Rozdział 5
******
Bella
******
Kiedy się obudziłam, na dworze było już jasno. Znowu padał deszcz. Już nie tak mocno jak wczoraj, ale nadal słyszałam jak dzwoni o parapet. Zwlokłam się z łóżka, by dotrzeć do łazienki jak najszybciej. Poczułam silny ból brzucha. Coś czułam, że prędko mi to nie przejdzie. Myjąc ręce spojrzałam w lustro. Byłam cała blada. Nie wiem, może złapałam jakiegoś wirusa. Nie czułam się najlepiej. Wróciłam do swojego pokoju i wgramoliłam się pod kołdrę. Nie miałam zamiaru dzisiaj wychodzić z łóżka. Jeden dzień sobie beze mnie poradzą. Wytężyłam słuch. Na dole panowała cisza. Rodzice już są w pracy. Chyba będzie lepiej, jeśli uprzedzę ich, że zostaje dziś w domu. Wzięłam swój telefon z nocnej szafki i wybrałam odpowiedni numer.
Cześć mamo.
Hej Bells. Co jest grane?- Spytała zaniepokojona.
Nic. Po prostu źle się czuję. Dzwonię powiedzieć, że zostanę dzisiaj w domu.
Bello, co ci jest?- Ponownie spytała.
Bardzo boli mnie brzuch. Nie dam rady iść do szkoły.
Biedactwo. Dobrze, zostań. W szafce w łazience są krople żołądkowe. Jeśli będzie bardziej cię bolał, wlej do gorącej herbaty kilka kropel. Powinno pomóc.- Dodała z troską.
Dziękuje mamo. Do zobaczenia po południu.
Na razie skarbie.- Odłożyła słuchawkę.
Mam nadzieję, że brzuch przestanie boleć i nie będę musiała brać tych ohydnych kropel. Pamiętam, jak byłam mała, kiedy bolał mnie brzuch, babcia wciskała we mnie łyżką to świństwo. Wolałam już zwijać się z bólu niż kosztować te jej „cudowne preparaty". Odłożyłam telefon, ale po chwili namysłu postanowiłam uprzedzić jeszcze Alice o małej zmianie planu. Szybko napisałam krótkiego sms-a i wysłałam do niej:
Hej Alice. Nie będę dzisiaj w szkole. Małe problemy zdrowotne. Nie martw się, nic poważnego. Całusy. Bella.
Na odpowiedź nie musiałam długo czekać. Dosyć szybko uwinęła się z napisaniem wiadomości do mnie:
Cześć Bello, co takiego ci jest? Mogę jakoś pomóc? Może wpadnę do ciebie, co? Towarzystwo i opieka na pewno ci się przyda. Buziak. Alice.
Musiałam prędko coś wymyśleć. Nie chciałam jej tu fatygować. W końcu nic takiego mi nie jest. Ale ona jak zawsze wszystko wyolbrzymiała. Prędko napisałam odpowiedź. Jeszcze tego by brakowało, żeby tu zaraz przyjechała.
Nie Alice, nic takiego mi nie jest. Pewnie niedługo mi przejdzie. Lepiej idź do szkoły, będę miała od kogo wziąć lekcje. Pozdrawiam. Bella.
I znowu długo nie czekałam.
Ok Bells. Trzymaj się. Masz mi się tam kurować i jutro widzimy się w szkole, jasne? Co do lekcji, wpadnę do ciebie popołudniu, będziesz na bieżąco. I uważaj na siebie! Buziaki. Twoja Alice.
