14.

Gin Ichimaru był pewny, że Izuru Kira da się namówić na spacer — podejrzewałby, że chłopiec zgodziłby się na to, nawet gdyby nie był jeszcze w pełni sił. Szczęśliwie, wszystko wskazywało na to, że czuł się już zdecydowanie lepiej — z jego ruchów znikły niepewność i ostrożność, jakie dawało się dostrzec poprzedniego ranka, co świadczyło o tym, że ból ustał albo przynajmniej znacząco zelżał. Gin mimowolnie uśmiechnął się szerzej — świadomość ta sprawiała mu ulgę.

Przechadzali się po ogrodzie Oddziału Czwartego — konkretnie zaś po jego części użytkowej, dostępnej jedynie medykom, a przez to zdecydowanie mniej uczęszczanej, przynajmniej o tej porze dnia. Izuru początkowo wydawał się nieco spanikowany z tego powodu, ale po żartobliwym wyjaśnieniu Gina najpierw spłonął rumieńcem, potem zaś wyraźnie się uspokoił i szedł teraz u jego boku, rozglądając się wokół rozmarzonym wzrokiem.

Bo też — jak musiał szczerze przyznać Gin — ogród wyglądał naprawdę ładnie w złotym świetle popołudniowego słońca. Dzień był pogodny, o wczorajszym deszczu świadczyły jedynie nieliczne kałuże. Gdybyż tylko nie kręciło go w nosie od wszechobecnego zapachu ziół…

Gin sięgnął do torby po kolejną persymonkę. Przyszedł tu, chcąc porozmawiać z chłopcem, tymczasem od początku spaceru zamienili zaledwie kilka słów. Cisza nie była jednak niezręczna, przeciwnie wręcz — i Gin Ichimaru z niechęcią myślał o tym, że miałby ją zmącić. Było tak spokojnie… Kiedy ostatnio czuł podobny spokój…?

Mimo to wiedział, że nie należało dłużej zwlekać. Bądź co bądź, chłopiec powinien wrócić do Akademii przed zmrokiem. Nabrał tchu, zbierając odwagę — nigdy by nie przypuszczał, że będzie odczuwał obawy z podobnego powodu — i już otwierał usta, gdy w tej samej chwili Izuru Kira odezwał się pierwszy.

— Poruczniku Ichimaru…

Było coś w głosie chłopca, co kazało Ginowi przystanąć i spojrzeć na niego bystro. To jedno spojrzenie wystarczyło zaś, by zrozumieć, że cokolwiek sam miał do powiedzenia, będzie musiało to zaczekać w obliczu determinacji malującej się na twarzy Kiry.

Gin uniósł brwi.

— Tak, Izuru?

Ku jego najwyższemu zaskoczeniu chłopiec zgiął się nagle w ukłonie tak głębokim, że Gin mógł zobaczyć jasne włosy na jego karku.

— Proszę pozwolić podziękować sobie, poruczniku — zaczął Izuru, odrobinę nieśmiało, ale z każdą chwilą jego głos nabierał pewności. — Za pomoc, poruczniku… a także za okazane wsparcie i troskę. Nie wiem, czym sobie na to zasłużyłem, ale to dla mnie wielki honor, że pan porucznik zechciał mi poświęcić swój cenny czas. Naprawdę… z całego serca dziękuję. Poruczniku.

— Izuru… — westchnął Gin w osłupieniu, ale już po chwili wrócił mu zwykły humor. Słowa chłopca swym tonem przypominały raport składany przez oficera komuś wyższemu stopniem. Uśmiechnął się psotnie.

— Ech, Izuru, Izuru… — rzucił. — Nie bądź taki sztywny, bo cię jeszcze wezmą do Szóstego — „a wtedy nie będę ci mógł pomagać", chciał dodać, ale w porę ugryzł się w język. — No już, wyprostuj się, bo mnie plecy bolą od samego patrzenia — dodał, gdy chłopiec ani drgnął. — To rozkaz.

Na dźwięk ostatniego słowa Izuru Kira najpierw stanął prosto — najwyraźniej odruchowo — po czym podniósł wreszcie na niego zaskoczony i jakby trochę wystraszony wzrok. Niepewność znikła jednak z jego oczu, gdy uświadomił sobie, że Gin żartował.

