8.
Kira sam nie wiedział, jak udało mu się o własnych siłach wyjść z gabinetu. Wyglądało wszak na to, że było to wszystko, na co jego ciało mogło się zdobyć. Stał teraz w pustym korytarzu, wspierając się ciężko o ścianę i czuł, że nie zdoła zrobić choćby kroku dalej. Gdyby ktoś go teraz zobaczył…
Zamknął oczy. Nie było sensu się nad tym zastanawiać… i tak nie mógłby nic zrobić.
Zachwiał się. Ledwie trzymał się na nogach. W głowie kręciło mu się i szumiało, pod powiekami migotały czarne i czerwone plamy.
Boli…
Izuru przygryzł wargi, by stłumić jęk. Nie krzyczał… Nie krzyknął ani razu, nawet wtedy gdy pierwsze uderzenie przecięło mu plecy żywym ogniem — choć w tamtej chwili ledwie zdołał się powstrzymać. W ustach wciąż czuł metaliczny posmak krwi…
Zadrżał na samo wspomnienie. Spodziewał się bólu, ale to, przez co przeszedł, przerosło wszelkie jego oczekiwania. Miał niejasne poczucie, że wolałby raz jeszcze stanąć oko w oko z Hollowem, niż ponownie przeżyć podobny koszmar…
Nie potrafił ocenić, kiedy stracił rachubę razów — od pewnego momentu wszystko spowijała czerwona mgła. Pamiętał jedynie ulgę, jaką poczuł, gdy zrozumiał, że już po wszystkim — uświadomiwszy to sobie, przez dłuższą chwilę po prostu stał w bezruchu, walcząc o każdy oddech; otrzeźwił go dopiero ostry głos nauczyciela, który kazał mu się wynosić. Wtedy też Kira zdał sobie sprawę, że policzki ma mokre od łez — i pojął, że to z bólu. Poczuł palący wstyd. Przecież… przecież obiecywał sobie, że wytrzyma…
Westchnął, mocniej zaciskając palce na materiale kosode, które trzymał ściągnięte pod szyją. Nie czas, by o tym myśleć. Musiał jakoś się stąd wydostać, nim ktokolwiek go tu przyłapie. Musiał…
Otworzył oczy. Korytarz rozmywał się i falował. Niedobrze… ale nie miał wyboru.
Odetchnął głęboko i zbierając całą pozostałą mu jeszcze determinację, z wysiłkiem postąpił krok do przodu. A potem jeszcze jeden. I jeszcze…
Kolejny krok — i nieomal upadł na kolana, czując zawrót głowy. Odruchowo zacisnął powieki.
Jeszcze trochę, pomyślał. Jeszcze tylko kawałek i…
Zamarł, słysząc kroki.
O nie. Tylko nie to…
Uczuł, że serce wali mu jak szalone w przypływie nagłej paniki. Co teraz?
Kroki zatrzymały się na chwilę, po czym wyraźnie przyspieszyły, kierując się w jego stronę. Izuru wytężył słuch. Dwie osoby…
Co robić…?, zapytał rozpaczliwie własnych myśli. Co… Co ja im powiem…?
Skulił się mimowolnie, czując dotknięcie czyjejś dłoni na ramieniu — zaraz jednak uniósł głowę, bo jego uszu dobiegł niespodziewanie znajomy głos.
— Ostrożnie, Abarai-kun… nie zrób mu krzywdy…
— Przecież wiem — burknął drugi głos. Silna dłoń zmieniła nieco położenie, zacisnęła się mocniej na ręku Kiry. — Nie musisz mnie pouczać.
Izuru Kira wciąż nie mógł uwierzyć — ale odważył się uchylić powieki. To nie było złudzenie…
— H-Hinamori-san… Abarai-kun… — wyszeptał ochryple. — T-to naprawdę…
— Jasne, że my — uciął szorstko Renji Abarai. — A któżby inny…?
Kira spoglądał na nich oszołomiony. Dla niego wcale nie było to takie oczywiste. Przecież po tym, co zaszło na przerwie…
— Chyba nie myślałeś, że cię zostawimy? — zagadnął przyjaciel nieco podejrzliwie, jakby odgadując jego myśli. — Co, Kira…?
Izuru uciekł wzrokiem; jednocześnie poczuł, jak wzbiera w nim wdzięczność. Hinamori-san i Abarai-kun byli tutaj… Przyszli po niego, mimo wszystkiego, co wcześniej powiedział…
Policzki zapiekły go nagle.
— M-macie zajęcia… — wyjąkał. — Nie musieliście…
— Pieprzyć zajęcia — rzucił Renji, po czym jakby przypomniawszy sobie o obecności w ich gronie Hinamori-san, również nieco się zaczerwienił. — Kto by się nimi przejmował w takiej chwili…
— Ale…
— Słuchaj no — Abarai-kun nieoczekiwanie zajrzał mu prosto w oczy. — Hinamori urwała się z kaligrafii. Specjalnie dla ciebie. Więc z łaski swojej przestań w końcu smęcić…!
