2.

Ranek tonął w złocie i bursztynie. Miękkie, ciepłe światło sączyło się przez korony drzew, malując kolorem jesiennym liście, zapalając ogień w kroplach rosy, przemieniając zwieszające się z krzewów pajęczyny w sznury drogocennych klejnotów. Izuru Kira wciągnął z lubością rześkie powietrze. Było wcześnie — Abarai-kun stwierdziłby pewnie, że to jeszcze noc — i dość chłodno, ale Kirze to nie przeszkadzało. O świcie zagajnik wyglądał najpiękniej, szczególnie teraz, u progu jesieni, gdy mienił się feerią barw. Kira uśmiechnął się z rozmarzeniem. Czasem czuł, że byłby w stanie zawrzeć choć cząstkę tego piękna w jednym z wierszy, które nieśmiało próbował pisać — zaraz jednak odsuwał tę myśl od siebie jako zbyt zuchwałą. Zresztą… nawet gdyby się o to pokusił, raczej nie znalazłby potem dość odwagi, by komukolwiek ów wiersz pokazać.

Nie wiedzieć kiedy, nogi zaprowadziły go nad strumień, płynący przez las. Słońce było jeszcze zbyt nisko, by rzucać swe refleksy na powierzchnię wody i potok szumiał cicho, pogrążony w zielonkawym cieniu. Nad brzegiem unosiła się delikatna, poranna mgiełka — i Kira po raz kolejny poczuł, jak ogarnia go ów błogi, nieokreślony spokój, nieporównywalny z żadnym innym.

Przysiadł ostrożnie na zwalonym pniu; trawa wciąż jeszcze była mokra od rosy. Lubił tu przychodzić — nie wiedzieć czemu miejsce to w jakiś niezwykły sposób uciszało dręczące go rozterki, a wszelkie kłopoty zdawało się spychać na dalszy plan. Tutaj, w łagodnym świetle złocistych poranków, przy muzyce płynącego strumienia, Izuru Kira czuł, że także i on ma w tym wszystkim swoje miejsce, choćby jeszcze wyraźnie nie widział przed sobą celu.

Popatrzył w zamyśleniu w górę, na mieniące się kolorami drzewa. Oczywiście, wciąż chciał zostać shinigami — i marzył, że pewnego dnia zdoła dorównać tym, którzy tworzyli elitę Gotei13. Początkowo nawet przyznawał się do tego otwarcie; z czasem jednak, gdy rzeczywistość powoli acz nieubłaganie weryfikowała jego umiejętności, skrył to marzenie w głębi serca. Nie oznaczało to jednak, że się poddał — przeciwnie, z każdym dniem starał się jeszcze bardziej. Choćby i wczorajszego wieczoru — zarówno on jak i Abarai-kun spędzili długie godziny nad zwojami, powtarzając inkantacje przed zapowiedzianym na koniec tygodnia sprawdzianem z wyższych szeregów kidou. Prawdę mówiąc, Abarai-kun wydawał się tym faktem mocno zestresowany; tym bardziej, że warunki do nauki mieli wyjątkowo niesprzyjające — na wyższych piętrach dormitoriów starsze roczniki dość hucznie oblewały pomyślnie zdane egzaminy poprawkowe. Kirze podobne zachowanie wydawało się niezrozumiałe — w końcu co było tak pociągającego w piciu sake przez całą noc?

Zresztą, najwyraźniej nie on jeden tak uważał — aż nadto dobrze pamiętał swoje zdumienie i zakłopotanie, gdy późnym wieczorem do ich pokoju zapukał ni mniej, ni więcej, tylko sam Hisagi-senpai z dość rozpaczliwą prośbą o użyczenie mu kąta do nauki. Rzecz jasna, nawet przez myśl im nie przeszło, żeby odmówić — szczególnie że Shuuhei Hisagi był obecnie w dość… delikatnej sytuacji. Większą część letniej sesji egzaminacyjnej spędził w Oddziale Czwartym, lecząc rany po niespodziewanym ataku Hollowów podczas lekcji w świecie realnym — tej, którą Kira i jego przyjaciele pamiętali aż nadto dobrze. Z uwagi na to przyszło mu zdawać egzaminy końcowe teraz, na jesieni i to w otoczeniu tych, którzy nie zyskali zaliczenia w pierwszym terminie. Hisagi-senpai sprawiał wrażenie mocno tym podenerwowanego — nawet bardziej niż Abarai-kun czekającym ich testem z kidou.

