Rozdział 7
******
Edward
******
W drodze powrotnej rozmyślałem, jak oderwać łeb Blackowi. Ten młody szczeniak tak sobie nagrabił… Teraz za każdym razem, gdy go wspomnę, niedobrze mi się robi. Pewnie gdybym był człowiekiem, zwymiotowałbym.
Do domu wpadłem jak burza, co zwróciło uwagę wszystkich domowników.
Edwardzie, co się stało? – Spytała Esme. – Coś nie tak z Bellą?- Byłem tak wściekły, że ledwo odpowiedziałem.
Ten cały Black nadepnął mi na odcisk. Sukinkot. Niech ja go tylko dorwę! – Zacisnąłem ręce w pięści, aż pobielały mi kłykcie.
Mógłbyś jaśniej? – Zapytała Rosalie.
Ok. – odetchnąłem. – Chodzi o to, że uratowałem Bellę z płonącej leśniczówki. – Zauważyłem, jak reszta poczuła ulgę. – A on perfidnie wykorzystał to wszystko i powiedział jej rodzicom i innym oczywiście, że to jego zasługa.
Przeklęty kundel. – Emmet równie go nienawidził, co ja.
Dlatego mam ochotę urwać mu teraz głowę…
Edwardzie, spójrz na to z innej strony. – Zaczął Jasper. Że co on miał na myśli?
O czym ty mówisz Jasper?
W ten sposób zachowasz naszą tajemnicę przed Bellą. Niech sobie myśli, że ten szczeniak ją uratował.
Ty chyba sobie żartujesz! – Żachnąłem się. Wzruszył tylko ramionami. Nie miałem siły z nimi się kłócić…
******
3 miesiące po wypadku Belli…
Z tego, co wiem, Bella czuje się już znacznie lepiej. Byłem na bieżąco z informacjami na temat jej stanu zdrowia, ponieważ Carlisle badał ją, co dwa tygodnie. I w dodatku Alice prawie codziennie do niej jeździła, pomóc w różnych czynnościach.
Przez trzy miesiące stosunki między nami a Bellą polepszyły się i to ogromnie. Bella polubiła nas dwoje-mnie i Alice. Siedzieliśmy razem w stołówce, razem się trzymaliśmy. Taka mała grupka przyjaciół. I co więcej, Bella nie wypytywała nas o nasze życie prywatne. Nie dociekała prawdy o zimnych dłoniach Alice, czy jeszcze innych rzeczach. Po prostu wystarczało jej to, co mówiliśmy. To wszystko jeszcze bardziej mnie do niej zbliżyło…
Siedziałem sobie właśnie na matematyce, gdy usłyszałem, jak ktoś rozmyśla na mój temat. Nie mogła być to Jessica, bo nie chodziła ze mną na ten przedmiot. Zaintrygowany odwróciłem głowę. Napotkałem wzrok rozwścieczonego Mike Newtona. „ Ciekaw jestem, czy Bella będzie z nim chodzić. Ostatnio za bardzo się do siebie zbliżyli. Jeszcze w dodatku pojawił się ten cały Black, który uratował ją z tej leśniczówki. Moja Bella. Dlaczego oni ciągle kręcą się koło niej? Co z tego, że nie chce się ze mną umówić? Nie byłem gorszy, bo z Cullen'em też ani razu się nie umówiła. Ha ha, ciekawe, czy kiedykolwiek to zrobi." Zakończyłem podsłuchiwanie jego myśli, bo zaczęły one zbaczać na inny tor. Co za chory na umyśle palant? Dobrali się z Jessicą, że ho ho…
Zadzwonił dzwonek i szybko opuściłem klasę. Nie miałem ochoty dalej przebywać w jednym pomieszczeniu z tym Newtonem. Zabrałem swoją kurtkę i udałem się do mojego volvo.
Chciałem już znaleźć się w domu, by móc zapolować, ale musiałem czekać na Alice. Jak zwykle nie spieszyło jej się. Uchyliłem okno i zapuściłem radio. Obserwowałem uczniów, jak opuszczają parking i wtem zauważyłem, jak Bella wyjeżdża swoją furgonetką. Nagle znikąd pojawiła się Alice. Nie wiem, ale jak ujawniła swój talent do biegania, to chyba marnie skończy.
Jedź za nią! – Rozkazała.
Za kim?
Za Bellą! Ona jedzie do tego szczeniaka!
Skąd wiesz?
