3.
Gin Ichimaru był pod wrażeniem — i musiał to szczerze przyznać. Kto mógłby przewidzieć, że uczeń zaledwie drugiego roku Akademii mógł być tak wprawny w użyciu medycznego kidou? Chłopiec błyskawicznie oczyścił ranę, zatamował powstały przy tym krwotok i teraz od dobrych kilku chwil zajmował się spajaniem uszkodzonych mięśni. Tych… zginaczy, czy jak im tam było. Gin do tego poranka nie miał nawet pojęcia o ich istnieniu.
Spojrzał bystro na Izuru Kirę, pochylonego nad jego ręką. Nie mógł oczywiście wiedzieć, jak chłopiec radził sobie z innymi przypadłościami — ale, na ile Gin mógł ocenić, w leczeniu ran już teraz dorównywał niższym oficerom pozostającym pod komendą kapitan Unohany.
Choć, prawdę mówiąc, zapoznawszy się choć w niewielkim stopniu z umiejętnościami Kiry, życzył mu czegoś więcej niż miejsca w Oddziale Czwartym. Interesujące; pamiętał chłopca jako jednego z „wybrańców" Aizena i szczerze powiedziawszy, nie potrafił wtedy zrozumieć tego wyboru. Na nim samym pierwsze spotkanie z Izuru Kirą w noc ataku Hollowów nie zrobiło najlepszego wrażenia — w pamięci pozostał mu obraz bladego, zalęknionego dzieciaka, zupełnie niezdolnego do działania. Oczywiście, liczył się z tym, że Aizen szukał osób, którymi łatwo będzie manipulować, a do tego Kira wydawał się stworzony. Gin zakładał jednak, że ci, którzy zostali wybrani, musieli mieć pewien potencjał, zaś u Izuru Kiry kompletnie go nie dostrzegał. Ot, takie ślamazarne, strachliwe ciepłe kluchy — nawet Momo Hinamori zdradzała więcej charakteru.
Tu i teraz jednak, jak się zdawało, miał do czynienia z całkiem innym Izuru Kirą — im dłużej mu się przyglądał, tym bardziej upewniał się, że skrzywdził chłopca swoją oceną. Kira wyglądał na ambitnego i pracowitego — choć może nieco rozchwianego przy tym emocjonalnie. Tę niepewność dało się zresztą wyczuć w jego reiatsu, które początkowo było na tyle niestabilne, że nieomal przyprawiało o ból głowy, ale uspokoiło się, gdy chłopiec zajął się leczeniem. Było teraz pewne, łagodne i niewątpliwie silne — co wcześniej jakoś umykało uwadze Gina. Popatrzył na Kirę uważnie spod półprzymkniętych powiek. Przyszły shinigami wciąż pochylał się nad jego przedramieniem, które otaczała zielonkawa poświata kidou. Gin skonstatował nagle, że doskwierający mu dotąd ból ustał niemal zupełnie — i po raz kolejny zadumał się nad korzyściami płynącymi ze znajomości pozornie tak nieprzydatnych dziedzin jak anatomia. Nie szło nawet o medyczne wykorzystanie tej wiedzy — bo też uzdrowiciele nie cieszyli się w Soul Society szczególną estymą. O ileż skuteczniejszy w walce byłby shinigami, który doskonale wiedziałby, gdzie znajdują się wszystkie słabe punkty w ciele przeciwnika…
O ile przeciwnik też byłby shinigami, zreflektował się Gin. Poza tym Izuru Kira nie wyglądał na kogoś, kto mógłby z przekonania zostać zimnym zabójcą. Mógł wszakże mieć uzdolnienia w innym kierunku. Użycie wiedzy medycznej w praktyce wymagało bystrego oka, błyskawicznej analizy i pewnej ręki w najbardziej nawet stresujących okolicznościach. Były to cenne cechy, pożądane u każdego oficera Gotei13 — niekoniecznie z Oddziału Czwartego. Jedyne, czego Kirze zdawało się brakować, to umiejętność szybkiego podejmowania decyzji; nie było to jednak nic, czego nie mógłby się nauczyć, szczególnie biorąc pod uwagę jego młody wiek.
