Rozdział 3

******

Bella

******

Przeczytałam list po raz kolejny:

Isabello Swan

My, czyli Obrońcy Życia Ludzkiego mamy obowiązek zawiadomić Cię, o niebezpieczeństwie, jakie czyha na Twoje życie. Jesteśmy w przekonaniu, że stałaś się głównym celem naszego największego wroga( tu ktoś mocno przycisnął długopis) … staramy sie chronić Cię należycie, ale nie możemy robić tego w każdym miejscu. Dlatego też kierujemy naszą skromna prośbę, abyś jak najwięcej czasu spędzała ze znajomymi i rodziną. Prosimy również, byś nie zapuszczała się w las, a dokładniej w jego północno-zachodnią część. W zamian za tak błahą prośbę, zapewnimy Ci należytą ochronę, bo to[Twoje] ludzkie życie jest dla nas priorytetem… dalszej treści nie zrozumiałam. Była napisana w jakimś prastarym języku, w dodatku dla mnie nieznanym. List ogólnie był bardzo długi. Kartka, by mogła zmieścić się w kopercie, została zgięta kilka razy. Z pozoru papier był koloru białego, ale jego nadawca wybrudził go smarem, zostawiając przy tym swoje odciski palców. Nigdzie nie dopatrzyłam się podpisu. W dolnym prawym rogu widniał mały inicjał: J.B., a w każdym innym ktoś zaznaczył literę Q. W myślach przekalkulowałam wszystkie znane mi osoby, ale nikt nie pasował do tych inicjałów. Zatem, o co tu chodzi? Czy to jakiś dobry żart? Bo jak dla mnie nie jest on zabawny. Wyłączyłam gaz pod spaghetti i poszłam do siebie na górę.

Rozłożyłam go z powrotem na biurku i usadowiłam się na łóżku, podciągając kolana pod brodę. Wpatrywałam się tempo w leżącą kartkę i zaczęłam intensywnie myśleć. Nic dobrego nie przychodziło mi do głowy. Że ja niby mam się kogoś obawiać? Kto mógł mi zagrażać? No, ale znając mnie i mojego pecha wszystko mogło się zdarzyć. Przyzwyczaiłam się do przykrych sytuacji. Jednak to tylko małe wypadki w porównaniu z tym, o czym mówiła treść listu. Potrząsnęłam głowa, by jak najszybciej pozbyć się tych chorych myśli. Przecież to jakieś brednie. A adresat tego listu to zwykły palant. Chwyciłam list i czym prędzej wyrzuciłam do kosza, stojącego obok biurka. Planowałam zrobić jeszcze jedną rzecz, ale z dołu usłyszałam swoje imię.

Bella? – To Charlie. Zbiegłam pospiesznie do niego. Właśnie odwieszał swoją kaburę, kiedy go przywitałam.

Cześć tato!

Cześć mała. Jak minął dzień? – Wiedziałam już, o co pyta…

Świetnie. Ci Cullenowie są naprawdę mili. Z Alice z miejsca się zakumplowałyśmy. – Odpowiedziałam entuzjastycznie. Widać zadowoliła go moja wypowiedź.

To wspaniała wiadomość. Wiedziałem, że tak będzie. – Akurat – w tym momencie pociągnął nosem. – Mmmm, co na obiad? – Spytał rozkoszując się zapachem.

Zrobiłam spaghetti. Cieszysz się? Uśmiechnął się szeroko.

Pytasz jakbyś nie wiedziała Bells. – Zaśmialiśmy się.

Razem weszliśmy do kuchni. Charlie zasiadł do stołu i niecierpliwie czekał na podanie obiadu. Załadowałam mu na talerz solidną porcję. Dawno nie jadł czegoś tak treściwego. Sobie nie włożyłam dużo. Ostatnio wystarczała mi porcja 5-latka. Usiadłam naprzeciwko taty. Jedliśmy w milczeniu. Nigdy nam to nie przeszkadzało. No oprócz pomlaskiwania taty, to była cisza. Gdy skończył, odsunął nieco swoje krzesło i poklepał się po swoim brzuchu.