Uff, nie przyjedzie. Bardzo ją lubiłam, ale nie byłam aż tak samolubna i nie chciałam, by specjalnie dla mnie nie szła do szkoły. Wyłączyłam dźwięk w telefonie i położyłam go na stoliku. Nakryłam się kołdra i próbowałam zasnąć, ale ból zaczął niestety się nasilać. Zwinęłam się w kłębek i próbowałam go ignorować. Znowu nic nie dało. Zacisnęłam zęby. Raz się żyje- pomyślałam. Wyskoczyłam z łóżka i poszłam do łazienki. Nie chciało mi się robić herbaty, więc wlałam kilka kropel do szklanki wody. Na wszelki wypadek przygotowałam jeszcze jedną, żebym mogła popić to świństwo. Zatkałam swój nos i jednym haustem wypiłam zawartość szklanki. Potem szybko zaczęłam opróżniać drugą. Kiedy połknęłam ostatek poczułam małą ulgę. Ale na całkowity efekt pewnie będę musiała poczekać dłużej.
Wróciłam do pokoju, ale nie położyłam się do łóżka. Usiadłam na fotelu i przymknęłam powieki. Rozkoszowałam się ciszą, jaka panowała w domu. Ból zaczął się oddalać. Nie wiedziałam, czy to krople mi pomogły, czy też zaczęłam usypiać. Mniejsza o to. Ważne, że nie musiałam dłużej cierpieć. Kiedy otworzyłam oczy mój żołądek już mnie nie pobolewał. No może troszeczkę kłuło mnie, ale to tylko odrobina. Ostrożnie wstałam z fotela i ubrałam się. Na zegarku widniała godzina 9. A więc zdrzemnęłam się godzinkę. Zeszłam na dół posprzątać. Miałam teraz trochę wolnego czasu. Skoro już ozdrowiałam, mogłam nieco wykorzystać wolny czas. Wyciągnęłam specjalną ściereczkę do kurzy i przeleciałam cały dom, omiatając meble z szarego pyłku. Wywietrzyłam całe mieszkanie i umyłam podłogi. Po skończonej pracy poszłam do swojego pokoju. Pościeliłam łóżko i postanowiłam w końcu dokończyć „Wichrowe wzgórza". Ale każda książka w końcu kiedyś się nudzi. Po przeczytaniu kilku rozdziałów stwierdziłam, że dalej nie pociągnę. Schowałam ją i zaczęłam wymyślać jakieś ciekawe zajęcie na dzisiaj. Nie miałam zamiaru drugi raz z rzędu kisić się w domu i w dodatku umierać z nudów. A może by tak wybrać się na polanę? Nikt nie zauważy, że nie ma mnie w domu. A i droga na moją łąkę była w przeciwnym kierunku niż szkoła. Miałam jeszcze kilka małych wątpliwości, ale jak tylko pomyślałam o polanie od razu się ulotniły. Przebrałam się szybko w wygodne ciuchy. Zabrałam do kieszeni telefon i wyjęłam z torby klucze do furgonetki. Nic już nie trzymało mnie więcej w domu, więc czym prędzej z niego wyszłam. Na dworze było pochmurno, ale wiał przyjemny ciepły wietrzyk. Wsiadłam za kierownicę mojego kochanego sędziwego auta i ruszyłam w drogę.
Nie spieszyłam się. Uchyliłam nieco szybę i ciepły wiaterek owiewał mi twarz. Ze starego radia w mojej furgonetce rozbrzmiewała muzyka. Lubiłam takie chwile jak te. Ale zazwyczaj nie trwały one zbyt długo. Zawsze coś musiało mi przeszkodzić…
Dojechałam do miejsca, gdzie zawsze parkuje swoja furgonetkę. Jakże byłam szczęśliwa, stojąc w tym miejscu. Czym prędzej wysiadłam z szoferki i prawie biegłam w stronę polany. Po drodze wiatr rozwiewał moje brązowe, długie włosy, nieraz zaczepiając je o gałęzie drzew. Kiedy stanęłam na krańcu polany, mojej polany, o mało nie popłakałam się ze szczęścia. Tak dawno tu nie byłam. Chyba ze sto lat! Jak zawsze zachwycała swoim pięknem. Było tak, jakby rzuciła na mnie swój urok, któremu nie mogłam się oprzeć. W tym miejscu zapominałam o wszystkim. Znikały problemy, dręczące myśli. Zdjęłam z siebie swoją kurtkę i rozłożyłam na ziemi, wśród tysięcy kwiatów. Położyłam się na niej i wpatrywałam w niebo, które miejscami było szare, a miejscami przebijał się na nim błękit. Przymknęłam swoje powieki i rozkoszowałam się chwilą, jaką dawno nie było mi dane mieć.
