6.

Następne dwie godziny przesiedział, nawet nie próbując uważać. Celowo zajął miejsce blisko wyjścia — po wykładzie zamierzał oddalić się możliwie jak najszybciej i jak najdyskretniej. Nie chciał zwracać niczyjej uwagi; szczególnie zaś zależało mu na tym, by uniknąć spotkania z Renjim i Hinamori. Jak dotąd starał się zachowywać spokój, ale obawiał się, że w konfrontacji z nimi — i bliską perspektywą kary — jego krucha determinacja może w parę chwil rozsypać się na proch.

Choć, z drugiej strony, obecnie nie był wcale pewien, czy Hinamori-san i Abarai-kun w ogóle zamierzali zawracać nim sobie głowę. Po rozmowie, jaka miała miejsce na przerwie, Izuru wcale nie byłby tym zdziwiony. Sam też nie miał w tej chwili najlepszego zdania o sobie…

Wsparł czoło na dłoni. Pomijając wszelkie inne kwestie — bynajmniej nie błahe — zaczął go dręczyć jeszcze jeden problem, o którym do teraz szczęśliwie udawało mu się nie myśleć. Zasygnalizowała go dopiero rozmowa z Hinamori — i teraz z każdą mijającą minutą Kira bardziej się nad nim zastanawiał.

Szło ni mniej, ni więcej, a o… fizyczną stronę kary. Izuru miał świadomość, że niewątpliwie wiązała się ona z bólem — ale było to przeświadczenie dość enigmatyczne. Prawdę mówiąc, nie wiedział, czego ma oczekiwać. Nigdy nie był poważniej ranny, stąd ból — a zwłaszcza silny ból — był dla niego zjawiskiem stosunkowo obcym.

Jak… jak bardzo mogło boleć uderzenie batem? A dwadzieścia uderzeń…? Nie potrafił sobie tego wyobrazić.

Przymknął oczy. Sam nie był pewien, czy się boi, czy nie, ale czuł narastającą niepewność i towarzyszący jej niepokój, który lodowatą pętlą zaciskał się na jego żołądku.

Czy wytrzyma? Czy zdoła znieść karę z honorem? Czy też po raz kolejny przyniesie wstyd sobie i wszystkim, którym był bliski i zacznie prosić o litość?

Dłoń, na której wspierał głowę, zacisnęła się w pięść.

Nie, pomyślał. Zniosę to… cokolwiek by się działo… Nie będę krzyczeć. Nie będę błagać. Nie będę…

Wytrzymam.

Niespodziewanie powrócił do niego obraz porucznika Ichimaru ze zranioną ręką. Rana nie była może szczególnie poważna, ale wyglądała na bolesną - a tymczasem porucznik nie dał niczego po sobie poznać. Zniósł zabiegi Kiry bez mrugnięcia okiem, ba, z uśmiechem nawet. Właściwie, jeśli się nad tym zastanowić, uśmiech ani na chwilę nie znikał z jego twarzy.

Westchnął cicho, przymykając oczy. Gdy teraz o tym myślał, całe spotkanie wydawało mu się wręcz nierealne. Mógłby je uznać za sen, gdyby…

Gdyby nie fakt, że właśnie miał zmierzyć się z jego aż nadto realnymi konsekwencjami.

Sam się zgodziłeś, przypomniał głosik z głębi umysłu. Chyba nie zamierzasz teraz żałować?

Żałować? Nie, podobna myśl nawet nie postała mu w głowie. Po prostu… nie spodziewał się, że sprawy przyjmą aż tak poważny obrót. W swym młodzieńczym poczuciu sprawiedliwości sądził, że postąpił jak najbardziej właściwie... ale sytuacja skomplikowała się bardziej, niż mógł to przewidzieć. Chcąc chronić to, co uważał za słuszne, zmuszony był złamać zasady szkoły i zranić przyjaciół pozornym brakiem zaufania — i bynajmniej nie czuł się z tym dobrze. Miał wrażenie, że cała sytuacja powoli zaczyna go przerastać...

Czy na tym właśnie miała polegać dorosłość? Jeśli tak...

Gong kończący zajęcia rozległ się tym razem nadspodziewanie wcześnie. Kira uniósł głowę, zaskoczony. Już?

Już.

Przełknął z trudem, czując, jak ogarnia go chłód. Naraz uświadomił sobie, że wcale nie ma ochoty opuszczać sali… że najchętniej nigdzie by się stąd nie ruszał…

Tchórz.

Zaczerpnął głęboko tchu, zbierając wszystkie siły. Zwlekanie do niczego nie prowadziło; odraczało jedynie to, co nieuchronne. A czyż nie obiecywał sobie, że zniesie karę z honorem?

