Rozdział 5 cz. 2
******
Edward
******
Wyłączyłem odtwarzacz i rzuciłem pilota na kanapę. Musiałem załatwić tę sprawę w jedną noc. A droga była nawet spora. Wybierałem się do rodziny wampirów na Alasce. A dokładniej do Tanyi. Odwlekałem ją jak najbardziej i z czasem o niej zapominałem. Ba, od przyjazdu do Forks w ogóle o niej nie myślałem. A wszystko za sprawą Belli. Włożyłem na siebie koszulę kremową, (bo najbardziej pasowała) i ruszyłem przez okno w moim pokoju. Tak było o wiele szybciej i zaoszczędziłem wiele niepotrzebnych pytań.
Podczas biegu przez malownicze lasy zastanawiałem się, jak jej to powiedzieć. Wiedziałem, że charakterek to ona ma niezły i odrzucenia ze strony faceta pewnie nie łatwo będzie chciała przyjąć do świadomości. No cóż, po prostu mnie już nie interesowała…
Po godzinnym „spacerku" stałem już na ganku wielkiego, białego domu rodziny Tanyi. Zadzwoniłem dzwonkiem i czekałem. Drzwi otworzyła mi Irina.
Witaj Edwardzie. Co cię do nas sprowadza? – Spytała.
Mam taką małą sprawę do Tanyi. Czy zastałem ją może?
Nie, właśnie jest na polowaniu. Zechcesz na nią zaczekać? –Zapytała grzecznie.
Jasne. – Odpowiedziałem równie grzecznym tonem. Przepuściła mnie i wskazała ręką salon. Usiadłem na jednym z foteli. Irina spoczęła w drugim, naprzeciwko mnie i bacznie mi się przyglądała. Z jej myśli wyczytałem, że zastanawia się, co to za sprawa. W końcu nie wytrzymałem.
Wiesz, jestem tu, by wyjaśnić pewna sprawę, a mianowicie chodzi o to, że… -nie skończyłem, bo właśnie do środka weszła Tanyia. Kiedy mnie zobaczyła, wpierw się wystraszyła, ale potem tak jakby odetchnęła z ulgą?
Cześć Edward. Co za niespodzianka. Mogę znać powód tej wizyty?
Witaj Tanyi'o. Czy możemy porozmawiać? To dla mnie bardzo ważne. – Nieco pobladła na twarzy,(czego człowiek by nie dostrzegł).
Dobrze, chodźmy do mnie. – Zaproponowała. Skinąłem głową. Szedłem zaraz za nią. Jej pokój, duży i przestronny znajdował się na piętrze. Weszła do niego i usiadła na łóżku. Zamknąłem za sobą drzwi i usiadłem naprzeciwko niej, w dużym wygodnym fotelu. Przez kilka sekund panowało milczenie.
Chodzi o to, że… - powiedzieliśmy równocześnie. Zaśmialiśmy się tak samo równo.
Ty pierwsza – dałem jej przyzwolenie. Pokiwała głową i ciężko westchnęła. W głowie biła się z myślami, czy powiedzieć mi prawdę czy tylko jej część.
Słuchaj Edwardzie. Ostatnio w ogóle się między nami nie układa. – Miała rację. – I chciałam powiedzieć ci, że… że mam kogoś. – Spojrzała na mnie nie pewnie. I oto w tej chwili jeden problem z głowy.
Widzisz Tanyia, ja w dokładnie tej samej sprawie. Może nie zrobiłem tego stosownie, za co cię bardzo przepraszam, ale ja również kogoś mam. Cieszę się, że znalazłaś sobie kogoś i nie będziesz musiała cierpieć z mojego powodu. – Uśmiechnęła się.
Rany, Edward, jak ja się bałam ci o tym powiedzieć. Jestem po prostu w wielkim szoku. Ale mogłeś mnie wcześniej uprzedzić. – Znów się roześmiała. A ja razem z nią. Przez dobrą godzinę przekomarzaliśmy się, o to, czyja to wina. Na szczęście wszystko się wyjaśniło( co mnie bardzo, ale to bardzo zaskoczyło).
