Rozdział 4
******
Bella
******
Obudziłam się cała zalana łzami. Koszulka od pidżamy przykleiła się do mnie od potu. Cała drżałam. Mój oddech nie mógł się wyrównać. Płakałam. W głowie cały czas huczał ogień, a w ustach czułam dziwny posmak dymu. Dookoła było ciemno. Chyba jest jeszcze późno. Spojrzałam na szafkę nocną. Na zegarku widniała godzina 2 w nocy. Rozejrzałam się po pokoju. Nikt nie przyszedł sprawdzić, co ze mną. To chyba dobrze. Po cichu przekradłam się do łazienki, by przebrać się w coś suchego. Myślałam, ze nigdy nie uda mi się zdjąć koszulki przez moje drżące dłonie. W życiu nie czułam się tak okropnie. Kiedy już udało mi się wciągnąć na siebie suchy ciuch, wróciłam do swojego pokoju. Nadal czułam, że jest mi gorąco. Otworzyłam okno, by wpuścić nieco świeżego powietrza. Na dworze powiewał lekki wiatr. Przymknęłam oczy i wystawiłam twarz w kierunku wiatru. Miłe uczucie. Ale nawet on nie był w stanie oddalić ode mnie aurę koszmaru…
Nie chciałam ponownie zasypiać. Bałam się, że to powróci. Wzięłam swój ciepły koc i usiadłam na fotelu. Owinęłam się nim starannie. Mogłam już normalnie oddychać. Starałam się nie myśleć o tym, co mi się przyśniło, ale to było silniejsze ode mnie. Nie rozumiałam do końca, dlaczego znów ten sen się powtórzył. Zastanawiałam się, dlaczego widziałam go tak wyraźnie jakby dział się naprawdę. I kim był mój wybawiciel? Energicznie potrząsnęłam głową. Na te pytania wolałam już dzisiaj nie odpowiadać. Poczułam, że moja głowa robi się ciężka. I znowu odpłynęłam…
Kiedy otworzyłam oczy, na dworze było jasno. Pokój nieco się ochłodził, bo w nocy zapomniałam zamknąć okno. Wyskoczyłam spod koca i jednym ruchem złapałam za jego klamkę. Spojrzałam na zegarek. Było już grubo po 7. Czym prędzej wybiegłam do łazienki umyć zęby i wziąć krótki prysznic. Włożyłam swoje ulubione jeansy, koszule w kratę i złapałam za torbę. Zbiegałam na dół, co drugi schodek, by jak najszybciej znaleźć się w kuchni. Chwyciłam z lodówki batonik zbożowy, upiłam łyk zostawionej dla mnie herbaty i wybiegłam na dwór. Byłam już mocno spóźniona. Wrzuciłam torbę na miejsce dla pasażera i przekręciłam kluczyk w stacyjce. Silnik furgonetki cicho zawył. Wcisnęłam pedał gazu i po chwili byłam już w drodze do szkoły. Żeby zagłuszyć trochę swoje myśli zapuściłam głośno radio. Muzyka mnie uspokajała. I tym razem podziałało.
Zaparkowałam na swoim stałym miejscu. Na drugim końcu parkingu czekała już na mnie Alice. Widać, do cierpliwych osób ona nie należy. Gdy tylko wysiadłam, kroczyła w moją stronę. Miała poważną minę.
Cześć Bello. Mogę wiedzieć, skąd to spóźnienie?
Eeem, po prostu zaspałam. Ostatnio źle sypiam. – Nie wiem, dlaczego, ale przy niej zawsze się niepotrzebnie rozgadywałam.
Właśnie widzę, źle wyglądasz. – Spojrzałam po sobie. Zachichotała.
Chodzi mi o twoje oczy. Masz pod nimi sine cienie. Znów zarwałaś noc? – Musiałam szybko coś wymyśleć, inaczej będę musiała streścić jej mój koszmar. Zaraz, czy ona powiedziała znowu?
Tak. Nie mogłam spać. A skąd wiesz, że…
Oh, chodźmy już, bo się spóźnimy. – Miała rację. Poszłyśmy obie w stronę budynku. Po pewnej chwili zorientowałam się, że brakuje jej brata.
Gdzie Edward? – Spytałam. Spojrzała na mnie zdziwiona.