Kira ziewnął dyskretnie. Szczerze mówiąc, był tego ranka nieco niewyspany — lecz nie można wszak było oczekiwać, że podziwiany przez wszystkich Shuuhei Hisagi będzie spał na podłodze. Izuru sam zaoferował mu własne łóżko, zadowalając się rozłożonym przy oknie kocem. Położył się też później niż inni: powtórzywszy inkantacje, przejrzał jeszcze, niemal odruchowo, notatki z ostatnich wykładów. Bywało, że Abarai-kun naśmiewał się z tej przesadnej skrupulatności, w żartach nazywając go kujonem — i Kira w duchu się w nim zgadzał. Chciał jednak mieć pewność, że daje z siebie absolutnie wszystko — a i tak miewał czasami wrażenie, że porywa się z motyką na słońce.

Westchnął cicho. Abarai-kun nadal przewyższał go w walce, ale i on sam poczynił znaczne postępy od zeszłego roku, szczególnie jeśli szło o szybkość. W kidou za to Kira wciąż nie miał sobie równych — choć Hinamori-san uparcie deptała mu po piętach, powoli zmniejszając dzielący ich dystans. A przecież mimo tego, że rywalizowali na tak wielu płaszczyznach, nie było między nimi zawiści. Byli dla siebie wsparciem na dobre i złe, i mogli na siebie liczyć w każdej sytuacji. Dla Kiry, który nigdy nie uważał się za zbyt śmiałego, ani też nie był najlepszy w okazywaniu uczuć — czego zresztą zazdrościł czasem innym — owo poczucie bliskości było niezwykle ważne.

Mimo to… nawet przed nimi nie potrafił całkiem otworzyć serca. Czasami zdarzało się, że dopadała go niezrozumiała tęsknota… tęsknota za szczególną, trudną do zdefiniowania więzią, która nadałaby sens jego życiu i uczyniła je pełnym. W takich zaś chwilach jak ta Kira bardziej niż kiedykolwiek indziej czuł — czy może raczej przeczuwał — że pewnego dnia otrzyma wreszcie to, za czym tęskni.

Przymknął oczy, wsłuchując się w plusk wody i łagodny szum poruszanych wiatrem liści. Gdzieś z oddali dobiegał cichy śpiew ptaków — i Kira uśmiechnął się. Jak pięknie… Jak spokojnie… Gdybyż tak tylko mogło być zawsze…

Siedział tak jakiś czas, wsłuchany w przyrodę i we własne wnętrze, gdy nieoczekiwany szelest za plecami wyrwał go z błogich rozmyślań. Izuru obejrzał się, mrużąc oczy — odgłos nie był ani głośny, ani szczególnie niepokojący, ale jakiś uparty głosik na dnie umysłu kazał Kirze wstać i przekonać się, co go spowodowało. Pewnie to tylko jakieś zwierzę, przemknęło mu przez myśl, gdy podchodził do rozłożystej kępy paproci. Lis albo coś podobnego…

Ostrożnie rozchylił pierzaste liście — a potem stanął jak wryty, bowiem to, co zobaczył, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Poczuł, że jego serce przyspiesza biegu.

Wśród paproci, pogrążony we śnie, leżał porucznik Oddziału Piątego, Gin Ichimaru.