Nie chciałem zajmować im całej nocy, więc grzecznie pożegnałem się i ruszyłem w drogę powrotną. Mniej więcej w połowie trasy natknąłem się na Jaspera i Alice, którzy właśnie polowali. Przyłączyłem się do nich, bo ostatnio rzadko miewałem tak dobry humor, więc postanowiłem sobie to jakoś wynagrodzić. Kiedy kończyłem swojego łosia, spostrzegłem, że Jasper dziwnie mi się przygląda. Spojrzałem na niego z ironicznym uśmieszkiem.
O co chodzi bracie? Coś nie tak? – Zaśmiałem się, bo doskonale wiedziałem, co mu po głowie chodzi.
Dawno nie miałeś aż tak dobrego humoru. Twoja radość po prostu bije po oczach. – Też się zaśmiał.
Cóż, pewne sprawy, można by rzec, rozwiązały się same.
Czyżby Tanyia…
Tak, przyjęła to bardzo łagodnie. – Kolejny atak śmiechu. – Wyobraź sobie, że już kogoś ma.
No to szybko jej poszło. Czyżby jeden z kolejnych pocieszycieli naszej krewnej?
Nie wiem, być może. Najważniejsze, że mam to już z głowy. – Po chwili dołączyła do nas Alice. Wytarła rękawem resztkę krwi z ust pochodzący od jej ulubionego gatunku sarny i zaczęła śmiać się razem z nami.
No kochani, pora przerwać tą sielankę. Edwardzie, nie zapomnij, że dzisiaj idziemy do szkoły. – Powiedziała, udając pouczający ton. Z tym akurat musiałem się zgodzić. Do szkoły musiałem iść. Już każdy wiedział, dlaczego…
W drodze powrotnej ścigaliśmy się, kto pierwszy znajdzie się w salonie. Nie chcąc się chwalić – wygrałem oczywiście ja. Wiedziałem, dlaczego Alice stawiała opór przed naszym wyścigiem. Doskonale wiedziała, kto wygra. Pomimo tego zgodziła się. Jak na jedną noc miałem dość rozrywek.
Zajrzałem jeszcze do swojego pokoju zmienić ubranie i zabrać plecak. Kiedy zszedłem do garażu, Alice siedziała już na siedzeniu pasażera. Bawiła się swoją komórką. Otworzyłem drzwiczki i rzuciłem plecak na tylne siedzenia. Zasiadłem za kierownicą i odpaliłem silnik swojego volvo. Gdy wycofywałem go na podjazd, Alice mąciła coś przy radiu.
Oh bracie, chyba będziesz musiał go naprawić. W ogóle nie chce wyłapać mojej ulubionej stacji – powiedziała, kręcąc pokrętłem na wszystkie strony.
Ja się mu wcale nie dziwie. Takiego badziewia nawet najlepsze radio nie chce odbierać. – Dała mi sójkę w bok. – No, co. Nie potrzebny mi łomot w aucie. W ogóle nie wiem, co ty widzisz w tym rapie. – Pokazała mi język.
A ty co? Klasyk się znalazł. Tamtej muzyki już nikt nie słucha. Ja jestem po prostu na czasie.
A skąd wiesz, ze nikt nie słucha?
Bo ja się znam. Nie to, co ty. Zazdrościsz? Ja staram się być trendy.
Trendy powiadasz? – Nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem. Ta mała wampirzyca miała wyobraźnie.
Zostawiła w końcu radio w spokoju i odwróciła się w stronę okna. Kiedy zerknąłem w jej stronę, na szybie widniało jej odbicie – miała obrażoną minę. Żeby ją udobruchać zacząłem szukać tej stacji. Nienawidziłem tej muzyki, ale skoro przez nią mam kłócić się z siostrą, to niech sobie leci. Po kilku sekundach szperania, znalazłem ją. Alice kątem oka zerknęła na mnie, po czym uśmiechnęła się szeroko.
Dzięki brat! – I zaczęła się kołysać w rytm muzyki. Szalony wampir…
Całą drogę łupało mi nad uchem, ale zupełnie to ignorowałem. Za to siostra bawiła się doskonale. Zaparkowałem na naszym stałym miejscu na parkingu szkolnym i wysiadłem. Spojrzałem w stronę miejsca Belli- wciąż stało puste. Wysiadłem z auta i opierając się o drzwi wozu czekałem z Alice, aż przyjedzie. Po kilku minutach jednak zacząłem się niecierpliwić. Spokojnie Edward, spokojnie – uspakajałem się w duchu. Zaraz przyjedzie. Odczekałem parę sekund i zauważyłem, że Alice ma wizje. Zaraz otrzyma wiadomość od Belli. Po krótkiej chwili w kieszeni wampirka zadzwonił telefon.