Oh, Bells. Ty wiesz jak dogodzić ojcu. – Parsknęłam śmiechem. Co, jak co, ale takiego wyznania to ja się nie spodziewałam. Zebrałam brudne talerze ze stołu i włożyłam do zmywarki. To był nasz zeszłoroczny prezent dla mamy – w obawie o naczynia, które zmywała… Charlie sięgnął po gazetę i zaczął ją przeglądać. Nastawiłam zmywarkę i oznajmiłam ojcu, że idę do siebie. Był tak pochłonięty czytaniem, że tylko skinął głową. Właśnie wychodziłam z kuchni, gdy zabrzmiał dzwonek do drzwi.

Ja otworzę! – Krzyknęłam do Charliego. Podeszłam do drzwi i otworzyłam je. Tego, kogo zastałam po drugiej stronie w życiu bym się nie spodziewała. Przede mną stał Edward Cullen we własnej osobie. Jak zobaczył moją minę, uśmiechnął się szeroko.

Hej Bella, mogę na chwilę? – Spytał swoim grubym, ale jakże aksamitnym głosem. Skinęłam głową. Nadal byłam w szoku. Odsunęłam się trochę, by wpuścić go do środka.

Kto tam? – Zawołał tato z kuchni.

Nikt. Kolega z klasy. – Jak nic zaraz przyjdzie sprawdzić, kto to. Nie myliłam się. Po kilku sekundach w drzwiach do przedpokoju pojawił się mój ojciec.

Ooo, kogo my tu mamy? Witaj Edwardzie. – To oni się znają?

Witam, pana, panie Swan. Nie chciałbym przeszkadzać, ale czy mogę zająć chwilę pańskiej córce? – Charlie machnął ręką.

Oczywiście. Możesz nawet trochę więcej niż chwilkę. Edward uśmiechnął się.

Chyba nie będzie takiej potrzeby.

No już Bells, co tak stoisz? Zaproś gościa do siebie. – Musiałam wrócić na ziemię. Nie zauważyłam, że odpłynęłam na moment.

Ah, tak. Chodźmy do mnie na górę. – Poprowadziłam Edwarda do swojego pokoju. Na całe szczęście jestem zapobiegliwa i pokój mam zawsze posprzątany. Lecz, gdy Edward wszedł do pokoju, zauważyłam kątem oka, że się skrzywił. Niemożliwe. Codziennie wietrzę swój pokój. Czy coś było nie tak? Ja nic nie czułam. Chłopak usiadł na łóżku i rozglądał się po pokoju. Ja usiadłam na krześle od biurka. Przez dłuższą chwilę nikt sie nie odzywał, więc postanowiłam przejąć inicjatywę.

Więc, jaki jest powód twojej wizyty? – Spytałam wprost. Zamyślił się.

Cóż, w szkole nie mieliśmy zbytnio czasu by się poznać. Nie chciałbym, żebyś mnie nie oceniała jako zimnego i niedostępnego. Tak naprawdę jestem milusi i naprawdę można ze mną normalnie gadać. – Zaskoczył mnie tym zdaniem. Skąd on wiedział, co o nim myślę? Do głowy przychodziła mi tylko jedna osoba: Alice.

I chcesz powiedzieć, że to zwykła koleżeńska wizyta?

Skoro tak wolisz… - uśmiechnął się szeroko.

Tak chyba będzie najlepiej. To, od czego chcesz zacząć? – Starałam się go zachęcić do mówienia, bo jakoś sama nie miałam ochoty.

Cóż, to, że zostałem adoptowany pewnie już wiesz. – Pokiwałam głową – Mam również czworo rodzeństwa. Alice już znasz, jest jeszcze Rosalie, Jasper i Emmet. – Trochę dziwne imiona – wszyscy zostaliśmy zabrani z sierocińca w Seattle przez doktora Carlisle'a Cullena i jego żonę Esme. Są dla nas najważniejszymi postaciami pod słońcem. To dzięki nim mamy normalny dom i miłość rodzicielską, jakiej wcześniej nie mogliśmy posiadać. – Przerwał na moment – tak, to by było chyba tyle. Nie lubię opowiadać o przeszłości. Chciałem zamknąć tamten etap życia. Jestem teraz tutaj, w Forks, i bardzo się z tego cieszę.

