„MY HERO VAMPIRE"
Autor: truska93
Dedykacja dla wszystkich, którzy lubią czytać MHV;**
Rozdział 12
Edward
Czułem się okropnie. Zraniłem siebie, zraniłem Bellę. Jestem potworem. Tak, jestem. I niech mi nikt nie wmawia, że to już przeszłość. Wszystko wraca. Moja okropna przeszłość wróciła jak bumerang…
Postanowiłem wynieść się do Kanady. Miałem tam znajomego, który na pewno mnie przyjmie z otwartymi rękami. Zabiorę jeszcze parę rzeczy i już mnie nie ma.
Do domu dobiegłem pierwszy. Spakowałem kilka ciuchów, płyt i zdjęcie Belli. Pomimo, że straciłem ją, nie straciłem wiary ani moja miłość do niej nie wygasła. Przeleciałem wzrokiem po pokoju i wybiegłem przez tylne drzwi. Wkrótce potem byłem już w drodze ku samotności…
Zanim przekroczyłem linię kończącą Forks, czułem, że Emmett depcze mi po piętach. Nie zatrzymałem się. Biegłem coraz szybciej. Chciałem zostawić wszystko za sobą. Wiem, że jestem tchórzem, ale jeśli usunę się na bok, może wszystko wróci do normy.
W Seattle wsiadłem w samolot. Wolałem przemieszczać się w normalny sposób, nie wzbudzać podejrzeń. Miałem szczęście, że akurat odlatywał samolot o tej godzinie.
Przez cały lot zastanawiałem się, czy postępuje dobrze. W duchu miałem nadzieję, ze Bella pozbiera się jakoś i nie będzie o mnie myślała. Nie zniósłbym każdej rzeczy, jaką zrobiłaby po moim odejściu…
Wysiadłem w Kanadzie. Wcześniej zadzwoniłem do Bena, że zjawie się u niego po południu. Czekał na mnie w samochodzie, na parkingu obok lotniska. Zauważył mnie i wysiadł, by mnie przywitać.
Edward!
Witaj Ben. Dziękuję, że mogę się u ciebie zatrzymać.
Nie ma sprawy. A co się takiego stało, że jesteś tu sam?
Nic ważnego. Postanowiłem wyjechać i przemyśleć parę spraw – moja mina sprawiła, że więcej pytań nie zadał.
Jechaliśmy w milczeniu. Zatłoczone ulice trochę denerwowały, ale udawałem, że mnie to nie obchodzi. Mijaliśmy po drodze kilka sklepów. Zauważyłem jedną dziewczynę, która była podobna do Belli. Jednak po chwili stwierdziłem, że to tylko zbieg okoliczności i że to nie może być moja ukochana.
Zaparkował przy jednym z małych domków. Z miejsca przypadł mi do gustu.
Macie tu może jakieś zwierzątka na zbyciu? No wiesz, w razie gdybym chciał zapolować.
Tak, jasne. Później pokaże ci miejsce, gdzie często znajdziesz jakiegoś wilka lub misia.
Super – skwitowałem. Ben przypatrywał mi się cały czas. Nie pasowałem mu do tego zwyczajnego Edwarda.
Weszliśmy do środka. Dom był, co prawda mały, ale przytulny i w sam raz dla mnie. Bym mógł być sam.
Ok., rozgość się. Ja pobiegnę na małe polowanie.
Dobra, i jeszcze raz dzięki stary.
Nie ma sprawy – i wybiegł z domu. Ben nie był taki jak my. Musiał polować na ludzi, co wcale nie przeszkadzało naszym relacjom.
Usiadłem wygodnie w jednym z foteli. Z kieszeni kurtki wyciągnąłem zdjęcie Belli. Przymknąłem oczy i przypatrywałem się jej twarzy, gdy wypowiadałem słowo żegnaj. Myślałem, ze oszaleje. Na całe szczęście Jacob Black okazał się pomocny w tej sprawie. Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby myślał w sposób tak logiczny i czysty. Byłem w szoku.