Mówi, że boli ją brzuch i nie przyjedzie. – Co? Nie, tylko nie to. – Może wpadnę do niej? Przyda jej się opieka no i towarzystwo…
Alice, proszę… -nie zdążyłem. Wysłała odpowiedź.
O co chodzi. Staram się być dobrą przyjaciółką. – W jej ręce ponownie zadzwoniła komórka.
I co? – Spytałem ciekawy.
Nie chce, żebym przyjeżdżała. Mówi, że da sobie radę. – Wydęła usta w podkówkę.
A widzisz. Nie ładnie jest się narzucać. Napisz jej, że wpadniesz do niej po lekcjach. – Jak nigdy mnie posłuchała. Po chwili sms został wysłany.
Nadal nie wesoła Alice powlokła się ze mną do budynku szkoły. Widać po niej było, że robi to z czystego przymusu. Ja też nie miałem się ku radości. Mój nocny optymizm przygasł na dobre. Belli miało nie być, a w planie mieliśmy dziś biologię. Będę musiał siedzieć sam. Kolejna godzina stracona na nudy. Bo, mówiąc szczerze, przez moje sto lat (z kawałkiem) nauczyłem się już praktycznie wszystkiego i nie widziałem sensu ponownej edukacji. Ale robiłem to dla moich przyszywanych rodziców. Musieliśmy stwarzać pozory, by móc mieszkać w jednym miejscu.
Zgodnie z przewidywaniami, cała lekcja biologii( z resztą cała reszta też) była okropnie nudna. Braliśmy budowę komórki człowieka. Przerabiałem ten temat chyba milion razy. Dlaczego nie możemy pouczyć się o budowie komórki jakiegoś innego stworzenia? Nie wiem, może wampira? Już sobie wyobrażam jakby ona wyglądała. Zaśmiałem się do swoich myśli, co zwróciło uwagę naszego nauczyciela. Popatrzył się na nie z wyrzutem, po czym wrócił do lekcji. Zacząłem bazgrolić po okładce swojego zeszytu, gdy usłyszałem jak ktoś wypowiedział moje imię. Dyskretnie rozejrzałem się po klasie. Wszyscy byli zaabsorbowani dzisiejszym tematem. A więc ktoś pomyślał o mnie. Po chwili poczułem na sobie czyjś wzrok. Niestety mogła być to tylko jedna osoba. Jessica Stanley - Tylko ona siedziała za mną. Pokręciłem tylko głowa z uśmieszkiem na twarzy. Parę sekund dalej usłyszałem jak szykuje swój plan.: Hm, od czego by tu zacząć. Nie ma dzisiaj Belli, to jeden problem z głowy. Mam! Zaczepie go dziś w stołówce i zaproszę na herbatę do siebie. Potem zaproponuje miły spacer i.. Tak! – Jej głos był pełny ekscytacji. Znowu się zaśmiałem. Może jednak nie miałem się dzisiaj nudzić? Ta cała Jessica dostarcza mi podwójnej rozrywki. Kiedy ona ułożyła swój plan, ja miałem gotowy swój własny…
W chwili, kiedy zadzwonił dzwonek, cała klasa poderwała się z miejsc. Nie tylko ja miałem dość. Poczekałem aż każdy uczeń wyjdzie z sali, po czym ja udałem się w stronę stołówki. Gdy Jessica mnie mijała popatrzyła w moją stronę zalotnym wzrokiem. Ah, ta dziewczyna ma wyobraźnię. Jestem ciekawy, jak zareaguje Mike, kiedy dowie się pewnej rzeczy w stołówce. Co za podły plan Edwardzie – pochwaliłem się w duchu.