Po kilku minutach poczułam, że wiatr się nasilił. Otworzyłam jedno oko i zauważyłam, że niebo zrobiło się bardziej szare. Zapowiadała się wielka burza. Podniosłam się szybko i struchlałam. W drugim końcu łąki, między drzewami stało jakieś ogromne zwierze. Jego wielkie ślepia patrzyły się prosto na mnie. Co robić? Uciekać? W tą czy w tamtą stronę? Po kilku sekundach intensywnego gapienia się, owe zwierze wycofało się i uciekło w las. Uciekło? A nie ja powinnam to zrobić? Potrząsnęłam głową i pobiegłam z powrotem do samochodu. Ten mutant mógł w każdej chwili wrócić. Nie zorientowałam się, kiedy po drodze po policzku popłynęły mi łzy. Byłam zła na to coś, bo znów przerwało mi chwilę spokoju na mojej polanie. Wsiadłam do furgonetki mocno trzaskając jej drzwiami. Otarłam szybko ostatnie łzy z policzka i zapuściłam silnik. Powoli oddalałam się od mojego małego szczęścia…
Jadąc do domu próbowałam utrzymać na kierownicy moje drżące dłonie. No tak, jadę do domu, w którym czeka na mnie moja wierna towarzyszka- nuda. Znowu zwolniłam. Próbowałam jak najbardziej opóźni ć mój powrót. W końcu przystanęłam na poboczu. Wysiadłam z auta o oparłam się o jego drzwiczki. Zaczerpnęłam duży haust powietrza i nieco mnie to rozluźniło. Stałam teraz w połowie drogi do domu, która ciągnęła się przez las. Zaczęłam rozglądać się z ciekawością wokół siebie i wtem zobaczyłam dwupiętrowy domek pomiędzy drzewami. Był stary. I to bardzo. Przeszłam na drugą stronę jezdni i powoli zbliżyłam się do budynku. Byłam ciekawa. Widać go było wyraźnie, bo wokół niego rosła mała polanka. Nie była podobna do mojej, bo nie było na niej kwiatów, a tylko porośnięta wysoką trawą. Podeszłam bliżej. Obok drzwi frontowych wisiała tabliczka z napisem „Leśniczówka". Zaniemówiłam. To tutaj miałam spotkać się z tajemniczym J.B. zerknęłam na wyświetlacz w komórce. Była godzina 14. Czyli już popołudnie. Ale nikogo w pobliżu nie widziałam. Nikogo tutaj nie było. Więc miałam rację – to jeden wielki pic na wodę. Komuś się żartów zachciało. Chciałam już zawrócić, ale coś jakby ciągnęło mnie do tego starego budynku. Zupełnie jakbym miała się tu znaleźć. Skapitulowałam i ostrożnie uchyliłam stare, spróchniałe już drzwi wejściowe. Wewnątrz leśniczówki było pełno pajęczyn. Wróciłam, więc na dwór, by znaleźć jakiegoś kija, który posłuży mi, jako miotełka. Ostrożnie przedzierałam się przez te cienkie sieci. Wnętrze było umeblowane, chyba pochodziły one z lat 20stych jak się nie mylę. Wokół ściany pokryte były pięknymi obrazami przykrytymi toną kurzu. Z resztą wszędzie on był. Kilka razy musiałam kichnąć. Ostrożnie machając kijem przed sobą weszłam po schodach na górę. Przeszłam przez hol, w którym również było mnóstwo obrazów i znalazłam się w pomieszczeniu, które wydawało się być dla mnie znane. Kiedy po kilku sekundach uświadomiłam sobie, co mi ono przypomina, patyk z mojej ręki wyleciał na podłogę. Zaraz, albo przeżywam jakieś dziwaczne de javu, albo… Nie tej myśli nie chciałam do siebie dopuścić. Moje serce zaczęło bić z taka prędkością, że czułam, jak zaraz wyskoczy mi z piersi. Poczułam też, że nie mogę się ruszyć. Zupełnie jakbym przykleiła się do podłogi. A więc to mnie tutaj przyciągnęło. Moje głupie przeznaczenie. Teraz już wszystko rozumiałam, w pełni wszystko poukładałam. Te sny, one coś znaczyły. Wiedziałam o tym ja i moja mama. A już myślałam, ze zamiast pecha będę spotykać się z nudą. Cóż, widocznie się pomyliłam.
