Bond obudził się z kłującym bólem szyi i zanotował sobie mentalnie, żeby więcej nie zasypiać na tej kanapie. Drobny kac wcale nie poprawiał jego samopoczucia – zalanie adrenaliny butelką whiskey na pusty żołądek jednak nie było najlepszą decyzją. Głowa ciążyła mu nieprzyjemnie, a przełykanie śliny było koszmarem. Wciąż nierozbudzony, powlókł się do kuchni w poszukiwaniu źródła wody.

Gdy tylko przekroczył próg, stanął gwałtownie w drzwiach, po czym przetarł oczy, zastanawiając się, czy na pewno się obudził.

- Q? – spytał na tyle głośno, aby czupryna ciemnych loków poruszyła się niespokojnie i podniosła z blatu. Przez chwilę wpatrywał się w niewyraźną sylwetkę Bonda, dłonią próbując na ślepo znaleźć okulary. Czarne oprawki wreszcie wróciły na jego nos, lecz kwatermistrz wcale nie wyglądał na bardziej przytomnego.

- Czy ty w nocy rozłożyłeś naszą mikrofalówkę na części? Jedną ręką? – Bond powiedział, artykułując wyraźnie każde słowo, jak gdyby sam nie do końca dowierzał w to, co mówi.

Q rozejrzał się wokół siebie, obejmując wzrokiem stosik przewodów i kawałków metalu, tak, jakby sam widział je pierwszy raz.

- Nie mogłem spać – wzruszył ramionami.

- Rozłożyłeś mikrofalówkę na części, bo nie mogłeś spać – powtórzył agent, a jego oczy wpatrywały się intensywnie w drugiego mężczyznę. Na tyle intensywnie, że Q przez chwilę miał wrażenie, jak gdyby Bond miał za chwilę przyszpilić go pocałunkiem do blatu. Co za absurdalna myśl.

- Nie zamartwiaj się, 007, zaraz złożę ją z powrotem.

- I nie wybuchnie, gdy będę próbował podgrzać obiad?

- Powiedziałeś to, jak gdyby było to coś złego, a zdążyłem odnieść wrażenie, że lubisz wybuchowe zabawki.

Bond uśmiechnął się lekko. – Potrzebuję kawy, żeby z rana podołać pyskatym dzieciuchom. Czajnik jest nadal w całości?

ж

W południe odwiedził ich pracownik MI-6, przebrany za kuriera FedExu, z paczką, która mogła być tylko laptopem Q. Kwatermistrz natychmiastowo zabunkrował się w swojej sypialni, połączył się z agencją i poprosił o rozmowę z M.

Konwersacja okazała się bardzo rozczarowująca.

- Nie możemy pozwolić, abyś brał udział w poszukiwaniu Clawa – przemówił Mallory stanowczym tonem. – Dopóki nie wrócisz do Londynu i nie zostaniesz poddany ewaluacji psychologicznej, nie możesz zostać uznany za zdolnego do pracy.

Q przygryzł wnętrze policzka, powstrzymując się przed podważeniem polecenia. Chociaż pracował w MI-6 od sześciu lat, wciąż nie był dobry w przyjmowaniu rozkazów. Wykonywał je – zbyt cenił pozycję, na którą udało mu się wdrapać – jednak wciąż nie przychodziło mu to z łatwością.

Szczególnie, gdy wiedział, że mógłby przyspieszyć proces ścigania Clawa. Nadal był figurą w świecie hakerów, choć teraz dla zupełnie innych celów. Mógłby przecież…

- Wiem, co o tym uważasz, Q, ale nie zmienię swojej decyzji. Nawet agenci na czynnej służbie muszą zostać poddani temu procesowi po doświadczeniu tortur. Jesteś pracownikiem biurowym, ale i głową departamentu. Musimy być pewni twojego stanu.

Q wiedział, że Mallory ma rację. Ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że to wszystko strata czasu.

Nawet, gdyby nie posłuchałby się i podjął poszukiwań na własną rękę, wszystko byłoby jałowym wysiłkiem, jeżeli nie mógłby przekazać swoich odkryć agencji.

- Będziecie informowani na bieżąco o progresach w sprawie.

- Oczywiście – odparł kwatermistrz ze zrezygnowaniem i zakończył rozmowę.

Dla rozproszenia zamówił zakupy spożywcze przez internet i pomimo mobilności jedynie prawej ręki, szybko znów pozostał bez zajęcia. Czym sobie zasłużył na ten areszt domowy?

