MY HERO VAMPIRE"

Autor: truska93

Z dedykacją dla szczególnych osób: Ali, Eli, Mileny, Weroniki;**

Oraz dla wszystkich czytających MHV;) Jesteście kochani:*

Rozdział 13

Bella

Chwyciłam za kurtkę i czym prędzej zbiegłam na dół. Musiałam jeszcze wymyśleć sobie jakieś alibi.

Mamo, mogę pożyczyć Twój samochód? Wiesz, moja furgonetka…

Bells, dopiero, co przywiozłam Cię z wypadku. Myślisz, że pozwolę Ci prowadzić auto w takim stanie?

Czuję się świetnie. Nic mi nie jest. Mogę go wziąć? Proszę – zaczynała się wahać.

No dobrze. A dokąd się wybierasz? – kurcze, ten fakt przeoczyłam. Musiałam prędko coś zmyślić.

Chcę odwiedzić Alice. Dawno się nie widziałyśmy…

Przecież chodzicie razem do szkoły – powiedziała, unosząc jedną brew. I co teraz? Cholera.

Mamo, najpierw narzekasz, że cały czas siedzę w domu. A jak chce gdzieś wyjść, robisz mi wyrzuty. – Zamyśliła się.

A dlaczego tak nagle chcesz wyjść z domu?

Po prostu mam już dość swojego pokoju. Mogę już iść?

Tylko jedź ostrożnie – powiedziała, dając mi kluczyki. Chwyciłam je i wybiegłam na dwór.

Zaczął padać deszcz. Super. Jak nie śnieg, to teraz to mokractwo. Wsiadłam do samochodu mamy i ostrożnie ruszyłam. Mniej więcej orientowałam się, gdzie mieszka Edward. Zapamiętałam drogę wtedy, gdy jechaliśmy do niego po raz pierwszy.

Przez całą trasę kurczowo trzymała kierownicę. Droga była śliska, a ja w dodatku bałam się powtórki sprzed kilku godzin. Za każdym razem, gdy mijał mnie większy samochód, serce waliło mi jak oszalałe.

Po upływie kilku minut stałam już na podjeździe państwa Cullen. Deszcz przeszedł w mżawkę. Wzięłam głęboki wdech i wysiadłam z wozu. Musiałam spotkać Alice, bo ona na pewno wiedziała, gdzie podziewa się jej brat. I miałam ogromną nadzieję, że mi wyjawi tą „tajemnicę".

Powoli kroczyłam w stronę werandy. Jeszcze parę kroków i w końcu będę mogła wypełnić swój plan. O ile siostra Edwarda będzie chciała współpracować…

Podeszłam niepewnie do drzwi. Przycisnęłam lekko dzwonek i czekałam. Cisza. Nikt nie otworzył. Zadzwoniłam po raz drugi. Znowu brak odzewu. Powoli nerwy zaczęły brać górę. Ręce lekko mi dygotały. Poczekałam jeszcze chwilkę, lecz jedynie mogłam pocałować klamkę. Nikogo nie było w domu.

Pierwsza część misji „Odnaleźć Edwarda" nie wypaliła. Postanowiłam, że poczekam tu na nich, aż do momentu, kiedy się zjawią. Ja mam czas…

Nadal mżyło. Nie wsiadłam do samochodu, tylko stałam na podjeździe i szurałam jednym butem w kamykach. Świeże powietrze dotleniło mój mózg i teraz myślałam już bardziej trzeźwo. Na spokojnie przeanalizowałam każdy szczegół mojego planu i jeśli Alice zjawi się niedługo, może uda mi się nakłonić mojego ukochanego do powrotu. Miałam głęboką nadzieję…

Po upływie godziny rozbolały mnie nogi. Wsiadłam do auta mamy. Włączyłam radio i ustawiłam swoją ulubioną stację. Akurat leciała piosenka zespołu The Veronicas „ How Long". Kolejny raz słowa wpasowały się w moją sytuację. Nie wiedziałam, jak określić ten zbieg okoliczności. Oparłam się wygodnie o zagłówek i słuchałam…

Kiedy piosenka się skończyła wysiadłam z powrotem i rozglądnęłam się. W pobliżu nie widziałam ani nie słyszałam zbliżającego się auta. Westchnęłam. Czy akurat teraz musieli gdzieś wybyć z domu? Akurat wtedy, gdy zwariowana Bella Swan chce odszukać i sprowadzić ich syna? Dlaczego ten świat jest tak skomplikowany? Wszystko układa się przeciwko mnie. Zawsze…

Kolejną godzinę postałam na deszczu, który przybrał na sile. Byłam przemoknięta od stóp do głów. Wodę miałam dosłownie wszędzie. Z włosów spływały mi stróżki deszczu. Powoli zaczynałam tracić ochotę do życia…

Zrezygnowana odwróciłam się na pięcie i kroczyłam w stronę auta. Miałam już wsiąść, gdy podniosłam głowę i ujrzałam Alice we własnej osobie! Stała, trzymając za rękę jakiegoś blond - włosego chłopaka. Zdziwiła się, kiedy odgadła, kto do nich zajechał.