Moje wnioski i rozmyślania przerwał głośny huk. To coś na dole. Czułam, jak zadrżała podłoga. Mimo to nie mogłam ruszyć się z miejsca. Nie wiem jak ono to zrobiło, ale chyba moje serce przyśpieszyło. Jak nic padnę tu na zawał. Ale zanim to nastąpi stanie się coś o wiele gorszego…
Rozpłakałam się. Wiedziałam. Wiedziałam, co mnie teraz czeka. To wszystko było identyczne tak jak we śnie. Ale teraz było tysiąc razy gorzej. To działo się naprawdę!
Po paru sekundach otrząsnęłam się, bo ktoś zawołał moje imię. Głos znajomy. I jeszcze jeden – nieznajomy. Po chwili zapanowała cisza. Ałł, słyszałam jakiś trzask. Co to za wycie? Jakieś zwierzę tu było? A może zaatakował tego kogoś, kto mnie wołał? Kim on był? Czy to ten cały J.B? Nie miałam chyba już nigdy się tego dowiedzieć, bo kolejny huk przerwał wszystko, co dotychczas robiłam. Wielki ogień stanął zaraz przede mną. Ogromna fala gorąca buchnęła mi w twarz. Potwornie zapiekło. Cofnęłam się o krok, ale zaraz tego pożałowałam, bo stara deska złamała się i potknęłam się o nią, upadając na ziemię. Pech chciał, że zaczepiłam o nią moimi spodniami. Nie miałam siły, by ją odczepić. Szarpałam się z moją nogawką od spodni a tymczasem ogień rozprzestrzenił się na tyle, by dzieliły mnie od niego jedynie kilka stóp. Ogień trawił stara leśniczówkę, nie oszczędzając ani jednej deski. Od gęstego dymu zaczęło kręcić mi się w głowie, krztusiłam się, brakowało mi powietrza. Straciłam całkowicie siły. Moja głowa opadła bezwładnie na drewniana podłogę. Wszystko, co działo się wokół mnie widziałam jak przez mgłę. Płomienie zbliżały się nieubłagalnie szybko. Było mi strasznie gorąco. Już za moment miałam stać się dla nich głównym daniem, spróchniałe deski to tylko taka przekąska. Przed oczami stanęły mi twarze moich rodziców: Renee- wiecznie zwariowana nastolatka, zakupoholiczka, moja najwierniejsza przyjaciółka. Charlie: wspaniały doradca, najwspanialszy towarzysz do rozmowy, opiekun jak się patrzy. Ale przede wszystkim byli to najwspanialsi rodzice pod słońcem. Kocham was- wymamrotałam. I to byłby mój koniec…
Otworzyłam powoli oczy. Chyba jednak trafiłam do piekła - pomyślałam. Wszędzie pełno ognia i strasznie tu gorąco. Cóż, może jednak tak miałam skończyć. Próbowałam się jakoś poruszyć, ale wszystko mnie bolało. Usłyszałam jakiś trzask i nagle poczułam pod sobą coś chłodnego. Co za ulga. Nie słyszałam wyraźnie, ale ktoś chyba mnie szukał i w końcu odnalazł. Poczułam, jak unoszę się w górę. Czy to możliwe? Jednak postanowili przyjąć mnie do nieba? Może spotkam tam dziadka? Ale fajnie! W końcu coś pozytywnego.