Pytasz o mojego brata? A to coś nowego.
Wiesz jesteście dopiero 2 dzień w szkole i raczej nie wypadałoby opuszczać lekcję. – Paplałam, co mi ślina na język przyniosła.
Musiał załatwić pilną sprawę rodzinną. Nie będzie go dzisiaj. – Dodała smutno. Coś mi tu nie grało.
Chodzi o tą sprawę, przez którą wczoraj musiał wcześniej ode mnie wyjść? – Drążyłam. Zauważyłam u niej pewną zmianę. Czegoś się chyba przestraszyła.
Co Ci powiedział Edward? – Spytała zaniepokojona.
Nic. Po prostu powiedział, że musi iść załatwić jakąś pilną sprawę i tyle. A powinnam coś wiedzieć?
Nie, nie. Tak tylko spytałam. – Kątem oka przyuważyłam, że odetchnęła z ulgą. Było coś, o czym nie mogłam się dowiedzieć. Ale miałam cały dzień na to, żeby wycisnąć z Alice wszystkie informacje.
Po raz pierwszy postanowiłam zaatakować Alice na angielskim. Lecz gdy zadałam jej dręczące mnie pytanie, nasz nauczyciel, pan Wells, brutalnie wyrwał mnie do odpowiedzi. Miałam ogromne szczęście, że akurat wiedziałam to, co mnie spytał. Pod koniec lekcji zrobił nam krótką kartkówkę, więc o rozmowie nie było mowy. Przez następne dwie godziny rozmyślałam jak ją podejść na matmie. Założę się, że ta mała istota nie będzie chciała dzisiaj chlapać językiem, ale czułam, że musze dowiedzieć się, co ukrywa. Kiedy przyszła kolej na matmę, okazało się, że Alice nie ma. Zniknęła. Przeszukałam chyba całą szkołę, ale nigdzie jej nie było. Super. Czyżby zwiała? Ale dlaczego? Przestraszyła się, że chce zadać jej parę pytań? Co za ironia… poczułam jak w kieszeni wibruje mój telefon. Sms. Od Alice!: „ Moja droga Bello. Musiałam dołączyć do Edwarda, nasza rodzina ma pewne kłopoty. Nic się nie martw. Zobaczymy sie jutro. UWAŻAJ NA SIEBIE. Alice." Czy to ostatnie zdanie musiało mnie aż tak przerazić? W ostatnim czasie słyszałam zbyt wiele razy to wyrażenie. Cisnęłam telefonem w kieszeń i poszłam na matmę.
Tak jak przewidziałam, bez Alice nudziło mi się strasznie. Przez cały czas zastanawiałam się, co takiego mogło przydarzyć się jej rodzinie, skoro potrzebowali i ją. Mam nadzieję, że to nic poważnego i niedługo wróci. A wtedy nie będę miała dla niej litości…
Nareszcie minęła moja ostatnia lekcja. Właśnie pakowałam swoje książki do torby, gdy do mojej ławki podszedł Mike Newton.
Hej Bella, masz chwilkę?
O co chodzi?
Mam takie małe pytanko… Yyy, nie poszłabyś czasem…
Nie Mike, nigdzie z Tobą nie pójdę. Już to przerabialiśmy nie pamiętasz? Z resztą powinieneś o to pytać swoją dziewczynę, nie uważasz? – Spuścił głowę.
Tak, tak wiem. – Nadal nie rozumiałam jego postępowania.
No to, o co chodzi?
Bo to ona kazała mi się z Tobą umówić.
Że co? Ona chyba upadła na głowę.
Pewnie tak. Jest strasznie zazdrosna o tego Cullena. – Prychnął. Czy aby tylko ona?
Weź jej powiedz, żeby dała sobie spokój. A co do Edwarda, niech będzie spokojna. On nie jest moim chłopakiem. – Albo mi się wydaje, albo tym stwierdzeniem dałam mu przyzwolenie do dalszego flirtu. Czym prędzej zmieniłam temat.
No, ale to nie oznacza, że szukam innego. – Popatrzyłam na niego swoim nieprzeniknionym wzrokiem. Nauczyłam się tego od taty. Jego entuzjazm przygasł na dobre. Przynajmniej jego mam z głowy… odszedł w kierunku wyjścia przygarbiony, szurając butami. Nie chciałam go obrażać, ale wyglądał jak jakaś sierota. Zastanawiałam się, co ta Jessica w nim widzi.
