Rozdział 6
******
Bella
******
3 miesiące później…
Minęło już 3 miesiące od mojego feralnego wypadku. Na szczęście odniosłam w nim niewielkie obrażenia: lekkie poparzenie rąk i twarzy. Dzięki specjalnej maści od doktora Cullena w miejscach ran zostały mi już tylko zaczerwienienia. Kiedy byłam w zeszłym tygodniu na kontrolnych badaniach, mówił, że rany wkrótce całkowicie znikną. Poczułam ogromną ulgę. Jednak to, co na ciele goi się szybciej niż to, co w głowie.
Do tej pory martwi mnie kilka spraw. Kim jest cały J.B.? Po co chciał się ze mną spotkać? Dlaczego to było dla niego takie ważne? Być może dowiedziałabym się, gdyby nie…
Ok. pozostała mi jeszcze kwestia podziękowania dla Jacoba. Nie znałam go, fakt. Ale dzięki niemu miałam tylko poparzone ręce i teraz mogę śmiało zastanawiać się, co by było gdyby. Jemu zawdzięczam życie. A może dzisiaj się wybiorę do niego? Załatwię to szybko i będę mieć z głowy.- Pomyślałam.
Przez cały dzień układałam formułkę i ćwiczyłam swoje podziękowania. Nie byłam odważną osobą i jakoś kiepsko mi szło. Siedząc na angielskim Alice szturchała mnie co chwilkę, bym się otrząsnęła. Za każdym razem podskakiwałam jak oparzona, gdy mnie dotykała. Może, dlatego, że miała zimne dłonie? Ach, sama już nie wiem. Kiedyś tłumaczyła mi, ze cierpi na taką chorobę i cały czas marzną jej dłonie. Znałam już jedną taką osobę, więc uwierzyłam jej od razu. Nieco zdążyłam się już przyzwyczaić, kiedy Alice przyjeżdżała do mnie po moim wypadku. Często, gdy mama pracowała wieczorami, potrzebowałam pomocy jakieś drugiej kobiety. A Alice zgodziła się od razu. Jest świetną przyjaciółką! Zaopiekowała się mną i do tej pory to robi. Troszczy się o mnie pod każdym względem. Nawet jej brat zaczął mnie do siebie przekonywać. Może czasami wkurzał mnie, gapiąc się na mnie bez przerwy przez kilka minut, ale nauczyłam się to ignorować. Był nawet fajny. Na biologii tworzyliśmy zgrany zespół. Okazało się, że Edward posiada ogromną wiedzę, co bardzo ułatwiło mi sprawę.
Kiedy wróciłam do szkoły okazało się, że Jessica założyła sobie „klub nielubiących mnie ludzi". Do tej pory zastanawiam się, o co jej chodzi. Do głowy nie przychodziło mi nic, co mogło zaszkodzić Jessice z mojej strony. Gdy siedzieliśmy z Alice i Edwardem w stołówce, a Jess popatrzyła się w naszą stronę, Edward dziwnie uśmiechał się pod nosem. Jakby wiedział, co ona myśli, czy co tam innego… i to również mnie zastanawiało. Mogłam teraz śmiało stworzyć listę rzeczy, które mnie irytują i dziwią zarazem. Ale nie pora na głupoty.
Jak zadzwonił dzwonek szybko zebrałam swoje książki z ławki i wsadziłam do torby. Pognałam do mojej ukochanej furgonetki, która czekała na mnie na parkingu. Wsiadłam pośpiesznie do szoferki i odpaliłam silnik, który jak zawsze wydawał donośne odgłosy. Na szczęście wszyscy uczniowie tej szkoły już nie rozglądają się w około szukając przyczyny, bo wiedzą, że to tylko ja i moja furgonetka. Po kilku sekundach, nawet nie zdążyłam wyjechać z parkingu, postanowiłam, że pojadę do Jacoba. Chciałam mieć już z głowy te podziękowania. Jeszcze sobie chłopak pomyśli, że jakaś niewdzięczna jestem. Szybko wybrałam numer taty i zadzwoniłam do niego, by spytać o drogę do La Push.
Hej tato! – Zawołałam radośnie do telefonu.
Cześć Bells, o co chodzi? Coś się stało? Masz taki szczęśliwy głos.
Nie, nic się nie stało.
A co to za warkot w tle.
Jadę teraz samochodem.