Alice czekała już na mnie na miejscu. Zajęła nam idealny stolik – ustawiony był pod ścianą, w rogu, zaraz przy drzwiach wejściowych. Dzięki temu mieliśmy świetny widok na każdego. Po środku siedziała cała paczka Jessici – Mike, Angela, Eric- jak się nie mylę i czarnoskóry Tylor. Zanim przenieśliśmy się do Forks, razem z nimi siadała Bella. Jak ja jej współczułem…
Jak tam na francuskim? Pani Filtch bardzo dała ci w kość? – Zagadnąłem Alice.
Daj spokój. Ta baba sama nie wie, czego chce. Co za szczęście, że francuski mam w jednym paluszku – zachichotała.
No tak, ja też nudziłem się strasznie.
Niech zgadnę, kolejny temat z serii: o człowieku.
Taa, tym razem komórka i jej budowa. – Prychnąłem. Odkręciłem zakrętkę od napoju, którego i tak nie miałem zamiaru wypić i zacząłem nią kręcić bączki. Alice zrobiła to samo ze swoim napojem i bawilibyśmy się świetnie, gdyby nie Jessica…
Zanim do nas podeszła, wyciągnęła z torby swoje małe lusterko i zaczęła się malować. Nie rozumiałem, po co to robiła. I tak już nic nie było w stanie jej pomóc. Szybko oglądnęła się jeszcze raz, poprawiła włosy i zerknęła w moją stronę. Jednym ruchem schowała wszystkie rzeczy z powrotem do torby i wstała od stolika. Jej kompani popatrzyli na nią ze zdziwieniem. Wyprostowała plecy i zaczęła kroczyć w moją stronę. Oparłem się wygodnie o krzesło i odchrząknąłem. Alice spojrzała najpierw na mnie, potem na nią. Nie wiedziała, o co chodzi.
Na stołówce zapanowała cisza. Wszyscy gapili się na Jessice, która szła jakby połknęła kija. Alice spojrzała na mnie pytająco. Puściłem jej perskie oko. Kiedy Jessica stanęła przy naszym stoliku popatrzyłem na nią z uśmieszkiem.
Hej Edwardzie. – Dodała pewna siebie.
Witaj Jessico. O co chodzi?
Wiesz mam taka małą sprawę. –Zaczęła.
Czyżbyś wybierała się do cyrku? – Spytałem.
Nie, dlaczego? – Zapytała zdziwiona. Na twarzy Alice skradał się uśmiech.
Wiesz, ostatnio przeczytałem w Internecie, że w Port Angeles poszukują klaunów do cyrku i pomyślałem, ze skoro, no wiesz, masz taki idealny makijaż, to świetnie pasowałbyś to tamtejszych wymogów. – Powiedziałem z bananem na twarzy.
Czy ty sądzisz, że ja…, że ten makijaż… nadaje się tylko do cyrku? – Wyjąkała, drąc się przy tym na całe gardło. Cała stołówka wybuchła śmiechem.
A chciałaś zrobić z nim coś innego? Nie no, musisz zostawić ten oryginalny pomysł na casting – i znów się zaśmiałem. Jej twarz zaczęła przybierać barwę purpury. Ogromnie się wściekła. Wyczytałem to z jej myśli. Czym prędzej wybiegła ze stołówki. I co mnie nie zdziwiło- za nią wybiegł Mike Newton. Zanim to zrobił posłał mi spojrzenie a'la „zabije cię".
No no, bracie. Ty to masz głowę. Załamie się biedaczka… - powiedziała Alice.
Tak wiem, ten cyrk to był pomysł. – Przez tą krótką chwilę śmiałem się więcej, niż przez ostatnie 4 lata. I śmiałbym się nadal, gdyby wyraz twarzy mojej siostry nie zmienił się diametralnie. Jej oczy zaszły mgłą i patrzyła teraz nieobecnym wzrokiem. Ostrożnie pomachałem jej ręką przed nosem. Nic. Żadnej reakcji.
Alice? –Spytałem. Próbowałem wyczytać wizję z jej myśli, ale na razie były to tylko przebłyski. Po kilku sekundach obraz się nieco wyostrzył i widziałem już wszystko dokładnie. Chodziło o Bellę…
Co ona najlepszego wyprawia? – Wydyszała Alice.
Nie wiem. Przecież miała siedzieć w domu.
Nie! – W tym momencie z jej wizji Bella zniknęła.