Kira zamrugał, oszołomiony, ale śpiąca postać ani myślała znikać. Przełknął nerwowo ślinę. Co robić? I… skąd on się tu wziął? Niestety, na żadne z tych pytań nie znał odpowiedzi i zastanawianie się nad tym faktem niczego nie zmieniało — w tym tego, że wciąż nie wiedział, jak powinien się teraz zachować. Zbudzenie porucznika nie wchodziło w grę — nigdy nie ośmieliłby się na podobną zuchwałość. Mógłby po prostu odejść, by nie zakłócać jego odpoczynku — a jednak czuł dziwną niechęć na myśl o opuszczeniu tego miejsca. Poza tym, porucznik Ichimaru mógł potrzebować pomocy — a Kira nigdy by sobie nie darował, gdyby zostawił kogoś w potrzebie na pastwę losu. Ale co mu w takim razie pozostawało?

Dłuższą chwilę stał w bezruchu, zastanawiając się nad wyjściem z tej niezręcznej sytuacji; lecz pierwsze zaskoczenie wkrótce minęło, wszelkie wątpliwości odnośnie tego, co oficer Gotei13 mógł robić w zagajniku otaczającym akademię stopniowo się rozwiały — i myśli Izuru Kiry zaprzątnęły zupełnie inne rozważania. Uświadomił sobie, że przygląda się Ginowi Ichimaru — i nagle wydało mu się to najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem. Być może spowodowała to baśniowa atmosfera tego poranka, ale porucznik wydał mu się niespodziewanie istotą nie z tego świata… jakby utkaną z księżycowego światła. Zdawało się, że wypełnia go blask, otaczając jego postać niezwykłą postacią — a rozsypane bezładnie włosy, żywo kontrastujące z ciemną zielenią mchu, lśniły czystym srebrem. Kira przyklęknął na wciąż mokrej trawie; czuł przemożną chęć, by dotknąć tych srebrzystych kosmyków… przekonać się, czy rzeczywiście są tak miękkie, jak sobie wyobrażał — jednak w ostatniej chwili cofnął wyciągniętą dłoń, nie chcąc burzyć eterycznego piękna tej chwili. Sylwetka porucznika Ichimaru wydawała się emanować niespotykanym spokojem; jednocześnie zaś wyglądał tak bezbronnie… tak nieomal niewinnie, że Kira uczuł, jak w jego sercu wzbiera owo szczególne ciepło, które niosła ze sobą czułość.

— Kim ty jesteś? Aniołem…? — wyszeptał bezwiednie, ponownie wyciągając rękę — i w tej samej chwili zdał sobie sprawę, że wypowiedział te słowa na głos.

Wraz z tą świadomością przyszło opamiętanie, a policzki Izuru zapiekły od rumieńców. Musiał upaść na głowę: siedział w lesie i jak gdyby nigdy nic przyglądał się mężczyźnie. Ale nie byle jakiemu mężczyźnie, zapiszczał buntowniczo głosik w jego głowie. To Gin Ichimaru, porucznik Oddziału Piątego! Tym gorzej, zganił się w myślach racjonalną częścią swojego umysłu. Nawet nie wyczułeś jego reiatsu! I ty chcesz zostać shinigami…?

Kira przygryzł wargi. Życie shinigami dalekie było od poetycznych wyobrażeń o spokoju. Było nieustającą walką; wymagało czujności, zdecydowania i zimnej krwi w najtrudniejszych nawet sytuacjach. Jemu brakowało tego wszystkiego — rzeczywistość co i rusz przypominała mu o tym, obnażając też bezlitośnie wszelkie inne słabości i braki w umiejętnościach. Nie zdołał wyczuć reiatsu, mimo że był zaledwie o kilka kroków od porucznika Ichimaru! Czy to mógł być powód do dumy…?

