***
– Teatr? – spytał ze zdumieniem Harry.
– Masz coś przeciwko? – Snape uniósł kącik ust, markując uśmiech.
– Nie mam – odpowiedział prędko chłopak. Zerknął spod oka na Olafa Goldstone. Norweg miał podejrzanie niewinną minę. Czyżby szykował jakiś kawał?
– Zapewniam cię, że to żaden dowcip – powiedział szybko Goldstone. – I na pewno nie pożałujesz, to świetne przedstawienie! – dodał z zapałem.
– W takim razie chętnie je zobaczę – zapewnił Harry. Jednocześnie poczuł niepokój. Jego norweski kuzyn musiał znakomicie znać legilimencję... Spojrzał na Goldstone'a pytającym wzrokiem. Tak jak się spodziewał, natychmiast otrzymał odpowiedź na zadane jedynie w myślach pytanie.
– Jestem niezłym legilimentą, potrafię całkowicie niezauważalnie podsłuchiwać cudze myśli, ale daleko mi do mistrzostwa Severusa – wyjaśnił swobodnie Norweg. – Wymaga to jednak dużego wysiłku i niesamowitej koncentracji. Nigdy nie robię tego ot tak sobie, dla zabawy. Czy to jasne, Harry?
Wstrząśnięty chłopak skinął tylko głową, bo nie mógłby w tym momencie wykrztusić nawet jednego słowa.
– Musisz naprawdę porządnie wziąć się za treningi oklumencji – wtrącił szorstko Snape.
– Trenuję – jęknął Harry.
– Być może, ale niestety, wyniki masz mizerne – podsumował sucho Mistrz Eliksirów. – Liczy się rezultat! – Mężczyzna zacisnął gniewnie wargi.
– Tu nie ma żartów, od tego może zależeć twoje i nie tylko twoje życie – powiedział z powagą Olaf Goldstone.
Harry potaknął z ponurą miną. Obiecał sobie, że każdą wolną chwilę poświęci na treningi. Musi się wreszcie nauczyć czynnie chronić swój umysł! Zaklęcie Dumbledore'a i Snape'a mogło okazać się niewystarczające. Norweg miał rację.
– Zostawmy na razie tę sprawę – powiedział Goldstone, rzucając Mistrzowi Eliksirów ostrzegawcze spojrzenie. – Jutro będziemy w Snape Manor, tam ustalimy wszelkie szczegóły dotyczące waszego szkolenia. Dzisiejszy wieczór poświęcimy na rozrywkę. Teatr i tort! – oznajmił radośnie.
– Czy ja dobrze usłyszałam? – rozległ się od drzwi niedowierzający głos Hermiony. Właśnie weszła do dormitorium chłopców. – Przepraszam, czy pan naprawdę powiedział coś o teatrze? – spytała z zaciekawieniem.
– Tak, powiedziałem. Ponieważ nie będę mógł uczestniczyć we właściwym przyjęciu urodzinowym Harry'ego, zatem już dzisiaj funduję tort i teatr dla wszystkich chętnych! – ogłosił wesoło Norweg. – A przede wszystkim oczywiście dla solenizanta in spe!
Harry uśmiechnął się. Pomyślał, że takie przyjęcie przed–urodzinowe choć przez chwilę sprawi, że zapomni o wiszącej mu nad głową grozie i będzie mógł cieszyć się życiem. Tak, jego norweski kuzyn miał dobry pomysł.
– Bardzo mi się podoba ta propozycja – powiedział szczerze.
– Wiem. – Olaf Goldstone uśmiechnął się promiennie. – Ale zanim zaczniemy zabawę, chciałem cię o coś prosić.
– Słucham, o co chodzi? – spytał chłopak, nieco zaintrygowany.
– Mógłbyś mi pokazać swoją animagiczną postać? – poprosił mężczyzna lekkim tonem, ale napięcie w jego głosie było zbyt wyraźnie wyczuwalne, żeby można było jego prośbę potraktować lekceważąco.
Harry zawahał się.
– Spróbuję – powiedział cicho. – Ale nie wiem, czy mi się uda. Ja... No, dopiero zacząłem treningi i tylko trzy razy mi wyszło dobrze – wyjąkał.
– Skoncentruj się zatem – poradził spokojnie Snape. – Panno Granger, panie Weasley! Połóżcie mu dłonie na ramionach i spróbujcie go wspomóc mentalnie. To działało na Lily, więc może zadziała także w przypadku jej syna – dodał, widząc ich zdumione miny.
Hermiona szybko stanęła obok Harry'ego i gestem ponagliła Rona by do niej dołączył.
– Profesor McGonagall nic takiego nie kazała nam robić... – wymamrotał Ron niepewnie dotykając ramienia Harry'ego.
– A nie mówiła czasem, że każdy animag musi znaleźć własny sposób na przemiany? – spytał szorstko Mistrz Eliksirów.
– Noo.. tak! To powiedziała! – przyznał Ron.
– Nie dyskutuj, Ron – warknęła gniewnie Hermiona.
Harry skupił się, najmocniej jak mógł.
„Uda mi się... Musi się udać, już to przecież zrobiłem..." – pomyślał. Przywołał z umysłu pamięć o wężu. Przecież on, Harry, BYŁ skrzydlatym wężem! Gdzieś w głębi tkwiło w nim wspomnienie o pełzaniu i lataniu – na własnych skrzydłach, a nie na miotle... Przez jego całe ciało przeszła fala chłodu, a potem ciepła. Nagle stwierdził, że patrzy na Norwega z góry! Szybko się odwrócił i kilka centymetrów pod brodą ujrzał czubek głowy Snape'a!
„Jak on dziwnie wygląda z tymi odrastającymi króciutkimi włosami..." – pomyślał chłopak z nagłym rozbawieniem. Mistrz Eliksirów zadarł głowę. Harry i Snape przez krótką chwilę patrzyli sobie w oczy. Mężczyzna wyciągnął rękę i z zaskakującą delikatnością pogładził zielone skrzydło, po czym odwrócił się do swego przyjaciela.
– No i co, Olaf? – spytał. – Można się pomylić?
Norweg przysunął się bliżej i też pogłaskał Harry'ego. Chłopak odczuł ten dotyk jak pieszczotę.
– Zdumiewające. – W głosie jasnowłosego zabrzmiało niedowierzanie. – Wystarczy, Harry. Możesz już wrócić do ludzkiej postaci. Tym razem świetnie ci wyszło – pochwalił.
Ponowna przemiana trwała bardzo krótko. Harry stwierdził w duchu, że w ludzkiej postaci czuje się jednak znacznie lepiej. Ale pochwała kuzyna bardzo go ucieszyła.
– Co jest takie zdumiewające? – spytała Hermiona z ogromnym zaciekawieniem.
– Animagiczna postać Harry'ego jest idealną kopią animagicznej postaci Lily – wyjaśnił Goldstone. – Nie do odróżnienia!
– Mówiłem mu to – mruknął Snape, pocierając w zamyśleniu brodę.
– To bardzo dziwne, naprawdę! Pierwszy taki przypadek w rodzinie, prawda Sev? – Norweg pokręcił głową nie kryjąc zdziwienia.
– Tak, ale pan Potter zazwyczaj łamie wszelkie możliwe reguły – odpowiedział Mistrz Eliksirów obojętnym tonem, choć w jego oczach kryło się wyraźne rozbawienie. – Tym niemniej to naprawdę zastanawiające... – dodał, już bardzo poważnie.