Moje przemyślenia przeciął czyjś gruby głos:
Bello, słyszysz mnie? Bello, proszę, odezwij się. – Który anioł ma tak piękny głos? Muszę się zaraz o tym dowiedzieć. Ja go rezerwuje! – Bello, ocknij się proszę.- Dodał rozpaczliwie. Próbowałam otworzyć ponownie oczy, ale zabolało i to strasznie. Czy ja nie powinnam już nic czuć? Gdzie ja do cholery jestem?!
Znowu usłyszałam donośny huk, tym razem był ogromny. Jak jakaś armata czy co? Tylko w dodatku stała obok i ktoś na złość wystrzelił ją przy moim uchu. Wszystkie moje kości nie nadawały się już do użytku. A przynajmniej mi się tak wydawało. Leżałam na czymś strasznie twardym, zimnym i czułam chłodny wiatr na twarzy. Czy ja lecę? Czy to mój anioł mnie prowadzi? Dlaczego te wszystkie miłe rzeczy przytrafiają się po śmierci? Jakie to życie było niesprawiedliwe…
W pewnej chwili wiatr uspokoił się a ja „wylądowałam" na czymś miękkim. Coś delikatnie łaskotało mój nos. Było mi tak doskonale, pomijając fakt, że wszystko mnie bolało i musiałam ciągle zamykać oczy. W końcu odezwał się mój anioł:
Bello, proszę nie ruszaj się. Zaraz się Tobą zajmą. Ja muszę już uciekać. Żegnaj.- Zaczekaj! Dokąd uciekasz? Weź mnie ze sobą! – Krzyczałam w głowie. Czy ten pech musi za mną wszędzie łazić? Odczep się wreszcie!- Polazł aż za mną do nieba, bezczelny jeden.
W oddali słyszałam pełno głosów: kilka osób nawoływało moje imię, słyszałam też sygnał karetki i straży pożarnej. Na dwóch głosach skupiłam się szczególnie. Byli to moi rodzice. – Mama? Tata? Jak? Czy oni też nie żyją? Boże, dlaczego nie dałeś im pożyć więcej jak mnie? Co ja takiego zrobiłam? – Zaczęłam płakać, ale natychmiast musiałam przestać, bo czułam jak łzy wypalą mi oczy. Każdy mój ruch sprawiał mi ogromny ból. Zanim zabrali mnie z piekła, zdążyli mnie tam dokładnie przysmażyć. Próbowałam zaczerpnąć trochę powietrza. O matko! Jak boli! Dlaczego ja wszystko musze tak znosić? Głośne nawoływanie mojego imienia zaczęło się zbliżać. Było coraz głośniej i głośniej…
W pewnej chwili ktoś do mnie podbiegł.
Hej, Charlie. Jest tutaj! Dawajcie lekarza! Jest ranna! – Zawołał do swoich kompanów. Poczułam jak ziemia zawibrowała pod wpływem biegu kilku osób.
Rany, Jake dziękuje. – Wydyszał Charlie – Bello, kochanie, otwórz oczy. Bello, proszę odezwij się - zwrócił się do mnie. Jak by to było takie proste. Delikatnie poruszyłam powiekami, ale nie miałam zamiaru ich otwierać.
Charlie, Bella!!! – Mama biegła w naszą stronę. Z tonu jej głosu wywnioskowałam, że płacze. Poczułam jej dłonie na moim ciele. – Bello, skarbie, nic ci nie jest? Proszę odezwij się do mnie. – Chciałam jej powiedzieć, ze nic mi nie jest, ale, po co kłamać?
Rennee, skarbie, ostrożnie, jest chyba poparzona. Dawajcie mi tutaj lekarza! – Niecierpliwił się Charlie. Próbowałam jeszcze raz zaczerpnąć powietrza, ale na marne. Jeszcze tylko pogorszyłam sprawę. Zaczęłam się krztusić. Wyczułam, jak rodzice się denerwują.