Gin westchnął w duchu. I pomyśleć, że mógł zabić Kirę zaraz po przebudzeniu — to zresztą sugerował mu wypieszczony przez lata instynkt. Mimo to, szczerze się cieszył, że tego nie zrobił, choć nie bardzo wiedział dlaczego. Nie szło o to, że Izuru Kira został wybrany przez Aizena — choć bez wątpienia jego śmierć wzbudziłaby pewne niezadowolenie, ani o to, że Gina mierziła myśl o pozbawieniu życia ucznia Akademii, chociaż ledwie parę godzin wcześniej położył trupem oddział ścigających go ninjów. Ten chłopiec miał przed sobą przyszłość jako shinigami — i to mógł być jeden z powodów, choć nie jedyny. Gin miał niejasne poczucie, że chodziło o coś jeszcze — ale co miałoby to być, nie potrafił powiedzieć. Nie widział jednak powodów, dla których Kira miałby ponosić konsekwencje jego głupich błędów…
Zacisnął zęby. Wciąż tlił się w nim gniew na samego siebie. Jak mógł być tak lekkomyślny? Jak niewiele brakowało, by jego „misja" zakończyła się klęską, a miniona noc przyniosła zgubę? Nie powinien był na to pozwolić; przecież wiedział, jak wielka odpowiedzialność na nim ciąży — a mimo to zachował się jak… Cóż, jak skończony dzieciak. Sam nie wierzył, że mógł popełnić podobnie idiotyczne błędy — i to uporawszy się wcześniej z dużo trudniejszą i bardziej niebezpieczną częścią zadania. A jednak: najpierw pozwolił się idiotycznie zranić, potem — co było zdecydowanie najgroźniejsze — zasnął, ukrywając się, a na koniec dał się przyłapać byle uczniakowi z Akademii. No, może nie byle, poprawił się w myślach, ale z pewnością nie był to powód do dumy. Gdyby zaś natknął się na kogoś innego niż Kira…?
Zastanowił się chwilę. Z każdym innym uczniem zapewne poradziłby sobie bez większych problemów, choć spodziewał się, że pewnie przyszłoby mu użyć nieco… odmiennych metod. Jeśli jednak natknąłby się na niego którykolwiek z wykładowców, sprawa byłaby znacznie bardziej skomplikowana. Po pierwsze, byli to w większości znamienici shinigami, zdecydowanie przewyższający poziomem tych, których uczyli. Po drugie, wielu z nich dobrze znało Gina Ichimaru i jego obecność w tak nietypowym miejscu musiałaby wzbudzić co najmniej konsternację. Na pewno spotkałby się z pytaniami, na które nie można było odpowiedzieć bez zbędnego ryzyka. Teraz, w jasnym świetle dnia, wszelkie, najdrobniejsze nawet niedociągnięcia, na jakie pozwolił sobie tej nocy, wydawały się znacznie poważniejsze.
Jego wzrok ponownie przyciągnęło lecznicze kidou, płynące z dłoni Izuru Kiry. Precyzja, pomyślał. Ten chłopiec zdawał sobie sprawę z jej znaczenia. Shinigami nie mogli sobie pozwolić na błędy przy wypełnianiu swych zadań, a ktoś, kto jak Gin działał w ukryciu, powinien uważać dwa razy bardziej. Czy trzeba było spotkania z uczniem Akademii, by on, porucznik Gotei13 i tajny szpieg generała Yamamoto, sobie o tym przypomniał?