Ok. nie musisz mi się zwierzać. – Lekko się uśmiechnął.

Spokojnie, to taka moja słaba strona. Lubię rozmawiać. Choć musze przyznać, że nie z każdym. – Popatrzył mi w oczy. Dopiero teraz zauważyłam, że jego są koloru złotego. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim odcieniem tęczówek. Moje policzki spłonęły rumieńcem.

To może teraz ty coś powiesz o sobie? – Spytał.

Szczerze mówiąc, nie ma nic ciekawego w moim życiorysie. Twoja opowieść zwala moje z nóg.

Cóż, chyba jednak chcę poznać szczegóły. – Nie dawał za wygraną.

No dobra. W Forks mieszkam od dobrych 15 lat. Przeprowadziliśmy się tu od babci z Port Angeles, kiedy miałam 3 latka. Niewiele pamiętam z tamtych czasów. Ale od zawsze prześladował mnie pech. – Westchnęłam – zawsze musiałam znaleźć się tam, gdzie nie trzeba. – Urwałam, bo z dołu wołał mnie tata.

Bello, możesz na moment? Telefon do ciebie! – Darł się na całe gardło, jakbym go nie słyszała.

Już idę! – Trochę głupio było mi zostawiać Edwarda samego w moim pokoju. – Przepraszam cie, zobaczę czy to coś ważnego.

Spokojnie, poczekam tu na ciebie. – Uśmiechnął się szeroko. Znowu to zrobił. Wywołał u mnie napad „czerwonych policzków". Czym prędzej wyszłam z pokoju.

Co znowu tato? – Zrobiłam mu wyrzuty. Akurat teraz mu się zachciało, jakby nie wiedział, że mam gościa.

To Jessica. Mówi, że to coś ważnego. – Westchnęłam. Niby, co ważnego miała mi do powiedzenia?

Cześć, Jess. O co chodzi? – Nie paliłam się wcale do tej rozmowy.

O hej Bella! Jak miło Cię słyszeć. Dlaczego tak długo zwlekałaś z odebraniem telefonu? Myślałam, ze coś Ci się stało! – Czy ona zawsze musiała tyle nadawać? Mogłaby pracować w jakimś talk show albo coś w tym stylu. Wtedy opłacałoby się jej tyle gadać…

Cóż, właśnie mam gościa. Z góry nie słyszałam dzwonka..

Ach gościa mówisz? Czyżby to był nasz uroczy nowy kolega??? – A ona to, co, jasnowidz?

Yyy, tak, to on. Chciał nieco poznać okolicę i wtedy natknął się na mnie i w końcu zaproponowałam mu herbatę… - musiałam kłamać. Ta plotkara i tak zbytnio uprzykrza mi życie.

Jasne. – Widać, nie zadowoliła ją moja odpowiedź.

Wiesz, sorry Jess, ale musze już kończyć.

Tak, oczywiście. Leć sobie do tego swojego Cullena. – Prychnęła. – A idź mi. Odłożyłam słuchawkę. Miałam ją po dziurki w nosie… odwróciłam się na pięcie i aż podskoczyłam, gdy ujrzałam przed sobą Edwarda.

Oh, przepraszam, że cię przestraszyłem. Muszę już lecieć, więc przyszedłem się jeszcze pożegnać i już mnie nie ma. – Pięknie. Niech ja tylko ją dorwę…

Nie, nie zaczekaj. Nawet nie zdążyłam z tobą pogadać. Przez ten głupi telefon…

Spokojnie, nie wyprowadzam się stąd nigdzie. Mamy wiele czasu by się lepiej poznać. Ale teraz wybacz. Mam ważną sprawę. Trzymaj się. – I już go nie było. Stałam tak cały czas w kuchni. Czy ten pech się kiedyś odczepi?

