Disclaimer: No. Not at all.

Smacznego.


Ulquiorra i Orihime


Świat nad kopułą Las Noches był zimny i pozbawiony najmniejszych nawet drobinek światła. Pusty. Ale, czyż to nie zabawne? Oni byli pustymi. Duszami, których egzystencją zachwiano do tego stopnia, że nie były w stanie samodzielnie podźwignąć się z bezimiennej nicości, w którą wpadły. Skazanymi na wieczną tułaczkę w świecie ograbionym ze wszystkiego, poza ciszą. W świecie bezkresnych przestrzeni martwego piasku pod równie martwymi stopami. W świecie tak pustym, jak oni sami.

Jego świat również taki był. Różnił się co prawda dość znacznie od nędznego żywota większości tych żałosnych istot, które na zawsze utraciły własną świadomość - on ją miał. Miał też siłę, która rosła dzień po dniu, by w końcu wznieść go na wyżyny czegoś, co kiedyś szumnie zwykł nazywać potęgą. Różnica ta nie była jednak dość wyraźna, by stłamsić monotonię, którą żył od wieków. Którą wszyscy żyli.

Do czasu.

Aż do dnia, w którym ją spotkał, nie miał pojęcia o tym, że do tego ciemnego świata może zawitać słońce. Prawdziwe. Porażające swym blaskiem i ciepłem, ujmujące łagodnością; tak inne od tej tandetnej podróby, którą Aizen-sama umieścił pod sklepieniem swojego pałacu.

Jego słońce było żywe. Potrafiło unieść się dumą, gdy mu ubliżano i krzyczeć, kiedy nikt się tego nie spodziewał. Było też niedostępne w swym blasku – jego ciepło było bowiem tak dotkliwie zauważalne, że nigdy nie ośmielił się podejść doń bliżej, aniżeli wymagała tego chłodna konieczność.

A teraz, stojąc na granicy zimnej pustki , która swój początek brała ponad kopułą królewskiego pałacu, gdy rozpadał się w proch i pył tej ziemi, której nigdy nie zdołał pokochać, żałował. Żałował gorąco jak nigdy niczego, że jego świat wypełniony był wszystkim, poza słońcem.