Choć, gdy teraz o tym myślał, zachowanie Kiry również było cokolwiek zastanawiające. Chłopiec odkrył jego obecność, gdy on sam, pogrążony we śnie, był zupełnie bezbronny. Gin miał wprawdzie dość rozumu, by ukryć swoje reiatsu, ale w tej sytuacji zadecydował całkowity przypadek. Tymczasem Kira, miast jakkolwiek interweniować — na przykład powiadomić kogoś bardziej doświadczonego, po prostu przy nim… siedział, co Ginowi wydało się nagle wysoce nielogiczne. W końcu… skąd mógł wiedzieć, że Gin nie zrobi mu krzywdy?
Co było jeszcze ciekawsze, mimo że postępowaniu Izuru Kiry wyraźnie brakowało logiki, to nie można go było nazwać bezmyślnym. Zupełnie jakby oceniał wszystko na całkiem innym, niepojętym dla Gina poziomie — jak w chwili, gdy przyrzekł mu milczenie. Gin dostrzegł jego wahanie w tamtym momencie i wiedział, że Kira nie zawierzył mu bezkrytycznie jedynie z tego powodu, że miał do czynienia z oficerem Gotei. Miał wątpliwości — a jednak obdarzył go zaufaniem, czym zrobił na Ginie tym większe wrażenie. Co takiego nim kierowało?
Przeniósł wzrok na twarz Kiry i zmarszczył nieznacznie brwi. Chłopiec wydawał się bledszy niż dotąd, na jego czole perlił się pot, a oddech rwał się nieco. Gin zorientował się naraz, że jeszcze chwila, a Kira z wyczerpania zaryje nosem w jego kolano. Racja, przemknęło mu przez myśl. Przecież siedział tu od świtu, a teraz słońce stało już zdecydowanie wyżej; poza tym był najpewniej bez śniadania, a na dokładkę od dłuższego czasu męczył się przy leczeniu. Gin uczuł ukłucie winy. Izuru Kira dostatecznie mu pomógł — nie należało dłużej wykorzystywać sytuacji.
— No, myślę, że już wystarczy, Izuru-kun — odezwał się swym zwykłym, niefrasobliwym tonem. Kira uniósł raptownie głowę, spoglądając na niego zdumionymi, ciemnobłękitnymi oczyma. Gin uśmiechnął się szeroko.
— Jestem prawie jak nowy — wyjaśnił, ruchem głowy wskazując niemal całkowicie wyleczoną rękę. — Reszta zagoi się sama. A swoją drogą… — dodał, zerkając na chłopca przewrotnie — …nie powinieneś czasem iść już na zajęcia?
Izuru Kira w jednej chwili zbladł jeszcze bardziej i wyraźnie spłoszony spojrzał w górę — tylko po to, by stwierdzić, że świt dawno już minął. Zerwał się na równe nogi.
Spóźni się… Może nawet już się spóźnił, skonstatował Gin, znów po trosze czując się winnym. O ile jednak wiedział, chłopcu nie powinny grozić z tego tytułu żadne poważne konsekwencje…
Zdobył się na — mniej więcej — przepraszający uśmiech.
— Och, wybacz, Izuru-kun… Zdaje się, że zajmowałem cię aż nazbyt długo…
— To nic, poruczniku Ichimaru — odparł szybko Kira, skłaniając głowę. — Gdybym… gdybym zdołał sprawniej panu pomóc…
— Dziękuję, Izuru-kun — wtrącił Gin, nim chłopiec zdołał dokończyć. Najwyraźniej, obok swych niekłamanych zalet, Izuru Kira miał też tendencję do brania odpowiedzialności na siebie — nawet jeśli to nie on zawinił. — Naprawdę bardzo ci dziękuję.
Kira przez moment przyglądał mu się szeroko otwartymi oczyma, po czym uśmiechnął się niepewnie w odpowiedzi. Zaraz jednak spoważniał.