Na dworze zaczął padać deszcz. Naciągnęłam kaptur na głowę i pobiegłam do swojego auta, by jak najmniej tego mokrego świństwa znalazło się na mnie. Miałam szczęście, że jeszcze nie było tak wielkich kałuż, bo na pewno bym w którejś wylądowała, omijając je. Kiedy wsiadłam do swojej furgonetki, w mojej kieszeni znowu zawibrowała komórka. Kolejny sms od Alice: „ Mam nadzieję, że właśnie jedziesz do domu. Spotkamy się jutro w szkole. Nie zapomnij być grzeczna. Całuski. Alice." Ten mały elf zaczynał mi grać na nerwach. Te wszystkie prośby i tajemnice doprowadzą mnie do szaleństwa. Wrzuciłam pierwszy bieg i ruszyłam w kierunku domu.
Deszcz jak nigdy padał przez cały dzień, bez przerwy. Przez niego nie mogłam w końcu dotlenić swojego mózgu na świeżym powietrzu. Miałam zamiar dzisiejszego popołudnia wybrać się na polanę. Chciałam nieco przemyśleć kilka spraw. Moja kochana łąka zawsze mi w tym pomagała…
Szybko upichciłam coś dla rodziców i poszłam do swojego pokoju poczytać. Niestety w mojej skromnej biblioteczce znajdowały się tylko książki przeczytane przeze mnie chyba z dwieście razy. Postanowiłam, więc poszukać jakiś ciekawych informacji ze świata w Internecie. Odpaliłam swojego starego rzęcha. Po kilku minutach czekania uznałam, że jest to niemożliwe. Musiałabym chyba czekać z jeden dzień, żeby uruchomił się sam system, a co dopiero na włączenie przeglądarki internetowej. Koszmar. Ale i tak kochałam swoje rzeczy. Pozostało mi tylko oglądanie telewizji. Zbiegłam po schodach do salonu. Pod nieobecność Charliego mogłam korzystać z naszej plazmy dowoli. Usadowiłam się wygodnie na kanapie i włączyłam pierwszy lepszy kanał. Okazało się, że był to jakiś mecz. Przeleciałam jeszcze po kilku innych. Nic. Same nudne mecze. Czy w naszym domu są tylko kanały sportowe? Jak nic Charliemu sie dzisiaj dostanie. Wyłączyłam TV i rzuciłam pilota na kanapę. Przeniosłam się do kuchni. Zaparzyłam kubek gorącej herbaty i usiadłam przy stole. Byłam strasznie znudzona. Nagle poczułam się strasznie senna. Nie miałam ochoty wracać na górę do łóżka, więc położyłam się w salonie na kanapie. W domu panowała cisza. Było tylko słychać deszcz, który wybijał werble na okiennym parapecie. Zaczęłam odliczać: jedna kropla, dwie krople…
Znalazłam się w opuszczonym domu. Poznałam to po tym, że wszędzie było pełno kurzu i pajęczyn. Czuć było w powietrzu pleśń. Bałam się zrobić krok do przodu, bo deski wydawały się być spróchniałe, gotowe do połamania. Rozejrzałam się dookoła. Usłyszałam jakiś trzask, a potem wycie. Moje serce zaczęło walić jak oszalałe. Słyszałam czyjeś kroki. Swoje imię? Ktoś mnie wołał. Kolejny huk i fala ognia przede mną. Płomień szybko trawił stare deski domu. Cofnęłam się. Chciałam już uciekać, ale on był szybszy. Gęsty dym nie dawał mi oddychać. Poczułam, jak kręci mi się w głowie. Upadłam na ziemię. Już wiedziałam, że mój wybawiciel się pojawi, że mnie stąd zabierze. Czekałam tylko, kiedy….
Obudziłam się krzycząc na całe gardło. Siedzący w kuchni Charlie przybiegł sprawdzić, co takiego się stało.
Bello, nic ci nie jest? – Zapytał z troską. Wciąż szybko oddychałam
Nie. To ten sen. Był okropny. – Wymawiałam te słowa z trudem.
