12.

Deszcz szumiał za oknami kwater Oddziału Piątego, przesłaniając wszystko srebrzystoszarą kurtyną. Gin Ichimaru sięgnął po kolejną suszoną persymonkę ze stojącego na biurku talerza, w zamyśleniu postukał palcami o blat.

Przez cały dzień był w dość refleksyjnym nastroju — bo i w rzeczy samej miał się nad czym zastanawiać. Podczas pracy rozważania na temat ostatnich wydarzeń pochłonęły go tak bardzo, że nie wiedzieć kiedy uporał się z dokumentami z ostatnich trzech dni, tym samym pozbywając się z biurka wiecznie górującego nad nim stosu papierów. Jeśli się nie mylił, Aizen skomentował to jakoś… jednak pamięć Gina nie zarejestrowała nawet jego słów. Głowę zaprzątały mu znacznie istotniejsze kwestie…

Skrzywił się nieznacznie, pogryzając persymonkę. Uciekł z Oddziału Czwartego, jakby się paliło — i bynajmniej nie był z siebie dumny. Pozostawił Izuru Kirę bez jednego słowa podziękowania, choć przecież był mu winien znacznie więcej — po wszystkim, co chłopiec przeszedł z jego powodu zwykłe „dziękuję" nie mogło wystarczyć.

Gin poczuł, jak jego zwykły uśmiech gaśnie zupełnie. Chłosta. Okrutna, anachroniczna kara, wymierzona za szczerze udzieloną pomoc i wierność danemu słowu…

Nigdy wcześniej nikt się tak dla niego nie poświęcił.

Pokręcił głową z niedowierzaniem. Wczorajszego ranka chłopiec spotkał go ledwie drugi raz w życiu — a mimo to prawie bez wahania zdecydował się mu pomóc; potem zaś, mając do wyboru baty i złamanie przyrzeczenia, wybrał to pierwsze, skazując się na straszliwy ból. Gin był głęboko poruszony okazanym mu zaufaniem i wciąż nie potrafił zrozumieć, czym sobie na nie zasłużył. A może ta bezinteresowna lojalność leżała w samej naturze Izuru Kiry?

Wstał, podchodząc do okna; zapatrzył się na szare strugi deszczu. Ugryzł kolejny kęs persymonki.

Dwadzieścia batów, pomyślał. Dwadzieścia przeklętych batów. Dlatego prawie że uciekł z Oddziału Czwartego — przeczuwał, że kapitan Unohana poprosi go, by został i był obecny przy leczeniu Kiry. Gin zaś za nic nie chciał wiedzieć, co skrywało białe kosode chłopca. Wystarczył mu tamten jeden krwawy ślad…

Zacisnął dłoń opartą na parapecie, wciąż obserwując ulewę. Dziwne, choć sumienie dręczyło go zawsze, gdy przelewał krew, to teraz czuł się niemal tak źle, jak gdyby kogoś zabił. Tymczasem nie wziął nawet miecza do ręki. A jednak…

Przygryzł wargę. I pomyśleć, że Izuru Kira znosił efekty kary niemal bez jęku…

Był dzielny, i to bardziej niż Gin mógłby oczekiwać. Równocześnie jednak miał w sobie niezwykłą wrażliwość. Czy ktoś taki miał jakiekolwiek szanse, by odnaleźć się w twardym świecie Gotei13, gdzie walka była codziennością, a wśród cieni narastała zdrada…?

Gin Ichimaru zmarszczył brwi. O dziwo, potrafić udzielić na to pytanie pozytywnej odpowiedzi. Był w stanie wyobrazić sobie Izuru Kirę jako shinigami i to nie jako byle szeregowca, ale oficera: dzielnego i lojalnego, a przy tym rozsądnego i obdarzonego pewną łagodnością i empatią. Chłopiec miał niezaprzeczalny potencjał i mógłby rozwinąć się we wspaniałą osobę — kto wie, może nawet przyszłego kapitana — gdyby tylko zapewnić mu odpowiednie środowisko…

Aizen, przemknęło mu nagle przez głowę. Aizen już go sobie upatrzył. Jeśli położy na nim swe brudne łapy…

Dłoń zacisnęła się jeszcze mocniej, aż pobielały mu kostki. Nie wolno było do tego dopuścić. Gdyby tylko mógł w jakiś sposób ochronić chłopca…

Zamarł, z suszoną persymonką wzniesioną w pół drogi do ust. Czemu miałby tego chcieć? Czemu tak bardzo zależało mu, by bronić Izuru Kiry przed zakusami Aizena?