Schowałem z powrotem zdjęcie do kieszeni i wybiegłem zapolować. Wolałem sam. Mój instynkt mnie poniesie…
Z dnia na dzień było coraz gorzej. Moja tęsknota nasilała się. W niektórych momentach chciałem rzucić wszystko i wrócić. Ale nie mogłem. Obiecałem, że nie wrócę i dotrzymam słowa.
Pewnego dnia Ben przywiózł do domu fortepian. Z jego myśli wyłapałem, że jest on z przeznaczeniem dla mnie, żebym się nie nudził. Byłem mu wdzięczny za taki prezent. Jednego wieczoru usiadłem i zacząłem grać. Z serce płynęła ta melodia. Każdy głupi domyślał się, dla kogo ona jest. Kiedy kończyłem, Ben wszedł do pokoju i powiedział:
Powinieneś nagrać ją dla niej.
Słucham?
Wiesz, przyznam się, dzwoniła Alice. Opowiedziała mi wszystko. Ta melodia… Jest po prostu świetna. Stary, jestem w szoku. Myślę, że powinieneś nagrać ją i podarować, no nie wiem, może na święta. W końcu zbliża się Boże Narodzenie.
W sumie to dobry pomysł. Ale jest pewna rzecz, która…
Edward, nie czekaj. Zaraz zadzwonię gdzie trzeba i będziesz miał swoją melodie na płytce.
Dzięki Ben. Jesteś wielki.
Spoko.
Naprawdę powinienem się domyśleć, że Alice zadzwoni lub zjawi się tutaj. Miała swój dar i w pełni go wykorzystała. A ja przeklinałem go w tej chwili…
Pojechaliśmy z Benem do jego znajomego. Po raz pierwszy byłem w studiu nagraniowym. Od razu kazali mi usiąść do instrumentu. Z wrażenia nie wiedziałem, od czego zacząć. Pomyślałem więc o Belli i udało się. Melodia sama płynęła z mego serca…
Po skończeniu Ben i jego kolega byli pod wrażeniem. Otrzymałem swój krążek. Ale nie wiedziałem jak jej go wręczyć.
W drodze powrotnej Ben zachwalał mój talent muzyczny. Z grzeczności przytakiwałem mu tylko. Zastanawiałem się, w jaki sposób sprawić mojej ukochanej prezent.
Była Wigilia. Wykonałem rano jeden telefon do domu, gdyż po tych trzech miesiącach zasługiwali na krótki kontakt ze mną. Złożyłem im wszystkim życzenia. Esme była w siódmym niebie. Nie obyło się bez pytań, dotyczących mojego powrotu.
To, co planowałem, na pewno widziała już moja narwana siostrzyczka. Miesiąc temu postanowiłem, że zostawię jej płytę w pokoju, razem z listem ode mnie. Mój mały prezent. Nie chciałem zbytnio jej dawać nadziei, więc nie rozpisałem się na małej karteczce. Napisałem tylko dwa słowa…
Byłem już w drodze do Forks. Pudełeczko z płytą i liścik schowałem do kieszeni spodni. Zanim jednak skierowałem się do domu Bells, postanowiłem zajrzeć do własnego, zrobić im małą niespodziankę.
Przekraczając próg domu dało się odczuć klimat świąt. Emmett i Jasper postarali się z tymi światełkami. Były wszędzie. Alice z Rosalie tradycyjnie szykowały drzewko i w tym roku nie próżnowały. Była ogromna, a na jej gałęziach wisiało mnóstwo bombek.
Stanąłem w korytarzu. Esme, gdy mnie zobaczyła, najpierw uszczypnęła się a później podbiegła do mnie. Uścisnęła mnie mocno.
Edward, jak dobrze, że wróciłeś – powiedziała.
Na twoim miejscu nie cieszyłbym się tak bardzo. Wracam dziś do Kanady.
Dlaczego mi to robisz? – spytała ze smutkiem w głosie. Już teraz żałowałem, że tu przyjechałem.
O, kogo my tu mamy? – spytał Emmett.
Cześć brachu – powiedziałem, odklejając się od mojej przyszywanej mamy.
A więc wróciłeś?
Na chwilkę wpadłem. Wesołych Świąt wszystkim! – krzyknąłem. Jednak nikomu nie było do śmiechu.