ж

Bond wodził wzrokiem za dłonią Q, gdy ta pokonywała po raz kolejny dystans między kubkiem parującego Earl Greya a paczką cukru.

- Naprawdę? Sześć łyżeczek? – spytał agent z niedowierzaniem.

- Nie masz lepszych zajęć niż komentowanie moich nawyków żywieniowych, 007? – westchnął kwatermistrz, mieszając swoją dawkę uderzeniową sacharozy.

- Akurat tak się składa, że nie.

Ich wzrok skrzyżował się na kilka sekund. Obaj mieli już serdecznie dosyć obezwładniającej nudy. Bond właśnie skończył czytać swoją książkę i przyszedł nagabywać Q w kuchni, gdy ten akurat raczył się herbatą, po tym jak rozpakował zakupy spożywcze.

Bond, zniecierpliwiony, zaczął błądzić wzrokiem po pomieszczeniu. Q skojarzył się on ze znudzonym tygrysem, krążącym po klatce, po tym, jak znudził się kąsaniem rzuconego mu kawałka surowego mięsa.

Masywna dłoń chwyciła paczkę Marlboro.

- Twoje? – spytał, obracając paczkę między palcami. – Nieletnim nie wolno palić.

- Dowcipy na temat wieku już przestają być śmieszne, 007 – kwatermistrz pociągnął łyk słodkiego, gorącego płynu.

Błysk w oczach agenta wyglądał jak wyzwanie.

ж

Ból był obezwładniający, ale nie chodziło jedynie o kilka połamanych kości w jednym przedramieniu.

Jego dłonie. Ach, dobrze wiedzieli gdzie uderzyć. Q nie mógłby pracować bez swoich dłoni…

Wiedzieli, że to najlepsza metoda, aby go zrobić z niego mentalnego kalekę. Żaden inny rodzaj tortur nie byłby tak skuteczny.

Więc łamali mu palce. Powoli. Po kolei. Dając mu czas przejeść się tym promieniującym bólem i wprawiającą w mdłości świadomością, że już nigdy może nie być w stanie pracować z taką skutecznością jak dotychczas.

A jeżeli będą kontynuować, już nigdy nie zdoła nacisnąć klawiszy klawiatury…

ж

Poczuł na ramieniu mocny uścisk i otworzył gwałtownie oczy. Panika utrudniała mu oddychanie. Nie mógł określić samego siebie w rzeczywistości. Czy nadal jest w niewoli? Więc dlaczego leży na łóżku? Ile palców już stracił?

- Q, to tylko sen. Jesteś bezpieczny – znajomy głos przemawiał do niego uspokajająco, a on chwycił się go, jak liny ratunkowej. Zaplótł kurczowo zdrową dłoń wokół ręki wciąż trzymającej go za ramię. Raptownie stał się świadom włosów klejących mu się do zroszonego potem czoła, gipsu obciążającego drugą dłoń i obserwujących go uważnie niebieskich oczu.

Przymknął powieki, biorąc głęboki oddech.

Jesteś bezpieczny. Uratowali cię. Złamali ci tylko dwa palce i nadgarstek. To nie koniec. Jesteś bezpieczny…

- Q? W porządku?

Nagle młodszy mężczyzna zdał sobie sprawę, że wciąż trzyma się kurczowo przedramienia agenta. Cofnął wciąż lekko drżącą dłoń i podniósł się na łóżku do pozycji siedzącej.

- Co ty robisz w mojej sypialni, 007?

To było absurdalne pytanie – Q zapewne krzyczał przez sen i nie dawał spać swojemu tymczasowemu współlokatorowi. Ale kwatermistrz nie oczekiwał takiej odpowiedzi. Oczekiwał głupkowatej riposty, która rozładuje napięcie i pozwoli im zapomnieć o tym incydencie. Niemo błagał Bonda o zlekceważenie sprawy.

- Dzisiaj zimna noc, więc miałem nadzieję, że mnie trochę rozgrzejesz – uśmiechnął się zawadiacko. – Jesteś moim Kwatermistrzem, powinieneś dbać o wypełnianie moich potrzeb.

Q teatralnie przewrócił oczami, w duchu dziękując agentowi za swoje przebłyski empatii.

ж

- Co oglądasz?