Już dobrze. – Przytulił mnie mocno do siebie. – Chyba nie powinnaś tak często pić tej herbaty. Ostatnio zaczęła ci szkodzić. – Spojrzał na kubek leżący na stoliku obok.
Może i masz rację. – Wyswobodziłam się z jego uścisku i poszłam do łazienki. Czułam, jak Charlie wpatruje się we mnie intensywnie. Nie chciałam mu zdradzić, o czym był ten straszny koszmar. Wystarczająco się o mnie z mamą martwili.
Przemyłam zimną wodą swoją twarz. Nieco mnie ona otrzeźwiła. Usiadłam na podłodze, opierając się plecami o wannę. Chłodne płytki jeszcze bardziej mi pomogły. Siedziałam tak chyba z 10 minut, kiedy do pomieszczenia weszła mama. Chyba Charlie zdążył jej opowiedzieć zaistniałą sytuację, kiedy wróciła z pracy. Nic nie mówiąc, usiadła obok mnie. Tylko się na mnie patrzyła. Na jej twarzy malowała się troska. Swoją ręką odgarnęła mi włosy z czoła i przytuliła do siebie. Ta sytuacja coś mi przypominała, tylko nie wiedziałam jeszcze, co. Po krótkiej chwili czułości przyszedł czas na przemowę.
Bello. – Zaczęła mama.
Tak mamo?
Boję się o ciebie. – Powiedziała ze smutkiem w głosie.
Nic mi nie będzie, nie musisz się martwić. – Spojrzałam jej prosto w oczy.
Może.
To, dlaczego tak mówisz?
Wiesz kochanie, kiedy ostatnim razem śniły ci się koszmary, zwiastowały one coś niedobrego. Chyba nie musze ci przypominać?
Nie, wiem doskonale, o co ci chodzi. – Sięgnęłam pamięcią do feralnego dnia, kiedy wpadłam pod autobus. Cudem udało mi się z tego wyjść bez szwanku. I jak pamiętam, przed tym wydarzeniem dręczyły mnie koszmary. Ale to tylko jedno z wielu przykrych zdarzeń.
Sama widzisz. Ale teraz martwi mnie jedna rzecz. Twoje sny dawniej nie powtarzały się tak często. Teraz, nawet, gdy zasypiasz na kanapie, budzisz się z krzykiem. Chyba rozumiesz, skąd ten potok zmartwień z mojej strony. – Pogłaskała mnie po głowie. Jeszcze raz mocno do siebie przytuliła. Jej obawy zaczęły udzielać się mnie. Przymknęłam oczy i starałam się teraz o tym nie myśleć. Przywarłyśmy z mamą do siebie mocno i pewnie byłoby tak nadal, gdyby nie zadzwonił telefon. Musiała go odebrać. Dzwonili z pracy. Błagalnym wzrokiem powiedziałam jej, żeby nie brała za nikogo zmiany, bo inaczej się wykończy. Mam nadzieję, że tym razem mnie posłucha…
Tymczasem przeniosłam się do swojego pokoju. Na dworze przestało padać, więc uchyliłam okno. Wyciągnęłam z torby podręczniki i przejrzałam je w poszukiwaniu zajęcia na wieczór. Znalazłam temat, który mieliśmy przerabiać na biologii na następnej lekcji. Już na wstępie wydawał się ciekawy, ale tak było tylko na początku. Kolejne stracone minuty na nudne zajęcie. Schowałam książkę z powrotem do torby. Nagle do głowy przyszedł mi pewien pomysł. A może by tak zadzwonić do Alice? Mam jej numer w komórce. Wystarczy wcisnąć zieloną słuchawkę i dzwonić. Zeszłam na dół po kurtkę, w której kieszeni znajdował się mój telefon. Wybrałam odpowiedni numer i wcisnęłam guzik. Odebrała już po pierwszym sygnale. Zupełnie, jakby wiedziała, że do niej zadzwonię.
Hej Bello, jak leci? – Zaświergotała swoim słodkim głosem
Yyy, w porządku. Jak tam sprawy rodzinne? Wszystko już ok.?
Tak, udało nam się załatwić wszystko po naszej myśli. – Humor jej dopisywał.