Pożegnałem się i wyszedłem. Nie miałem zamiaru słuchać przekonań, żebym jednak wrócił. Pobiegłem załatwić swą sprawę jak najszybciej. Musiałem wracać tam, skąd przyszedłem…
Było późno. Zaglądnąłem przez okno do jej pokoju. Pusto. Droga wolna. Przez uchylone okno wkradłem się do środka. Swój liścik położyłem na łóżku. A co z płytą? Popatrzyłem na odtwarzacz. Włożyłem krążek do środka. Chciałem już ustawić, że zacznie grać po kilku minutach, gdy usłyszałem, jak ktoś wchodzi po schodach. Bez namysłu włączyłem play i wyskoczyłem na dwór.
Obserwowałem okno. Zapaliło się światło. Spanikowałem i uciekłem stamtąd. Tchórz ze mnie. Postanowiłem jednak, że zostanę tu na dwa, góra trzy dni. Ale nie wrócę do domu. Przenocuje w hotelu w Port Angeles.
Zakwaterowanie nie zajęło mi dużo czasu. Zamknąłem swój pokój na klucz i rzuciłem się na łóżko. Przeklinałem się w duchu za to, co zrobiłem. Mogłem jeszcze trochę poczekać. Ale nie, ty Cullen mądrzejszy jesteś – pomyślałem.
Wyciągnąłem z kieszeni zdjęcie Belli (nosze je przy sobie zawsze) i wpatrzony w nie rozmyślałem przez całą noc…
Bella
Do mojej listy ulubionych piosenek dołączyłam melodię, którą usłyszałam w Wigilię. Nie spodziewałam się takiego prezentu. A zwłaszcza od osoby, która mnie opuściła. List, który leżał na łóżku noszę w tylnej kieszeni spodni. Zawsze. Kiedy byłam smutna, czytałam go i od razu, chociaż częściowo poprawiał mi się humor. Wiedziałam, że Edwardowi zależy, bym była szczęśliwa. Ja też tego pragnęłam…
Kolejny dzień mijał mi jak zawsze. Najpierw szkoła, później gotowanie obiadu w domu, odrabianie lekcji… Czułam się jak zaprogramowany robot. Mama również się o mnie martwiła. Co jakiś czas pytała, czy nie chcę czasem gdzieś wyjść. Moja odpowiedź zawsze brzmiała tak samo: nie. Takie krótkie słowo wypowiadałam dziennie średnio ze sto razy. Potrafiłam tylko odmawiać…
Pewnego piątkowego wieczoru siedziałam w swoim pokoju. Wzięłam z biurka kalendarz na nowy rok i zaznaczałam w nim ważne daty. Między innymi moje urodziny, które będą za dwa miesiące. W duchu modliłam się, bym tym razem nie otrzymała żadnego sweterka na drutach. Choć lubiłam ręcznie robione upominki, swetry itp. już mi się znudziły. Powiedziałam o tym mamie, ale wątpię, żeby moją babcię przed tym powstrzymać. Ale może w końcu uda mi się ją przekonać, że na swoje dziewiętnaste urodziny powinnam dostać coś dorosłego…
Kolejno zaznaczyłam urodziny mamy i taty, ich rocznicę ślubu, rocznicę śmierci dziadka oraz urodziny babci. Datę ukończenia szkoły wolałam nie zaznaczać – tego wydarzenia się obawiałam. Czułam, że kończy się pewien etap, a ja żadnego nie chciałam już rozpoczynać..
Odłożyłam kalendarz z powrotem na biurko i usiadłam na łóżku. Włączyłam pilotem swój odtwarzacz i zamknęłam oczy. Każdego dnia tak robiłam. Zatracałam się w melodii od Edwarda. Moi rodzice już wiedzieli, że w tym momencie nie mogą mi przeszkadzać…
Nadeszły ferie. Z góry zakładałam, że spędzę je w domu, więc zapisałam się na dodatkowe zajęcia w szkole. Mieliśmy wykonywać różne dekoracje do szkolnego teatrzyku oraz brać udział w wielu innych wspólnych zajęciach rekreacyjnych. Nie przepadałam za takim spędzaniem czasu, ale nie miałam, co innego do roboty. W domu nie chciałam siedzieć, przez ostatnie tygodnie już dość się nasiedziałam.