A jak myślisz bystrzaku? – Spytała, wrzeszcząc na całe gardło. Oczywiście domyśliłem się.
Dobra, dobra, już jadę. – Nagle położyła rękę na mojej dłoni, którą wrzucałem bieg.
Czekaj. – Jej oczy zaszły mgłą. Próbowałem wyczytać, o co jej chodzi.
Alice…
Cicho! – Warknęła. – Spójrz! Ja ją widzę. Na razie są przebłyski, ale… pomimo, ze się z nim spotka, ja ją widzę! – Rzeczywiście, to się zmieniło. Bella była widoczna, nawet stojąc obok tego kundla. Mogliśmy śledzić jej każdy ruch.
Ale jak to możliwe? – Spytałem. – Przecież nigdy nie widziałaś wilków, a teraz?
Ja nie śledzę wilków, tylko Bellę. I z resztą obraz się czasami rozmazuje. Pewnie w pobliżu jest jakiś inny pies.
Co takiego się stanie? Sprawdź. – I znów odpłynęła. Po krótkiej chwili się zaśmiała. Wyczytałem z jej wizji, o co chodzi i też się zaśmiałem.
Czyli jeden problem z głowy. – Cały czas się śmiała. Okazało się, że nasz szanowny piesek Jacob już nie kocha Belli. A przynajmniej tej prawdziwej. Biedaczyna ślini się do zdjęcia. To ci dopiero przypadek.
W dobrym nastroju wróciliśmy do domu. Kiedy weszliśmy do środka, wszyscy siedzieli w salonie. Wyraźnie czekali na nas. Głos zabrał Carlisle.
Słuchajcie, jutro wyjeżdżamy na większe polowanie. Ostatnio doszły nas słuchy, że tutejsze gatunki saren są zagrożone. Dlatego musimy zapolować na coś większego. Postanowiliśmy, że poświęcimy na to cały jutrzejszy dzień. –Ani Alice, ani mnie nie uśmiechało się wyjeżdżać z Forks.
A co z Bellą? – Spytała smutno Alice.
Spokojnie, to tylko jeden dzień. – Odpowiedziała Esme. Podeszła do niej i objęła ja ramieniem.
Sądzę, że jedno z nas powinno zostać. Tak dla bezpieczeństwa. W końcu nie po to uzgadnialiśmy, że będziemy sprawować pieczę nad Bellą. – Powiedziałem. Wiedziałem, że mam rację. Alice klasnęła w dłonie.
Ekstra! Tylko masz się nią solidnie zaopiekować. – Powiedziała, stanowczym głosem. W jej głowie przebłyskiwała pewna wizja, którą przede mną skutecznie ukrywała.
Alice… - Pokazała mi język.
To ja pojadę do Belli. Musze powiedzieć jej, że jutro mnie nie będzie, w końcu byłyśmy umówione. Wrócę wieczorem! – I już jej nie było. Słyszałem, jak jej auto rusza z podjazdu.
No to załatwione. – Powiedział Carlisle z uśmiechem.
Poszedłem do swojego pokoju. Do końca dnia nie miałem nic ciekawego do roboty. Włączyłem swoją ulubioną muzykę i jak zawsze zatraciłem się w niej. Mogłem odetchnąć od codziennych spraw. Po kilku minutach jednak zacząłem używać swojego mózgu i do głowy napływały mi różne sentencje. Rozmyślałem nad jutrzejszym dniem. Miałem być sam w domu, w szkole i do tego jeszcze dotrzymywać towarzystwa Belli. Jestem ciekaw, co pomyślą sobie Mike i Jessica, kiedy zobaczą mnie samego z nią. Zapowiada się ciekawy dzień, Edwardzie. – Zaśmiałem się w duchu. Wstałem ze swojego łóżka i pognałem przez tylne drzwi w stronę lasu. Musiałem zapolować…
Wróciłem około 7 rano. Miałem jeszcze trochę czasu, więc poszedłem się przebrać. Kiedy wszedłem do swojego pokoju, na mojej kanapie leżały jakieś ubrania, a na nich biała kartka. „Edwardzie, dzisiaj jesteś sam z Bellą i musisz się jakoś prezentować. Zostawiam ci komplet ciuchów, byś mógł włożyć je do szkoły. A niech mi Bella powie, że się w nie nie ubrałeś… Twoja kochana siostrzyczka. -Alice". Zaśmiałem się. Nie widziałem sensu strojenia się. Codziennie wybierałem sobie sam garderobę i nigdy to Belli nie przeszkadzało. Moja narwana siostrzyczka miała jakiegoś bzika na tym punkcie. Jednak nie chciałem jej drażnić i posłusznie włożyłem to, co zostawiła. Wpadłem do kuchni, bo z salonu czułem jakiś dziwny, znajomy mi zapach. Jednak nigdzie nie widziałem źródła tego „czegoś". Zaglądnąłem do lodówki. Była wypchana ludzkim jedzeniem. Tylko, po co? Przecież my nie jemy. Coś mi tu nie pasowało. Po chwili poczułem, że mój telefon wibruje w kieszeni spodni.