Powlokłam się do swojego pokoju i opadłam bezwładnie na łóżko. Mogłabym tak leżeć i leżeć, ale musiałam zabrać się za głupie zadanie domowe. Przez cały czas wściekałam się na Jessice. Ta to ma wyczucie. Nie mogła zadzwonić trochę później? Teraz nie wiem już, czy Edward specjalnie wyszedł, czy też miał tą ważną sprawę. A i miałam zamiar wyciągnąć od niego trochę więcej o nim i jego rodzinie. Tyle pytań cisnęło się na język.

Z zadaniem uwinęłam się w mig. Równie szybko spakowałam swoje rzeczy do torby i odłożyłam ją na fotel pod oknem. Miałam jeszcze trochę czasu, więc postanowiłam pójść do salonu pooglądać trochę telewizję. Przez długie godziny przesiadywania na polanie nie wiedziałam, co może dziać się w świecie. Postanowiłam nadrobić zaległości. Ale chyba nie było mi to dane, bo w pokoju zastałam rozłożonego Charliego na kanapie z piwem w ręce. Oczywiście leciał mecz. Mojego pecha ciąg dalszy. Westchnęłam. Nie chciało mi się droczyć z ojcem o pilota, więc poszłam do kuchni na herbatę. Właśnie parzyłam ją w swoim kubku, gdy do domu wróciła Renee. Była obładowana siatkami. Co ona znowu nakupowała?

Daj mamo, pomogę ci. – Zaproponowałam.

Dzięki skarbie. Och, jakie one ciężkie. Westchnęła. Zaglądnęłam do środka. Pełno w nich było ciuchów i niepotrzebnych kosmetyków.

Mamo, po co Ci to wszystko? W zeszłym tygodniu kupiłaś sobie pełno nowych rzeczy, a te są całkowicie zbędne.

Oj kochanie, nie kupiłam tego dla mnie. Chciałam ci nieco wynagrodzić te przesiadywania w kuchni. Zamiast spotykać się z przyjaciółmi, gotujesz dla nas posiłki. I pomyślałam, że kilka małych drobiazgów może zrekompensuje ci te stracone godziny… - patrzyła na mnie błagalnie.

Kilka mówisz? – Zapytałam z sarkazmem.

Więc się zgadzasz? Nawet nie wiesz jak się cieszę! – Przytuliła mnie mocno do siebie.

Tak, wezmę je. Ale nie myśl, że będę używać tych wszystkich kosmetyków. Udała swój zawód.

Cóż, jeśli ich nie chcesz, mogę ja je wziąć. – No tak. Czemu ja tego nie przewidziałam? Kosmetyki dla mnie to tylko pretekst, by mogła sobie kupić nowe preparaty. To była jej mała słabostka.

Odłożyłam torby na bok i zabrałam się za odgrzewanie spaghetti. Mama tymczasem odwiesiła swój płaszczyk na wieszak i zaczęła swoją relację z całego dnia w pracy. Po chwili dołączył do niej Charlie. Oboje byli pochłonięci rozmową. Postawiłam przed mamą talerz z obiadem, zabrałam swój kubek i oznajmiłam, że idę się położyć.

Zaraz Bells. Był dzisiaj może listonosz? – Zastygłam. W tym momencie przypomniała mi jedną ważną rzecz.

Nie, dzisiaj go nie było – skłamałam. Szybkim krokiem podążyłam na górę. Odstawiłam swój kubek na biurko i spojrzałam w stronę kosza na śmieci. Ciągle tam był. Wcześniej miałam ochotę go spalić, ale Charlie za wcześnie wrócił z pracy. A teraz było troszeczkę za późno. Postanowiłam odłożyć to na jutro.