To świetnie. Em, będziesz jutro w szkole? – Musiałam o to spytać.
Jasne, przecież Ci już pisałam. Wydaje mi się, że chodzi, o co innego, co Bells? – Spytała. Dlaczego musiała być taka spostrzegawcza? Znów się zająkałam.
Yyy, tak, mam kilka pytań. – Oznajmiłam.
No to, słucham.
Sądzę, że coś przede mną ukrywasz…
To nie jest pytanie, kochana – powiedziała.
Tak, wiem. No to jak? Jest coś, o czym nie wiem? – Drążyłam dalej. Zawahała się.
Dlaczego uważasz, że mam coś przed Tobą do ukrycia? –Spytała.
Po prostu to wiem. Za każdym razem, gdy chciałam cię spytać wcześniej o to samo, co teraz, spławiałaś mnie jakimś tekstem, albo odwracałaś moją uwagę byle czym. Mam podstawy uważać, że coś jest nie halo… - rozgadałam się.
Bells, w życiu bym Cie nie okłamała. Nie mówiąc już o ukrywaniu pewnych faktów. Nie obraź się, ale to, o co prawdopodobnie ci chodzi, jest naszą rodzinną sprawą. Pewnie ty tez masz swoje tajemnice… - tym tekstem mnie powaliła. Zrobiło mi się strasznie głupio.
Przepraszam, nie powinnam była…
Nie przepraszaj mnie złotko, to zrozumiałe, że jesteś ciekawa i się o mnie troszczysz, prawda? – Spytała słodko. Jakże nie miałam tego potwierdzić?
Oh, domyśliłaś się Alice. – Zaśmiałyśmy się obie. To jak, będziesz jutro?
Oczywiście moja droga. Wszystko już dobrze, więc nie mam podstaw, żeby cię opuszczać.
Przez około pół godziny gadałyśmy z Alice na różne babskie tematy. Nie obyło się bez plotek na temat Jessici i jej Mike'a. Ach, chociaż jedna rzecz, która mnie dzisiejszego dnia nie znudziła. Chyba będę musiała częściej dzwonić do Alice. A może będę do niej wpadać czasami? Kto wie. Pożyjemy, zobaczymy…
Odłożyłam swoją komórkę na szafkę nocną. Podeszłam do okna, by je zamknąć i zauważyłam na biurku leżącą kopertę. Była identyczna jak ta, co przyszła wczoraj. Nie było dzisiaj listonosza, więc skąd ona się tu wzięła? Czym prędzej zamknęłam okno na cztery spusty. Drżącymi rękoma wzięłam kopertę i wyciągnęłam list, będący w środku. Rozpoznałam pismo poprzedniego nadawcy.
Isabello Swan
Powiem krótko: musimy się spotkać. Moi przełożeni nie będą zachwyceni moim pomysłem, ale mniejsza o to. Proponuję, jako miejsce naszego jutrzejszego spotkania starą leśniczówkę na północnym- wschodzie Forks. Proszę, to dla mnie bardzo ważne. Będę jutro czekał na ciebie w godzinach popołudniowych. Nie zapomnij. To bardzo ważne!
J.B.
Stałam jak wryta. Nie mogłam się ruszyć z miejsca. O co chodzi tajemniczemu J.B? Dlaczego zależy mu na spotkaniu ze mną? Chyba nie chciałam tego wiedzieć. Tak jak poprzedni list wylądował on w koszu. Ze zdenerwowania trzęsły mi się ręce. Przysiadłam na krańcu łóżka. Musiałam mieć jakąś podpórkę żeby nie zemdleć. Znów powróciły obawy. Co będzie dalej? Co mam zrobić w tej sytuacji? Z takimi i innymi pytaniami położyłam się dzisiaj spać…
******
Edward
******
Przez całą noc siedziałem w swoim pokoju myśląc o Belli. Starałem się ułożyć własny plan, w którym będę mógł samodzielnie chronić ją przed innymi( . zapchlonymi szczeniakami). Nie chciałem mieszać w to własnej rodziny. Wiedziałem, że zawsze mogę coś schrzanić. Ale w tej sytuacji mogę samodzielnie wziąć za to odpowiedzialność. Mógłbym o niej rozmyślać całą wieczność, ale gdy ma się przy boku Alice, chyba nie jest to możliwe...