Hej Edwardzie, jesteś jeszcze w domu? – Spytała Alice.
Tak. Jestem. Mogę wiedzieć, po co u licha nafaszerowaliście naszą lodówkę?
To później. Chcę, żebyś podwiózł dziś do szkoły Bellę. I z niej przywiózł. – Rozkazała.
Że co? Alice dawno to wymyśliłaś? – Spytałem. Być może tego dotyczyły jej wizje. Zachichotała.
Oj bracie, bystry jesteś. No dobra, jedź już po nią, zanim pojedzie sama.
Ok., ok. – rozłączyła się.
Coraz bardziej nie podobały mi się jej wizje przyszłości. Mam nadzieję, że jej plan kończy się na tym, że mam ją tylko odwieźć.
Szybko zabrałem swój plecak i pognałem do garażu po swoje volvo. Drogę do jej domu znałem już na pamięć. Często odwoziłem Alice, kiedy jechała jej pomóc.
Zatrzymałem się na podjeździe, gdzie zazwyczaj stał radiowóz komendanta Swana. Obok stała jej furgonetka. Uff, zdążyłem. Wysiadłem z wozu i oparłem się o drzwiczki. Po chwili czekania wyszła z domu. Jej mina mnie rozbawiła. Widzę, że Alice jej nie uprzedziła…
Hej Bella! – Powiedziałem, nadal się śmiejąc.
Cześć Edward. – Wydukała.
Widzisz, moja Kochana siostra kazała mi dotrzymać ci dziś towarzystwa. No i dlatego jestem tutaj, by podwieźć cię dziś do szkoły i cie z niej przywieźć. – Powiedziałem śmiało. W końcu mówiłem prawdę.
Wiesz, to miłe z jej strony, ale ja mam samochód. Poradzę sobie.
Tak, wiem. Ale proszę, zgódź się. To nie ty z nią mieszkasz pod jednym dachem. – Widać było, że ją przekonałem.
Ok. – Westchnęła. Uśmiechnąłem się szeroko i otworzyłem drzwiczki od strony pasażera.
Proszę bardzo. – Powiedziałem, pokazując teatralnym gestem, by wsiadła do środka. Zachichotała.
Całą drogę do szkoły przegadaliśmy. Cały czas zadawała mi pytania, na które chętnie odpowiadałem. Nie miałem nic do ukrycia. No może przesadziłem…
Po kilku minutach staliśmy już na parkingu szkolnym. Bella rozglądnęła się wokół:
Matko, już jesteśmy? – Spytała zaskoczona.
Wiem, może troszkę przesadziłem z prędkością. Nie masz mi tego za złe?
Nie skąd. Nawet nie zauważyłam, ile było na liczniku. – Roześmiałem się.
Niemożliwe.
A jednak. Nigdy nie patrzę na to ile jadę. – Dodała na swoją obronę.
A już myślałem, że twój tata ma większy wpływ na ciebie. - Znów zachichotałem. Tym razem ona również.
Wysiadając z auta wyczułem, jak i usłyszałem, że każdy przygląda się naszej dwójce. Zdziwił ich fakt, że Bella przyjechała ze mną i nie było Alice. Jak zwykle najbardziej denerwowała mnie jedna osoba: Jessica Stanley.
Ta Jessica nie ma za grosz szacunku dla innych. – Powiedziałem przez zęby.
Tak myślisz?
To widać po niej, Bello. Tylko wystarczyło spojrzeć na nią i jej grupkę wsparcia. Nie rozumiem tych ludzi. – Pokręciłem głową. Właśnie przechodziliśmy przez główne wejście. Musieliśmy się rozdzielić. Każde z nas szło na własną lekcję. Niestety, nie mieliśmy dziś biologii…
Przez wszystkie lekcje modliłem się, żeby skończyły się one jak najszybciej. Ale jak na złośc, każda dłużyła się niemiłosiernie.