— Ale… ja nie jestem w Gotei — odparł cicho i nadal z pewnym onieśmieleniem, choć po jego twarzy błąkał się uśmiech. Gin zanotował w pamięci, że w przypadku Izuru dowcip i żartobliwość były najwyraźniej właściwą drogą. — I… I chyba nigdy…

— Będziesz — przerwał mu stanowczo Gin Ichimaru i zdał sobie sprawę, że sam jest przekonany o prawdziwości tych słów. — Jestem pewien, że będziesz.

— Poruczniku Ichimaru… — wyszeptał Izuru, a Gin zamarł, bo napotkał spojrzenie tak gwiaździste i tak rozmarzone, że nie mógł dłużej mieć najmniejszych wątpliwości.

Chłopiec BYŁ nim zauroczony — i świadomość ta zarazem przerażała Gina, jak I go zaskakiwała. Przecież… przecież nie chciał nikogo ze sobą wiązać — a jednak, sam o tym nie wiedząc, dla Izuru Kiry stał się kimś... ważnym. Nie było już potrzeby pytać — Gin widział odpowiedź w jego oczach. I nie potrafił tego zrozumieć. Zwłaszcza że... jak można było być zauroczonym kimś takim jak on? Był szpiegiem i mordercą — chociaż w imię rzekomego wyższego dobra — ale o tym raczej w Seireitei nie wiedziano. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie cieszył się powszechną sympatią — jego dystans do innych, pewna złośliwość w stosunku do otoczenia, a nade wszystko wyprowadzający z równowagi uśmiech, z całą pewnością nie przysparzały mu przyjaciół. Dla kogoś tak niewinnego jak Izuru lepiej by było, gdyby trzymał się od niego jak najdalej.

A jednak… wiedza, że ktoś obdarzył go podobnie bezwarunkową sympatią, budziła w nim równocześnie dziwnie ciepłe i przyjemne uczucie, jakiego nigdy wcześniej nie doznał. Szczególnie, że doświadczył jej od osoby tak jasnej i wrażliwej jak Izuru Kira.

Uśmiechnął się — i był to uśmiech płynący z głębi serca, po czym uznał, że warto sprowadzić rozmowę na nieco bardziej… neutralne tory.

— Piękny księżyc nad cieplarnią — zauważył, niby to od niechcenia. Izuru podążył za jego wzrokiem, w stronę, gdzie na jesiennym niebie widniał blady jeszcze sierp w pierwszej kwadrze — po czym niespodzianie roześmiał się cicho.

Gin popatrzył na niego z zainteresowaniem.

— Hmmm? — zagadnął. — Zauważyłeś coś zabawnego, Izuru-kun?

Izuru Kira potrząsnął głową z pewnym zakłopotaniem.

— N-nie, poruczniku… — odparł. — Tylko… przypomniałem sobie coś. Coś, co powiedział Abarai-kun o… O cieplarni.

Gin posłał mu pytające spojrzenie. Naprawdę był ciekaw.

— Wtedy, gdy… spóźniłem się na lekcję, przedwczoraj — podjął chłopiec — Abarai-kun wspomniał coś o cieplarni i, hmmm, sugerował, że coś tam robiłem, ale nie wiem, co miał na myśli.

Ginowi Ichimaru zabrakło słów, by odpowiedzieć — co nie zdarzało mu się często. Miał nadzieję, że czerwieniejące powoli światło słońca choć trochę maskuje rumieniec, jaki zagościł nagle na jego twarzy.

Abarai-kun… kto by pomyślał, no, no…

Co znamienne, wyglądało na to, że Izuru nie dostrzegał w tych słowach żadnego podtekstu. Gin z trudem powstrzymał niedowierzające westchnienie. Czy ktokolwiek mógł być aż tak niewinny…?

Cóż… odpowiedź stała przed nim i wpatrywała się weń wyczekującymi, niebieskimi oczami.