Zauważ, że on też najwyraźniej cię nie wyczuł, podsunął pocieszająco głosik, ale zdrowy rozsądek prychnął tylko pogardliwie. No i co z tego? Pewnie pokonałby cię, zanim zdążyłbyś mrugnąć…

Izuru spuścił wzrok. Prawda. Tuż przed nim, w paprociach, spał przecież jeden z najlepszych oficerów Gotei13, Gin Ichimaru z Oddziału Piątego. Kimkolwiek wydawałby się Kirze w jego głupich, poetyckich rozmyślaniach, to przede wszystkim był uznanym shinigami, o którym krążyła opinia geniusza. Opinia — jeśli komuś przyszłoby do głowy spytać o to kogoś tak nieznaczącego jak Kira — w pełni zasłużona. Izuru aż nazbyt dobrze pamiętał tamtą straszliwą noc — a w szczególności porucznika Ichimaru, który jednym ciosem lśniącego w księżycowym świetle Shinsou unicestwił kilkanaście Hollowów. Tych samych, z którymi oni nie byli w stanie poradzić sobie we czwórkę, mimo że był z nimi Shuuhei Hisagi.

Choć prawdę mówiąc, Kira nie był pewien, czy ma w ogóle prawo przypisywać sobie jakiekolwiek zasługi w tej walce — nie zrobił niemal nic, nim paniczny, paraliżujący strach przemienił go w nieprzydatną do niczego, zapłakaną galaretę.

Zacisnął kurczowo dłonie na materiale hakamy. Shinigami — bóg śmierci. Określenie, które wydawało się stworzone dla Gina Ichimaru, zestawione z imieniem Kiry stawało się żałosnym żartem.

Potrafię się tylko trząść, pomyślał. Do niczego… jestem zupełnie do niczego…

Westchnął z bólem — i nieomal zakrztusił się własnym oddechem, czując znienacka zimną stal na gardle. Zamarł, bojąc się choćby drgnąć; jednocześnie jakąś cząstką umysłu uświadomił sobie, że paprocie nawet nie zaszeleściły. Nie miałbym szans, przemknęło mu przez głowę. Mógłby mnie zabić, gdyby tylko chciał… a ja nie zdołałbym nic zrobić…

Klinga cofnęła się i Izuru dopiero teraz zdał sobie sprawę, że już od kilku chwil ma przed sobą wyrazistą twarz Gina Ichimaru. Odruchowo uniósł dłonie do gardła; oddech rwał mu się, serce biło jak oszalałe. On miałby potrafić tak szybko zareagować? Śmiechu warte! Nigdy nie zdoła dorównać porucznikowi Ichimaru, choćby uczył się całe wieki. I on marzył, aby być oficerem? Co on sobie wyobrażał? Ledwie nadawał się, by w ogóle zostać shinigami… może najwyżej Oddział Czwarty przygarnąłby go z litości do sprzątania kanałów. Jak kiedykolwiek mógł liczyć na coś więcej?

Znów się trzęsiesz, rzucił ze zjadliwą satysfakcją zdrowy rozsądek. I na co ci się to zda?

Racja, stwierdził Kira, próbując wziąć się w garść. Przy pierwszym spotkaniu z porucznikiem Ichimaru był rozdygotanym kłębkiem strachu; jeśli chciał, by tym razem potraktowano go poważnie, powinien przynajmniej postarać się zrobić lepsze wrażenie. Jak jednak można było szybko się uspokoić, jeśli chwilę wcześniej miało się na gardle ostry jak brzytwa miecz?

— Ach, to ty, Izuru-kun — rozległo się w tym samym momencie. Głos Gina Ichimaru brzmiał, jakby właśnie udał mi się świetny figiel. — Daruj, trochę nerwowo reaguję, gdy zdarzy mi się wstać lewą nogą… Zdaje się, że cię wystraszyłem, hmm?

Kira wiedział, że należało odpowiedzieć — ale nie potrafił nawet znaleźć dość odwagi, by podnieść wzrok. Na dodatek te słowa… w uszach Kiry zabrzmiały niepokojąco jak „to tylko ty". Tylko mały, niegroźny, bezwartościowy Izuru, którym nie ma co zawracać sobie głowy… Wiesz, lepsze to, niż gdyby w ogóle miał cię nie kojarzyć, zauważył trzeźwo głosik, ale nie było to coś, co mogło podnieść Kirę na duchu. Z drugiej strony, czego innego mógł oczekiwać? Był w końcu osobą bez znaczenia… Czemu ktoś taki jak porucznik Gotei13 miałby się nim przejmować?