Kiedy w końcu zadzwonił dzwonek, ogłaszając przerwę na lunch, czym prędzej poderwałem się z miejsca. Miałem tylko dwadzieścia minut na spotkanie z Bellą. Pragnąłem wykorzystać go jak najlepiej.
W stołówce zjawiłem się przed nią. Poszedłem zając miejsce w kolejce. Jak zawsze na swoją tackę zabrałem pomarańczowy napój w butelce i, mówiąc po ludzku, „coś na ząb". Zająłem nasze stałe miejsce i czekałem. Zjawiła się po około trzech odczekanych przeze mnie minutach. Podniosłem głowę i uśmiechnąłem się. Usiadła na krześle po mojej prawej stronie. Trochę się zdziwiłem, bo zawsze siedziała tam Alice, a Bella zajmowała miejsce naprzeciwko mnie. Spojrzała na moja tackę, ale nic nie powiedziała. Postanowiłem, że to ja przejme inicjatywę.
Jak tam po matmie? – Spytałem grzecznie, uśmiechając się.
Mogło być lepiej. Znowu zawalił nam cały weekend, dając masę zadań do rozwiązania. – Westchnęła.
Nie trzeba się tak przejmować. W każdej rzeczy można zobaczyć pozytywy. – Dodałem. Podniosła brwi.
Czyżby?
Do końca przerwy debatowaliśmy na ten temat. Jednak pod koniec zboczyliśmy jednak z toru i rozmowa przeszła w pogawędkę. Obmawialiśmy Jessice i Mike'a oraz wszystkich uczniów włącznie z nauczycielami. Takie dwie plotkary z nas były…
Byliśmy tak zaabsorbowani rozmową, że nie zauważyliśmy, kiedy do siebie się przybliżyliśmy. Teraz pochylaliśmy się do siebie nad stołem, prawie stykając się twarzami. Uświadomiła mnie o tym Jessica. Po chwili Bella wróciła do swojej dawnej pozycji, zupełnie, jakby usłyszała myśli tej zołzy.
Na dwie ostatnie godziny wybrałem się niechętnie. Pocieszałem się w duchu, że to „tylko" dwie lekcje.
Gdy zadzwonił dzwonek znów pierwszy opuściłem klasę. Nie miałem zamiaru dłużej siedzieć i kisnąć w tej szkole. Wychodząc z budynku, zadzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu był numer Alice.
Cześć brat.
Cześć Alice. O co chodzi? – Spytałem. Wyczuwałem w powietrzu jakąś intrygę…
Mam jeszcze tycią prośbę do ciebie. Nie jest to cos wielkiego. Ale chodzi o to, że chciałabym, żebyś zaprosił Bellę do nas, do domu. W ten sposób będziesz miał na nią oko. – Czy ona do reszty zwariowała?
Alice, co ty…
Edward, proszę. – Powiedziała tak słodkim głosem, że w głowie wyobrażałem sobie, jaką ma teraz minę. Nagle doznałem olśnienia. Wszytko było od początku zaplanowane. Jej wizje właśnie tego miały dotyczyć. I jeszcze ta pełna lodówka… a niech mnie. Cóż za intrygantka z tej Alice. W życiu bym nie przypuszczał. – Edward? – Spytała, gdyż przez chwilkę się nie odzywałem. Nie wiedziałem za bardzo, co powiedzieć.
No nie wiem Alice. To szalony pomysł.
Wiem, braciszku, że dasz radę. Myślisz, że nie wiem, co do niej czujesz, jak na nią patrzysz.
Proszę oszczędź mi szczegółów. Ja wiem swoje.
Dobra, dobra. To jak będzie? – Wyczuwałem w powietrzu napięcie z jej strony. Westchnąłem.
Ok. Niech będzie.
Hurra, dziękuję Edwardzie! Na razie! – Chochlica się rozłączyła. Zanim to zrobiła zdążyła nieźle zapiszczeć do słuchawki. Chowałem właśnie telefon do kieszeni, gdy zobaczyłem, jak Bella idzie w kierunku swojego miejsca parkingowego. Czyżby zapomniała, że dziś przyjechała ze mną? Poszedłem za nią. Przyuważyłem, jak jedną ręką próbuje coś chwycić w powietrzu. Dziwnie to wyglądało. Mimowolnie zachichotałem. Odwróciła się zaskoczona.