Bella, czy mam teraz tam podjechać i wlepić ci mandat? Czy ty sobie zdajesz sprawę, co możesz zrobić, prowadząc auto i jednocześnie rozmawiać przez telefon? – Spytał.
Tato, ja tylko na momencik. Chce cie spytać, jak dojechać do Jacoba.
Chcesz jechać do La Push? – Zdziwił się, ale na szczęście przestał gadać o obowiązującym prawie.
Tak. Chce mu osobiście podziękować.
Acha, to trzeba było tak od razu! – Dodał radośnie. Zaskoczyła tym razem mnie jego zmiana nastroju. Chyba jeszcze nigdy się tak nie cieszył. No może kiedyś. Wtedy jak naprawili antenę i mógł wznowić oglądanie meczy Baseballu.
No to dawaj tato, zanim kogoś tu potrącę przez przypadek… - dodałam żartobliwym tonem
Po kilku minutach jazdy odnalazłam ścieżkę leśną, prowadząco do rezerwatu. Nie był wcale tak daleko od Forks jak tłumaczył mi Charlie. Kiedy wyjechałam z lasu, ukazała się przede mną mała budka. Siedział w nim facet, który udzielał informacji na temat La Push. Bardziej przydawał się turystom, którzy przyjeżdżali na plażę. Znałam ją z dzieciństwa. Przyjeżdżałam tu ponoć bardzo często. Uchyliłam okno ze strony pasażera i nachyliłam się nad siedzeniem.
Przepraszam, w która stronę do domu Blacków? – Spytałam grzecznie pana w budce.
Zaraz jak pojedziesz prosto pojawi się zakręt w lewo. Skręć w niego a później na końcu ścieżki w prawo. Tam już zobaczysz mały czerwony domek.
Dziękuję bardzo – uśmiechnęłam się.
Aa mogę wiedzieć, po co szukasz Blacków? – Spytał. Był miły, a ja nie miałam nic do ukrycia, więc odpowiedziałam.
Muszę spotkać się z Jacobem. Mam do niego pilną sprawę.
Oo., czyżbym miał przyjemność z jego dziewczyną?
Nie, nie, to nie ja. Ja w całkiem innej sprawie. – Poczułam, że się rumienię i czym prędzej wróciłam do swojej pozycji. Pomachałam jeszcze miłemu panu i odjechałam stamtąd jak najprędzej.
Pojechałam zgodnie z kierunkiem wskazanym mi przez Indianina. Tak jak mówił, na końcu zastałam czerwony, drewniany domek, gdzie na jego podjeździe stał czarny Rabbit. Zgasiłam silnik, ale nie wysiadłam z wozu. Ciekawa rozglądałam się dookoła. Okolica była bardzo ładna. Nagle zawiesiłam swój wzrok na młodym chłopaku, o miedzianej skórze i czarnych, krótkich włosach, który pracował obok domu. Miał w ręce wiaderko i coś robił. Z tej odległości nie mogłam ocenić, co. Nabrałam jeszcze trochę powietrza w płuca i postanowiłam się przywitać. Wysiadłam z furgonetki, mocno trzaskając jej drzwiami, aby chłopak mógł to usłyszeć. Mój plan się powiódł. Ciekawy odwrócił się i gdy spojrzał na mnie, jego wiaderko wyleciało mu z rąk. Nie rozumiałam jego reakcji. Po chwili zorientowałam się, że ja stanęłam w miejscu, a on ma rozdziawione usta. Zaśmiałam się. Zazwyczaj mnie się to zdarzało. Teraz to ja sprawiłam, że kto inny tak zrobił…
Zrobiłam krok do przodu i potem następny. Chłopak nadal patrzył się na mnie z wymalowanym na twarzy szokiem. W pewnej chwili powiedział zaskoczony:
Bella? – Spytał niepewnie.
Tak, to ja. A ty pewnie jesteś Jacob? – Spytałam, próbując jakoś ładnie się uśmiechnąć.
Tak, to ja. – Zaśmiał się. Wytarł ręce w spodenki i podszedł, by uścisnąć mi dłoń. Powoli wyciągnęłam swoją. Chciałam byś grzeczna dla mojego wybawiciela. Uścisnął ją delikatnie. Miał strasznie ciepłe ręce. No i zalatywały smarem. – Co cię tu sprowadza?- Dodał zakłopotany.