– A może... – Goldstone urwał, pocierając brodę identycznym gestem, jak wcześniej Snape. – Może to oznacza, że po ojcu masz tylko wygląd. Za wyjątkiem...
– Za wyjątkiem oczu, oczywiście – wpadł mu w słowa Harry. Słyszał to już tyle razy, że zaczynało go to drażnić.
– Właśnie. A oczy są zwierciadłem duszy... Wyglądasz jak James, ale TYLKO wyglądasz... Nie jesteś taki jak on... Wszystko inne masz po mamie. I obym się nie mylił... – dokończył mężczyzna bardzo cicho, nie spuszczając z chłopca zamyślonego spojrzenia.
Harry, Hermiona i Ron popatrzyli na siebie.
– Czy to, że Harry po animagicznej przemianie wygląda tak samo jak jego mama naprawdę jest takie niezwykłe? – spytała dziewczyna.
– Zapewniam, że tak, panno Granger – odpowiedział poważnie Snape.
– Bardzo niezwykłe – podkreślił z naciskiem Olaf Goldstone. – Ale na razie jeszcze nie wiemy, dlaczego...
– Spróbuję rozwiązać tę zagadkę! – obiecała Hermiona z zapałem. Jeśli ci dwaj uważali to za dziwne, to znaczyło, że warto się tą sprawą zająć.
Ron zachichotał.
– Ale może nie zaraz?
– Słusznie – poparł chłopaka Norweg. – Bo teraz to pójdziemy do Wielkiej Sali i będziemy zajadać różne smakołyki, a potem... do teatru!
– Wszyscy? – zapytał Harry.
– Nie. Charlie Weasley, Madame Pomfrey i jeszcze dwóch aurorów nie wybiorą się z nami. Zostaną w zamku – pospieszył z odpowiedzią mężczyzna.
– Charlie? – zdziwił się Ron. – Dlaczego?
– Nie wiem. Powiedział że zostaje... – odpowiedział niecierpliwie Goldstone. – Jeśli uważasz, że to ważne, poproś go, żeby ci to wytłumaczył. No, dobrze. Idziemy!
– Jeszcze chwilę... – poprosiła cicho Hermiona. – Chciałam o coś pana zapytać...
– Tak? – W głosie Norwega zabrzmiało leciutkie zniecierpliwienie.
– Jak to jest z kontrolą używania magii przez Ministerstwo? Z rozmowy z ministrem wywnioskowałam, że Ministerstwo nie ma prawa wtrącać się do was, ale wy przecież też używacie magii! Czym wasza magia różni się od...
– Od magii czarodziejów uznających władzę Ministerstwa? – wpadł jej w słowa Goldstone. Popatrzył na nią z nieukrywanym uznaniem, a potem nieoczekiwanie wybuchnął śmiechem.
– Severusie, jak myślisz? Zdradzimy tę straszliwą tajemnicę żądnej wiedzy, młodej damie? – spytał zwracając się do Mistrza Eliksirów. Snape odpowiedział nieprzeniknioną miną, ale kąciki ust znów mu podejrzanie zadrgały.
Harry postanowił się wtrącić. Sam miał sporo przemyśleń na temat kontroli Ministerstwa nad magiczną społecznością i wiele rzeczy mu się tu nie zgadzało z oficjalnymi informacjami.
– Też chciałbym to wiedzieć! – poparł energicznie przyjaciółkę. – Mnie się czepiali o zaklęcie, które rzucił Zgredek, sowy mnie znalazły nawet na tej wysepce na morzu, Umbridge nasłała na mnie dementorów... Voldemort nie mógł mnie znaleźć, a ta baba mogła? Coś tu jest nie tak! A kiedy pan Weasley przybył na Privet Drive i rzucał zaklęcia, to nikt nawet palcem nie kiwnął! Gdy członkowie Zakonu zabierali mnie w zeszłym roku od Dursleyów, to używali różdżek i wcale się nie krępowali! A podobno miało to być w tajemnicy przed Ministerstwem i oczywiście przed śmierciożercami. Voldemort i jego słudzy mordują Avadą i co? Więc jak to jest?!
– Bardzo słuszne pytania – pochwalił Goldstone. – A odpowiedzi na nie NA PEWNO nie znajdziecie w bibliotekach magicznego świata – zaśmiał się drwiąco.
– Naprawdę nie? – spytał gniewnie, milczący do tej pory Ron. – Dlaczego? Ale PAN – chłopak zaakcentował złośliwie słowo „pan" – oczywiście zna odpowiedź!
Norweg spoważniał.
– Mamy jeszcze chwilę, więc spróbuję wam to wyjaśnić. Niestety, moje wyjaśnienia będą z konieczności uproszczone. Odpowiedź nie jest taka łatwa, bo i cała rzecz jest skomplikowana. Może najpierw wytłumaczę, co miałem na myśli mówiąc o waszych magicznych księgozbiorach... – Uśmiechnął się do rudzielca i tym razem nie był to złośliwy uśmiech. – Lekceważycie mugoli, nie chcecie nic o nich wiedzieć, nie chcecie poznawać ich kultury, osiągnięć naukowych ani sztuki. Tkwicie w przekonaniu, nawet nieświadomym, że samo posiadanie mocy magicznych czyni was „lepszymi", co wcale nie jest prawdą.
– Pan jest czarodziejem... – mruknął Ron zmieszany. – A odnosi się pan do nas z pogardą. Woli pan żyć wśród mugoli... Dlaczego? I co to wszystko ma wspólnego z pytaniami Hermiony i Harry'ego? Ja też chciałbym wiedzieć.
– Przerwał mi pan, panie Weasley – westchnął Norweg. – Chciałem właśnie powiedzieć, że najlepszym przykładem takiego podejścia jest pański ojciec. Jest mugolofilem, ale tak naprawdę, to niewiele wie o mugolach. Nie ma o nich rzetelnej wiedzy. Jest zafascynowany gadżetami, a nie ma pojęcia o podstawowych zasadach funkcjonowania ich społeczeństwa. No i ta wasza „ustawa o ochronie mugoli"! To idiotyczne. Mugole to nie rzadkie zwierzęta. Toniecie w samozadowoleniu i nie widzicie, że jesteście z tym po prostu śmieszni.
– To pan tak mówi! – warknął Ron z wściekłością. – I niech pan nie obraża mojego ojca! – wykrzyknął, zaciskając pięści.
– Obawiam się, Ron, że pan Goldstone ma jednak trochę racji – powiedziała łagodnie Hermiona, patrząc ze smutkiem na jasnowłosego mężczyznę. – Ale wciąż nie odpowiedział pan na nasze pytania...