Wzięłam szybki prysznic, włożyłam starą pidżamę i wskoczyłam pod kołdrę. Owinęłam się nią starannie, by zapobiec ponownemu szczękaniu zębami z zimna. Na dworze wiał silny wiatr. Zamknęłam swoje oczy i próbowałam zasnąć. Nim się zorientowałam, przeniosłam się w krainę snów. I znów ten koszmar. Tym razem nieco urozmaicony. Ponownie otaczały mnie płomienie. Czułam na sobie ich gorąco. Każda moja cześć ciała była trawiona przez żywioł. Ale nagle pojawiła się ulga w postaci zimna. Ciągle widziałam płomienie, ale już ich nie czułam. Czułam tylko chłodne ręce pod sobą. Były twarde. Ktoś niósł moje bezwładne ciało…

******

Edward

******

Jechałem z prędkością światła. Do końca nie byłem pewny, czy dobrze robię, jadąc do Belli. Dokładniej mówiąc, nie wiedziałem, po co tam jadę. Po prostu chciałem ją zobaczyć. Albo móc ją ochronić w razie, czego. Na liczniku miałem grubo 190 km/h, ale wydawało mi się, że jadę zbyt wolno. Być może szybciej bym dotarł biegnąc przez las? Nie, nie. Miałem się z nią spotkać. Jak wytłumaczyłbym brak samochodu? Na piechotę na pewno nie przyszedłem.

Po kilku minutach uświadomiłem sobie, że jestem już na miejscu. Ze zdenerwowania powtarzałem w głowie, jak ją przywitać. I jeszcze ten radiowóz. Obecność jej ojca nie podobała mi się wcale. Ale sam na sam z Bellą pewnie też nie było dobre. Podszedłem do drzwi i zadzwoniłem dwa razy dzwonkiem. Gdyby moje serce żyło, na pewno waliłoby teraz młotem. Jeszcze jeden wdech(niepotrzebny), próba uśmiechu i byłem gotowy. Drzwi się otworzyły.

Traf chciał, że to Bella stała w drzwiach. Miała bardzo zaskoczony wyraz twarzy. Dlaczego ja nie mogłem znać jej myśli? Chyba zaraz zwariuję. Uśmiechnąłem się. Była nieco zakłopotana.

Hej Bella, mogę na chwilę? – Spytałem.

Kto to? – Zawołał ktoś z kuchni.

Nikt. Kolega z klasy. – Czyli byłem tylko kolegą z klasy? Musze się bardziej postarać. Zaraz, co ja gadam. – Do pomieszczenia wszedł jej ojciec.

Ooo, kogo my tu mamy? Witaj Edwardzie. – Ach, zapomniałem, że mnie zna. Muszę chyba być uprzejmy. Grunt to zapunktować u jej ojca.

Witam, pana, panie Swan. Nie chciałbym przeszkadzać, ale czy mogę zająć chwilę pańskiej córce? –Machnął ręką.

Oczywiście. Możesz nawet trochę więcej niż chwilkę. Uśmiechnąłem się lekko.

Chyba nie będzie takiej potrzeby.

No już Bells, co tak stoisz? Zaproś gościa do siebie. – Chyba się zamyśliła, bo głos taty wyrwał ją z otępienia.

Ah, tak. Chodźmy do mnie na górę. – Poprowadziła mnie do swojego pokoju. Był bardzo mały w porównaniu z moim. Byłem już w nim kiedyś, ale nie skupiałem się na jego wystroju. Teraz miałem okazję bardziej ją poznać. Ją i jej pokój. Ale nagle poczułem ten smród. Smród zmokłego psa. Nie zauważyłem, by go miała. Mimowolnie się skrzywiłem.

Więc, jaki jest powód twojej wizyty? – Spytała wprost. Zamyśliłem się.

Cóż, w szkole nie mieliśmy zbytnio czasu by się poznać. Nie chciałbym, żebyś mnie nie oceniała, jako zimnego i niedostępnego. Tak naprawdę jestem milusi i naprawdę można ze mną normalnie gadać. – Czy mi się wydaje, czy głupoty wygaduję?

I chcesz powiedzieć, że to zwykła koleżeńska wizyta?

Skoro tak wolisz… - uśmiechnąłem się szeroko. Niech sama decyduje.

Tak chyba będzie najlepiej. To, od czego chcesz zacząć?