Po co ona będzie się z nim spotykać? Sprawdź to! – Rozkazałem.
Nie widzę jej to ci nie powiem. – Dodała, zaciskając zęby. – Nic wcześniej nie planowała, żeby się z nim spotkać. Może to on ją odwiedzi?
Przeklęty kundel. Jak on śmie? Dobra jadę do niej.
Czekaj, nie możesz.
Dlaczego?
Nawet nie wiesz gdzie jej szukać! A znając ciebie, na pewno nie popuścisz temu sierściuchowi i będziesz chciał mu dowalić. Jak się potem wytłumaczysz Belli? Co jej powiesz? Sam chciałeś utrzymać przed nią naszą tajemnicę. – Kurde, miała rację.
To, co ja mam robić? Nie pozwolę jej się z nim spotkać.
Poczekaj. – Zamyśliła się na moment. – Najpierw pojedziemy do domu zawiadomić resztę. Później rozdzielimy się i zaczniemy jej szukać. – Niestety musiałem się zgodzić.
Ok. chodźmy jeszcze do sekretariatu. Musimy wytłumaczyć nasze zniknięcie. – Kiwnęła głową i zaczęła wstawać ze swojego miejsca.
Zabraliśmy swoje rzeczy i wyszliśmy ze stołówki. Całe szczęście nikt nie słyszał naszej wymiany zdań. Zaglądnęliśmy do sekretariatu i mogliśmy już jechać. Zanim wsiedliśmy Alice zadzwoniła do reszty, aby ich uprzedzić.
Pojedziemy do niej, by złapać jej trop. – Powiedziała zapinając swój pas. Po chwili była trochę nie obecna, bo próbowała sprawdzić, co z Bellą. – Cholera. Nie mogę nic zobaczyć po tym jak wyjechała z domu. Ten kundel musi się trzymać blisko niej.
Niech ja tylko go spotkam… - wcisnąłem pedał gazu, by jak najszybciej być w domu.
Kiedy zajechałem na podjazd, wszyscy byli gotowi do poszukiwań. Zostawiłem samochód i zacząłem biec przez las. Zaraz za mną biegła cała reszta, z wyjątkiem Carlisle'a.
Gdzie Carlisle?
Musiał zostać w szpitalu. Jakoś sobie poradzimy.
Obyś miała rację, Esme.
Stanęliśmy na tyle domu Belli. Wszedłem przez okno do jej pokoju i zauważyłem białą kartkę na biurku. Kolejny list od tego kundla. Wyczuć się dało go na kilometr. Ostrożnie wziąłem go w ręce i przeczytałem.
Ten wilk nie ma skrupułów. Chce się z nią spotkać dziś w leśniczówce. – Zawołałem do reszty. Wyczułem ich poruszenie.
Dobra Edward, chodźmy już. – Powiedział Emmet.
Już idę. – Jednym susem znalazłem się na dole. Po zbadaniu okolicy zacząłem biec po tropie jej furgonetki. Kierowała się w stronę lasu na północny zachód Forks. Już kiedyś tam była. I chyba wiem, gdzie on prowadzi…
Gnałem przez las z innymi, by powstrzymać tego psa przed wszelkimi działaniami. Nie wiadomo, co ten dzieciak chciał jej powiedzieć, albo nawet zrobić. Po paru minutach przez krzaki dostrzegłem czerwony kolor furgonetki. A więc miałem rację. Przyjechała na polanę. Ale z tego, co było w liście mieli się spotkać w leśniczówce a nie na polanie. Może jednak nie zdecydowała się na to spotkanie. Co za ulga. Zaraz. Wszędzie czuję tego kundla.
Emm, Jazz, sprawdźcie okolice. Wyczułem jego smród. – Pokiwali głowami i ruszyli w różnym kierunku. Esme, Rose i Alice patrzyły na mnie czekając na polecenie. – My zakradniemy się z tej strony. Musimy zobaczyć, czy Bella jest sama.