Co ty dzisiaj taka nierozgarnięta, co? Chodzisz taka struta i nieprzytomna. Zastanawiałem się, po co ty tutaj idziesz. – Znów się zaśmiałem.
Hahaha, bardzo śmieszne. – Powiedziała.
No, co. To było zabawne. – Spojrzałem w górę. Ciemna chmura wisiała centralnie nad nami – Lepiej chodź już do samochodu, zaraz lunie.
Dobra, dobra, już idę. – Słyszałem, jak kroczy za mną.
Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w kierunku mojego domu…
Całą drogę nikt nie zabrał głosu. Bella nadal siedziała jakaś struta. Nie wiedziałem, czy to brak Alice ją tak przygnębił, czy też moje towarzystwo jej nie odpowiadało. Być może za mało się starałem.
Matko Boska, Edward!!! – Krzyknęła. Zahamowałem z piskiem opon. Przeraziłem się nie na żarty.
Bella, co jest? Co się stało? – Spytałem spanikowany.
Ty chcesz nas zabić?! Dwieście na godzinę? Czyś ty oszalał? – Spojrzałem na nią, po czym wybuchłem tubalnym śmiechem.
Bello… chyba nie chcesz mi powiedzieć,…że… ta prędkość ci przeszkadza… - powiedziałem, przerywając na ataki śmiechu. Nagle chwyciła za klamkę i zaczęła wysiadać z auta. – Bella, no, co ty? Dokąd to?
Idę do domu! Przynajmniej dotrę tam w jednym kawałku, idąc pieszo.
Jesteś pewna? W każdej chwili mogę cię przejechać. – Uśmiechnąłem się. Pokazała mi język. – Oh no nie bądź taka. Musze cię dostarczyć do domu, inaczej Alice mnie przeczołga… - powiedziałem, udając drżący głos. Wsiadła z powrotem do środka. Odwróciła się tylko w stronę okna.
Kontynuowaliśmy jazdę. Tym razem jednak nie przekroczyłem dozwolonej prędkości. Nie chciałem bardziej jej denerwować przed wspólnym spędzeniem czasu w moim domu. Grr, aż ciarki po mnie przechodzą jak o tym pomyślę. Cały czas patrzyłem się na nią. W końcu przemówiłem.
Bello, mam dla ciebie jeszcze jedną wiadomość. Od Alice. – Na dźwięk tego imienia szybko odwróciła się w moją stronę.
O co chodzi? – Spytała ciekawa.
Dziś w szkole przysłała mi sms, żebym dotrzymał ci towarzystwa przez cały dzień. Nie tylko w szkole.
Wiesz, to chyba nie najlepszy pomysł.
Tak, ale sama rozumiesz…
Alice… - powiedzieliśmy równocześnie, po czym parsknęliśmy śmiechem. - Czyli co, jedziemy do mnie? –Zapytałem.
No nie wiem. Muszę zadzwonić do rodziców i uprzedzić ich…
Tym zajęła się już Alice. Odwiozę cie pod wieczór.
Ok., jedźmy. Ale punktualnie chcę wrócić do domu – Zaoponowała.
Tak jest! – Zasalutowałem.
Nie wierzyłem, że tak łatwo się zgodziła. Przez to zacząłem się nieźle denerwować. Najbardziej stresowało mnie nie to, że mogę zrobić jej krzywdę, tylko to, że będziemy sami – bez świadków, tak jak w szkole.
Bella siedziała cicho, cały czas wpatrując się w widoki za oknem. Do naszego domu było nawet sporo drogi. Większa część trasy ciągnęła się przez las i te widoki najbardziej jej się spodobały. Zafascynowany nie mogłem oderwać od niej wzroku. A mogłem tak spoglądać na nią, gdyż nie potrzebowałem patrzeć na drogę w czasie jazdy.
Po kilku minutach w końcu staliśmy na podjeździe. Czekałem na jakąś reakcję Belli. Nic. Pragnąłem w końcu usłyszeć jej głos, po tylu momentach ciszy. Zerknąłem na szybę. W jej odbiciu widniała twarz Belli – miała szeroko otwarte usta. Zachichotałem. Spojrzała wreszcie na mnie i wyszeptała.
Ten dom… Jest piękny. – Po czym uśmiechnęła się szeroko. Odwzajemniłem równie szerokim uśmiechem.