Q niechętnie przeniósł wzrok z ekranu telewizora na agenta, który właśnie wyszedł ze swojej sypialni. Musiał przed chwilą brać prysznic, bo jego jedynym odzieniem był ręcznik przewiązany w pasie, a włosy wyglądały na wilgotne. Młodszy mężczyzna pozwolił sobie na niekonieczne błądzenie wzrokiem po liniach torsu agenta (zdecydowanie mięśnie w jego typie). Gdy zawędrował do twarzy Bonda i brwi podniesionych w zaintrygowanym wyrazie, odwrócił się z powrotem do telewizora.

- „Doktor Who" – odpowiedział na wcześniej zadane pytanie. Akurat trafił na powtórkowy maraton serii z Christopherem Ecclestonem. Uznał, że to lepszy sposób na spędzenie dnia, niż dostawanie białej gorączki nad komputerem, który tylko kusiłby go, by wyśledzić Clawa na własną rękę. Odnosił wrażenie, że MI-6 przysłało mu tego laptopa w ramach kolejnych wyrafinowanych tortur. Z jakiego innego powodu dostarczyliby mu jego własną technologię, jeżeli nie został uznany za zdolnego do pracy? Przeklął w duchu po raz kolejny i skupił się na telewizorze.

Kilka minut później Bond wrócił do pokoju, ubrany już w dresy MI-6 (które były jedyną dostępną odzieżą w ich ekskluzywnej kryjówce) i padł na drugi koniec kanapy.

- Nigdy nie rozumiałem fenomenu tego serialu – stwierdził, marszcząc brwi.

- I ty nazywasz siebie patriotą? – odparł Q z przesadnym dramatyzmem.

Po pięciu minutach Bond odłożył książkę (Q zauważył, że tym razem jego wyborem padała powieść po francusku) i zaczął oglądać razem z kwatermistrzem, po piętnastu oświadczył, że Kapitan Jack Harkness to równy gość. Potem szczerze się roześmiał, gdy Doktor stwierdził, że „wracaj do swojego pokoju" to byłyby beznadziejne ostatnie słowa. Q zastanawiał się czy to, dlatego że w jakiś sposób mógłby się do tego odnieść.

ж

Q odpisywał na maila (mógł nie być uznany za w pełni zdolnego do pracy, ale nikt nie mógł mu zabronić kontaktu z technikami Q-Branch, gdy mieli wątpliwości co do jednego z prototypów), kiedy Bond zapukał do drzwi.

- Twój serial znowu leci.

- Ja nie mam „swoich" seriali, 007. Nie jestem nastoletnią dziewczyną.

- Wybacz, czasem wciąż o tym zapominam.

Q nie uraczył tego odpowiedzią i wrócił do jednorękiego pisania na klawiaturze – nadal w imponującym tempie. Bez pytania agent wszedł do pokoju i zajrzał młodszemu mężczyźnie przez ramię.

- Podobno nie dostałeś jeszcze zezwolenia na powrót do pracy – powiedział z prowokującą swawolnością w głosie, nie odrywając wzroku od projektu mechanicznych rękawic, które pozwalałyby agentowi miażdżyć metalowe pręty (lub kości drugiej osobie) przy najmniejszym wysiłku. – To wygląda ciekawie…

- Prototyp – mruknął Q, w końcu stawiając ostatnią kropkę do swoich uwag. Bycie ograniczonym do jednej dłoni było… drażniące.

Kliknął „wyślij" i spojrzał z wyczekiwaniem na blondyna. Bond stał tak blisko, że Q musiałby zmiażdżyć mu stopę nogą krzesła, by swobodnie się wydostać zza biurka, a zdecydowanie nie miał ochoty na siłowanie się z agentem.

- 007?

Bond podniósł pytająco brwi, choć błysk w jego błękitnych oczach wskazywał, że dobrze wie, czego kwatermistrz od niego oczekuje.

- Czyżbyś nudził się już na tyle, by sięgać po przedszkolne droczenie?

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz, Q – oświadczył z przesadną teatralnością.

Q miał wrażenie, że im dłużej przebywa w Calais, tym coraz mniejsze są jego pokłady cierpliwości, które to wcześniej wydawały się bezdenne. – Nastąp się, 007.

Bond nie był w stanie powstrzymać parsknięcia. – Nie jestem krową, Kwatermistrzu.

- Wybacz, czasem wciąż o tym zapominam.

Agent wyszczerzył się szeroko, ale nie dawał za wygraną i jeszcze bardziej napierał na drugiego mężczyznę.

Q westchnął. – Sam nie wierzę, że to mówię, ale siedzenie przy komputerze jest dla mnie irytujące. Wypuść mnie stąd wreszcie.