Gin uczuł, że jego zdumienie z wolna ustępuje miejsca rozbawieniu. Doprawdy, sytuacja była mocno absurdalna. Myśl, że Izuru Kira mógłby spotykać się — z kimkolwiek! — za cieplarnią, wydawała mu się całkowicie abstrakcyjna. I przecież ani przez chwilę nie postało mu w głowie, że miałby, hmmm, spotykać się właśnie z…

Wróć. Nie, zdecydowanie nawet o tym nie pomyślał.

— Coś się… stało, poruczniku? — zapytał ostrożnie Izuru, a w jego głosie Gin usłyszał cień troski.

Odpowiedzieć. I zmienić temat. Stanowczo zmienić.

— Niee — zaprzeczył, uśmiechając się rozbrajająco. — Może persymonkę, Izuru…? — zajrzał do torby i mina zrzedła mu nieznacznie. Ups.

— Ehm… — podjął, z zakłopotaniem drapiąc się po głowie. — Zdaje się, że wyżarłem wszystkie…

Izuru Kira roześmiał się ponownie — i jak skonstatował Gin, był to naprawdę miły śmiech. Czuł, że chętnie spędziłby z chłopcem więcej czasu — tymczasem jednak robiło się coraz później. Izuru wkrótce musiał wrócić, a pozostawała jeszcze jedna kwestia, którą Gin powinien się zająć. Niezwłocznie.

— Izuru — zagadnął. — Zaczekaj, Izuru.

Zatrzymali się obaj, na ścieżce pomiędzy grządkami ziół. Chłopiec przypatrywał mu się uważnym, choć nieustająco lekko onieśmielonym wzrokiem.

Mów, Ginie Ichimaru. Czy nie po to tu przyszedłeś?

— Dziękuję, Izuru-kun — powiedział i pierwszy raz tego popołudnia był zupełnie poważny. Mimo to zawahał się, nim podjął. — Wierz mi… Gotei13 będzie mieć z ciebie pociechę.

Powinien powiedzieć, jak bardzo ceni sobie pomoc chłopca. Powinien powiedzieć, jak wielkie wrażenie robi na nim jego lojalność, zaufanie i bezinteresowność. Powinien… ale czuł, że słowa te nie przejdą mu przez gardło.

Zamiast tego powiedział najszczerszą rzecz, na jaką mógł się w tej chwili zdobyć — a to i tak wystarczyło, by oczy Izuru Kiry ponownie wypełniły się blaskiem, który widział w nich parę chwil temu.

— Poruczniku… — wykrztusił nieśmiało chłopiec, a jego twarz płonęła rumieńcem. — Ja… naprawdę…

— Naprawdę powinieneś już wracać, Izuru-kun — przerwał mu Gin. — I tak zająłem ci masę czasu… Pewnie dawno się tak nie wynudziłeś — dodał, zdobywając się na uśmiech, choć wcale nie czuł radości na myśl o rozstaniu z Kirą.

— Skądże…! — zaprotestował szybko chłopiec. — Jestem… jestem bardzo wdzięczny, że… znalazł pan dla mnie tyle czasu…

— Mogę to samo powiedzieć o tobie, Izuru — odparł Gin, uśmiechając się szerzej. — A teraz zmykaj do dormitorium, zanim znów się spóźnisz… przeze mnie.

Izuru popatrzył na niego z pewnym wahaniem, po czym uśmiechnął się promiennie.

— D-dobrej nocy, poruczniku…

— Pa-pa, Izuru — Ciepło, jakim promieniował uśmiech chłopca było doprawdy zaraźliwe. — Ruszaj.

Kira pobiegł przez jesienny ogród, tonący w czerwonozłotym słońcu. Gin patrzył w ślad za nim, nawet po tym, gdy chłopiec dawno zniknął już za zakrętem ścieżki; wreszcie potrząsnął głową, spoglądając na ciemniejące powoli niebo. Nie miał ochoty psuć sobie humoru natychmiastowym powrotem do kwater Oddziału Piątego. Nie chciał znów znaleźć się tak blisko fałszu i zdrady, kiedy czuł, że życie wreszcie oferowało mu coś dobrego. Coś, na coś zamierzał zasłużyć.

Izuru Kira…

Pierwszy raz od długiego czasu widział przed sobą światło.

Pierwszy raz naprawdę chciał wierzyć w przepowiednię generała Yamamoto.