Wsiadłam do swojej furgonetki i ruszyłam do szkoły. Znów zaczął prószyć śnieg. Nienawidziłam Forks za to, że pogoda była nieprzewidywalna. Nawet w lecie czasem spadł śnieg… Na drodze zrobiło się ślisko. Ostrożnie pokonywałam poszczególne odcinki trasy.
Wysiadłam przed szkołą. Westchnęłam i poczłapałam niechętnie do środka. Przed wejściem o mało, co nie przewróciłam się i nie rozbiłam głowy. Znów kolejny raz mój pech przypomniał sobie o mnie…
Weszłam do sali, gdzie mieliśmy mieć zajęcia. Była nawet spora grupka osób. Nie wiem czy mi się zdawało, czy też nie, ale na końcu klasy chyba widziałam Alice. Chciałam do niej podejść, ale nauczyciel wszedł do środka i zaczął tłumaczyć, czym mamy się zająć. Musiałam rozmowę odłożyć na później…
Minęły trzy godziny. Mój nadgarstek ledwie wytrzymywał presje wywołaną przez pędzel. Postanowiłam, że wyjdę wcześniej. Kątem oka przyuważyłam, że dziewczyna podobna do Alice tez już wychodzi. Świetnie. Zabrałam swoja kurtkę i wyszłam za nią. Idąc korytarzem odwróciła się. Tak, to na pewno ona. Przyspieszyła. Ja również. W końcu nie wytrzymałam i zaczęłam krzyczeć:
Alice, Alice zaczekaj! Chcę porozmawiać! Stój! – lecz nie zatrzymała się. Wychodząc na zewnątrz rozglądnęłam się wokół. Nigdzie jej nie było. Super, uciekła przede mną…
Wściekła wsiadłam do samochodu i odpaliłam silnik. Zanim ruszyłam, wzięłam parę głębokich wdechów. W końcu nie wytrzymałam i wyjechałam na drogę. Śnieg padał coraz bardziej. Moje wycieraczki ledwo dawały sobie radę. Postanowiłam, że pojadę na skróty…
Wjechałam w boczną uliczkę. Przejechałam parę metrów i znów wyjechałam na główną drogę. Wiodła przez las. Drzewa osłaniały częściowo drogę przed białym puchem. Chociaż jeden dzisiejszy pozytyw…
Jechałam powoli. Zbliżałam się do zakrętu, zza którego wyjechała ciężarówka z wielkimi balami drewna. Jeszcze bardziej zwolniłam. Tyłem furgonetki lekko zarzuciło. Przestraszyłam się. Ciężarówka również próbowała zwolnić, gdyż drewno na jej przyczepie groźnie się kołysało. Zbliżaliśmy się do siebie. Skupiłam się na drodze. W pewnym momencie pasy podtrzymujące bale pękły. Kłody wyleciały na drogę. Moja noga powędrowała w stronę hamulca. Przycisnęłam go z całej siły i wpadłam przez to w poślizg. Zrobiłam piruet na drodze, ale w końcu się zatrzymałam. Później wszystko działo się bardzo szybko…
Ciężarówka wylądowała w rowie. Bal, który wyleciał na drogę uderzył w moją furgonetkę. Drugi przebił się na wylot do środka. Chcąc uniknąć zmiażdżenia położyłam się na siedzenia. Po chwili leżałam już przygnieciona przez kłodę. Ledwo oddychałam. Każdy wdech sprawiał mi ból. Poczułam też, że z brwi sączy mi się krew. Nie mogłam się ruszyć…
Minutę później moja furgonetka zaczęła się dziwnie kołysać. Przestraszyłam się. Z braku tlenu zaczęłam tracić świadomość. Miałam ciemności przed oczami. Było mi okropnie zimno. Cała dygotałam. Chwilę później poczułam, że drewno nade mną wysuwa się. Czy pomoc już dotarła? Nie słyszałam syren. Może straciłam przytomność?
Kiedy bal został usunięty ktoś ostrożnie zbadał moje ciało. Nadal nic nie widziałam. Czyjeś chłodne dłonie dotknęły moją brew.