Bella? Co ty tu robisz? – spytała.

Oh, jak dobrze Cię widzieć. Mam do Ciebie ważną sprawę.

Tak? Ale…

Możemy w cztery oczy?

Jasne. Jasper – zwróciła się do chłopaka obok – możesz?

Oczywiście – pocałował ją i poszedł do domu. Więc był jej chłopakiem. Nawet go nie znałam.

Słucham – powiedziała po chwili.

Alice, ty wiesz gdzie jest Edward, prawda?

A dlaczego Cię to interesuje? – spytała. Miała nieodgadniony ton głosu.

Bo ja… Ja dzisiejszego dnia, a raczej podczas jednego wydarzenia, które miało miejsce dziś w południe, zrozumiałam coś bardzo ważnego. – Siostra Edwarda patrzyła na mnie z zaciekawieniem. Kontynuowałam. – Ja wiem, jestem tego pewna, że… Oh, ja kocham Edwarda. Nie ważne, kim jest, nie ważne, co robi. Ja go kocham – dokończyłam. Po policzku spłynęły mi pierwsze łzy. Alice podeszła na mnie. Była w szoku.

Bells, ty mówisz serio?

Jak najbardziej. Tej jednej jedynej rzeczy jestem pewna najbardziej w życiu – rozszlochałam się na dobre. Moja przyjaciółka przytuliła mnie do siebie mocno. Bardzo mocno. Jak na wampira przystało…

Czyli co? Chcesz żeby wrócił?

Tak! Bardzo!

Spokojnie – otarła mi łzy z policzka – wiem, gdzie jest. Jeśli chcesz, zabiorę Cię do niego.

Naprawdę? – moja nadzieja wracała z podwójną siłą.

Ale ostrzegam. Mój brat zaszył się aż w Kanadzie. – świetnie. To już nie mógł do Seattle albo do Port Angeles? Muszę coś wymyśleć.

Chcę tam pojechać. Teraz – oświadczyłam. Jestem pełnoletnia. Mogę decydować. Po drodze zadzwonię do mamy i uprzedzę ją, by nie liczyła mnie na kolację…

Bello, jesteś tego pewna?

Tak, jestem. Chodźmy już.

Dobrze, spokojnie. Chodź, zabiorę kilka rzeczy z domu i możemy jechać – złapała mnie za rękę i pociągnęła do środka. Kątem oka ujrzałam, że chłopak Alice cały czas przyglądał się nam w oknie. Uśmiechnął się, gdy zobaczył końcówkę naszej rozmowy.

Weszłyśmy do domu. Alice pobiegła na górę a ja postanowiłam zaczekać w salonie. Po chwili wróciła z małą, czarną torebeczką. Grzebała w niej. Chyba czegoś szukała.

Kochanie, nie widziałeś może moich kluczyków? Nigdzie nie mogę ich znaleźć…

Są tu – powiedział, wymachując małym kluczykiem z różowym breloczkiem.

Oo, dziękuję skarbie – podeszła do niego w podskokach. Pocałowała go i chwyciła za kluczyki. Odwróciła się w moją stronę. – Bells, musisz się przebrać. Jesteś cała mokra. Chodź ze mną, wybierzesz sobie coś suchego – pociągnęła mnie za rękę. Na schodach o mały włos nie przewróciłam się.

Alice, co to… - nie dokończyłam. Doznałam szoku, widząc tak wielka szafę. Na co komu tyle ubrań?

Spokojnie. Na końcu są jeansy i swetry. Idź i wybierz sobie coś wygodnego. Czeka nas długa droga…

Ale…

Spokojnie. Wszystkie są moje. Nie krepuj się – powiedziała z uśmiechem.

Dzięki – przytuliłam ją. Zachichotała. Powoli weszłam do ogromnej szafy i rozglądałam się ciekawa. Było w niej masa ciuchów – od zwiewnych sukienek do sukni wieczorowych i sportowych ubrań.

Na końcu znalazłam mały regał. Zaglądnęłam do środka. Były w niej poukładane równo jeansy. Wybrałam jedne w moim rozmiarze. Pasowały jak ulał. Chociaż jak dla mnie były nieco za bardzo obcisłe…

Idziesz już? – zawołała Alice. Szybko poszukałam ładnego swetra i wyszłam do niej. Popatrzyła na mnie zadowolona.