Podniósł się z miejsca i zdecydowanym krokiem ruszył ku wyjściu, mijany przez innych uczestników wykładu, zupełnie nieświadomych dręczących go obaw. Szczerze mówiąc, cieszył go taki stan rzeczy — było mu znacznie łatwiej, niż gdyby odprowadzały go ciekawskie spojrzenia. Przynajmniej nie miał ochoty uciekać…

W tłumie uczniów dotarł do końca korytarza, po czym, przez nikogo niezauważony, zszedł schodami w dół. Szczęśliwie przyszło mu do głowy, by jeszcze przed wykładem zapytać mimochodem kogoś ze starszych kolegów, gdzie znajduje się gabinet nauczyciela kontroli reiatsu. Kira nie chciał ryzykować, wystawiając na próbę jego cierpliwość, której pokłady wydawały się wystarczająco niewielkie. Poza tym, im szybciej zgłosi się, by odbyć karę, tym prędzej…

Przygryzł wargi. Miał nadzieję, że porucznik Ichimaru wybaczy mu nieco późniejsze przybycie… bo myśli, że mógłby nie być w stanie dotrzeć do zagajnika, Izuru ani przez moment do siebie nie dopuszczał. Oby tylko porucznik zaczekał na niego odrobinę dłużej…

U stóp schodów przystanął na chwilę, rozejrzał się wokół. Było tu znacznie ciszej niż piętro wyżej — w korytarzu mieściły się jedynie sale egzaminacyjne, obecnie wiejące pustkami i kilka nauczycielskich gabinetów. Z tego, czego Kira zdołał się dowiedzieć, poszukiwany pokój znajdował się niemal przy końcu korytarza, na lewo od miejsca, gdzie aktualnie stał.

Ponownie przełknął nerwowo. Nie ma co… bardzo… sprzyjające miejsce. Nawet, gdyby krzyczał, wątpliwe, by…

Ale nie będę krzyczał, przypomniał sobie stanowczo i, trzymając się rozpaczliwie tej odrobiny determinacji, ruszył przed siebie.

Pierwsze, drugie, trzecie… czwarte drzwi. Tutaj. Tego odpychającego reiatsu nie dało się pomylić z żadnym innym.

Odetchnął głęboko, starając się uspokoić oddech i przyspieszone bicie serca. Drżał.

Jeden… Dwa… Trzy…

Odwagi, Izuru.

Zapukał.

— Hmm?! — dobiegło gniewnie ze środka. Kira nabrał powietrza w płuca.

— Izuru Kira z drugiego roku, profesorze — zakomunikował, z nadzieją, że jego głos brzmi pewnie. — Przyszedłem… odbyć karę.

Chwila ciszy, po czym…

— Wejść…!

Izuru usłuchał i cicho wsunął się do wnętrza, starannie zasuwając za sobą drzwi. Tuż za progiem zatrzymał się, zgiął w głębokim ukłonie.

Nauczyciel podszedł bliżej; Kira poczuł na sobie jego taksujący wzrok. Bał się choćby drgnąć, by nie sprowokować jakiejś gwałtownej reakcji.

— No, no — usłyszał wypowiedziane zjadliwym tonem słowa. — Widzę, że spokorniałeś od rana… Jakież to cuda potrafi zdziałać perspektywa kary… od razy wykazujecie więcej chęci do współpracy. Pod ścianę…!

Brutalne szarpnięcie za ramię znów całkowicie zaskoczyło Kirę; zatoczył się, ledwie utrzymał się na nogach. „Profesor" — czy może raczej oprawca — popatrzył nań z nieskrywaną pogardą.

— Kosode i shitagi — rzucił zimno. Izuru popatrzył na niego z wahaniem, nie w pełni rozumiejąc.

— Czyżbyś nie wiedział, że baty dostaje się na gołą skórę? — zapytał tamten szyderczo. — Wtedy kara lepiej się… utrwala — dokończył z wyraźną satysfakcją.

Przez chwilę Kira jedynie przyglądał mu się, niezdolny uczynić nic innego. Nie szło o sens słów, które właśnie usłyszał — wbrew temu, co mógł uważać nauczyciel, Izuru wiedział, przynajmniej w teorii, jak wygląda chłosta. Ale ten ton… i reiatsu, które zdawało się ziać teraz jadem i nienawiścią…

Wiedział już, że będzie znacznie gorzej, niż sądził.

Instynktownie skulił ramiona i zaczął rozwiązywać szaty. Dłonie drżały mu lekko, choć starał się opanować — ale bał się, straszliwie się bał i nie mógł dłużej udawać przed sobą, że jest inaczej.

Może… Może ktoś wejdzie…, przemknęło mu przez głowę, gdy zsuwał z ramion kosode. Wejdzie i… zainteresuje się… Zdoła go powstrzymać…

I zobaczy twoje upokorzenie?, zagadnął z sobie tylko właściwą złośliwością zdrowy rozsądek. Na pewno tego chcesz?

Zacisnął powieki. Wstyd było mu się do tego przyznać, ale w tej chwili gotów był poświęcić wszystko, nawet własny honor, jeśli tylko udałoby mu się uniknąć kary z rąk tego szaleńca…

Wszystko? Nawet bezpieczeństwo porucznika Ichimaru…?

Zamarł.

— Ruszaj się, nie mam całego dnia — ponaglił ostro „profesor". Kira czym prędzej zdjął z siebie shitagi, podszedł bliżej ściany. Nauczyciel obrzucił go lodowatym wzrokiem.

— Ręce — zakomenderował krótko. Izuru zerknął na niego niepewnie, po czym posłusznie wsparł dłonie o ścianę. Schylił głowę.

Wytrzymam, pomyślał, mimowolnie napinając mięśnie w oczekiwaniu na pierwszy cios, i uchwycił się tego prostego postanowienia jak tonący brzytwy. Wytrzymam. Muszę wytrzymać…

Bat przeciął ze świstem powietrze i spadł.