Spokojnie Bello, zaraz się tobą zajmą – usłyszałam upragniony głos. Skąd on się wziął? Pewnie mam omamy. Chciałam coś powiedzieć, lecz w tym momencie straciłam przytomność…
Obudziłam się w szpitalu. Do mojej ręki przypięto kroplówkę. Czułam ssanie w żołądku i pieczenie na skroni. Odruchowo moja ręka powędrowała w kierunku głowy. W tym momencie przy moim boku zmaterializowała się mama.
Bello, jak się czujesz?
Dobrze. Co mi jest?
Zaszyli ci rozciętą brew. Jesteś też mocno poobijana. Pamiętasz coś?
Nie za bardzo. Mam pewne przebłyski, ale nie bardzo chcą się ułożyć w jakąś logiczną całość.. – oczywiście pamiętałam wszystko. Każdy szczegół.
Szkoda. Strażacy mówią, że ktoś odciągnął bal na bok. A lekarz twierdzi, że masz poobijane żebra i mogłaś być nim przygnieciona.
Tak? Jak to możliwe? – grałam na zwłokę.
Myślałam, że mi to wytłumaczysz…
Ciekawe jak… - powiedziałam z sarkazmem. – Mogę dziś wyjść do domu?
Zaraz powinien przyjść lekarz. Albo będzie lepiej, gdy ja po niego pójdę – ucałowała mnie w czubek głowy i wyszła
Korzystając z chwili przypomniałam sobie głos tak cudowny, który uspakajał mnie dzisiaj. Mogłam zginąć, a on mnie uratował. Kurczę, on mnie uratował! Po raz kolejny.
Doznałam olśnienia. Wtedy, kiedy paliła się leśniczówka uratował mnie Edward, nie Jacob. Poznałam jego cudowny głos. Kiedy usłyszałam go po raz pierwszy, czułam, że go skądś znam. Wiedziałam, że kiedyś się już spotkaliśmy…
Moje serce przyspieszyło. Zrozumiałam. Zrozumiałam, że kocham Edwarda. Nie ważne, kim jest. Nie ważne, czy żywi się krwią. Ja go kocham!!! I wiem, że muszę coś zrobić…
Do pokoju weszła mama i lekarz. Spodziewałam się innego doktora. Na szczęście odłączyli mnie od kroplówki i stwierdzili, że mogę wrócić do domu. Zeskoczyłam z łóżka i szczęśliwa poszłam do samochodu mamy.
W aucie musiałam poczekać na nią, gdyż załatwiała formalności w szpitalu. Po kilku minutach ruszyłyśmy do domu. Wpatrzona w szybę wymyślałam swój plan…
Bello, jak się czujesz? – spytała po raz enty mama.
W porządku. Może jestem trochę wstrząśnięta, ale tylko tyle.
To dobrze. Boże, gdybyś wiedziała, co ja przeżywałam… Po raz kolejny z resztą.
Mamo, co z moją furgonetką? – postanowiłam zmienić temat.
Cóż złotko, powędrowała na złomowisko. Niestety, przykro mi.
Szkoda, była świetna. Będę musiała sobie jakoś poradzić.
Zobaczysz, będzie dobrze – położyła mi rękę na ramieniu. Uśmiechnęłam się lekko.
Tak, będzie dobrze. – Oby.
Dojechałyśmy do domu. Od razu powędrowałam do swojego pokoju. Włączyłam melodię od Edwarda i przemyślałam wszystko jeszcze raz. Była godzina 15. Gdy muzyka się skończyła, przymknęłam oczy, zacisnęłam pięści i pomyślałam:
Znajdę Cię, mimo wszystko…
Edward
Z zamyślenia wydarł mnie dzwonek komórki. Alice.
O co chodzi? – spytałem.
Edward, nie wyjeżdżaj.
To moja sprawa czy zostanę czy nie.
Chodzi o coś innego. Miałam wizję.
No i? Masz ich wiele.
Ale ona dotyczyła Belli. Będzie cię potrzebować.
Co? – wiedziałem, że to coś ważnego. Musiałem wysłuchać mojej siostry.
Będzie miała wypadek.
