryfonem, Snape tak powiedział! Pamiętasz? – zauważył lekkim tonem Fred. – To oznacza, że chyba go znamy, co, braciszku?
– Nie, na pewno go wcale nie znacie – rozwiał ich nadzieje Kingsley.
– Skąd pan wie?! – zaprotestował z oburzeniem George.
– Bo ja go znam – wyjaśnił auror. – I akurat TO wiem na pewno.
***
Harry leżał na łóżku i przeglądał album z fotografiami rodziców, który podarował mu Hagrid. Niezwykle uważnie patrzył na ręce swojej matki. Pierścień Johanssonów był bardzo wyraźnie widoczny na palcu Lily. Jak również srebrna bransoleta na prawym przegubie. Wcześniej nie zwrócił uwagi na jej biżuterię. Właściwie, to nie było dziwne, nie wiedział przecież nic ani o magicznym pierścieniu, ani o tym, czym jest bransoleta. Co prawda o właściwościach tej dziwnej ozdoby Olaf Goldstone poinformował go dość ogólnikowo – „To klucz do różnych magicznych miejsc i coś w rodzaju biletu na magiczną sieć transportowo – komunikacyjną, która oczywiście nie ma nic wspólnego z siecią Fiuu" – tylko tyle się dowiedział ze słów Norwega. Ale i to było dość, żeby miał o czym myśleć.
– Twoja matka była bardzo piękną kobietą – powiedział Ron z uznaniem. Harry uśmiechnął się do przyjaciela. Po raz pierwszy pokazał Ronowi swój największy skarb. Zastanawiał się teraz, dlaczego właściwie nie zrobił tego wcześniej? Ron był zachwycony okazanym mu zaufaniem, wspólne oglądanie z nim tych fotografii było jak potwierdzenie i utrwalenie przyjaźni.
Ostre pukanie do drzwi przerwało miły nastrój. Chłopcy popatrzyli na siebie niepewnie.
– Proszę! – zawołał Harry.
Do dormitorium weszli Snape i Olaf Goldstone.
Harry stłumił westchnienie. Oglądając album odsunął od siebie myśli o tym, czego się dowiedział i co go czeka w najbliższej przyszłości, ale pojawienie się w dormitorium tych dwóch mężczyzn uświadomiło mu, że nie uniknie konfrontacji z rzeczywistością.