Chcesz go obejrzeć? – Spytałem. Pokiwała głową. Wysiadłem z samochodu i poczekałem, aż ona też to zrobi. Kiedy stała już na podjeździe obok mojego volvo, pokazałem jej ręką drzwi wejściowe.
Zapraszam.
Śmiało kroczyła przed siebie. Za to ja swoją pewność siebie zgubiłem gdzieś chyba po drodze. Cały się zestresowałem.
Weszliśmy jednocześnie do środka. Zafascynowana rozglądała się wszędzie. Jej uwagę przykuł wazon Esme, który dostała od Carlisle'a na ich setną rocznicę ślubu. Lekko przejechała po delikatnym porcelanowym wyrobie. Zaciekawiony przyglądałem się każdemu ruchowi jej palców i dłoni. Nigdy w życiu nie przypuszczałem, że coś takiego jest aż tak fascynujące. Przynajmniej dla mnie. Po chwili odwróciła się w moją stronę.
Jest piękny. Musiał być drogi, jego zdobienia o tym świadczą.
Bello, pieniądze nie są tu najważniejsze. Dla nas liczy się ktoś bliski, jesteśmy najważniejsi dla siebie. Szanujemy się wzajemnie. Pieniądze mogłyby to zniszczyć, ale unikamy tego i jak widać, jesteśmy szczęśliwi. – Chyba się troszkę zmieszała. Na jej policzkach zagościł słodki rumieniec, przez co do ust naleciała mi ślinka. Wystraszyłem się, ponieważ nie powinienem był tego czuć. Wczoraj solidnie polowałem… po minucie otrząsnąłem się i powiedziałem:
Chodź, nie będziemy tutaj tak stać.
Usiedliśmy w salonie. Znów zapadła cisza. Przerwało ja ciche burczenie w brzuchu Belli. Odruchowo przyłożyła sobie szybko rękę do niego, po czym wyszeptała.
Przepraszam. – Zachichotałem.
Spokojnie Bello. Ostatnio Alice narobiła nam zapasów chyba na miesiąc i szczerze mówiąc dobrze by było, gdybyś coś u nas zjadła. Powiedz tylko, na co masz ochotę.
Nie, nie trzeba, naprawdę. – Dodała zakłopotana.
Oh, Bells, to żaden kłopot. I chyba nie chcesz, bym dzwonił do Alice, co?
Ok., ok.
Chodźmy do kuchni, może tam coś uda nam się wymyślić.
Poszliśmy razem coś ugotować. Otworzyłem lodówkę i zacząłem rzucać propozycjami na jakąś potrawę. Bella patrzyła na mnie zdziwiona, skąd znam te wszystkie nazwy. Po chwili spytała, nieco zakłopotana.
Czy mogę sama coś ugotować? Oczywiście, jeśli nie masz nic przeciwko.
Jasne, no problem. Mów, co będzie ci potrzebne. – Powiedziałem. Zastanowiła się chwilkę, by później wydawać mi polecenia. Posłusznie podawałem jej wszystkie potrzebne produkty. Przyglądałem się ciekawy, jak gotuje kurczaka w sosie słodko-kwaśnym.
Co chwila pytałem ją o składniki, po co je dodaje, co one dają i takie tam. Po ok. godzinie oznajmiła, że danie gotowe. Wzięła łyżkę i spróbowała odrobinę. Uśmiechnęła się. Widać potrawa się udała. Popatrzyła na mnie, po czym spytała:
Chcesz spróbować? – No nie. Mogłem to przewidzieć. I co teraz? Nie chciałem jej urazić, nie próbując tego sosu. Wyszłoby na to, że mi nie smakuje.
Po chwili namysłu kiwnąłem głową. Raz się żyje – pomyślałem. Zanurzyła łyżkę w garnku z sosem i po sekundzie zmierzała już do moich ust. Popatrzyłem na nią. Bella wywróciła oczami.
Ja jeszcze żyje. Nie otrujesz się, bez obaw. – Westchnąłem.
Ponownie nabrała sosu i tym razem lekko otworzyłem usta. Cały czas patrzyłem jej w oczy. Zatopiłem się w ich czekoladowej barwie. Nawet nie spostrzegłem, kiedy łyżka z sosem Belli znalazła się w moich ustach. Spojrzała na mnie, czekając na jakąkolwiek reakcję. Połknąłem ostrożnie pomarańczową ciapkę. Jej smak całkowicie ignorowałem. Cały czas patrzyła na mnie wyczekująco. Po chwili namysły w końcu się odezwałem.