– Zaraz odpowiem. I proszę mi wierzyć, że nie zamierzałem nikogo obrażać, stwierdziłem jedynie fakt. Prawda jest taka, że odcinając się od świata mugoli i traktując ich z wyższością i pogardą straciliście bardzo wiele. Mugolscy uczeni rozwiązali wiele zagadek i odkryli... Wciąż odkrywają tajemnice Wszechświata. A wy o tym nic nie wiecie. Macie swoje „zasady tajności" służące do ukrywania magii, ale mugole doskonale sobie zdają sprawę z jej istnienia. Tylko inaczej ją nazywają. Czasem „magią", używają też różnych innych określeń... Magia to nie jest „coś nadprzyrodzonego". To jedna z sił natury. Jest to forma energii przenikająca cały nasz Wszechświat. My, czarodzieje, mamy zdolności do bezpośredniego wykorzystywania tej właśnie postaci energii. Oczywiście, nie jest to tak, że w każdym punkcie przestrzeni jest tak samo. Są miejsca, gdzie w sposób naturalny energia magii się kumuluje i takie, gdzie nie ma jej prawie wcale. Można też skupiać ją tak, jak my to robimy – przy pomocy różdżek, warząc eliksiry, tworząc magiczne przedmioty, rzucając zaklęcia... Każde użycie magii to zaburzenie w polu energii. I takie zaburzenia i zawirowania można wykryć. Oczywiście trzeba mieć do tego specjalną aparaturę, a takie czujniki w Ministerstwie Magii są. Poza tym, każde z nas w sposób naturalny wyczuwa magię i może ją kształtować spontanicznie. Ministerstwo chce sprawiać wrażenie, że nad wszystkim panuje, ale to bzdura. Oni pilnują tylko tam, gdzie mogą, a mogą tak naprawdę bardzo niewiele. My maskujemy swoją magię, to samo robi Riddle i jego śmierciojady, wystarczy postawić odpowiednie ekrany ochronne i już. To bardzo proste i nawet dziecko da radę to opanować. Oczywiście, TEGO was nie uczą! Natomiast spontaniczne użycie magii przez dzieci raczej nie jest rejestrowane, a nawet jeśli jest, to nikt sobie tym głowy nie zawraca, takie zdarzenia są traktowane jako przypadkowe zawirowania...
– Nic z tego nie rozumiem! – wybuchnął Ron. – I ty też przeciwko mnie! – Odwrócił się do Hermiony, wściekle przewracając oczami.
– Nie jestem przeciwko tobie! – rozgniewała się nieoczekiwanie dziewczyna. – Wszystko ci potem wytłumaczę, ale pozwól, że wysłuchamy do końca wyjaśnień pana Goldstone, dobrze?!
– Przepraszam – wymamrotał Ron, rzucając Norwegowi spojrzenie spode łba.
Mężczyzna skinął głową.
– Ty, Harry byłeś pod szczególną obserwacją Ministerstwa. Chyba nie masz co do tego złudzeń, prawda? – Goldstone popatrzył na chłopaka ze współczuciem. Harry wzdrygnął się. Podejrzewał coś takiego już wcześniej.
– Chciałbym się nauczyć stawiania takich tarcz – wypalił.
– Nauczymy cię – obiecał Snape. – O to się nie martw. Mów dalej, Olaf – ponaglił przyjaciela.
– Wiesz przecież, że gdy czarodziej chce się ukryć, to może to zrobić. Nie namierzą go wtedy żadne czujniki i nie znajdą sowy – przypomniał Goldstone.
„Syriusz..." – pomyślał Harry. No, tak, przecież Syriusz mu o tym mówił...
– W takim razie, w jaki sposób Ministerstwo egzekwuje zakaz używania różdżek przez uczniów w czasie wakacji? – spytał szorstko Harry. – Tacy jak ja, żyjący wśród mugoli, mają przechlapane, bo wiadomo, jedyny czarodziej w okolicy, więc gdy rzuci jakieś zaklęcie, to natychmiast je wykryją. Kiedy Zgredek rzucał zaklęcia, to poszło na moje konto i nikt nie chciał słuchać żadnych wyjaśnień. Moja matka podobno zamieniała filiżanki w szczury, tak mówiła jej siostra... Czy dziadek to maskował? A w magicznych rodzinach?
Goldstone i Snape zaśmieli się złośliwie.
– Lily była zamaskowana. Twój dziadek i Vianne ochraniali ją swoją magią, i zachęcali, żeby ćwiczyła. A co do magicznych rodzin... W Ministerstwie zakładają, że rodzice pilnują swoich dzieci i nie pozwalają im używać różdżek! – odpowiedział kpiąco Mistrz Eliksirów.
– To jakaś bzdura! – zdenerwował się Harry.
– Oczywiście, że bzdura – potwierdził Goldstone. – Żadni rozsądni rodzice nie respektują tego zakazu.
– Moi rodzice nie pozwalali nam używać magii w czasie wakacji – westchnął smutno Ron.
– Przykro mi, panie Weasley, ale to nie było mądre – odpowiedział chłodno Norweg. – I tak się składa, że ja WIEM, co pan o tym myśli. To samo, co ja... – Mężczyzna spojrzał twardo w oczy Rona. Rudowłosy przygryzł wargi.
– Znów pan użył legilimencji, co? – warknął.
– Tak, użyłem. Pan ma żal do rodziców za ich nonsensowną praworządność, jak również o to, że nie wiedział pan nic o Tiarze Przydziału, gdy po raz pierwszy szedł pan do Hogwartu, czy później w czwartej klasie o Turnieju Trójmagicznym. Pana matka tłumaczyła to tym, że „powinniście mieć niespodziankę", ale niech pan powie szczerze, czy nie wolałby pan wiedzieć o tym wcześniej? Niestety, mamy wojnę, a na wojnie ten, kto zdobędzie więcej informacji, ma istotną przewagę. Teraz nie ma już miejsca na takie „niespodzianki"!
– Niech pan przestanie czytać mi w myślach! – wrzasnął Ron.
– Już przestałem. A panu radzę poćwiczyć panowanie nad sobą, panie Weasley. Jak również uświadomić sobie, że prawda bywa bolesna – odpowiedział Goldstone zimnym tonem.
– A dlaczego ja nie dostałam żadnego ostrzeżenia, gdy używałam różdżki jak tylko ją kupiłam? Przez cały sierpień przed pierwszym rokiem trenowałam zaklęcia i nikt się tym nie zainteresował! – wykrzyknęła Hermiona, odwracając uwagę obecnych od Rona.
– Co?! – wykrzyknęli jednocześnie Snape i Goldstone. Pytanie Hermiony bardzo ich zaskoczyło.
– Hmm... Może w pobliżu mieszkał jakiś czarodziej... – zastanowił się Mistrz Eliksirów. – To znaczy, mam na myśli, w pobliżu domu twoich rodziców. I twoje machanie różdżką poszło na jego konto...
– Tak mogło być – potwierdził Goldstone domysły Snape'a, ale jakby bez przekonania.
– No cóż, teraz tego nie zgadniemy – powiedziała szybko dziewczyna. – Ja mam jeszcze tylko jedno pytanie... Do pana, panie profesorze – odwróciła się do Snape'a.
– Dobrze, ale pospiesz się, bo skrzaty już chyba przygotowały ucztę – wyraził zgodę Mistrz Eliksirów.
– Wcześniej nie było okazji... Tak mnie to zastanawia...
– Przestań się jąkać i mów o co ci chodzi – warknął Snape z irytacją. Harry wpatrywał się w niego i odniósł wrażenie, że w oczach mężczyzny błysnął... niepokój? Dziwne...
– Myślę o tym, co się działo, kiedy spotkaliśmy po raz pierwszy Syriusza we Wrzeszczącej Chacie... Wszedł pan w pelerynie niewidce przez tunel pod bijącą wierzbą do Wrzeszczącej Chaty, gdy profesor Lupin opowiadał o tym, że Huncwoci stali się animagami... Usłyszeliśmy skrzypnięcie drzwi, a Ron krzyknął, że tu straszy. Profesor Lupin podszedł wtedy do drzwi i stwierdził, że nikogo nie ma, a opowieści o duchach w Chacie są nieprawdziwe. Że te jęki to był on, gdy przemieniał się w wilkołaka, a potem nam opowiedział o animagii swoich przyjaciół. Musiał pan to przecież usłyszeć! Dlaczego pan nikomu nie powiedział o tym, że Syriusz jest animagiem? Chciał go pan chronić? Dlaczego?
