7.

Gin Ichimaru nudził się.

Siedział aktualnie w swoim biurze w kwaterach Oddziału Piątego, ze stertą papierkowej roboty przed nosem i za żadne skarby zaświatów nie potrafił przekonać się do tego, by wreszcie wziąć się do pracy. Monotonne wypełnianie dokumentów było wszak takie uciążliwe… i przyziemne… i… i nużące…

Westchnął zrezygnowany, odchylając się na oparcie krzesła. Samo krzesło odchyliło się również, balansując niebezpiecznie na dwóch tylnych nogach, ale Gin nic sobie z tego nie robił. Choć pewnie znów usłyszy potem, że porysował podłogę…

Uśmiechnął się pod nosem i sięgnął po pierwszy lepszy papier, by następnie paroma ruchami złożyć go w nad wyraz zgrabny samolocik. Właściwie był to jedyny powód, dla którego zalegający na jego biurku stos dokumentów minimalnie się zmniejszył. Gin puścił jaskółkę w powietrze i z niejaką satysfakcją stwierdził, że udała mu się szczególnie — przeleciała niemal przez cały pokój, nim wreszcie wylądowała pod odległą ścianą.

Przeciągnął się na krześle. Ależ nuuuuudno. I tak prawie od samiutkiego powrotu do koszar…

Choć prawdę mówiąc, powinien się cieszyć. Miał sporo szczęścia — w chwili, gdy zjawił się wreszcie w siedzibie Oddziału Piątego, Sousuke Aizen właśnie wychodził na cotygodniowe zebranie kapitanów u generała Yamamoto. Potem zaś — miał gościnne zajęcia z kaligrafii. W Akademii Shinigami.

Gin poczuł, że robi mu się gorąco na samo wspomnienie tej informacji. Doprawdy, jak mógł o tym zapomnieć? Przecież Aizen odwiedzał Akademię regularnie, chcąc zjednać sobie sympatię jej adeptów — co zresztą udawało mu się pierwszorzędnie. Gdyby w jakikolwiek sposób wyczuł Gina w jej pobliżu… wystarczyłoby zdjąć blokadę reiatsu odrobinę za wcześnie i…

Potrząsnął głową. Zdecydowanie los mu sprzyjał. Kto wie, co mogłoby się stać, gdyby zgodnie z obietnicą zaczekał w zagajniku na Izuru Kirę. Tymczasem udało mu się uniknąć zarówno natychmiastowej konfrontacji z Aizenem po powrocie, jak i znacznie niebezpieczniejszej ewentualności przypadkowego natknięcia się nań w okolicach Akademii Shinigami…

Z westchnieniem wsparł policzek na dłoni, wyjrzał przez okno, za którym trwało słoneczne, wrześniowe popołudnie. Ciekawe, czy chłopiec był bardzo rozczarowany…

Znowu, pomyślał ze zdumieniem, a nawet pewną dozą rozbawienia. Znowu się nad tym zastanawiał…

Ściągnął brwi. Odkąd tylko wrócił, myśl o Izuru Kirze powracała doń z zadziwiającą regularnością. Choćby starał skupić się na czym innym — jak choćby na tym, czego dowiedział się minionej nocy w Centrali 46 — jego umysł wciąż wracał do porannego spotkania.

Dziwne… Choć, jak stwierdził nagle Gin, może ten temat był po prostu miłą odskocznią od innych kwestii, którymi wciąż nie miał ochoty się zająć, mimo iż w gruncie rzeczy powinien. Na samo wspomnienie niektórych informacji, które przeczytał w archiwach, nadal przechodziły go ciarki — a nieuchronna, jak mniemał, rozmowa z Aizenem, jaka czeka go po powrocie zwierzchnika, także nie była zbyt obiecującym tematem do rozważań. Przynajmniej nie w takie przyjemne, leniwe popołudnie…

Kto wie, może nadal siedzi nad strumykiem i zastanawia się, gdzie Gin zniknął…

Uczuł, że jego zwykły uśmiech przygasa nieco. Nie wiedzieć czemu, wyobrażenie Izuru Kiry stojącego samotnie w owym zakątku nad potokiem i rozglądającego się bezradnie, wywoływało w nim najlżejsze ukłucie poczucia winy. Cóż, pozostawało mieć nadzieję, że zostanie mu darowane… choć, prawdę mówiąc, Gin nie wiedział, czemu miałoby mu na tym zależeć.

Uśmiechnął się szerzej. Izuru-kun był doprawdy ujmującym chłopcem, choć wyraźnie się nie doceniał. Wzrok Gina po raz kolejny przyciągnęła cienka kreska zadrapania, przecinająca jego prawe przedramię. Ciekawe, czy zjadł chociaż śniadanie?, przemknęło mu przez głowę. Prawdę mówiąc, szczerze w to wątpił: Izuru Kira sprawiał wrażenie kogoś, dla kogo opuszczenie zajęć na rzecz czegoś tak prozaicznego jak posiłek byłoby co najmniej zbrodnią.

Oby tylko nie zarył nosem w notatki ze zmęczenia…

Zachichotał. A skoro już o tym mowa… Gin zmrużył oczy, bębniąc palcami w blat biurka.

Tak. Zdecydowanie.

Miał ochotę na persymonkę.

Hmmm.

A może na galaretkę?

Popatrzył z zamyśleniem w sufit.

Galaretka z persymonek, zdecydował, po czym stanowczym ruchem podniósł się z krzesła. W spiżarni powinien być zapas…

Ruszył ku drzwiom. W wyjściu obejrzał się jeszcze wrogo na niezmiennie piętrzące się na biurku dokumenty. Stanowczo nie nadawał się do tej pracy… Ach, gdyby tak samemu być kapitanem i mieć własnego porucznika, który by się tym zajął…

Galaretka, przypomniał sobie. Nie miał teraz czasu na takie bzdury, jak obowiązki. Galaretka była priorytetem.

Uśmiechnął się przewrotnie i zasunął za sobą drzwi.

Ciekawe, czy Izuru-kun lubi persymonki?