O co chodzi? Źle wyglądam? – spytałam zaskoczona jej miną.

Nie, wręcz przeciwnie. Wyglądasz nieziemsko w tych jeansach. Idziemy?

Jasne. Nie ma, na co czekać – oznajmiłam. Miałam rację. Chciałam jak najszybciej znaleźć Edwarda, by móc mu powiedzieć o moich uczuciach…

Dobrze. Pojedziemy moim wozem. Jasper odwiezie Twój samochód do domu, ok.?

Dobry pomysł. Tylko, co powie mama, jak zobaczy samochód a mnie nie będzie?

Zadzwonisz do niej później. Spokojnie, jesteś pełnoletnia. Nie masz się czego bać.

Chyba tak. Ok., chodźmy już.

No to w drogę – oznajmiła Alice.

Wsiadłyśmy do jej srebrnego porsche. Zapięłam pasy, bo obawiałam się, że Alice jeździ tak jak jej brat. Moja przyjaciółka poprawiła włosy w lusterku i odpaliła silnik.

Alice, dlaczego nie powiedziałaś mi o Jasperze? – spytałam ciekawa po kilku minutach drogi.

To trochę skomplikowane. Jak wiesz, naszą oficjalną wersją jest to, że Esme i Carlisle nas adoptowali. W pewnym sensie to prawda. Ale wiesz, Jasper właśnie jest tak jakby moim bratem. W sensie adoptowany, taki przyrodni. I jeżeli bym ci to powiedziała, wzięłabyś nas za jakiś chorych na umyśle ludzi…

No wiesz… Ja?

Przecież nie od zawsze znasz naszą tajemnicę. Na pewno byś coś takiego pomyślała.

Ja nie jestem taka jak inni – broniłam się.

Wiem, zdążyłam zauważyć – zaśmiała się. Nie powiem, było to zabawne stwierdzenie.

Dzięki za szczerość.

Spoko. Oh, poczekaj chwileczkę. Carlisle na linii – powiedziała, odbierając swój telefon. – Halo? Tak, jest ze mną. Jedziemy po Edwarda. – chwilka ciszy. Wsłuchała się w odpowiedź. – Jasne, Bella i ja mamy plan – mrugnęła do mnie. Mamy plan? – Dobrze, odezwę się później. Do zobaczenia – wcisnęła czerwoną słuchawkę.

Alice, jaki mamy plan?

Zaraz, wykonam jeszcze dwa telefony, dobrze?

Jasne.

Halo? Ben? Tu Alice. Słuchaj, mam mała, dyskretną sprawę. Jest może Edward w pobliżu? Wolałabym, żeby nie słyszał naszej rozmowy… Oczywiście, zadzwonię za godzinę. Do usłyszenia… - wyłączyła się. Po chwili wybrała kolejny numer. – Dzień dobry, chcę zarezerwować dwa bilety na najbliższy lot do Kanady. O której? Tak, postaram się jak najszybciej dotrzeć na lotnisko… Dobrze, moje nazwisko Cullen, Alice Cullen. Drugi również na to nazwisko tylko z imieniem Bella… Dziękuję bardzo – odłożyła telefon do torebki. Przycisnęła nogą pedał gazu.

Dokąd teraz? – spytałam.

Na lotnisko. Musimy zdążyć. Za dwadzieścia minut mamy samolot. A drogi jeszcze kawałek…

Kiedy po pięciu minutach wjechaliśmy do Seattle, ze złości omal nie krzyczałyśmy. Wjechałyśmy do miasta w godzinach szczytu. Wszystkie ulice były zakorkowane. Znowu mój pech pobiegł za mną. Cholera…

Kurcze, nie przewidziałam tych cholernych korków. Bello, złap się czegoś – powiedziała zezłoszczona Alice.

Co? – miałam zapytać o coś jeszcze, ale Alice z zawrotną prędkością omijała stojące auta. Wariatka z tej mojej przyjaciółki.

No jedź bałwanie! – krzyczała co jakiś czas.

Alice, ja chce dojechać na lotnisko a nie do więzienia. Albo gorzej – na cmentarz.

Spokojnie. Jedziesz z zawodowcem.

Taa.

W końcu dojechałyśmy na lotnisko. Alice zaparkowała swoje porsche i obie pobiegłyśmy po bilety i na odprawę. Zdążyłyśmy w ostatniej chwili. Usiadłyśmy wygodnie w pierwszej klasie i odetchnęłyśmy z ulgą.