Już jestem. Co z nią? Dajcie mi obejrzeć.- Powiedział ktoś. Jego głos był strasznie kojący…
Oh, doktorze dobrze, że pan już jest. – Renee odetchnęła z ulgą. Nadal trzymała mnie delikatnie za dłoń.
Bello? – Spytał lekarz.- Słyszysz mnie? Jeśli tak, poruszaj lekko powiekami. – Posłusznie wykonałam zadanie. – Dobrze. A teraz musze sprawdzić twój kręgosłup i inne kości. – ostrożnie badał każdą część mojego ciała. Jego dłonie były zadziwiająco chłodne. Oczywiście nie miałam mu tego za złe, bo dzięki temu poczułam się troszeńkę lepiej. – Twoje kości chyba są całe. Kręgosłup w porządku. Bob! Dawaj nosze, trzeba ją stąd zabrać! – Krzyknął do kogoś. Nadal leżałam bezwładnie, zastanawiając się, gdzie ja właściwie jestem. A może jednak żyłam? I dlatego wszystko czuje tak dokładnie? Po chwili ktoś zaczął mnie podnosić. Przenieśli mnie na jakiś twardy przedmiot – to chyba były nosze. Doktor założył mi kołnierz ortopedyczny. Pomimo, że cały czas zaciskałam powieki, wiedziałam, że wokół mnie jest pełno ludzi. Podczas drogi (nie wiem, chyba do karetki) lekko się kołysałam. W pewnym momencie z lewej strony poczułam, jak bucha gorąco. Wzdrygnęłam się. Przed oczami stanęła mi wizja sprzed kilku minut. Zakręciło mi się w głowie. Poczułam małe ukłucie w ręce i nagle odpłynęłam…
******
Obudziły mnie pikania dziwnych urządzeń. Powoli otworzyłam swoje oczy. Gdzie ja jestem? Poruszyłam głową w prawo i lewo. Wyglądało na to, że znajduje się w szpitalu. Na rękach miałam bandaże, a pod nosem czułam jakąś rurkę. Do prawej dłoni przyczepioną miałam kroplówkę. W pewnym momencie otworzyły się drzwi i weszła mama. Kiedy zobaczyła, ze nie spię, szybko do mnie podeszła i usiadła ostrożnie na krańcu łóżka.
Bello, kochanie. Jak się czujesz? – Spytała zatroskana.
Grrsdzriie jaa jertem? – Wycharczałam moje gardło przecinało setki malutkich szkiełek.
Oh, przepraszam słonko. – Podała mi kubek wody. Wypiłam ją łapczywie. Od razu poczułam się lepiej.
Gdzie ja jestem? Co się stało? Miałam dziwny sen. Chyba zapaliła się leśniczówka a ja tam byłam i… - po policzku poleciała mi łza. Moja mama chyba tez miała zamiar się rozpłakać.
Bells, to niestety nie był sen… - powiedziała, odwracając głowę. Chyba nie chciała, bym zobaczyła jej wyraz twarzy.
Nie, to po prostu nie możliwe- wyszeptałam. – Co tak właściwie się stało? Powiedz mi proszę. – Nalegałam.
Ok. Bells. – Westchnęła ciężko.- Wróciliśmy z tatą do domu i nie zastaliśmy cie w nim. Myślałam, że pojechałaś załatwić sobie lekcje na jutro, ale ani u Jessici cie nie było, ani u Angeli. Nawet zadzwoniłam do Cullenów, ale nikt nie odbierał. W pewnym momencie Charlie dostał zawiadomienie, że w starej leśniczówce wybuchł pożar. Prawdopodobnie stare przewody elektryczne posłały iskry w stronę butli gazowej i nastąpił wybuch. Ale to nie wszystko. Jego kolega powiedział, że po drugiej stronie ulicy stoi pusta, czerwona furgonetka. Bello, myśleliśmy, że padniemy na zawał serca ze strachu! Od razu wsiadł do radiowozu i pojechał to sprawdzić. Na miejsce przysłali ekipy ratownicze, straż i karetkę w razie czego. Psy przeszukiwały cały teren naokoło leśniczówki. Twój trop niestety prowadził do środka. – Urwała na moment. – Oh Bello, jak ja się bałam! Co ci strzeliło do głowy? Po co tam pojechałaś? – Wydusiła z siebie szybko te pytania.