– No, właśnie – zabrzmiał nagle głos Lupina. Wszyscy się wzdrygnęli nerwowo. Remus wszedł do dormitorium tak cicho, że nikt go nie usłyszał. – Też mnie to intrygowało, ale wciąż zapominałem cię o to zapytać.
– Jest pani niesamowita, panno Granger – oznajmił z powagą Olaf Goldstone. – Chylę czoła przed pani inteligencją!
– Dobrze, dobrze – warknął poirytowany Snape. – Odpowiedź jest bardzo prosta. Kiedy podszedłeś do drzwi, Lupin, to ja się cofnąłem. Wystarczająco daleko, żeby właśnie ten fragment waszej rozmowy do mnie nie dotarł. Zszedłem, a właściwie zsunąłem się po schodach na parter. Twoje wilkołacze zmysły są bardzo wyczulone, więc obawiałem się, że wyczujesz mój zapach i wolałem się wycofać. Nie poszedłeś za mną, więc odczekałem parę minut i wróciłem, ale tam na dole prawie nic nie było słychać, wasze głosy zredukowały się do niewyraźnych szmerów. Całą rozmowę poznałem, gdy uczyłem cię oklumencji, Potter. – Mężczyzna spojrzał przelotnie na Harry'ego, po czym odwrócił się w stronę Remusa i Hermiony. – O tym, że Black jest animagiem, dowiedziałem się dopiero po Turnieju Trójmagicznym. Było to dla mnie niesamowitym zaskoczeniem. Zrozumiałem wtedy, w jaki sposób uciekł z Azkabanu... A co do spotkania we Wrzeszczącej Chacie, to gdy ponownie podkradłem się pod drzwi usłyszałem wyraźnie jak powiedziałeś, Lupin: „Można więc powiedzieć, że Snape nie mylił się co do mnie." A potem opowiedziałeś o tym, jak twój przyjaciel próbował mnie zabić, używając ciebie jako narzędzia mordu...
– A Black tylko pogardliwie prychnął i warknął, że Severus sobie na to zasłużył – wtrącił Olaf Goldstone. – Po tym wszystkim co przeżył, po tylu latach... Żałował tylko tego, że jego zbrodnicze plany się wtedy nie udały! Naprawdę nie mogę tego zrozumieć... Przecież gdyby mu się powiodło, oznaczałoby to dla Severusa i dla pana, panie Lupin, śmierć, bo Komisja Likwidacji Niebezpiecznych Stworzeń zadziałałaby natychmiast. Zabiliby pana! Dumbledore wyleciałby ze szkoły, a sam Black i zapewne także James Potter trafiliby do Azkabanu!
– Ma pan rację, pewnie tak by było... – westchnął cicho Lupin. – Niestety...
Nie dodał nic więcej, ale na jego twarzy pojawił się wyraz strasznego bólu. Harry'emu serce ścisnęło się ze współczucia. Pomyślał zdruzgotany, że impulsywność i brak wyobraźni Syriusza ściągnęły na niego samego największe nieszczęścia i że został za to straszliwie ukarany. Sam zresztą przecież przyznał, wtedy, podczas tego ich pierwszego spotkania, że czuje się winny śmierci jego rodziców...
Chłopak postanowił przerwać tę rozmowę.
– Może już wystarczy – powiedział cicho, ale stanowczo. Wszyscy popatrzyli na niego zaskoczeni. – Teraz rozumiem, dlaczego się pan tak wtedy wściekał – powiedział z goryczą do Snape'a. – Ale Syriusz nie żyje, a ja chciałbym choć przez chwilę nie myśleć o tym wszystkim.
Mistrz Eliksirów zacisnął wargi. Wydawał się mocno wytrącony z równowagi całą rozmową i najwyraźniej nie miał zamiaru odpowiedzieć. Olaf Goldstone przejął inicjatywę.
– Masz rację, Harry. Czeka nas wspaniały wieczór, więc zostawmy smutki na potem. Chodźmy stąd!
Z niebotyczną ulgą Harry przekroczył próg dormitorium i wszedł na kręcone schody. Schodząc do pokoju wspólnego mimowolnie słuchał rozmowy Lupina, Snape'a i Goldstone'a o Diggorym.
– Bardzo mnie zaskoczyło zachowanie ministra. Nigdy bym nie przypuszczał, że poprze moją decyzję podjęcia pracy w mugolskiej policji. Ciekawe, co wpłynęło na taką zmianę jego poglądów? – zastanawiał się Lupin.
– Czyżby wcześniej wykazywał niechęć do wilkołaków? – zainteresował się Goldstone.
– Do skrzatów odnosił się jak do nic nie wartych śmieci! – wykrzyknęła z oburzeniem Hermiona, odwracając się do idących za nią mężczyzn.
– Jej obsesja – zachichotał Ron do ucha Harry'ego. Obaj chłopcy uśmiechnęli się do siebie.
– Skąd to pani wie? – zaciekawił się Norweg, zatrzymując się gwałtownie.
– Widziałam na Mistrzostwach Świata w quiddichu, jak potraktował skrzatkę Croucha! – odpowiedziała dziewczyna, potrząsając gniewnie lokami.
– To jeszcze nie daje podstaw do przypuszczeń, że ma taki sam stosunek do likantropów – stwierdził z powątpiewaniem Goldstone. Ruszył dalej i zszedł z ostatnich kilku stopni, wchodząc do saloniku Gryfonów.
– Nie wiem, co on naprawdę myśli, bo do tej pory nie ujawniał swoich sympatii i antypatii względem takich jak ja – odpowiedział żywo Lupin. – Sam jestem ciekaw... Miałem na myśli raczej jego stosunek do mugoli. Dotychczas jawnie pogardzał mugolami i chyba nie przypuszczał, że będzie zmuszony do współpracy z nimi i to tak ścisłej! No i prawdę mówiąc, nie posądzałem go o to, że wykrzesze z siebie tyle energii i wykaże się taką bystrością umysłu.
– Podejrzewam, że dyrektor wybrał go na Ministra Magii, gdyż sądził, że będzie miał na niego duży wpływ – mruknął Snape.
– Diggory nie ujawniał nigdy ani wysokiej inteligencji, ani siły charakteru, bo dotychczas nie było mu to potrzebne. Ot, taki sobie urzędniczyna... I Dumbledore pewnie chciał mieć na tym stanowisku kogoś spolegliwego – zaśmiał się Norweg.
– Masz na myśli kogoś, kto wzbudza zaufanie i na kim można polegać, czy takiego, który łatwo ustępuje i podporządkowuje się innym? – zainteresował się Snape.
– Raczej to pierwsze – wyjaśnił Goldstone. – Obserwowałem waszego dyrektora, był naprawdę zaskoczony zachowaniem ministra. Ale myślę, że to go raczej ucieszyło...
– Też tak sądzę – powiedział spokojnie Mistrz Eliksirów odchylając portret Grubej Damy. Po chwili wszyscy wyszli na korytarz.
– Diggory się niczego nie boi, bo nie ma teraz już nic do stracenia – powiedział cicho Lupin. – Voldemort zabił mu jedynego syna i Amos płonie żądzą zemsty. Sam powiedział, że chce unicestwienia tego psychopatycznego szaleńca. Wszyscy słyszeliśmy... A że nie jest głupi, to bardzo dobrze. Dumbledore trafnie wybrał.