- Palce cię świerzbią, co? – uśmieszek Bonda był zbyt usatysfakcjonowany.

- Tak, przez ten gips, ręka swędzi mnie nieustannie– mruknął w odpowiedzi i wreszcie uderzył owym gipsem Bonda w brzuch. – Daj mi obejrzeć Doktora.

- A jednak to twój serial.

- Brak świeżego powietrza ci nie służy.

- Och, ja trzymam się świetnie. Nie mi zabrali wszystkie zabawki.

- Następnym razem wyślę cię na misję z pistoletem na wodę.

- Puste groźby, za bardzo mnie lubisz.

- Jesteś wielkim dzieciuchem, 007.

- Myślałem, że ustaliliśmy, że to ty jesteś niepełnoletni w tym towarzystwie, chłopcze.

- Pistolet na wodę. Zapamiętaj moje słowa.

Dla podkreślenia, w końcu wycofał krzesło i stanął jedną z nóg na stopie agenta.

- Auć, bez przemocy, Kwatermistrzu!

Dzięki temu manewrowi, Q wreszcie udało się uwolnić i przeszedł do drugiego pokoju. Rzeczywiście, leciał kolejny odcinek przygód Doktora i jego kompanów. Padł na kanapę i chwycił pilota, by zwiększyć głośność. Bond podążył za nim i usiadł obok. Wyglądało na to, że uznał sfrustrowanego kwatermistrza za źródło rozrywki.

- To, kiedy mogę się spodziewać takiego cacka produkcji Q-Branch?

Q podniósł brwi w zdumieniu i podążył za wzrokiem agenta, który wpatrywał się w zaciekawieniem w Rose, która łączyła przecięte kawałki drutu kolczastego za pomocą gadżetu Doktora. – Masz na myśli soniczny śrubokręt?

- Przydatna rzecz – stwierdził poważnym tonem.

- Przykro mi, że to ja muszę ci o tym powiedzieć, 007, ale ten serial to science-fiction i nie jest prawdziwy. Tak jak Święty Mikołaj.

Twarz agenta przybrała wyraz manierycznej urazy. – Jak mogłeś, Q!? To zbyt okrutne!

Kwatermistrz nie dał rady prowadzić dalej ich przekomarzań i zaniósł się śmiechem, czując na sobie wzrok zadowolonego z siebie Bonda.

Bycie uziemionym zdecydowanie im nie służyło.

ж

- Znów nie śpisz – zauważył Bond, wychodząc ze swojej sypialni. Miał na sobie jedynie spodnie od piżamy, a włosy odstawały nieatrakcyjnie na jeden bok.

Q zajmował swoje siedzisko na odwróconej donicy na balkonie, siedząc przy otwartych drzwiach, sprawiając, że ich pokój dzienny wypełniał się odświeżająco chłodnym, nocnym powietrzem. Sam Q był owinięty w ciepłą bluzę, chociaż stopy miał bose. W dłoni spoczywał wypalony już papieros.

- Cierpię na bezsenność, od kiedy byłem nastolatkiem – rzucił obojętnym tonem, wrzucając peta do kubka, który służył mu za popielniczkę.

- Czyli dość niedługo – zauważył Bond, stając w drzwiach balkonowych. Jego ręce pokryła gęsia skórka, ale sam agent nie drgnął.

Q pokręcił lekko głową. Postanowił już nie komentować przytyków Bonda na temat jego wieku. Zamiast tego wyciągnął kolejnego papierosa i zapalił, męcząc się chwilę z zapalniczką.

- Podzielisz się? – zagadał starszy mężczyzna. Q w odpowiedzi pokazał mu puste opakowanie. – Szkoda.

Kwatermistrz wstał, zaciągnął się mocniej i wypuszczając powoli dym, przeniósł papierosa do ust Bonda, a jego palce pozostały na wargach agenta dłużej niźli to było konieczne. Ich spojrzenie spotkało się i przez chwilę obaj utrzymali skrzyżowany wzrok, milcząc. Tęczówki Bonda, niezawodnie, były intensywnie niebieskie i wydające się wręcz jarzyć w półmroku.

Q wreszcie cofnął dłoń i skrzyżował ręce na piersi, jak gdyby chronił się przed zimnem.

- Dobranoc, 007. Jutro kolejny ekscytujący dzień.

Następne kilka godzin Q spędził włamując się do baz danych CIA i rekreacyjnie szukał wszelkich luk w ich systemie, czując w ustach irytujący posmak nikotyny.

ж