— Jeśli można, poruczniku… — zaczął cicho. — Proszę jeszcze odpocząć… Wciąż jest pan bardzo zmęczony, więc… proszę jakiś czas tu zostać, a ja… postaram się wrócić w przerwie zajęć i sprawdzę, czy wszystko w porządku…
Przy ostatnich słowach głos chłopca ścichł jeszcze bardziej, jakby nagle zawstydziła go własna śmiałość. Gin uniósł brwi.
— Podziwu godny profesjonalizm, Izuru-kun — stwierdził na poły żartobliwie, na poły z uznaniem, co z kolei wywołało rumieniec na twarzy Izuru Kiry. Gin mimochodem zauważył, że znacznie poprawiało to jego koloryt i nieomal zachichotał w duchu na tę myśl. Uświadomił sobie jednak, że chłopiec wciąż jeszcze czeka na odpowiedź.
— Och, oczywiście, Izuru-kun — odparł z przekonaniem. — Wszak obiecałem słuchać się lekarza…
Kolejny blady uśmiech zagościł na ustach Izuru Kiry, nim chłopiec ponownie się zawahał.
— W takim razie…
— Biegnij, Izuru-kun. Bo spóźnisz się jeszcze bardziej — Gin uśmiechnął się nieco szerzej. — Mną się nie przejmuj… jakoś dam sobie radę do twojego powrotu — mrugnął porozumiewawczo.
Kira znów oblał się uroczym pąsem, ale zdołał się opanować i to nad wyraz szybko.
— Tak jest, poruczniku… Proszę tu na mnie czekać — zastrzegł jeszcze, po czym ruszył biegiem między drzewa.
Miłego dnia, Izuru, pomyślał Gin, czas jakiś patrząc w ślad za nim, po czym pokręcił głową z westchnieniem. Okłamał chłopca i zrobił to z pełną świadomością tego, co czyni. Nie mógł jednak dłużej zostać w tym miejscu — byłoby to zbyt ryzykowne, a zeszłej nocy wystarczająco często igrał z losem. Miał jedynie nadzieję, że Kira nie weźmie mu tego za złe — kłamstwo kłamstwem, ale w niczym nie zmieniało to faktu, że Gin był chłopcu naprawdę wdzięczny.
Wstał, spoglądając na swoją rękę, którą teraz przecinało jedynie czerwonawe zadrapanie. Ilu problemów zdoła dzięki temu uniknąć? Sam nie wiedział, ale czuł, że Izuru Kira pomógł mu bardziej, niż mógłby się domyślać.
Cóż, z pewnością znajdzie się okazja, by jakoś mu się odwdzięczyć, pomyślał Gin, jednocześnie skupiając uwagę na najbliższym otoczeniu. Nie dostrzegał co prawda niczego podejrzanego, ale tym razem chciał mieć absolutną pewność, że nikogo nie ma w pobliżu — i że on, Gin Ichimaru, nie zostawia po sobie żadnych oczywistych śladów.
Paprocie — nieco zgniecione po tym, jak uciął sobie w nich drzemkę, ale równie dobrze mogło je stratować jakieś zwierzę. Trawa pod drzewem — cóż, widać, że ktoś tam siedział, jednak czemu nie miałby to być któryś z uczniów? I, o dziwo, nigdzie nawet plamki krwi… Gin pozwolił sobie na westchnienie ulgi. Bez wątpienia mógł mówić o szczęściu…
Rozejrzał się raz jeszcze. Zakątek był naprawdę ładny… może zajrzy tu znowu za jakiś czas i zastanie Izuru Kirę nad strumykiem?
Zaraz, zastanowił się nagle Gin. Skąd właściwie coś takiego przyszło mu do głowy?
Potrząsnął głową. Nie czas teraz na rozmyślania. Pora ruszać, zanim ktoś w Oddziale Piątym zainteresuje się jego przedłużającą się nieobecnością.
Rzucił ostatnie spojrzenie w stronę Akademii, po czym odwrócił się i zniknął wśród drzew.