Cóż, to, że zostałem adoptowany pewnie już wiesz. – Pokiwała głową – Mam również czworo rodzeństwa. Alice już znasz, jest jeszcze Rosalie, Jasper i Emmet. Wszyscy zostaliśmy zabrani z sierocińca w Seattle przez doktora Carlisle'a Cullena i jego żonę Esme. Są dla nas najważniejszymi postaciami pod słońcem. To dzięki nim mamy normalny dom i miłość rodzicielską, jakiej wcześniej nie mogliśmy posiadać. – Przerwałem na moment, co jeszcze mogę jej powiedzieć? Może wystarczy? – Tak, to by było chyba tyle. Nie lubię opowiadać o przeszłości. Chciałem zamknąć tamten etap życia. Jestem teraz tutaj, w Forks, i bardzo się z tego cieszę.

Ok. nie musisz mi się zwierzać. – Zaśmiałem się. Przejrzała mnie.

Spokojnie, to taka moja słaba strona. Lubię rozmawiać. Choć musze przyznać, że nie z każdym. – Popatrzyłem jej w oczy. Jej policzki spłonęły rumieńcem. - To może teraz ty coś powiesz o sobie? – Spytałem.

Szczerze mówiąc, nie ma nic ciekawego w moim życiorysie. Twoja opowieść zwala moje z nóg. – Kurczę, na pewno coś jest. - Cóż, chyba jednak chcę poznać szczegóły. – Nie dawałem za wygraną.

No dobra. W Forks mieszkam od dobrych 15 lat. Przeprowadziliśmy się tu od babci z Port Angeles, kiedy miałam 3 latka. Niewiele pamiętam z tamtych czasów. Ale od zawsze prześladował mnie pech. – Westchnęła – zawsze musiałam znaleźć się tam, gdzie nie trzeba. – Urwała, bo z dołu wołał ją ojciec.

Bello, możesz na moment? Telefon do ciebie!

Już idę! – Popatrzyła na mnie przepraszająco. – Przepraszam cie, zobaczę czy to coś ważnego.

Spokojnie, poczekam tu na ciebie. – Uśmiechnąłem się szeroko. Znów się zarumieniła, co sprawiło, że do ust naleciała mi ślinka.

Kiedy wyszła rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu źródła „brzydkiego zapachu". Nigdzie nie widziałem brudnych śladów psa, ani nawet nie wyczuwałem obecności tego zwierzęcia. Nagle ujrzałem w koszu dużą kartkę. Wyglądała dziwnie. Zaciekawiony podszedłem sprawdzić, czym ona była. Nadstawiłem uszu. Jeszcze rozmawiała. Zbliżając się do jej biurka smród się nasilał. A kiedy wyciągnąłem kartkę z kosza, jej zapach mnie odrzucił. To było to. Ten papier tak cuchnął. Rozłożyłem go. Był to chyba jakiś list i w dodatku bardzo długi. Nie ładnie jest czytać cudzą korespondencję, ale treść z początku listu mnie zaciekawiła. Zaraz, zaraz. Po kilku sekundach doznałem olśnienia. Już wiem, kto napisał ten list. Cały się trzęsłem. Nie wiem, chyba ze złości. Miałem ochotę komuś przywalić. Znalazłem jakąś wolną kartkę na jej biurku i szybko przepisałem początek. Schowałem świstek do kurtki. Musiałem czym prędzej znaleźć się w domu. Po prostu musiałem im powiedzieć o moim odkryciu. W mojej kieszeni zawibrowała komórka. Na wyświetlaczu widniał numer Alice:

Edwardzie! Gdzie jest Bella???? – Nie zrozumiałem, o co chodzi.

Jest w domu. A ja jestem u niej. Czy coś się stało?

Nie widzę jej! Zniknęła z mojej wizji. Tak po prostu! – Co?

Ale jak to możliwe?

Nie mam pojęcia. Czy nie mówiła ci może, że zamierza coś zrobić?

Nie nic takiego nie mówiła. Alice, co się dzieje?

To też bym chciała wiedzieć. Ale sądzę, ze ty też coś wiesz.

Już do was jadę. Mamy ważną sprawę do obgadania. Tym razem jest to coś poważnego.

Edwardzie, czy to dotyczy Belli?

Nie wiem, być może. Zaraz będę w domu.