Wiesz, mam zamiar podziękować ci za to, co zrobiłeś dla mnie 3 miesiące temu. – Widać było, że w głowie przypomina sobie, o co chodzi. Zdziwiło mnie to. Myślałam, ze będzie pamiętał o swoim heroicznym czynie. – Chodzi o to, że uratowałeś mnie wtedy z płonącej leśniczówki. – Dodałam.
Aaaa. – Powiedział tylko. Coś mi tu nie pasowało. – Nie ma sprawy. Każdy by tak zrobił na moim miejscu. – Chłopak wyraźnie się zmieszał. Chyba nie lubił takich podziękowań. Ale mam nadzieję, ze moje przyjmie.
Nie, właśnie, ze nie każdy. Wykazałeś się odwagą.
Proszę, przestań. – Powiedział szybko. Jego ton zbił mnie z tropu. Czy ja mu coś zrobiłam? Bo wyraźnie się rozzłościł. I miałam wrażenie, że na mnie. Patrzył teraz w moją stronę i cały się trząsł. Po chwili wziął parę głębokich wdechów i uspokoił się. O co mu chodzi?
Czy powiedziałam coś nie tak? – Spytałam powoli. Popatrzył na mnie, po czym dodał:
Nie, to nie twoja wina. Ja zrobiłem coś, a dokładniej ktoś coś mi zrobił… aj, to za bardzo skomplikowane.
Właśnie widzę.
Przepraszam, ale lepiej będzie jak już sobie pojedziesz.
Yyy, tak, w porządku, już mnie niema. – Wsiadłam w samochód i odpaliłam go. Zanim ruszyłam, popatrzyłam w jego stronę. Stał tyłem do mnie i wyglądał, jakby wydzierał sobie włosy z głowy. Naprawdę nie rozumiałam, co takiego się stało.
Wcisnęłam pedał gazu. Czułam, jak spod kół bryzga na wszystkie strony błoto. Byłam wkurzona. Do końca nie byłam pewna czy na siebie czy na Jacoba. Dziwnie się zachowywał. Myślałam, ze skoro jest taki odważny, to i miły też będzie. Widać, pozory mylą.
Kiedy wróciłam do domu zauważyłam, że na moim stałym miejscu stoi samochód Alice. To też mnie zdziwiło. Umawiałyśmy się na jutro. Tym bardziej rzadko przyjeżdżała, kiedy nie było mnie w domu. I w dodatku, gdy był mój tata. Wysiadłam z furgonetki i czym prędzej pobiegłam do domu. Byłam ciekawa, o co chodzi Alice. Otworzyłam drzwi i centralnie zderzyłam się z nią. Poczułam się dziwnie, była… twarda. I to bardzo. Odwróciła się szybko w moją stronę.
Bella! W porządku? Pokaż mi to – powiedziała, zabierając moją rękę z bolącego nosa.
Ok., ok., co ty tu robisz? Mówiłaś, że wpadniesz jutro.
Tak, wiem. Ale jutro planujemy mały wypad z rodziną za miasto. – Zasmuciłam się. Jeden dzień bez Alice- chyba nie przeżyje. Od razu wyczuła, o co mi chodzi. – Nie bój się. Edward zostaje. Postanowił, że przypilnuje domu pod naszą nieobecność. No i dotrzyma ci towarzystwa.
Edward? – Spytałam.
Nie cieszysz się? Myślałam, że polubiłaś go. – Powiedziała.
Tak, bo to prawda. Ale nie będzie ciebie. – Dodałam rozpaczliwie.
Oh, moja słodka. Chodź tu do mnie. – Przytuliła mnie do siebie. Poczułam, ze robi to bardzo delikatnie. Coś za bardzo jestem dzisiaj spostrzegawcza.-Pomyślałam.
Pociągnęłam Alice do pokoju. Do samego wieczora siedziałyśmy i gadałyśmy o różnych tematach. Nie wspomniałam jej o moim spotkaniu z Jacobem. Za bardzo popsuł mi humor dziś po południu. A teraz chciałam się nacieszyć Alice, bo jutro przez cały dzień miało jej nie być. Przy okazji pomogła mi zrobić zadanie domowe. Około 19 wieczorem zaczęła się zbierać.
No kochana, musze już lecieć. Zobaczysz, ten dzień zleci, nim się oglądniesz będziemy z powrotem – powiedziała, widząc, ze zbiera mi się na płacz.
Obyś miała racje, Alice.