Widzisz, nie było wcale tak źle – zaśmiała się.

Oczywiście. Ja mało płuc nie wypluje, ale jest ok. Jak ty to robisz, że wcale się nie męczysz?

My nie musimy oddychać Bello.

Naprawdę?

Tak. Mamy wiele fajnych cech, ale o tym później. Zadzwonię szybko do Bena – wyciągnęła z torebki komórkę i wybrała numer. –Ben? To znowu ja. Będę dziś w Kanadzie za ok. półtorej godziny. Czy jest może Ed w domu? Chciałam się z nim spotkać.– przystawiłam bliżej ucho, by móc usłyszeć rozmowę z niejakim Benem.

Nie, pobiegł zapolować. Myślę, nie wróci do wieczora. Jak chcesz, przyjedź do mnie, zaczekasz na niego.

Nie, wiesz, poszukam go. To bardzo ważne.

Jasne. Przyjedź tylko pod dom. Złapiesz jego trop. Będzie ci łatwiej.

Dobra. Dzięki Ben. Tylko ani słowa mojemu bratu, zgoda?

Oczywiście. Na razie Alice.

Na razie Ben – odłożyła telefon z powrotem do torebki, bo stewardesa popatrzyła na nią znacząco.

Alice, dlaczego nie powiedziałaś, że będę z Tobą?

Słuchaj, Ben nie jest taki jak my. On poluje na ludzi. Chyba rozumiesz.

Oh… - wyrwało mi się.

No właśnie.

Wylądowałyśmy w Kanadzie. Wysiadłyśmy z samolotu i wsiadłyśmy w wolną taksówkę, stojącą na parkingu. Alice podała po francusku adres i podała kierowcy banknot. Pokiwał ze zrozumieniem głową i ruszyliśmy…

Nie jechaliśmy długo. Pod adresem podanym przez Alice znajdował się mały domek, który znajdował się z dala od tłocznych ulic. Domyślałam się, dlaczego.

Wysiadłyśmy z taksówki. Moja przyjaciółka pociągnęła dwa razy nosem i pokiwała głową. Potem zwróciła się do mnie.

Belllo, teraz musimy biec.

A niby jak ja to zrobię w tych spodniach? Ledwo dałam radę na lotnisku, a teraz…

Miałam na myśli, ze ja pobiegnę.

A co ze mną? Chyba mnie tu nie zostawisz…

Nie. Wskakuj na barana – powiedziała, nadstawiając plecy.

Co? Alice, co ty wyrabiasz? Jak ty to sobie…

No już.

Nie, ja jestem za ciężka.

Bells, ty dla mnie jesteś jak piórko – podeszła i wzięła mnie na ręce. Wariatka.

Postaw mnie. Już!

Nie marudź – przeniosła mnie na swoje plecy. Uczepiłam się kurczowo jej szyi.

Alice, jak wrócimy do Forks, uduszę cię.

Życzę powodzenia – zaśmiała się i ruszyła biegiem.

Biegła bardzo szybko. Kiedy dotarłyśmy do lasu, każde drzewo omijała z gracją. I w dodatku ze mną na plecach. Schowałam twarz w jej włosach, bo zrobiło mi się niedobrze.

Po chwili zatrzymała się. Postawiła mnie powoli na ziemię.

Zaczekaj tu. Edward jest gdzieś w pobliżu. Na pewno poluje. Nie chcę cie narażać, więc poczekaj chwilkę.

Dlaczego miałabym się narażać?

Kiedy polujemy, kieruje nami instynkt wampira. Jeśli tylko poczułby Twoją krew, jak nic padłabyś jego ofiarą. – Zadrżałam. Edward rzucający mi się do gardła? Nie mogłam sobie tego wyobrazić.

Ok. poczekam.

Dobrze. Zaraz wracam – i pobiegła przed siebie.

Usiadłam na pieńku i cierpliwie czekałam. Serce waliło mi ze zdenerwowania. Jeśli zaraz mam spotkać się z ukochanym, jak powiedzieć mu, że go kocham? Co zrobię, kiedy go zobaczę? Czy się coś zmienił? Miałam nadzieję, że jest nadal tym samym Edwardem, co kiedyś…

Chwilę później pojawiła się Alice. Uśmiechała się promiennie. Odsunęła się o krok w bok i ujrzałam stojącego za nią Edwarda. Moje serce jeszcze szybciej biło. Jego twarz sprawiła, że miałam ochotę przytulić go teraz do siebie. Ale musiałam poczekać…

Patrzył na mnie nieco zaskoczony. Wyglądał na człowieka, który przez całe życie cierpiał. Oczy miał podkrążone, jakby w ogóle nie spał. Ich kolor się zmienił – patrzył na mnie czarnymi tęczówkami. Wzdrygnęłam się.