Mężczyźni zamilkli i nikt się już nie odezwał, gdy szli dalej do Wielkiej Sali.
Przed jej drzwiami w Holu czekał na nich Dumbledore i reszta towarzystwa. Ministra i jego orszaku już nie było; pozostali tylko dotychczasowi mieszkańcy zamku i goście. Oczywiście, za wyjątkiem Dursleyów.
A na widok zastawionego stołu i wspaniałego tortu Harry natychmiast wyrzucił ze swoich myśli wszystkie zmartwienia.
– O chwilo, jesteś piękna! Trwaj! – wykrzyknął patetycznie Olaf Goldstone wskazując na tort, ale cały efekt zepsuło to, że się potem chciwie oblizał. Jego wystąpienie skwitował wybuch gromkiego śmiechu.
Usiedli i zaczęła się uczta.
***
Sobota, 13 lipca 1996 rok, Hogwart – Wielka Sala, godzina wpół do szóstej po południu.
Dudley Dursley był zły. Bardzo zły! Po prostu wściekły! Przyniesiono im do saloniku kolację, jednak Dudley się nie najadł. Dla niego to było za mało! Był po prostu głodny! Zdecydował, że poszuka jeszcze czegoś do jedzenia. Gdzieś tu w tym potwornym zamku muszą mieć przecież jakąś kuchnię!
Ojciec ostro rozkazał mu iść spać. Chłopak poszedł do swojej sypialni, ale się nie położył, tylko nasłuchiwał. Rodzice i ciotka rozmawiali o tym obrzydliwym Harrym, a nie minęło wiele czasu, jak zaczęli się kłócić. Słuchając ich wrzasków, Dudley postanowił wymknąć się na wyprawę odkrywczą. Kuchnia na pewno była gdzieś w lochach... Nie dotarł tam. Zatrzymał się przy wejściu do jadalni. Słyszał radosne śmiechy, a nozdrza drażniły mu cudowne zapachy. Ukrył się w cieniu i ostrożnie zajrzał do sali. Na środku olbrzymiej komnaty ustawiono jeden duży stół przykryty śnieżnobiałym obrusem. Dudley nigdy jeszcze nie widział tak lśniącego materiału. Jednak znacznie ciekawsze było to, co na tym obrusie stało. Wspaniały, kilkupiętrowy tort, góry owoców, patery z ciastkami i kanapkami, dzbanki z napojami... Talerze i sztućce błyszczały złotem. Wokół stołu siedzieli wystrojeni czarodzieje, a wśród nich oczywiście Harry Potter!
Dudley przełknął ślinę. Chciał tam wejść, ale był pewien, że jeśli spróbuje, to go wypędzą, a może znów przyprawią jakiś ogon, albo nawet zamienią w coś paskudnego... Nie, lepiej ukryć się i poczekać. Na pewno wszystkiego nie zjedzą! Oblizał się z nadzieją i stanął za drzwiami. Czekał długo, aż wreszcie czarodzieje opuścili Wielką Salę i zostawili niedomknięte drzwi. Na palcach wślizgnął się do środka...
Czekało go przykre rozczarowanie. Stół był pusty.
***
Sobota, 13 lipca 1996 rok, Hogwart – pokój wspólny Gryffindoru, godzina szósta trzydzieści po południu.
Severus Snape i Olaf Goldstone starannie zlustrowali stroje zarówno młodzieży, jak i dorosłych wybierających się do teatru. Najwyraźniej nie wpadły im w oko błędy w ubiorach, ponieważ nie wygłaszali żadnych uwag, ani nie dawali nikomu rad, by cokolwiek zmienić. Harry pomyślał, że gdyby nie Hermiona i jej wiedza na temat mody, pewnie wypadliby żałośnie. Nawet Bill i Kingsley Shacklebolt wysłuchali uważnie jej wskazówek. Wreszcie Norweg skinął głową z aprobatą.
– Wszystko w porządku. Nie będziemy się wyróżniać z tłumu – powiedział. – Teraz musicie tylko wypić eliksir wielosokowy i ruszamy – dodał ze złośliwymi błyskami w oczach.
Snape wskazał dłonią stół, na którym przed chwilą zmaterializowały się butelki – do każdej dołączone było zdjęcie i dokumenty.
– Wypijcie po porcji eliksiru – zarządził. – Jedna uwaga. Niektórzy z obecnych już korzystali z kamuflażu, zatem przygotowałem dla was te same przebrania, co poprzednio. Jak widzicie, do butelek są przymocowane zdjęcia przedstawiające osoby, w które się wcielicie. A tutaj są porcje dla panny Weasley i pana Thomasa. – Mistrz Eliksirów podał Ginny i Deanowi po jednej butelce.
Harry szybko wypił swój eliksir. Tak jak poprzednio, zamienił się w jasnego blondyna Iona Hammersmitha. Nie był z tego zadowolony, czuł się dziwnie nieswojo w cudzej skórze. I chyba nie tylko on. Ginny przemieniona w ciemną brunetkę kurczowo ściskała ramię Deana, któremu co prawda pozostały czarne oczy, ale łypał nimi nerwowo spod strzechy lnianozłotych włosów. Miał teraz jasnobrązową skórę i wyglądał jak potomek Norwega i Włoszki. Olaf Goldstone i mecenas Vongerichten–Wintour nie zmienili postaci, a Snape po wypiciu swojej porcji eliksiru stał się kopią Olafa Goldstone'a. Jedynym, co różniło teraz obu panów, był wzór krawata i kolor koszuli. Mogliby już wyruszać i Harry zastanawiał się, na co jeszcze czekają.
– Profesor McGonagall i dyrektor postanowili wybrać się z nami – powiedział Snape, jakby odpowiadając na myśli chłopaka. – Ciekawe, czy Lupin też się zdecyduje...
Mistrz Eliksirów nie dokończył zdania, ponieważ Gruba Dama odsunęła się, odsłaniając wejście do pokoju wspólnego Gryffindoru i wpuszczając do środka trzy osoby: Dumbledore'a, Remusa i profesor McGonagall. Wszyscy troje byli w mugolskich ubraniach – dyrektor i Lupin mieli na sobie eleganckie garnitury, a profesor McGonagall wytworną jedwabną suknię i cienki koronkowy szal. Z całej trójki jedynie Remus nie czuł się swobodnie, gdyż co chwila poprawiał krawat. Snape, o dziwo, sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego. Sięgnął do kieszeni i podał Lupinowi małą flaszkę ze zdjęciem.
– Przygotowałem to specjalnie dla ciebie – poinformował z satysfakcją w głosie. – Zapewniam, że podziała.
– W to nie wątpię. – Lupin bez wahania wypił zawartość buteleczki. Po chwili twarz mu się trochę ściągnęła, włosy skróciły i ściemniały prawie do czerni, za to tęczówki rozjaśniły się i przybrały odcień popielatej szarości.
– Wspaniale! – wykrzyknął Dumbledore. – No, to kolej na nas, Minerwo.
Harry spodziewał się podświadomie, że dyrektor i opiekunka Gryffindoru też wypiją eliksir wielosokowy, ale oboje użyli tylko zaklęć zmieniających postać.
„No tak, to przecież Mistrzowie Transmutacji, po co im ten eliksir, mogą się obejść bez niego." – pomyślał chłopak z podziwem.
– Możemy ruszać, Severusie – oświadczył Dumbledore przemieniony w młodego, ciemnowłosego mężczyznę. – Hmm... Świetnie wyglądasz, jako Henry Goldstone... – dodał, obrzucając Snape'a zamyślonym spojrzeniem.