— Nie możesz tylko się trząść, Izuru-kun — rozległo się nagle tuż przy jego uchu. Kira wciągnął raptownie powietrze. — Jeśli ci tak zostanie, to nie będzie można na tobie polegać. Chociaż… — dodał Gin Ichimaru, trochę rozmarzonym, ale głównie rozbawionym tonem — ja nawet lubię galaretki. Ale do persymonek się nie umywają.

Kira zamrugał w oszołomieniu. Sama perspektywa rozmowy z porucznikiem Oddziału Piątego ledwie mieściła się w jego wyobraźni, a już na pewno nigdy nie spodziewałby się usłyszeć od niego podobnej wypowiedzi. Uniósł niepewnie wzrok.

— P-poruczniku Ichimaru…

Gin Ichimaru uśmiechnął się szeroko, uniósł dłonie w przepraszającym geście.

— Żartowałem tylko — przyznał, podnosząc się. — To znaczy, właściwie o persymonkach mówiłem poważnie… I w sumie o galaretkach też… — dodał jakby po namyśle. Przez chwilę spoglądał na korony drzew, po czym obrzucił Kirę bacznym spojrzeniem. — Wszystko w porządku, Izuru-kun? — zagadnął. — Jakoś blado wyglądasz… założę się, że siedzisz tu bez śniadania, hmm?

Kira zawahał się, wciąż jeszcze zbyt zakłopotany, by wydusić z siebie choć słowo. No dalej, ponaglił go dość niespodziewanie głosik. Nie siedź jak kołek! Powiedz coś, zanim pomyśli, że jesteś niespełna rozumu…

Nabrał tchu.

— Tak… — wyjąkał. — To znaczy nie… To znaczy nic mi nie jest, poruczniku.

Gin Ichimaru przyglądał mu się chwilę nieodgadnionym wzrokiem, po czym jak gdyby nigdy nic odwrócił się i zabrał za studiowanie najbliższego otoczenia. Kira uświadomił sobie, że się gapi i natychmiast uciekł spojrzeniem, ganiąc się przy tym w duchu. Przecież był uczniem Akademii, nie byle dzieciakiem z Rukongai. Czemu więc u licha zachowywał się, jakby pierwszy raz w życiu spotkał oficera Gotei13?

— Nawet tu ładnie… — stwierdził tymczasem znienacka porucznik Ichimaru, przerywając kontemplację krajobrazu — ale na mnie już czas, Izuru-kun. — Przeciągnął się, przygładzając szaty. Wyraźnie oszczędzał przy tym prawą rękę i Kira zmarszczył czoło, starając się dojść przyczyny takiego stanu rzeczy. Czyżby… czyżby był ranny?

Poza tym co on tu właściwie robi?, zainteresował się niespodziewanie zdrowy rozsądek. Porucznik Gotei13 śpi w zagajniku tuż obok Akademii — i na dodatek wygląda na kontuzjowanego. To co najmniej zastanawiające, nie uważasz?

Izuru Kira uniósł brwi. Rzeczywiście, było w tym sporo prawdy. Ale z drugiej strony…

— Oczywiście, byłbym niezmiernie wdzięczny, gdyby to małe spotkanie pozostało jedynie między nami, Izuru-kun — Gin Ichimaru, wciąż odwrócony do Kiry plecami, posłał mu przez ramię iście figlarne spojrzenie. — Mam nadzieję, że dobrze się rozumiemy?

Izuru przełknął z trudem. Czuł się jak w potrzasku — właściwie istniała tylko jedna możliwa odpowiedź, tylko że…

Ukrywa się!, wrzasnął triumfalnie zdrowy rozsądek. Nie jesteś ciekaw, co takiego knuje? Skąd możesz wiedzieć, czy ma dobre zamiary?