Wparowała do mojego pokoju i rzuciła się na mnie.
Edwardzie, szykuje się nam niemiłe spotkanie. – Z jej myśli wyczytałem tylko informację o jakieś polanie i… zaraz, zaraz, czy ja dobrze widzę? Prawa ściana lasu zniknęła? Wilki?
O co im chodzi?
Chcą z nami porozmawiać. Nie widziałam, żeby doszło do walki.
Bo to niemożliwe, Alice. – Pokazała mi język.
Tak czy inaczej musimy się tam stawić wszyscy. Nie wiem, o co im chodzi, ale zapewne się domyślasz.
Tak, chyba chodzi im o Bellę. Wysłali jej list. – Zamyśliłem się na moment.
Chodźmy się naradzić. Wszyscy czekają w salonie na twoje instrukcje. – Dodała Alice. Na moje instrukcje? A kim ja niby jestem. Tych rodzinnych zgromadzeń miałem już po dziurki w nosie. Ale jeśli chodziło w nich o Bellę, byłem gotowy to znieść.
Poszliśmy z Alice do salonu. Wszyscy byli już na miejscu. Już na wejściu swoim entuzjazmem denerwował mnie Emmet. Pewnie liczył na bitwę, do której nie może dojść. Nie dzisiaj. Popatrzyłem po wszystkich. Oczy wszystkich domowników były wlepione we mnie.
Jak zapewne wiecie, szykuje się nam niemiłe spotkanie z… wilkami – z trudem wymówiłem to słowo. – Nie wiemy, o co im dokładnie chodzi, ale domyślamy się, że tematem naszej debaty będzie nie, kto inny jak Bella. – Ktoś prychnął. Tak jak przewidziałem, był to Emmet.
Nie mów, że chcesz z nimi gadać. – Splunął na bok- ja na twoim miejscu wykurzyłbym ich stąd…
Emmet, nie dzisiaj! Już o tym rozmawialiśmy, to oni mają zrobić pierwszy krok. – Wyraźnie się na mnie obraził, bo założył ręce na piersi i spuścił wzrok. Więcej się nie odezwał. Kontynuowałem.
Dobrze. Pójdziemy tam, żeby dowiedzieć się, co zamierzają robić. Nie będziemy atakować. – Podkreśliłem to po raz setny.
No dobrze, a co jeśli będą chcieli oni zaatakować.
Wtedy nie będziemy im dłużni.
Nie musi do tego dojść – dodał Carlisle. Wiedziałem, że nie będzie chciał się bić. Dobrze go rozumiałem.
Wiem, Carlisle, nie dopuścimy do tego. Nie po to tam idziemy.
Dobrze, czyli wszystko jasne. Ale co z Bellą? – Spytała Rose. O tym jeszcze nie pomyślałem.
Myślę, że dobrze by było, żeby Alice poszła normalnie do szkoły. Trzeba mieć na nią oko. – Zaproponował Jasper. Oczywiście Alice nie uśmiechało się zostawiać ukochanego na pastwę młodych wilków, ale nie miała wyboru. Była rozdarta pomiędzy Bellę, a Jaspera. Wyczytałem to z jej umysłu. Niechętnie się zgodziła.
Ok., czyli plan mamy ustalony. Alice, o której mniej więcej ruszamy?
Za moment. Musicie być ciut wcześniej. Oni cały czas myślą, że nas podejdą i zaskoczą, ale zdziwią się nieco, że ich uprzedzicie. – Ta część podobała mi się najbardziej.
Wszyscy, prócz Alice przygotowaliśmy się do biegu na polanę. Nie była ona daleko, ale zdaniem Alice, powinniśmy czekać na nich wcześniej. Wziąłem jeszcze swój telefon komórkowy, żeby w razie czego komunikować się z Alice i byłem już gotowy. Wybiegłem, jako pierwszy przez szklane drzwi salonu. Za mną biegł Jasper i Carlisle, nieco z tyłu trzymała się Rose z Emmetem i Esme. Po 2 minutach biegu staliśmy już na polanie. Niebo było pochmurne, chyba zbierało się na deszcz. Lekki wiatr z północy owiewał mi teraz twarz. I wtedy wyczułem ten ostry smród przemoczonego psa. Wszyscy pozostali zmarszczyli nosy. Po chwili w mojej głowie słyszałem nie tylko swoich bliskich, ale i sześć nowych głosów. Były niezwykle ze sobą zsynchronizowane. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. Po chwili wynurzył się pierwszy, czarny wilk. Wyglądał na przywódcę. Za nim wyłoniło się pięć innych, każdy o innym odcieniu sierści. Wsłuchałem się w ich myśli. Oni tez nie chcieli się bić. Chcieli nas tylko ostrzec. Zaraz. Ten jeden, strasznie dużo myśli o Belli. Innym tez się to nie podoba. Świetnie.