Ruszyliśmy na polane. Ostrożnie rozdzieliliśmy się i obstawiliśmy całą ścianę lasu. Była sama. Leżała wśród kwiatów z zamkniętymi oczyma. Rozglądałem się na prawo i lewo wypatrując niebezpieczeństwa. Ale takowe nie nadchodziło…
Po kilku minutach obserwacji po drugiej stronie lasu zauważyłem ciemny punkt. Powoli powiększał się. Po dwóch sekundach zorientowałem się, że to ten przerośnięty dzieciak w postaci wilka. Zwęziłem oczy i patrzyłem prosto na niego. Tymczasem z ziemi zaczęła podnosić się Bella. Rany, żeby tylko nie spojrzała w jego kierunku. Pech chciał, ze mnie nie posłuchała. Odwróciła się w jego stronę i znieruchomiała. Czyżby ja przestraszył. O nie, zapłaci mi za to. Dałem znak moim bliskim i razem w pozycji atakującej zaczęliśmy się zbliżać w jego stronę. Zanim doszliśmy do linii kończącej las, kundel wziął nogi zapas. A niech mnie! Co za tchórz.
Spojrzałem na Bellę. Kroczyła teraz do tyłu, by potem zacząć bieg do furgonetki. Przez całą drogę pilnowaliśmy, czy czasem jej „obrońcy" nie zachce się wrócić. Na szczęście bezpiecznie dotarła do samochodu.
Po zakończeniu całej akcji dałem znać reszcie, że mogą wracać do domu.
Ale jak to? – Spytała Alice.
Spokojnie. Możecie już wracać. Ja pobiegnę za nią i dopilnuje, żeby wróciła do domu. – Powiedziałem to stanowczym głosem. Posłusznie wycofali się w kierunku domu. Przebiegłem na druga stronę i pognałem za furgonetką Belli.
Mniej więcej w połowie drogi natknąłem się na śmierdzący trop. Co ten szkodnik tutaj chce? Mało go nastraszyliśmy? Po paru minutach natknąłem się na Jacoba Blacka we własnej osobie. Był, (co mnie zdziwiło) w ludzkiej postaci. Tym razem się mnie nie bał. Stał oparty o drzewo, z założonymi na piersi rękoma. Patrzył się prosto na mnie. Zerknąłem za niego. Furgonetka Belli stała na poboczu. Co ona wyprawia? Ah, zatrzymała się tylko. Widzę ją, stoi obok. Odetchnąłem z ulgą. Ponownie spojrzałem na Blacka.
Kogo my tu mamy? – Zadrwiłem.
Nie ważne, kogo. Po co za nią biegasz? Chyba obietnica nadal was obowiązuje. – W jego głowie panował taki chaos, że wolałem skupić się na tym, co mówi.
Ja? To ty, po co przesiadujesz pod jej domem a potem latasz wszędzie gdzie pojedzie? – Zamurowało go. Nie spodziewał się, ze o wszystkim wiem. Nieco stracił pewności siebie.
Ja to, co innego. Zobowiązaliśmy się do chronienia jej przed wami. Dzisiaj ja patroluje tereny. – Dodał.
Ta, bo uwierzę. – Zaśmiałem się. – Tak się składa, ze wiem, jaki jest prawdziwy powód.
Tak, oczywiście. A mi tu na dłoni kaktus wyrośnie. - Zadrwił.
Cóż, skoro lubisz hodować, to możesz zacząć i kaktusa. Wiesz może, co to wpojenie? – Spytałem. Zerknąłem jeszcze w stronę Belli, bo właśnie szła w stronę leśniczówki. Co ona wyrabiała? Tymczasem Black o mało nie dostał zawału.
Skąd wiesz? Jesteś jasnowidzem? Gadaj! – Co za… musiałem urwać swoje rozmyślania, bo Bella właśnie wchodziła do leśniczówki.
Czekaj tu psie. - Pobiegłem szybko w jej stronę. Tak jak przewidziałem, deptał mi po piętach. Dorwał mnie zaraz przy wejściu.
Słuchaj no, panie krwiopijco, jeśli zrobisz jej krzywdę, zapłacisz mi za to! – Cały się trząsł.
Nie to ty mnie posłuchaj. Albo ją zostawisz w spokoju, albo będziesz miał ze mną do czynienia.
A ty, co body gard jesteś czy co? Może teraz chcesz się bić.