Odprowadziłam ją do samochodu. Zanim odjechała pożegnałyśmy się jeszcze z kilka razy. W końcu pocałowała mnie w policzek, przytuliła lekko i odjechała. Stałam jeszcze przez kilka minut patrząc w kierunku, którym odjechała. Było mi smutno na samą myśl, że jutro się nie zobaczymy…
Wróciłam do domu i poczłapałam do swojego pokoju. Opadłam bezwładnie na łóżko. Pewnie bym zasnęła, ale leżałam z myślą, że muszę wziąć prysznic. Ruszyłam swój szanowny zadek i poszłam do łazienki. Wzięłam krótki prysznic. Nie chciało mi się dłużej siedzieć w łazience, więc wskoczyłam w moją pidżamę, wyszczotkowałam zęby i wróciłam do pokoju. Zanim położyłam się na dobre, uchyliłam okno. Ostatnio powietrze jest bardzo ciepłe. A nie chciałam się pocić w nocy. Wskoczyłam szybko pod kołdrę i zgasiłam swoją lampkę. Po kilku minutach odpłynęłam w niebyt…
Rano obudził mnie budzik. Wstałam prędko, zdziwiona, że noc tak szybko minęła. Kurcze, żaden koszmar mnie nie dręczył. Wow, jak przyjemnie- pomyślałam. Wygramoliłam się z łóżka i czym prędzej poszłam do łazienki skorzystać z porannej toalety. Kiedy skończyłam poszłam do szafy wybrać sobie ładny ciuch na dzisiaj. Szczerze mówiąc, nigdy o to nie dbałam, ale odkąd Alice… no kurcze, na samo wspomnienie jej imienia zabolało. Przypomniało mi się, że dziś jej nie będzie. Zamknęłam drzwi do szafy. Przeszła mi cała ochota na wszystko. Nagle mój wzrok przyciągnęły jakieś ubrania na moim fotelu. Na nich leżała jakaś biała kartka. Podeszłam i wzięłam ją. „ Bello, wiem, że jutro rano nie będzie ci się chciało włożyć czegoś fajnego na siebie, więc zostawiam ci komplet ubrań na jutrzejszy dzień. A niech mi tylko Edward powie, że nie ubrałaś ich, to… Całuję Alice". Kiedy ta mała chochlica zdążyła zostawić te ubrania? Jakoś wcześniej nie zwróciłam uwagi, żeby tu leżały. Mniejsza o to. Moja mała, Kochana Alice sprawiła, ze humor mi się poprawił.
Dobrze wiedziała, co lubię nosić a czego nie. Na mój dzisiejszy strój składały się jeansy, śliczna kremowa bluzeczka i do tego jasny sweterek. Uradowana wzięłam ciuchy i czym prędzej je włożyłam. Przeglądnęłam się parę razy w lustrze. Jak na mój gust wyglądałam rewelacyjnie.
Zeszłam na dół do kuchni, by spożyć jakieś dobre śniadanko. Zanim przygotowałam sobie płatki wesoło pogwizdywałam. Jeny, ja tak dawno nie miałam dobrego humoru. – Zachichotałam. Racja, dawno nie miałam. A wszystko za sprawą Alice. Od wczoraj mój humor zmienił się diametralnie, ale także w każdej chwili mógł ulec zmianie. Zjadłam szybko swoje płatki i włożyłam talerz do zlewu. Wzięłam swoją torbę, narzuciłam na siebie kurtkę przeciwdeszczową i wyszłam z domu. I to, co zobaczyłam…
Na moim podjeździe był Edward. Stał oparty o swoje volvo, tak jak każdego dnia przed szkołą. Kiedy zobaczył moją minę, roześmiał się. Zamrugałam kilka razy i zeszłam po schodkach przywitać się.
Hej Bella – powiedział, nadal się śmiejąc.
Cześć Edward. – Wydukałam.
Widzisz, moja Kochana siostra kazała mi dotrzymać ci dziś towarzystwa. No i dlatego jestem dziś tutaj, by podwieźć cię dziś do szkoły i cie z niej przywieźć. – Powiedział te słowa z naciskiem na „kazała".
Wiesz, to miłe z jej strony, ale ja mam samochód. Poradzę sobie.
Tak, wiem. Ale proszę, zgódź się. To nie ty z nią mieszkasz pod jednym dachem. – Nie musiał mi więcej tłumaczyć. Przez te ostatnie miesiące dobrze poznałam jego siostrę.