Minęło kilka minut. Wreszcie Carlisle postanowił przemówić. Zrobił mały krok do przodu. Wilki odruchowo się cofnęły. Słyszałem, jak jeden chciał już atakować, ale ich przywódca do tego nie dopuścił. Zrobił ostrożnie kolejny ruch, unosząc przy tym ręce pokazując, że ma pokojowe zamiary. Spojrzał na mnie. Kiwnąłem głową dając mu przyzwolenie, żeby zaczął.
Jesteśmy tu, aby pomówić z wami w sprawie Isabelli Swan. Wiemy, że chcecie chronić ją należycie, ale z naszej strony nic jej nie zagraża. Chcę tu również zaznaczyć, że my, czyli cała nasza rodzina otaczamy ją równie dobrą opieką, co wy. – Wśród wilków zapanowało poruszenie. Carlisle spojrzał na mnie.
Nie wierzą nam. Uważają nas za krwiopijców i bezdusznych morderców ludzi. – Cała szóstka spojrzała na mnie. Byli zszokowani. Chyba się nieco pogubili, ich myśli wyrażały setki emocji.
Chcemy was zapewnić, że z naszej strony nie stanie jej się żadna krzywda. Cała nasza siódemka przyrzeka wam tutaj, że włos jej z głowy nie spadnie. Tak jak i innym ludziom. Nie jesteśmy jak nasi pobratymcy. Zmieniliśmy diametralnie swój tryb życia. Nie żywimy się ludzką krwią, tylko zwierzęcą. – Wilki zawarczały głośno. Nacisk na słowo zwierzęca nieco ich uraził.
Chodzi im nie tylko o to, co powiedziałeś. Zauważyli, że jest nas sześcioro, a ty powiedziałeś siedmioro. Każdy z nas musi przyrzec to osobiście. – Carlisle skinął głową. Wyciągnąłem swój telefon i wybrałem numer Alice. Odebrała po pierwszym sygnale.
Co jest brat? Coś nie tak?
Musisz tu przyjechać. Jesteś potrzebna.
A co mam powiedzieć Belli?
Nie wiem. Wymyśl coś. Chyba potrafisz?
Jasne, jasne. Zaraz tam będę. – Wyłączyła się. Schowałem swój telefon i zwróciłem się w kierunku wilków.
Zaraz będzie nas komplet. Czy jeszcze jakieś życzenia? – Spytałem z sarkazmem. Rudawy wilk prychnął. Jezu, jak on mi działał na nerwy.
Na Alice nie musieliśmy długo czekać. Przybiegła najszybciej jak potrafiła. Z jej myśli wywnioskowałem, ze wiedziała już, o co chodzi.
Jak widać na załączonym obrazku, jest nas cała siódemka. Każdy z nas może złożyć wam obietnicę, że żaden człowiek nie zostanie przez nas skrzywdzony. – Powiedziałem. Każdy z nich nie wiedział, co o tym myśleć. Wraz ze swoim przywódcą zaczęli się już wahać, ale jeden, ten rudy nie chciał na nic się zgadzać. Po dłuższej chwili (chyba się naradzali) ich czarny przywódca kiwnął łbem i dał nam przyzwolenie. Każdy z nas odetchnął z ulgą. Jedynie Emmet był zawiedziony, że do niczego nie doszło. Po kolei wydukaliśmy krótka formułkę obietnicy, jaką mieliśmy złożyć. Kiedy już skończyliśmy, cała wataha zaczęła wycofywać się do lasu. Jedynie rudy patrzył cały czas na mnie, ostrzegając mnie. Zignorowałem go całkiem. Dla mnie był to dzieciak.