Rozłączyła się. Teraz tylko musiałem opuścić Bellę. Czy była bezpieczna? Mam nadzieję, że na czas naszej narady tak. Zbiegłem po schodach. Była jeszcze w kuchni. Właśnie wszedłem, kiedy się odwróciła. Niechcący ją przestraszyłem. Aż podskoczyła, gdy mnie ujrzała.

Oh, przepraszam, że cię przestraszyłem. Muszę już lecieć, więc przyszedłem się jeszcze pożegnać i już mnie nie ma.

Nie, nie zaczekaj. Nawet nie zdążyłam z tobą pogadać. Przez ten głupi telefon… - a jednak chciała ze mną pogadać. Super.

Spokojnie, nie wyprowadzam się stąd nigdzie. Mamy wiele czasu by się lepiej poznać. Ale teraz wybacz. Mam ważną sprawę. Trzymaj się. – Mam nadzieję, że te słowa okażą się prawdą.

Wybiegłem czym prędzej z jej domu. Mam nadzieję, że nie zauważyła jak szybko to zrobiłem. Jeszcze by tego brakowało, żeby się dowiedziała o mnie wszystkiego. Wsiadłem do mojego volvo i ruszyłem z podjazdu z piskiem opon. Wskaźnik na liczniku unosił się w górę, by po kilku sekundach przekroczyć 190. Było już ciemno. Znowu zacząłem się trząść. Ten głupi list nie dawał mi spokoju.

Zajechałem pod dom. Wszędzie paliły się światła. Chyba byli poruszeni ponownym zebraniem. Co ta Alice znowu im nagadała? Myślę, że znowu przesadziła. Jak to ona. Otworzyłem drzwi i już w progu dorwała mnie moja narwana siostrzyczka.

Gdzieś ty był? Nie rozumiesz, że się tu denerwujemy?

Spokojnie Alice, niech wejdzie do domu. – Powiedział Carlisle.

Musicie mnie wysłuchać. Ale to, co powiem bynajmniej okaże się prawdą a nie moją chorą wyobraźnią.

Zatem słuchamy…

Dzisiaj u Belli wyczułem pewien obcy zapach. – Każdy obecny zamarł.

Czy to jeden z naszych pobratymców? – Dopytywał się Carlisle.

Nie. To nie był zapach wampira. To nawet nie był zapach tylko smród. Smród przemoczonego psa.

CO??? – Wszyscy razem wykrzyczeli.

Jak? – Jasper wymówił swoje pierwsze od tygodnia słowo.

Sam nie wiem. Byłem w jej pokoju…

To te kundle zapuściły się do jej domu? – Alice podniosła swój głos.

Nie, na szczęście nie. Przysłały do niej list.

Jaki znowu list? Co w nim było? – Wyciągnąłem karteczkę z kieszeni. Podałem ją Carlisle'owi. Kiedy przeczytał, podał go dalej.

Ha, obrońcy. Te szczeniaki to mają wyobraźnię. Sami sobie krzywdę mogą zrobić, a tu chcą ludzi chronić. – Zaszydził Emmet.

Ale skąd one się tu wzięły? – Carlisle intensywnie nad czymś rozmyślał.

Tego nie wiem. Mieszkamy tu od niedawna. Pewnie któryś wywęszył nasz zapach w pobliżu domu Belli i postanowili pobawić się w ochroniarza. – Jedyne logiczne wyjaśnienie.

Taa, no to szykuje się niezła zabawa… - Emmet zatarł ręce.

Spokojnie, nie będziemy wchodzić im w drogę. Poczekamy, aż sami coś zrobią. – Optymizm Emmeta nieco przygasł.

A co z Bellą? – Spytała Esme. – No właśnie, co?

Tego jeszcze nie wymyśliłem. Na początku chciałem, aby jedno z nas każdej nocy patrolowało okolicę jej domu, ale zapewne oni też to robią. Nie chcemy ujawnić się przez te głupie wilki. Nie chcemy ponownego starcia…

Mów za siebie.

Zamknij się Emmet. – Rosalie warknęła na niego. Całe szczęście poskutkowało.

A jak dużo Bella wie o tym?