Mistrz Eliksirów skrzywił się lekko i wymienił kilka szybkich spojrzeń z Olafem i mecenasem.
– Nietrudno się było domyśleć, panie profesorze, jakiego imienia i nazwiska Severus używa w tej postaci – odpowiedział Norweg lekkim tonem.
– Oczywiście – mruknął z chłodną dezaprobatą mecenas Vongerichten–Wintour. – Nie traćmy czasu. Severusie, daj świstokliki i lecimy.
– Słusznie, masz rację, Mitch. – Snape wyjął z kieszeni kilka małych notesików w plastikowych okładkach. Szybko je rozdał, tak, że wypadło po trzy osoby na jeden notes. – Nasz cel, to londyńskie mieszkanie mojego przyjaciela. Uwaga, te świstokliki uaktywnią się za minutę – uprzedził.
Harry, Ron i Hermiona chwycili czerwony notes i czekali w napięciu. Harry zamknął oczy. Usłyszał, jak Mistrz Eliksirów odlicza: – Raz... Dwa... Trzy... Poczuł znajome szarpnięcie, a świst w uszach upewnił go, że jest w drodze. Wylądował na czymś miękkim i dopiero po kilku sekundach uświadomił sobie, że siedzi na bardzo wygodnej kanapie, a obok niego, na tym samym miękkim meblu, z obu stron wylądowali Ron i Hermiona. Czerwony notesik leżał u jego stóp. Harry czuł silne zawroty głowy, ale na szczęście nie trwało to długo, i już po chwili mógł rozróżnić szczegóły otoczenia. W pokoju było mnóstwo ludzi. Harry rozejrzał się. Alice, Dick i jego żona, pani O'Hare... No i wszyscy, którzy przybyli z Hogwartu. Jedyną osobą, której Harry jeszcze nie znał, był wysoki brunet stojący przy Kathleen O'Hare i obejmujący ją władczo w talii. Profesor Dumbledore, Kingsley Shacklebolt i Bill powitali tego mężczyznę z ogromnym entuzjazmem i serdecznością. Czarnowłosy przedstawił się jako Patrick O'Hare. A zatem to był zbawca Kingsleya... Harry'ego bardzo ciekawiło, w jakich okolicznościach ten mężczyzna uratował życie aurora, ale szybko doszedł do wniosku, że raczej nie ma szans, żeby się tego dowiedzieć. O'Hare, jak wskazywało nazwisko, pewnie był Irlandczykiem, choć mówił bez śladu irlandzkiego akcentu, którego echo wyraźnie pobrzmiewało chociażby w wymowie Seamusa Finnigana.
Chłopak pomyślał, że ci wszyscy ludzie na pewno są komandosami z oddziałów powołanych przez premiera do walki z Voldemortem i śmierciożercami.
Ktoś mówił coś o samochodach i zastanawiał się gdzie je zaparkować...
Zanim Harry zorientował się, co się dzieje, już siedział w samochodzie obok Hermiony, Rona i Snape'a, a kilkanaście minut później wchodzili do foyer teatru Drury Lane.
Harry miał wrażenie, że śni jakiś bardzo kolorowy sen. Nie zdążył się rozejrzeć. Szedł jak we mgle. Po kilku chwilach już siedział w loży, w bardzo wygodnym fotelu i machinalnie przeglądał program, który wręczył mu Snape. Mistrz Eliksirów kupił dla każdego po jednym egzemplarzu programu, co mocno Harry'ego zdziwiło, ale widocznie takie były teatralne obyczaje. Harry nigdy w życiu nie był w teatrze i czuł się bardzo niepewnie. Zerknął na Rona i natychmiast zauważył, że przyjaciel przeżywa to samo, co on. Uśmiechnęli się do siebie, chcąc dodać sobie nawzajem otuchy. Hermiona nie zwracała na nikogo uwagi, pochłonięta studiowaniem programu. Reszta towarzystwa cicho rozmawiała. Harry wyłowił ze szmeru rozmów dziwne imię: Munkustrap i nazwisko: Mills. Zerknął do spisu obsady i zorientował się, że sir John Mills gra Kota U Teatralnych Drzwi, a Munkustrap to imię jednej z postaci spektaklu, zaś aktor grający tę rolę nazywa się Jean Valjean.
Tymczasem światła na widowni pogasły i rozległy się pierwsze takty muzyki. W tej jednej chwili chłopak zrozumiał Dumbledore'a. Kaskada dźwięków ogarnęła go całego. Jego ciało bez udziału woli zakołysało się lekko w rytm muzyki, a oczy chłonęły szczegóły barwnego widowiska rozgrywającego się na scenie. Muzyka zdawała się wypełniać całą przestrzeń teatru, a wśród dekoracji przedstawiających podwórko starej londyńskiej kamienicy pojawili się ludzie – koty. Czarno – biały, pasiasty kocur uniósł się na tylne łapy i zapytał donośnie:
– Czy rodzisz się ślepy?
Harry'ego przeszył dreszcz. Nie mógł oderwać oczu od mężczyzny w czarno – białym, kosmatym kostiumie kota.
– Munkustrap... – usłyszał tuż przy uchu cichutki szept Hermiony. Ron, siedzący obok Harry'ego, spazmatycznie wciągnął powietrze. Ale Harry nawet na niego nie spojrzał. Wpadł w jakieś dziwne odrętwienie. Siedział jak przykuty do fotela i miał niejasne wrażenie, że nie zdoła się poruszyć już nigdy w życiu.
Gdy przedstawienie się skończyło, nie od razu to do niego dotarło. Przez dłuższą chwilę siedział nieruchomo, jakby został trafiony Petryfikusem. Był do głębi wstrząśnięty dokonanym przez siebie przed chwilą odkryciem. Jak przez grubą warstwę waty słyszał pełne zachwytu pochwały na temat przedstawienia wypowiadane przez Freda i Georga. Jednocześnie, gdzieś obok, czarnowłosy Irlandczyk tłumaczył, że z nimi nie pojedzie, tylko odwiezie kogoś do domu, bo to obiecał. Wszyscy wstawali z krzeseł i nikt na razie nie zwracał na Harry'ego uwagi. Wreszcie Ron trącił go łokciem.
– Hej! Zasnąłeś?! – krzyknął mu do ucha.
Harry potrząsnął głową i powoli wstał. Ruszył za przyjacielem. Milcząc wsiadł do samochodu. Gdy dotarli do podziemnego garażu, chłopak wygramolił się z pojazdu i machinalnie wszedł do windy za Hermioną, nie zwracając kompletnie uwagi na to, co się wokół niego dzieje. Jego nieprzytomne spojrzenie przykuło uwagę Snape'a. Mistrz Eliksirów chwycił chłopaka za ramię i puścił dopiero w momencie, gdy świstokliki przeniosły ich wszystkich z powrotem do Wielkiej Sali w Hogwarcie.
– Harry, co ci się stało?! – wykrzyknęła z przerażeniem Hermiona. Nie tylko ona i Snape zauważyli, że Harry jest zupełnie rozkojarzony. Wszyscy teraz na niego patrzyli, a na większości twarzy można było dostrzec wyraźny niepokój pomieszany ze strachem.
Chłopak z wysiłkiem przełknął ślinę.
– Ja... go... poznałem... – jęknął.
– Kogo?! – wrzasnął Ron.
– Munkustrapa... – wyszeptał z trudem Harry. Snape pochylił się i przewiercał go uważnym spojrzeniem. Chłopak podniósł głowę i popatrzył mu prosto w oczy.