Kira zamrugał niepewnie na dźwięk tych słów, po czym przeniósł wzrok na Momo Hinamori. Dziewczyna przyglądała mu się uważnie, jakby próbując dojść, jak mocno ucierpiał.
— To prawda, Hinamori-san? — zapytał, chcąc się upewnić. — Z kaligrafii…? U… u kapitana Aizena?
— To nic takiego — Hinamori uśmiechnęła się z pewnym zawstydzeniem. — Wszystko nadrobię, a poza tym kapitan Aizen… — urwała, popatrzyła na Kirę z wyraźną troską. — Och, ale to nieważne, Kira-kun… Jak… jak się czujesz…?
Izuru Kira zawahał się. Zaskoczenie spowodowane przybyciem przyjaciół powoli mijało i poprzednia słabość powracała teraz ze zdwojoną siłą.
— Źle… — przyznał w końcu szczerze, ponownie przymykając oczy. Nie wiedzieć kiedy, uchwyt palców, które kurczowo zaciskał na kosode, zelżał; szata zsunęła się z ramienia. Tym razem nie zdołał się powstrzymać i wciągnął raptownie powietrze, gdy tkanina otarła się o przeciętą skórę. Usłyszał stłumione przekleństwo Renjiego.
— Jasna cholera… Kira…
— Abarai-kun…? — w głosie Momo Hinamori zabrzmiało zaniepokojenie. — Co… Och… Kira-kun…!
Kira przygryzł pokaleczone wargi. Tych dwoje było jego najbliższymi przyjaciółmi — a jednak wstydził się, że muszą go widzieć w takim stanie. Tym bardziej zdziwił się więc, gdy w kolejnych słowach Renjiego Abaraia usłyszał podziw.
— Na Hollowy, Kira… Powinieneś wyć z bólu…
Izuru otworzył oczy, podniósł na przyjaciela udręczony wzrok. Sam wiedział najlepiej, jak wiele kosztowało go to, by zachować choć resztki dumy… co więcej z wolna uświadamiał sobie, że nie zdoła powstrzymywać się dużo dłużej…
— Dasz radę iść? — zagadnął tymczasem Abarai-kun, przyglądając mu się uważnie spod zmarszczonych brwi. — Trzeba cię zabrać do infirmerii, ktoś powinien…
— Nie… — wyrwało się Kirze nie w pełni świadomie. Infirmeria… nie, to nie był dobry pomysł. Będą… będą pytać… To… źle…
— Kira!
Głos przyjaciela wydał mu się nagle dziwnie stłumiony. Izuru zamrugał i ze zdumieniem stwierdził, że klęczy na podłodze, a przyjaciele przypatrują mu się z mieszaniną troski i niepokoju. Popatrzył na nich niepewnie.
— Do demona, Kira, chcesz czy nie, ktoś musi cię obejrzeć — zadecydował nerwowo Renji. — Starczy tych bzdur…
— Abarai-kun, może jednak… — wtrąciła nieśmiało Hinamori, ale ich przyjaciel zignorował jej słowa. Najwyraźniej podjął już decyzję i zamierzał wprowadzić ją w życie, niezależnie od zapatrywań pozostałych zainteresowanych. Kira zwiesił głowę… Nie wyglądało, by cokolwiek mogło przekonać Renjiego do zmiany zdania…
— Dalej, Kira — Abarai-kun podniósł się, jednocześnie pomagając mu wstać. Izuru nie protestował, nie miał na to dość sił. — Zaraz ktoś się tobą zajmie… Zdołasz iść? — powtórzył, spoglądając nań pytająco.
— N-nie wiem… — wyszeptał słabo Kira, nie unosząc wzroku, choć w głębi duszy wiedział, że prawdziwa odpowiedź na to pytanie brzmiała „nie". Wątpił, by zdołał przejść choćby kilka kroków, nawet z pomocą Renjiego… nawet, gdyby chciał iść tam, gdzie mieli się udać…
Nie, pomyślał. Nie mogę… Ryzyko… Ryzyko jest zbyt wielkie… Dałem słowo…
Nieomal zmusił się, by unieść głowę i spojrzeć przyjacielowi prosto w oczy.
— R-Renji… — wykrztusił, zaciskając dłoń na jego kosode. Dostrzegł błysk zaskoczenia w oczach Renjiego Abaraia. — Nie… nie tam… proszę…
Zaczerpnął z drżeniem powietrza; chciał powiedzieć coś więcej, ale nagle uświadomił sobie, że nie potrafi dobrać słów… myśli plątały się… uszy wypełnił jednostajny szum krwi… powieki stały się naraz zbyt ciężkie, by je unieść…
— Proszę… — zdołał wyszeptać raz jeszcze, po czym osunął się w ciemność.