Co się stanie? Kiedy? Gdzie? – wyrzucałem z siebie pytania.
Nie wiem. Moja wizja jakoś dziwnie się zmieniła. Nie wiem, kiedy to się stanie. Dlatego proszę cie, żebyś był w pobliżu.
Dobra, zostanę jeszcze kilka dni.
Świetnie. To do zobaczenia mam nadzieję – rozłączyła się.
No i pięknie. Dokładnie teraz wszystko znowu się chrzani. Musze chronić Bellę. A obiecałem sobie, że nie będę się zbliżał… Cóż, przynajmniej spróbuje…
Rozpoczęły się ferie. Mam nadzieję, że moja ukochana nigdzie nie wyjedzie. Będę miał mniej do roboty. Obserwowałem jej dom.
W poniedziałkowy ranek wyjechała swoją furgonetką. Wsiadłem w wóz, pożyczony od Alice i pojechałem za nią. Zaparkowała przed szkołą. No tak, zapomniałem o dodatkowych zajęciach. Ale zaraz, co Alice tutaj robi? Czy czasami nie unikała Bells?
Już wiem, o co jej chodzi…
Siedziałem przez trzy bite godziny w aucie. Niektórzy przechodnie patrzyli się na mnie, więc naciągnąłem na głowę kaptur. Zerknąłem w kierunku szkoły. Pierwsza wybiegła Alice. Chwilę później Bella. Stała zdezorientowana. Chyba ścigała moją siostrę. No to miała pecha…
Wsiadła do swojej furgonetki. Zsunąłem się z siedzenia, żeby czasem mnie nie rozpoznała. Kiedy oddaliła się na bezpieczny dystans, ruszyłem za nią.
Jechała powoli. Pewnie ze względu na śnieg. Wiem, że go nie cierpiała. Parę metrów później zjechała w boczną uliczkę. Dziwne. Po co?
Wysiadłem z wozu. Rozglądnąłem się. Alice już dobiegała. Zatrzasnąłem drzwiczki i ruszyłem biegiem przez las. Po dziesięciu sekundach zrównałem się z Belli furgonetką.
Wyjechała na główną szosę. Ostrożnie przebiegłem na druga stronę i dalej śledziłem moją ukochaną. Miałem jednak dziwne przeczucie. Usłyszałem, że zbliża się ciężarówka. Sądząc po ciężkości, jaką wywierała na drogę, była czymś mocno załadowana. Przez drzewa prześwitywały mi skrawki dużego auta. Na przyczepie wiózł bale drewna. Super. W taką pogodę Bella+ bale drewna= pewny wypadek…
I nie myliłem się. Jeden trzask i wszystko załatwione. Chciałem rzucić się na drogę i powstrzymać kłody lecące w stronę samochodu Belli, ale nie mogłem. Byłem bezsilny. Modliłem się tylko, żebym mógł wyciągnąć ją żywą z jej auta…
Obie kłody uderzyły w tył jej wozu. Jedna wbiła się do środka. Cholera, zaraz umrę. Nie mogę już, muszę ją ratować. Rozglądnąłem się i wybiegłem na pomoc…
Po wstępnej ocenie sytuacji pociągnąłem kłodę do siebie. Ostrożnie, żeby nie zrobić Bells krzywdy. Odłożyłem ją na bok i pobiegłem zobaczyć, co z nią. Miała przymknięte oczy. Majaczyła. Z jej brwi ciekła krew. Że też teraz. Do moich ust naleciała ślina. Uderzyłem się w twarz, żeby się powstrzymać. Spojrzałem na nią. Dotknąłem ostrożnie miejsca, gdzie krwawiła, by zbadać, jak wielkie jest rozcięcie. Na szczęście, tylko małe.
Spokojnie Bello, zaraz się tobą zajmą – wyszeptałem. Widziałem, ze zamarła. I po co ja się w ogóle odzywałem. Dobra, koniec tych bohaterskich czynów…
Pobiegłem w las. Po drodze spotkałem Alice:
I co? – spytała ciekawa.
Już po wszystkim. Zmywam się.
Zaczekaj. Czy nie możesz na chwilę…
Nie, już za późno. Już postanowiłem…