Przepraszam mamo, ale ja niczego nie pamiętam… - powiedziałam. Do oczu napływało mi coraz więcej łez.
No tak, przepraszam cie skarbie. – Przejechała mi swoją dłonią po policzku. – Wcale się na ciebie nie gniewam, tylko pamiętaj, nie rób mi więcej takich rzeczy. Obiecujesz mi to?
Tak mamo. Obiecuję. – Potwierdziłam. Ale miałam jeszcze jedno pytanie. – Możesz mi jeszcze powiedzieć, jak mnie stamtąd wydostaliście?
Cóż, to wszystko dzięki wspaniałemu Jacobowi. Wszedł tyłem i odnalazł cię. Miał szczęście, bo gdy cię wyniósł, cały budynek runął. – Moja mam nadal przeżywała to, co się stało.
Mamo, kim jest Jacob? – Nie znałam nikogo takiego.
To syn starego znajomego taty – Bill'ego Blacka. Bardzo miły dzieciak. Nie poznałam go przedwczoraj, bo znacznie urósł. Możesz go skarbie nie znać, bo jest od ciebie młodszy i mieszka poza Forks. Charlie również go nie poznał. Jak ten czas leci… - dodała. Oczywiście nie znałam tego całego Blacka. Ale w tej chwili byłam mu bardzo wdzięczna za ocalenie życia.
Mama zamilkła na dobre. Nie chciałam jej więcej dręczyć pytaniami, a miałam ich mnóstwo. Leżałam teraz nieruchomo na łóżku szpitalnym i rozmyślałam, co by było gdyby… moje rozważania przerwał lekarz, który wszedł do Sali.
Dzień dobry, panno Swan. Jak się dziś czujemy? – Poznałam jego głos. To on badał mnie zaraz po moim wypadku. Teraz miałam okazję przyjrzeć się jego twarzy. Był blady, jego oczy były koloru złotego. Mógłby spokojnie być modelem. Na moje oko miał z góra 35 lat. Jakoś dziwnie przypominał mi pewne osoby… moje wątpliwości rozwiały się, gdy spojrzałam na plakietkę z nazwiskiem.- Carlisle Cullen. Ale czy to możliwe, żeby podobieństwo było tak wielkie? Z tego, co wiem, zostali adoptowani… musiałam przerwać, bo doktor zaniepokoił się moim „zamyśleniem".
Dziękuję, czuję się trochę lepiej.- Powiedziałam szybko. Roześmiał się.
Jak na pęknięte żebra, niewielkie poparzenia rąk i twarzy, wyglądasz nieźle. – Zażartował. – Myślę, że za parę dni będziesz mogła wrócić do domu. Miałam bardzo duże szczęście.– Zapisał coś na tabliczce przy moim łóżku i wyszedł.
Moja mama podeszła do mnie i szepnęła, że zaraz wróci, tylko porozmawia z lekarzem. Pocałowała mnie w czoło i wyszła za nim. Korzystając z chwili zaczęłam oglądać swoje ręce i nogi. Mogło być gorzej- pocieszałam się w duchu. Ostrożnie przerzuciłam się na drugi bok i przymknęłam oczy. Po odliczeniu 36 kropel z kroplówki poczułam, że odpływam. Muszę jutro z kimś porozmawiać.- Pomyślałam. Nie minęło dwie sekundy, a już byłam w objęciach Morfeusza…