Ok. – westchnęłam. Uśmiechnął się szeroko i otworzył mi drzwiczki od strony pasażera.
Proszę bardzo. – Powiedział, pokazując teatralnym gestem, bym wsiadła do środka. Zachichotałam. Był świetnym aktorem.
Przez całą drogę rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Generalnie to ja zadawałam mu pytania a on chętnie na nie odpowiadał. Po kilku minutach zorientowałam się, że stoimy na parkingu szkolnym.
Matko, już jesteśmy? – Spytałam zaskoczona. Byłam tak zajęta rozmową z Edwardem, ze nie zwróciłam uwagi na drogę.
Wiem, może troszkę przesadziłem z prędkością. Nie masz mi tego za złe?
Nie skąd. Nawet nie zauważyłam, ile było na liczniku. – Roześmiał się.
Niemożliwe.
A jednak. Nigdy nie patrzę na to ile jadę. – Dodałam na swoją obronę.
A już myślałem, że twój tata ma większy wpływ na ciebie. - Znów zachichotał. Tym razem ja również. Mogłabym się tak śmiać dowoli, gdyby nie to, że trzeba było iść do szkoły.
Wysiadając z samochodu Edwarda poczułam na sobie ciekawskie spojrzenia Jessici i jej paczki. Jaka szkoda, ze nie mogę czytać im w myślach. Spuściłam głowę i ruszyłam w kierunku budynku szkoły. Nie zwróciłam uwagi, kiedy dołączył do mnie Edward.
Ta Jessica nie ma za grosz szacunku dla innych – powiedział przez zęby.
Tak myślisz?
To widać po niej Bello. Tylko wystarczyło spojrzeć na nią i jej grupkę wsparcia. Nie rozumiem tych ludzi – pokręcił głową. Właśnie przechodziliśmy przez główne wejście. Musieliśmy się rozdzielić, bo ja miałam teraz angielski, a Edward matematykę. Niestety, nie mieliśmy dziś biologii…
Spotkaliśmy się dopiero w stołówce. Zastałam go siedzącego przy naszym stoliku z tacką, na której stał sok w butelce i nietknięte drugie śniadanie. Zdążyłam się przyzwyczaić, że razem z Alice nie mogą jeść. Mówili, ze są na specjalnej diecie. Nie wnikałam, po co. Nie musiałam tego wiedzieć. Usiadłam ze swoim jedzeniem naprzeciwko Edwarda. Podniósł głowę i uśmiechnął się. Pewnie znowu zacznie swoją codzienną obserwację, gdy ja będę jeść. Robił tak praktycznie codziennie.
Przez całą przerwę na lunch siedzieliśmy z Edwardem i obgadywaliśmy Jessice. Na szczęście zrezygnował dziś ze swoich obserwacji, więc czułam się swobodniej i mogłam normalnie z nim pogadać. W niektórych momentach śmialiśmy się okropnie, a Jessica nerwowo zerkała w naszą stronę. Byliśmy tak pochłonięci rozmową, ze nie zauważyłam, ze siedzimy z Edwardem pochyleni ku sobie nad stołem. Zorientowałam się, gdy poczułam perfumy Alice. Odsunęłam się powoli. Dlaczego Edward podkrada perfumy swojej siostrze? Czy ja o czymś nie wiem? Czyżby Edward… nie, ta myśl szybko ulotniła się, tak jak się znalazła.
Kiedy rozbrzmiał dzwonek, niechętnie powlokłam się na dwie ostatnie lekcje. Zaklinanie w duchu, że to tylko jeszcze 2 wcale nie pomagało. Dłużyło mi się strasznie. Gdy patrzyłam na zegarek miałam wrażenie, że wskazówki w ogóle się nie poruszają.
Po długich dwugodzinnych mordęgach poczłapałam nieprzytomna do samochodu. Na dworze lekko mżyło. Chciałam już otworzyć drzwi swojej furgonetki, kiedy zorientowałam się, że macham ręką w powietrzu. Całkiem zapomniałam, ze dziś przyjechałam volvo Edwarda. Odwróciłam się na pięcie, bo usłyszałam czyjś śmiech. Miałam rację. To był Edward.
Co ty dzisiaj taka nierozgarnięta, co? Chodzisz taka struta i nieprzytomna. Zastanawiałem się, po co ty tutaj idziesz. – Znów się zaśmiał.