Masz wielki talent kulinarny Bello. – Przyznałem. Uśmiechnęła się szeroko. Tak słodko…
Wielkie dzięki. Już myślałam, że ci nie smakuje. – Wyraźnie odetchnęła z ulgą. – Gdzie trzymacie talerze? – Spytała.
Są tutaj. – Powiedziałem, pokazując na szafkę nad blatem, po czym wyciągnąłem jeden.
Ty nie chcesz? Myślałam, że ci smakuje…
Tak, jest pyszne. Ale kolejny syty posiłek mogę zjeść dopiero za dwie godziny. Rozumiesz, moja dieta. – Pokiwała głową. Włożyła sobie małą porcję i usiadła do stołu.
Szybko opróżniła swój talerz i pozmywała naczynia. Cały czas przyglądałem się jej. Wszystko, co robiła, było bardzo interesujące. Musiałem podziękować Alice, za to jak uknuła to wszystko.
Przenieśliśmy się z Bellą do mojego pokoju. Gdy zobaczyła, ile mam płyt, teatralnie złapała się za głowę. Zaśmiałem się. Podeszła i zaczęła oglądać je. Po chwili spojrzała na mnie zaskoczona.
Słuchasz klasyki?
Tak, a coś w tym złego?
Nie, po prostu ja też czasami lubię jej słuchać. Ona, tak jakby uspakaja mnie. – Powiedziała.
To zupełnie jak mnie. – Uśmiechnąłem się. Bella włączyła mój odtwarzać. Z głośników wydobywała się piękna melodia. Usiadła na kanapie i przymknęła oczy.
Usiadłem obok. Nadal nie otwierała oczu. Przyglądałem się ciekawy temu zjawisku. Kiedy melodia dobiegła końca, powoli rozchyliła powieki i spojrzała na mnie.
Czy mogę od ciebie pożyczyć tę płytę? – Spytała.
Jasne, mam ich wiele. Jak któraś ci się spodoba, bierz śmiało.
Dzięki.
Przez kolejną godzinę gadaliśmy o muzyce. Nigdy wcześniej nie spotkałem tak „bratniej duszy". Mogłem tak gadać godzinami. Ale jedna rzecz, która mnie kusiła od dawna…
W czasie naszej rozmowy oboje pochylaliśmy się na kanapie nad starymi płytami. Kiedy Bella podnosiła głowę, nasze twarze dzieliły jedynie centymetry. Za każdym razem, gdy mówiła coś do mnie, wpatrywałem się w ruchy jej warg. Układały się tak pięknie, synchronizowały się idealnie. W końcu nie wytrzymałem…
Kolejny raz Bella podniosła głowę. Popatrzyła na mnie zaskoczona, kiedy byłem blisko niej. Za blisko. Po chwili nasze usta się połączyły.
Starałem się robić to delikatnie. Na początku bałem się, że przerwie mi brutalnie i ucieknie z krzykiem do domu. Jednak ona bardziej na mnie napierała. Jej usta były takie słodkie. Sekundę później zaczęła przesuwać się w moją stronę. Założyła mi ręce na szyję i przywarła do mnie mocno. Nadal gorąco się całowaliśmy. I co mnie zdziwiło – czułem ogromne pragnienie, ale nie jej krwi, tylko jej samej! Swą zimną dłoń wplotłem jej we włosy. Jednak musieliśmy w końcu przerwać nasz pocałunek, bo Bella zaczynała dyszeć. Zapomniałem, ona potrzebuje tlenu. Ostrożnie wywinąłem się z jej objęć. Popatrzyła na mnie.
Przepraszam, naprawdę nie chciałam.
Przepraszasz, że cię pocałowałem?
Nie powinniśmy, z resztą moja wina. Wybacz.
Ja się nie gniewam.
Musze już lecieć. – Zaczęła się zbierać. A nie mówiłem?
Czekaj. Coś nie tak? Przepraszam, nie powinno do tego dojść.
Nie, to nie to. Naprawdę muszę lecieć.
Ok. Podwiozę cię. W końcu nie masz auta.
Dobrze. – Wzięła swoją torbę i wyszła. Tak po prostu.
Całą drogę nie odzywaliśmy się. Cały czas przeżywałem ten pocałunek. Udało mi się! Udało! W duchu cieszyłem się jak głupi. Jestem chyba jedynym wampirem, który całował człowieka i nie zrobił mu przy tym krzywdy. Ale jaja!