Chyba nic. Jej list był w koszu, co może oznaczać, że go zignorowała.

Po co oni wysłali do niej ten list. Przecież nic jej nie zagraża z naszej strony.

My to wiemy Alice, ale oni nie. Zawsze uważali, że nie jesteśmy zdolni do współ egzystencji z ludźmi. – Zapadła cisza.

A co z tym, że jej nie widzę? Chciałam sprawdzić, czy spotkamy się jutro i nagle zniknęła. – Dodała Alice rozpaczliwym tonem.

Być może to wina tych kundli.

Czyli myślisz, że ona ma jakieś powiązania z nimi?

Mam nadzieję, że nie. To by była już przesada.

Ok. pytanie brzmi: co teraz? – Musiałem w końcu je zadać.

Jak najbardziej zależy nam na dobru Belli. Jednak nie możemy równocześnie z watahą nieodpowiedzialnych wilków walczyć o jej bezpieczeństwo. Nie możemy dopuścić do odkrycia przez nią naszej wampirzej tajemnicy. Groziłoby jej jeszcze większe niebezpieczeństwo. – Zadrżałem. Wszyscy pomyśleliśmy o tym samym: Volturi.

Tak, to rozsądne. Ale musimy też uważać na szczeniaki. One mogą jej wszystko wypaplać. Im nie zależy na dochowaniu przez nas tajemnicy. I w tym momencie wraca wszystko do jednego punktu – sami narażają ją na niebezpieczeństwo. – Wszyscy się ze mną zgodzili.

Ja proponuję zaczekać. Jak do tej pory nie widzieliśmy w lesie żadnego z tych pchlarzy. A to, że natknęli się na nasz zapach w pobliżu jej domu, niczemu nie dowodzi. – Najdłuższa wypowiedź Jaspera od miesiąca.

Hmm, masz chyba rację Jasper. Nie pomyślałem o tym. Dzięki. – Skinął głową.

Czyli zostawiamy to w spokoju? – Spytał Emmet. Chyba nadal wierzył, że znów wdamy się w wojnę z wilkołakami. Co za dziecinada.

Tak. Na razie. Niech oni zrobią pierwszy krok. My będziemy stali z boku. A i przy okazji będziemy uważać na Bellę.

No to wszystko jasne. – Skwitował Carlisle.

Rozeszliśmy się po domu. Zostałem jeszcze chwilę w pustym salonie. Wolałem nie myśleć o dzisiejszej naradzie. Mam nadzieję, że te kundle nie będą zbliżać się do Belli.- Pomyślałem. Czy zawsze, gdy chciałem zacząć coś od nowa, kiedy mi się już udaję… czy zawsze musiał mi ktoś przeszkodzić? Rozejrzałem się dookoła. Zawiesiłem swój wzrok na fortepianie. Dawno nie grywałem. Podszedłem do niego i przejechałem palcem po klawiszach. Instrument wydał cichy dźwięk. Usiadłem na stołku i zacząłem grać. Tak po prostu. Moje uczucia pisały melodię. Zapamiętywałem każdą nutkę. Moja melodia przeobraziła się w balladę. Grałem coraz wolniej i wolniej. Chyba wiem, jak nazwę ten utwór. Dla Belli. Prosta nazwa. Ale dla mnie bardzo ważna i najcudowniejsza.

Nagle na swoich ramionach poczułem lekki ucisk. Esme dołączyła do mnie.

Jaka ona piękna. Dawno nie grywałeś… - pożaliła się.

Wiem. Przepraszam. Po prostu miałem dzisiaj wenę.

Jak brzmi tytuł?

Jeszcze nie wiem… - skłamałem.

Pewnie jest dla Belli… - czy ona była jasnowidzem? Uśmiechnąłem się do niej. Odwzajemniła uśmiech. Objęła mnie mocno.

Nie musisz wstydzić się swoich uczuć. Ja widzę, ile ona dla ciebie znaczy. I chociaż jej nie znam, czuję, jakby była i dla mnie kimś ważnym. Niesamowite, prawda?

Tak, to niebywałe. - Powiedziałem.

Właśnie skończyłem grać moją balladę…