Nie! – Nie zdążyłem, bo już przede mną stał wielki wilk, o kolorze brązowym. Patrzył na mnie swoimi oczyskami i wydawał z siebie ciche warknięcia. Zaczął wyć. Co za palant. Zacząłem się na niego zamachiwać, ale urwał mi donośny huk. To jakiś wybuch w leśniczówce! Bella? Bella!!! W jednej sekundzie zacząłem przedzierać się do środka, ale nie dawałem rady. W dodatku ten parchaty kundel cały czas próbował się do mnie dobrać. – Leć kundlu po pomoc! Na co czekasz?! – Popatrzył na mnie i pobiegł w las.
Z każdej strony budynku wydostawał się ciemny dym. Błagałem w duchu, żeby Bella wyszła z tego żywa. Ale żeby tak się stało, musiałem ją stamtąd wydostać. Zaszedłem od tyłu. W jednym z okien było czysto. Wbiegłem czym prędzej, wybijając przy tym szybę. Rozglądnąłem się. Wszędzie buchało gorąco. Byłem na piętrze. Otworzyłem pierwsze drzwi – pusto. Kolejne – również. Zostało jeszcze jedno pomieszczenie. Bello, żyj! Wszedłem do środka i ujrzałem ją, leżącą na podłodze. Była nieprzytomna. Podbiegłem do niej szybko.
Bello, słyszysz mnie? Bello, proszę, odezwij się. – Nawoływałem do niej.- Bello, ocknij się proszę.- Dodałem rozpaczliwie. Nic, żadnej reakcji. Wiedziałem, że żyła, bo czułem, jak łomota jej serce.
Kolejny huk. Cholera- mruknąłem. Czym prędzej wziąłem ją delikatnie na ręce i przedzierałem się przez kłęby dymu w poszukiwaniu drogi powrotnej. Kiedy w końcu znalazłem okno, którym się wdrapałem, wyskoczyłem lekko na ziemię. Odbiegłem kawałek od leśniczówki i w tym momencie budynek runął. Odetchnąłem z ulgą. Bella żyła i leżała teraz bezpiecznie w moich ramionach. Położyłem ją ostrożnie wśród wysokiej trawy, bo w oddali było już słychać nadchodzącą pomoc.
Bello, proszę nie ruszaj się. Zaraz się Tobą zajmą. Ja muszę już uciekać. Żegnaj! – I puściłem się biegiem w stronę lasu. Zatrzymałem się w bezpiecznej odległości, by móc wszystko obserwować.
Słyszałem, jak nawołują jej imię. Pewnie zaraz ją znajdą. W pewnej chwili podbiegł do niej Black. Oh, ten kundel, co on tu robi?
Hej, Charlie. Jest tutaj! Dawajcie lekarza! Jest ranna! – Zawołał. Wszyscy, którzy ją szukali biegli w jego stronę.
Rany, Jake dziękuje. – Wydyszał komendant Swan. Czy ja się nie przesłyszałem? - Dawajcie mi tutaj lekarza!
Już jestem. Co z nią? Dajcie mi obejrzeć. – Całe szczęście jest już Carlisle. Mam nadzieję, że się nią porządnie zajmie.
Bello? – Spytał.- Słyszysz mnie? Jeśli tak, poruszaj lekko powiekami. –... – Dobrze. A teraz musze sprawdzić twój kręgosłup i inne kości. – Ostrożnie badał każdą część jej ciała.– Twoje kości chyba są całe. Kręgosłup w porządku. Bob! Dawaj nosze, trzeba ją stąd zabrać!
Chciałem się tam znaleźć, złapać ją za rękę, ale niestety nie mogłem. Przyuważyłem, jak Carlisle popatrzył się w stronę lasu, próbując pewnie mnie wyłapać. Kiwnął tylko głową i poszedł za noszami do karetki. Miałem już wracać do domu, kiedy usłyszałem Blacka.
W ostatniej chwili mi się udało. O mały włos, a było by po niej. – Powiedział dumnie.
Jezu, Jake, nawet nie wiesz, jaka ci jestem wdzięczna. Do końca życia zapamiętam to, co zrobiłeś dla Belli. Dziękuję. – Matka Bells rzuciła mu się na szyję. Znad jej ramienia Black popatrzył się w moja stronę, a z jego myśli wyłapałem jedno zdanie: Gdzie wampir się stara, tam wilkołak korzysta…
Niech ja go tylko dorwę…