Zatrzymałem się na podjeździe. Bella złapała za klamkę i miała wysiąść, kiedy postanowiłem ją zatrzymać.
Bells, zaczekaj. Wybacz jeszcze raz.
Spokojnie, nic się nie stało.
A co z naszą przyjaźnią? Powiedz, że jej nie zniszczyłem…
Cóż.. – Powiedziała. – Chyba nie. – Pocałowała mnie szybko w policzek i wysiadła. Głupi patrzyłem na nią, jak kroczy w stronę domu…
******
Bella
******
Jego kolekcja płyt zwalała z nóg. Siedzieliśmy na kanapie w jego pokoju i gadaliśmy o muzyce. Miałam mu zadać pytanie i gdy podniosłam głowę, ujrzałam przed sobą jego złote oczy. Powoli się do mnie zbliżały. Ich barwa po prostu mnie zahipnotyzowała. Sekundę później nasze wargi się spotkały…
Boże, jak on całuje. Wiedziałam, że robię źle, nie przerywając mu tych pieszczot, ale co mi tam! Jestem teraz w siódmym niebie!
Jego zimne usta pieściły moje. Do głowy cisnęło mi się wiele pytań. Zeszły one na boczny tor, gdyż postanowiłam bardziej zaangażować się w ten pocałunek. Powoli przysunęłam się do niego. Złapałam go za szyję i przycisnęłam do siebie. Teraz mi już nie ucieknie. No chyba, że śniłam. Wtedy mogłabym się obudzić. Po chwili Edward dołożył swoje. Jego zimna dłoń oplatała moje długie włosy. Zachowywaliśmy się jak para, która nie widziała się przez ładne kilka miesięcy, a teraz nadrabia zaległości. Kurczę, głupota.
Po kilku minutach „przyjemności" musieliśmy przerwać, bo zaczęło brakować mi tlenu. Odsunął się delikatnie ode mnie.
Przepraszam, naprawdę nie chciałam. – Powiedziałam. Coś musiałam wykombinować, żeby nie pomyślał tak, jak ja.
Przepraszasz, że cię pocałowałem?
Nie powinniśmy, z resztą moja wina. Wybacz.
Ja się nie gniewam.
Musze już lecieć. – Zaczęłam się zbierać.
Czekaj. Coś nie tak? Przepraszam, nie powinno do tego dojść.
Nie, to nie to. Naprawdę muszę lecieć.
Ok. Podwiozę cię. W końcu nie masz auta.
Dobrze. – Wzięłam swoją torbę i wyszłam.
Całą drogę nie odzywaliśmy się. Gapiłam się tępo w szybę, rozmyślając, co będzie dalej…
Zatrzymał się na podjeździe. Złapałam za klamkę i miałam wysiąść, kiedy powiedział.
Bells, zaczekaj. Wybacz jeszcze raz.
Spokojnie, nic się nie stało.
A co z naszą przyjaźnią? Powiedz, że jej nie zniszczyłem…
Cóż.. – Powiedziałam. – Chyba nie. – Ach, i tak już zwariowałam. Pocałowałam Edwarda szybko w policzek i wysiadłam. Czułam na plecach jego spojrzenie i dlatego nie odwróciłam się.
Weszłam do domu cała w skowronkach. Planowałam wykonać jeden telefon…
Wparowałam do swojego pokoju, po czym wybrałam numer Alice. Odebrała zaraz po pierwszym sygnale.
Bella?
Cześć Alice. Nie uwierzysz, co się dzisiaj stało. U was w domu.
No, co takiego? – Spytała, wyraźnie ciekawa.
Widzisz, tak się złożyło, że… Ok., Twój brat i ja… Całowaliśmy się.
Naprawdę???
No nie. Kto by pomyślał…
I co? I co?
Nic. Musiałam wrócić do domu.
Nie żartuj Bells. Jak mogłaś?
Co? To on zaczął. Jak coś, niech ma pretensje do siebie. – Powiedziałam, lekko podenerwowana.
Oj, no dobrze. Żartowałam. Wpadnę wieczorem, to wszystko obgadamy.
Ok. Czekam. I trzymam cie za słowo.
Obiecuję, że się stawię.
Jasne, jasne, pa! – Wyłączyłam się. Opadłam na łóżko i przymknęłam oczy. Nawet nie wiem, kiedy, ale zasnęłam.
Śnił mi się Edward…