Po powrocie w domu zapanowała całkiem inna atmosfera niż poprzednio. Wszyscy mieli poczucie, że udało im się coś zdziałać. Zasiadłem z Alice i Jasperem na kanapie w salonie i razem przeglądaliśmy wydarzenia ze świata. Jednak po przełączeniu kilku kanałów, całkiem mi się to znudziło. Postanowiłem jakoś zagadać Alice. W końcu to ona była dzisiaj w szkole. Z Bellą.
Alice, co powiedziałaś Belli dzisiaj w szkole? Pytała może o mnie? – Spytałem nieśmiało. Zaśmiała się.
Oczywiście głuptasie. Nawet mnie to nieco zdziwiło.
A co jej powiedziałaś? – Byłem ciekawy każdego słowa.
Po prostu, że załatwiasz pewna ważną sprawę rodzinną. – Ale się wysiliła… nagle jej oczy zaszły mgłą.
Alice? Co ci? Widzisz coś? – Spytałem spanikowany. Po chwili się uśmiechnęła.
Oczywiście. – Wróciła już na ziemię. – Bella postanowiła uciąć sobie ze mną pogawędkę. Zadzwoni za 5, 4, 3, 2, 1… rozbrzmiał dzwonek telefonu Alice. Odebrała go z bananem na twarzy. Ja nie wiem jak ten Jasper może z nią wytrzymać.
Hej Bello, jak leci? – Zaświergotała swoim słodkim głosem
Yyy, w porządku. Jak tam sprawy rodzinne? Wszystko już ok.? – doskonale wszystko słyszałem.
Tak, udało nam się załatwić wszystko po naszej myśli. – Dodała uśmiechnięta.
To świetnie. Em, będziesz jutro w szkole? – Siedziałem jak na szpilkach. Czy zapyta o mnie?
Jasne, przecież Ci już pisałam. Wydaje mi się, że chodzi, o co innego, co Bells? – Spytała.
Yyy, tak, mam kilka pytań. – Oznajmiła.
No to, słucham.
Sądzę, że coś przede mną ukrywasz…
To nie jest pytanie, kochana – powiedziała.
Tak, wiem. No to jak? Jest coś, o czym nie wiem? – Drążyła dalej. Alice zawahała się.
Dlaczego uważasz, że mam coś przed Tobą do ukrycia? –Spytała.
Po prostu to wiem. Za każdym razem, gdy chciałam cię spytać wcześniej o to samo, co teraz, spławiałaś mnie jakimś tekstem, albo odwracałaś moją uwagę byle czym. Mam podstawy uważać, że coś jest nie halo…
Bells, w życiu bym Cie nie okłamała. Nie mówiąc już o ukrywaniu pewnych faktów. Nie obraź się, ale to, o co prawdopodobnie ci chodzi, jest naszą rodzinną sprawą. Pewnie ty tez masz swoje tajemnice…
Przepraszam, nie powinnam była…
Nie przepraszaj mnie złotko, to zrozumiałe, że jesteś ciekawa i się o mnie troszczysz, prawda? – Spytała słodko. Ale wazelina.
Oh, domyśliłaś się Alice. – Zaśmiały się obie. -To jak, będziesz jutro?
Oczywiście moja droga. Wszystko już dobrze, więc nie mam podstaw, żeby cię opuszczać.
Dalej już nie słuchałem, bo dziewuchy ucięły sobie pogawędkę. Ani razu nie wspomniała o mnie. Szkoda. A już myślałem, że ją do siebie jakoś przekonałem. Cóż, będę próbował dalej. Przeniosłem się do siebie. Tradycyjnie włączyłem płytkę w moim odtwarzaczu i wsłuchałem się w melodię. Była tak spokojna i delikatna… na każdym kroku przypominała mi Bellę. Ułożyłem się na swojej kanapie i przymknąłem oczy. Ach, jaka szkoda, że nie mogę śnić. Na pewno śniłbym o jednej dziewczynie. Piosenka przypominająca Bellę skończyła się, by zrobić miejsce kolejnej. Ta druga przypomniała mi pewną rzecz. Rzecz, którą zamierzam zrobić. I to jeszcze dzisiaj…