– On pana kocha! Poszedł za panem... – wykrztusił.
– Co ty mówisz?! – wykrzyknęła ze zgrozą profesor McGonagall.
– Nie cofnął się... Wszystkie inne kocury pouciekały, i tylko on jeden stanął do walki... – Harry mówił jak w transie. Mistrz Eliksirów podszedł do chłopaka, chwycił go za ramiona i potrząsnął.
– Opanuj się – powiedział spokojnie.
Harry wzdrygnął się i oprzytomniał. Podniósł wzrok na Mistrza Eliksirów, ale z jego czarnych oczu nie mógł nic wyczytać. Mężczyzna puścił go, jednak nie odsunął się nawet o krok.
– Może spróbujesz powiedzieć to wszystko jeszcze raz, tylko bardziej zrozumiale – zaproponował cicho Olaf Goldstone.
Chłopak potarł ręką czoło.
– Moje sny... Nie mogłem ich rozszyfrować, wciąż wydawało mi się, że coś bardzo ważnego mi umyka... Nareszcie wiem – powiedział prawie szeptem. Rozejrzał się. Mecenas i Olaf Goldstone mieli nieprzeniknione miny. Dumbledore i Snape przyglądali mu się z uwagą. Wszyscy pozostali sprawiali wrażenie przerażonych i niepewnych.
Harry spojrzał na opiekunkę Gryffindoru, a potem zwrócił się do Snape'a.
– Tej nocy, którą spędziłem z panem w ambulatorium na prośbę profesor McGonagall miałem dziwne sny. Pierwszy z nich, to była wizja zebrania śmierciożerców. Patrzyłem na to wszystko oczami Voldemorta. Stał pośrodku kręgu, a jego zwolennicy aportowali się i ustawiali wokół niego. Rozpoznałem morderczynię Syriusza, Bellatrix Lestrange. Miejsce koło niej było długo puste. Wreszcie pojawił się na nim wysoki, jasnowłosy mężczyzna. To był wampir Jörge. Emanował z niego wściekły głód krwi i Voldemort to poczuł. A ja razem z nim... Jörge chciał rozerwać gardło Bellatrix i Voldemort rozkazał jej go nakarmić. Ona wyczarowała kubek i napełniła go swoją krwią z przeciętego nadgarstka. Ja to wcześniej już wam opowiadałem! No, nie wszyscy słyszeli... Ale dopiero teraz zrozumiałem, co w tej wizji było najważniejsze! Voldemort rozkazał wampirowi polecieć do Hogwartu i sprawdzić, czy pan tam jest... – Harry urwał i zerknął z ukosa na Snape'a. Mężczyzna obserwował go czujnie, z napiętą uwagą.
– Mów dalej! – ponaglił niecierpliwie Kingsley Shacklebolt.
– Wtedy Jörge powiedział, że łączy was obu więź nierozerwalna i znów z jego umysłu zaczął emanować głód, pomieszany z uczuciem, które ja dobrze znam, ale dopiero teraz zrozumiałem, co to było! Czułem to przez Voldemorta, a on tego nie pojmował. Też poczuł, tylko odrzucił, bo nie był w stanie dostrzec prawdy ani pojąć, co to jest. To była miłość! Jörge kocha pana tak samo jak ja kochałem Syriusza!
Zszokowane miny słuchaczy świadczyły o tym, że opowieść Harry'ego wywarła na wszystkich potężne wrażenie.
– Jaki to ma związek z przedstawieniem teatralnym, które właśnie obejrzeliśmy? – szorstko spytała profesor McGonagall.
– Ma! – wykrzyknął ostro Harry.
– Minerwo... – odezwał się prosząco Dumbledore. – Pozwól Harry'emu skończyć.
Opiekunka Gryffindoru skinęła głową z rezygnacją.
– Przepraszam... Mów dalej, słuchamy... – westchnęła ciężko.
– On przyleciał tu do Hogwartu, do pana! – Chłopak rozgorączkowanym głosem podjął opowieść, wciąż wpatrując się w Snape'a. – Po tej wizji z Voldemortem przyśniło mi się, że ścigam się z Syriuszem. Syriusz leciał na swoim motorze, a ja na Błyskawicy. Syriusz krzyknął do mnie: „Ścigajmy się!" I wtedy usłyszałem pana głos, jak pan mówił: „Wezwij pomoc! Wezwij ICH na pomoc!" Potem usłyszałem dziwny łopot i usiadłem na łóżku. Dopiero później przypomniałem sobie, że w oknie mignął jakiś cień... Wtedy wziąłem to za część snu, ale teraz mam pewność, że Jörge tu był i rozmawiał z panem. To jemu rozkazał pan wezwać pomoc. Słyszałem łopot jego skrzydeł i widziałem jak odlatywał! A następnie miałem wizję, jak wrócił do Voldemorta i powiedział, że pan jest w Hogwarcie, gdzie chroni pana stary mag i jego potężna moc.
Harry przerwał na moment i zaczerpnął tchu. Nikt się nie odezwał, wszyscy wpatrywali się w niego z napięciem.
– Kiedy Munkustrap wypowiedział swoją pierwszą kwestię, jego głos wydał mi się znajomy. Tańczył, śpiewał, opowiadał historie o kotach, a ja wciąż się zastanawiałem, kto to jest. I dopiero, gdy zaczął walczyć z Makavitym, rozpoznałem go! Nagle zniknęła dla mnie widownia i wszystko inne, zapomniałem, że to tylko teatr, że to nie dzieje się naprawdę... To było takie... niesamowite! Munkustrap stanął do walki, choć nie miał wielkich szans... Szczupły i giętki, a przy barczystym, olbrzymim Makavitym wydawał się taki mały, drobny i delikatny! Ale tylko on podjął walkę z bandytą. Za plecami miał na wpół sparaliżowanego, wiekowego kocura, słabe kocice i bezbronne kocięta. Wszystkie inne kocury zwiały czym prędzej, on jeden tylko został. Walczył z Makavitym i wygrał, przegonił drania... Wtedy sobie uświadomiłem, że to jest Jörge! I zrozumiałem wszystko. On szpieguje Voldemorta! Dla pana... – dodał cicho.
– Harry, czy jesteś pewien, że ten aktor to był wampir z twoich wizji? – spytał Dumbledore. Głos miał cichy i bardzo smutny.
– Tak! – wykrzyknął chłopak żarliwie.
– Severusie? – Dyrektor wypowiedział tylko imię Mistrza Eliksirów, ale zawarł w tym całą gamę uczuć: zdziwienie, pytanie i gorzki wyrzut. Snape zbladł, ale nie spuścił oczu pod spojrzeniem starego czarodzieja.
– Tak – powiedział zimno. – Jean Valjean to Jörge. I prawdą jest, że łączy nas obu nierozerwalna więź. Krwi!
– Czy to znaczy, że dałeś mu swoją krew?! – wykrzyknęła z niedowierzaniem profesor McGonagall.
– Tak – potwierdził spokojnie Snape. – Dałem. Ale proszę bez obaw, JA nie jestem wampirem – zakończył ironicznie.
– Co do tego, że ty nie jesteś wampirem, nie mam żadnych wątpliwości – zapewnił dyrektor. – Czy mógłbyś nam coś o nim opowiedzieć, skoro i tak już się dowiedzieliśmy kim on jest, czy musisz milczeć?