Hahaha, bardzo śmieszne. – Powiedziałam.
No, co. To było zabawne. – Spojrzał w górę. – Lepiej chodź już do samochodu, zaraz lunie.
Dobra, dobra, już idę. – i poszłam za nim.
W drodze powrotnej nie był już taki rozmowny. Zastanawiałam się, dlaczego. W pewnym momencie zerknęłam na licznik pomiaru prędkości. Rano naśmiewał się, że nie zwróciłam na to uwagi. Gdy zobaczyłam, ze wskazówka zbliża się do dwusetki…
Matko Boska, Edward!!! – Krzyknęłam. Zahamował z piskiem opon, aż mną zarzuciło.
Bella, co jest? Co się stało? – Spytał spanikowany.
Ty chcesz nas zabić?! Dwieście na godzinę? Czyś ty oszalał? – Spojrzał na mnie, po czym wybuchł tubalnym śmiechem.
Bello… chyba nie chcesz mi powiedzieć,…że… ta prędkość ci przeszkadza… - powiedział, przerywając na ataki śmiechu. To było o jedno zdanie za dużo. Chwyciłam za klamkę i zaczęłam wysiadać z auta. – Bella, no, co ty? Dokąd to?
Idę do domu! Przynajmniej dotrę tam w jednym kawałku, idąc pieszo.
Jesteś pewna? W każdej chwili mogę cię przejechać. – Uśmiechnął się. Pokazałam mu język. – Oh no nie bądź taka. Musze cię dostarczyć do domu, inaczej Alice mnie przeczołga… - powiedział, udając drżący głos. Skapitulowałam. Wsiadłam z powrotem do środka. Odwróciłam się tylko w stronę okna, by nie patrzeć na niego.
Ruszyliśmy. Dyskretnie zerknęłam na licznik nad kierownicą. Wskazówka sunęła lekko w górę, ale nie przekroczyła setki. Odetchnęłam z ulgą. W pewnej chwili poczułam, że świdruje mnie wzrokiem.
Bello, mam dla ciebie jeszcze jedną wiadomość. Od Alice. – na dźwięk tego imienia szybko odwróciłam się w jego stronę.
O co chodzi? – Spytałam ciekawa.
Dziś w szkole przysłała mi sms, żebym dotrzymał ci towarzystwa przez cały dzień. Nie tylko w szkole. – Zatkało mnie. Kompletnie.
Wiesz, to chyba nie najlepszy pomysł.
Tak, ale sama rozumiesz…
Alice… - powiedzieliśmy równocześnie, po czym parsknęliśmy śmiechem.
Czyli co, jedziemy do mnie? –Zapytał. Hola, hola kowboju.
No nie wiem. Muszę zadzwonić do rodziców i uprzedzić ich…
Tym zajęła się już Alice. Odwiozę cie pod wieczór. – Tymi słowami wytrącił mi ostatni argument. Nie miałam wyjścia. Teraz przeklinałam Alice w duchu. Jak mogła uknuć taki plan? Ja z jej bratem w jednym domu? I w dodatku pustym? Cóż, może wyciągnę z niego, dlaczego używa babskich perfum.
Ok., jedźmy. Ale punktualnie chcę wrócić do domu – zaoponowałam.
Tak jest! – Zasalutował. Widziałam, jak w kącikach jego ust czaił się uśmiech. Oparłam się wygodnie w fotelu i czekałam, aż znajdę się w domu Cullenów…
******
Jacob
******
Ujrzałem ją po raz pierwszy na żywo. ( Ten raz, kiedy leżała na polanie się nie liczył!) Stała naprzeciwko mnie i patrzyła się w moją stronę. Aż mi wiaderko wypadło z rąk. Gdzie jest ta Bella? Moja prawdziwa Bella? Kim jest ta dziewczyna???
******
Sam
******
Albo rada coś z tym zrobi, albo ja będę musiał to zrobić. Ten chłopak zamęczy się przez nią. I to, dlatego, że nie jest ona prawdziwa. Współczuje mu. Mógł nie patrzeć wtedy na to zdjęcie. Może gdyby ujrzał ją wtedy naprawdę, żywą, może wpoiłby się w prawdziwą Bellę Swan, a nie w jej zdjęcie…
Wycofałem się prędko w głąb lasu i pobiegłem do chłopaków. Musieliśmy to wszystko obgadać.