Bzdura, zaprotestował gwałtownie buntowniczy głosik. Gdyby chodziło o coś złego, zabiłby cię na samym wstępie. I śladu by nie zostało.

W takim razie czemu nie spytasz go, skąd się tu wziął? Co?

A czy zdradziłby mi prawdę, nawet gdybym go o to zapytał?, pomyślał Kira, opanowując wreszcie rozbiegane myśli. Poza tym… Nie mam prawa mieszać się w sprawy Gotei13…

Zatem zaufasz mu tylko dlatego, że jest oficerem Gotei?, zagadnął jeszcze zgryźliwie rozsądek, ale Izuru Kira niemal natychmiast zaprzeczył.

Nie… Zaufam mu, bo… czuję, że powinienem.

Zdrowy rozsądek prychnął pogardliwie, ale Kira ostentacyjnie go zignorował.

— Oczywiście, poruczniku — odparł, prostując się.

Uśmiech Gina Ichimaru wyraźnie się poszerzył.

— To pa-pa, Izu-…

— Proszę zaczekać, poruczniku! — wyrwało się Izuru, nim zdążył się powstrzymać. Miał świadomość, że poczyna sobie zbyt śmiało — i przyprawiała go ona o rumieńce, ale odczuwał wewnętrzny sprzeciw na myśl o tym, że porucznik Ichimaru miałby tak po prostu sobie pójść. Tak trzymać!, krzyknął radośnie głosik w głębi jego umysłu. Pokaż mu, że jednak się do czegoś nadajesz! No dalej!

— M-może… mógłbym jakoś pomóc — wykrztusił z wahaniem. Wciąż jeszcze nie mógł uwierzyć, że zdobył się na to, by choć na chwilę przejąć inicjatywę. Gin Ichimaru popatrzył na niego wzrokiem, w którym zaciekawienie mieszało się z rozbawieniem.

— Hmm?

Myśl, gorączkowo nakazał sobie Izuru. Nie każ mu czekać zbyt długo. Jego ręka… Skup się.

Zmrużył oczy, analizując naprędce wszystkie dostrzeżone objawy. Sposób, w jaki porucznik trzymał rękę i to, jak starał się ją oszczędzać przy próbie ruchu. Fakt, że atakując go po przebudzeniu trzymał miecz w lewej ręce…

Wszystko razem wskazywało na…

— Musi pan mieć uszkodzone mięśnie przedramienia — oznajmił, ku własnemu zdumieniu dość pewnie. Jak dobrze, że uważał na zeszłorocznych wykładach porucznik Kotetsu. — Prawdopodobnie od strony zginaczy…

Porucznik Ichimaru odwrócił się ku niemu, przechylił głowę w bok z nieodgadnionym uśmiechem.

— Czyżbyś… znał się na tym Izuru-kun?

Kira poczuł, że czerwieni się jeszcze bardziej i zganił się za to. Przecież obiecał sobie, że będzie trzymać poziom.

— Naturalnie tylko podstawy, ale…

— Zgoda — wszedł mu w słowo Gin Ichimaru, po raz kolejny go zaskakując. Kira nie spodziewał się, że porucznik tak szybko się zgodzi. — Co mam robić, Izuru-kun?

Izuru zastanowił się szybko.

— Za pozwoleniem, poruczniku… — zaczął odrobinę niepewnie. — Gdyby zechciał pan…

Urwał, gdy zobaczył, jak porucznik Ichimaru podnosi dłoń do ucha, pozorując, że nie usłyszał. Przygryzł wargi.

— Cóż to, Izuru-kun? — zagadnął tymczasem porucznik. — Lekarz powinien mieć autorytet — zawiesił na chwilę głos, jakby dając Kirze czas do namysłu. — Co więc mam robić?

Kira odetchnął głęboko. Autorytet, pomyślał. No dobrze…

— Proszę usiąść, poruczniku — polecił, z nadzieją, że jego głos brzmi zdecydowanie. — I podwinąć rękaw.

Gin Ichimaru posłał mu szeroki uśmiech.

— Zawsze słuchaj lekarza…