Zawahał się. Nie potrafił dojść własnych pobudek, ale to niewiele go w tej chwili obchodziło. Chciał chronić Izuru… lecz czy w takim razie nie byłoby lepiej, gdyby chłopiec trzymał się z dala od Oddziału Piątego i, co było nierozerwalnie z tym związane, także od niego?

Zmrużył oczy. To była dziwnie przykra myśl. Nieoczekiwanie dla samego siebie Gin poczuł się rozdarty między pragnieniem, by osobiście zapewnić bezpieczeństwo Kirze, a potrzebą utrzymania go z dala od planów Sousuke Aizena.

Z cichym westchnieniem powrócił do biurka; usiadł, opierając czoło o splecione dłonie. Co powinien zrobić? I co takiego szczególnego miał w sobie Izuru Kira, że on, Gin Ichimaru, nie potrafił przestać o nim myśleć?

Zdecydowanie, nie spotkał nigdy kogoś takiego — i nikt też nie wywarł na nim podobnie wielkiego wrażenia. Izuru mógł się jawić jako posłuszny i podporządkowany chlopiec i, och, niewątpliwie taki również był — ale z drugiej strony… Gin odnosił wrażenie, że gdy przychodziło do spraw, które w jakiś sposób były dla Kiry ważne, to rozkazy i obowiązki stawały się kwestią drugorzędną.

Czy zatem… był dla Izuru Kiry kimś ważnym?

Gdyby ktokolwiek wszedł w tej chwili do pokoju zastałby niecodzienny widok. Mało kto miał okazję zobaczyć błysk złotych oczu Gina Ichimaru… a zupełnie nikt nie widział ich szeroko otwartych w wyrazie zdumienia graniczącego z szokiem.

Gin odetchnął głęboko. Czy coś podobnego w ogóle było możliwe, jeśli wziąć pod uwagę, że dotąd spotkali się ledwie trzy razy i to w dość szczególnych okolicznościach? I czy, jeśli rzeczywiście tak było, sam Izuru był w pełni tego świadom?

A jednak… to nie respekt przed oficerem Gotei13 kierował Izuru Kirą, gdy poprzedniego ranka w zagajniku składał obietnicę milczenia, ale świadomość, że oficerem tym był nikt inny tylko on, Gin Ichimaru.

Przymknął oczy. Nie chciał się dłużej nad tym zastanawiać — w końcu obiecywał sobie, że będzie sam, broniąc się przed dopuszczeniem do siebie kogokolwiek… Przecież nawet względem najbliższej mu dotąd osoby, Rangiku Matsumoto, starał się zachowywać pewien dystans, a mimo to…

Mimo to — a może właśnie dlatego — chciał porozmawiać z Izuru Kirą, zapytać go… i ostatecznie upewnić się co do tego, na ile słuszne są jego spostrzeżenia. Choć prawdę mówiąc, Gin Ichimaru już teraz wątpił, by Izuru miał zanegować którekolwiek z nich.

Poza tym… w dalszym ciągu nie podziękował i poczucie winy z tego powodu z każdą chwilą gnębiło go bardziej. Należało to czym prędzej nadrobić…

Westchnął. Miał świadomość, że obok podziękowań był też winien Izuru przeprosiny — ale wiedział też, że na to nie zdoła się zdobyć. Nigdy nie potrafił przepraszać; zawsze starał się odwdzięczać raczej czynem niż słowem i na ogół sprawiał wrażenie, jakby robił to zupełnie od niechcenia. Miał jednak poczucie, że niezależnie od tego, co zrobiłby dla Izuru Kiry, słowo „przepraszam" było w tym wypadku szczególnie ważne.

Potrząsnął głową, odchylając się na krześle. Może kiedyś…

Tymczasem zdecydowanie powinien odwiedzić Kirę w Oddziale Czwartym. Ale — spojrzał w ciemniejące okno — już nie dziś. Kapitan Unohana nigdy by mu nie darowała, że zakłóca odpoczynek pacjenta…

Uśmiechnął się do siebie — i był to zupełnie inny uśmiech niż ten, którym szafował na co dzień.

Śpij dobrze, Izuru, pomyślał.