– Niewiele mogę powiedzieć – Mistrz Eliksirów przymknął oczy. Zastanawiał się przez chwilę. – Jörge to oczywiście nie jest jego prawdziwe imię. A Jean Valjean to tylko pseudonim sceniczny. Ma dziewiętnaście lat, w tym roku, pierwszego listopada, skończy dwadzieścia. Marzy o karierze śpiewaka operowego... – Snape urwał, zawieszając głos. – Chyba niczego więcej nie mogę zdradzić – zakończył stanowczo.
– To istotnie niewiele – mruknął Dumbledore z lekkim rozczarowaniem.
– Czy on jest panu całkowicie posłuszny? – wtrącił się Kingsley Shacklebolt. – Zrozumiałem z tego wszystkiego, że ten Jörge zawdzięcza panu życie. Czy tak?
– Tak, to bardzo trafne określenie – potwierdził Snape. – Dałem mu życie, a co do posłuszeństwa... – Mistrz Eliksirów lekko się zawahał. – No... nie jest moim niewolnikiem...
– Słucha cię jak ojca? – podsunął dyrektor.
– Dokładnie tak – zapewnił Snape.
– On cię uwielbia, Severusie – powiedział nagle, milczący dotąd Lupin. – Kiedy z nim rozmawiałem, chwilami odnosiłem wrażenie, że on czci cię niemal jak boga.
– Nie! – Snape prychnął i dotknął dłonią ust. Był autentycznie rozbawiony. – Co to, to nie. Nieraz się ze mną kłócił, i to ostro. Hmm... Czy możemy na tym skończyć? I tak wiecie już zbyt dużo! – Mistrz Eliksirów wyprostował się patrząc wyzywająco w oczy dyrektorowi. Dumbledore westchnął ze smutkiem.
– Dobrze. Skończymy... Na razie – powiedział cicho.
***
Sobota, 13 lipca 1996 roku, Hogwart – późny wieczór.
Idąc z Severusem i Olafem Goldstone do lochów Remus Lupin gratulował sobie w duchu, że nikt nie zwracał na niego uwagi po powrocie z teatru. Bo on także rozpoznał Jörge, jak tylko usłyszał pierwsze słowa wypowiedziane przez Munkustrapa...
***
Sobota, 13 lipca 1996 roku, Kraków – późny wieczór.
Krakowskie ulice spowijała mgła. Nie było w tym nic niezwykłego, zdarzało się to tak często, że nikt – no, oczywiście poza turystami zachwyconymi efektownymi widokami – nie zwracał na to uwagi. Wszystkie budynki spowite mglistymi woalami wyglądały jak nieziemska dekoracja teatralna do jakiegoś super – spektaklu, dla którego przygotowano gigantyczną scenę.
Poetka jechała do domu Zaczarowaną Dorożką. Oparła się wygodnie i przymknęła oczy. Nowy wiersz przybył do niej wreszcie zza krawędzi myśli i na pewno już nie odejdzie. Zaczarowany Dorożkarz sprawnie manewrował swoim magicznym pojazdem, gładko przemykając wąskimi uliczkami Magicznego Krakowa. Kopyta Zaczarowanego Konia, podkute stalowymi podkowami, rytmicznie stukały o bruk. Koń i Dorożkarz w idealnym porozumieniu ustalili właściwe tempo jazdy. Obaj doskonale wiedzieli, kogo wiozą. No i nie było to przecież pierwszy raz. Gdy Dorożka stanie przed bramą kamienicy, w której mieszka Mistrzyni Słowa – wiersz będzie gotowy. Taki, jaki powinien być. Można go będzie przedstawić światu. Poetka zaświeciła różdżkę, wyjęła z torebki notes, z którym nigdy się nie rozstawała i zapisała pierwszą wersję Wiersza. Gdy chowała notes, Dorożka nagle zakołysała się gwałtownie i stanęła. To było niezwykłe. Nigdy wcześniej się to nie zdarzyło!
„Płomienie Trzy" – Poetka pomyślała zaklęcie, jednocześnie unosząc wysoko różdżkę, której na szczęście nie zdążyła schować. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że mgła zgęstniała i wszystkie latarnie zgasły. Jedynym źródłem światła była jej różdżka, bo nawet latarnia Zaczarowanej Dorożki nie emitowała ani jednego promienia.
Wśród kłębów mgły pojawiło się kilka postaci. Siedmiu barczystych, łysych, młodych mężczyzn w czarnych skórzanych kurtkach i glanach otoczyło Zaczarowaną Dorożkę.
***
W tej właśnie chwili, gdzieś w Wielkiej Brytanii…
Czarny Pan denerwował się. Śmierciożercy, których wysłał do Polski i Rosji, powinni byli już wrócić…
***
Poetka ze zdumieniem uświadomiła sobie, że ci mężczyźni emanują życzliwością. Uśmiechnęła się, czując zalewające ją fale przyjaznych uczuć.
– Mistrzyni! Prosimy o autografy! – Wołali jeden przez drugiego, wyciągając ku niej kawałki pergaminu i zeszyty w twardej oprawie, oraz różne narzędzia do pisania – wieczne pióra, długopisy i flamastry… Ujrzała nawet dwa egzemplarze tomików swoich wierszy. Jeden z mężczyzn wyjął z kieszeni różdżkę i posłał kulę światła do najbliższej latarni.
– Z największą przyjemnością – odpowiedziała. Wzięła pierwszy kawałek pergaminu i zaprosiła jego właściciela by usiadł obok niej. – Jak panu na imię? – spytała.
Każdemu z proszących o autograf napisała nie tylko przeznaczoną specjalnie dla niego dedykację, ale także krótki wierszyk. Nie zdziwiła się specjalnie, ponieważ rzadko co prawda, ale zdarzało się, że ludzie prosili ją o autografy na ulicy. Na spotkaniach autorskich większość uczestniczących w nich osób tego chciała – zawsze ustawiali się w kolejkach. No i dość często otrzymywała listy od miłośników swojej poezji. A teraz najbardziej zaskoczyło ją tylko to, że dwóch z tych siedmiu mężczyzn było Rosjanami.
***
Poetka usiadła w ulubionym fotelu i zapaliła papierosa. To pomagało jej się skupić. Zastanawiała się, czy Severus Snape jest jeszcze w Hogwarcie, czy już u siebie. Przypomniała sobie wreszcie, że do Snape Manor zamierzał udać się dopiero jutro. Zatem… miała kolejny dylemat – zadzwonić do Mentora, czy użyć różdżki i posłać wiadomość wprost do Severusa? Hmm… I tak musi przecież zawiadomić ich obu. Zdecydowała się. Wyjęła z torebki komórkę i wybrała numer Mentora z listy szybkich kontaktów. Chłopak odebrał po paru sekundach.
– Przyjmij raport. Ważna sprawa – szepnęła.
– Mam włączonego laptopa – odpowiedział. – Czekam.
***
Poetka próbowała usnąć, ale nie mogła. Wciąż miała przed oczami zatopiony w małej tafli szkła kawałek ludzkiej skóry z wypalonym Mrocznym Znakiem, i spokojną twarz młodego człowieka. I jego słowa: „Oni tu nie wejdą. Nigdy!" I poważne twarze pozostałych. I ich obietnicę: „Jesteśmy na Twoje rozkazy, Mistrzyni!" Porozumienie potwierdziła mocnym uściskiem dłoni z ich przywódcą…
Zatem Mroczny Znak nie znika, gdy osoba nim naznaczona umiera… Zniknąłby, gdyby to Voldemort umarł. Póki on żyje, jego niewolnicy są napiętnowani. Nawet po swojej śmierci…