Postanowiłam zrobić krok jako pierwsza. Wstałam z pieńka i podeszłam bliżej niego. Spojrzałam mu głęboko w oczy. Alice zrobiła powoli kilka kroków w tył i po chwili już jej nie było. Zostaliśmy sami. W końcu przemówiłam:

Edwardzie, chcę z tobą porozmawiać. A dokładniej coś ci wyznać.

Bello, ja wiem, że żywisz do mnie wielką urazę i nienawidzisz mnie za to, kim jestem i za to, co zrobiłem – powiedział, a raczej wyszeptał.

Nie, nie po to tu jestem, by robić Ci wyrzuty.

Nie chcesz mi robić wyrzutów? Nie rozumiem.

Edward, ja po prostu zrozumiałam cos dzisiejszego popołudnia. Wiesz, wtedy, gdy mnie uratowałeś…

O czym ty mówisz? – grał na zwłokę.

Nie udawaj. Ja wiem, kto mnie ratował. Wtedy, gdy płonęła leśniczówka i dziś, kiedy o mało, co nie zabił mnie bal drewna. Rozpoznałam Twój głos. Był taki kojący. Wiedziałam, że nic mi nie grozi, że jestem bezpieczna. Ja…

Zaczekaj chwilkę. Ty mówisz poważnie?

Cały czas. Mówię to, co czuję i myślę.

Czyli… - zamilkł na moment. Usiadł na tym samym pieńku, co ja wcześniej. Schował twarz w dłoniach.

Wiem i jestem tego pewna Edwardzie. Kocham Cię – powiedziałam wyraźnie. Zacisnęłam ręce w pięści. Miałam nadzieję, że uda mi się go przekonać. Mój ukochany popatrzył na mnie z niedowierzaniem.

Czy ty właśnie powiedziałaś..?

Tak, Kocham Cię. I nic tego nie zmieni. Nawet prawda o tym, kim jesteś – nie wytrzymałam i po policzku spłynęła mi pierwsza łza. Edward podszedł szybko do mnie i starł ją jednym palcem. Chwycił moją twarz w dłonie.

Belllo, moja Bello. Czy uwierzysz mi, że i ja ciebie kocham? Bardziej, niż wszystko inne?

Tak, wierzę Ci. I proszę Cię też o jedno – wróć.

Wrócę dla ciebie ukochana. Pójdę tam gdzie ty pójdziesz.

Cieszę się.

Ja również – ogromny uśmiech zagościł na jego twarzy. Uśmiech, którego mi tak brakowało przez ostatnie miesiące. Stanęłam na palcach i wpiłam się w jego usta. Edward odpowiedział mi tym samym. Całowaliśmy się gorliwie. Jeszcze nigdy nie czułam się tak dobrze. Moje ciało przyjemnie mrowiło. Mój ukochany chwycił mnie jedną ręką i uniósł lekko, bym nie musiała stawać na palcach. Po chwili druga ręka powędrowała na moje plecy i masowała mnie powoli. Ja za to wplotłam swoją w jego włosy. Mierzwiłam je palcami.

Dziękuję – wyszeptał, gdy w końcu oderwaliśmy się do siebie.

Proszę bardzo. Musimy nadrobić zaległości – uśmiechnęłam się zalotnie.

Oczywiście. Nie będziemy próżnować – zaśmiał się i cmoknął jeszcze raz w usta.

Ok., czyli możemy już wracać? Jest już późno. – W lesie zaczęło robić się ciemno.

Jak sobie życzysz mój aniele – wziął mnie na ręce i zaczął biec.

Wtuliłam się w jego tors i obdarowywałam pocałunkami na szyi. Edward chichotał, gdy to robiłam.

Kochanie, czy możesz mnie nie rozpraszać? Bardzo bym chciał Cię teraz pocałować, ale zaczekajmy na nasz powrót, dobrze?

Dobrze. Jakoś poczekam – odpowiedziałam. Zaśmiał się.

Mam nadzieję kochanie.

Po drodze spotkaliśmy Alice. Była zadowolona, że się udało wykonać „nasz" plan. Pobiegliśmy do domu Bena po rzeczy Edwarda. Pożegnał się ze swoim przyjacielem i ruszyliśmy na lotnisko.

Dzięki skromnej umiejętności Alice do przekonywania ludzi udało nam się załatwić bilety powrotne. Edward, cały czas mnie obejmując i dając od czasu do czasu całusa prowadził mnie właśnie do środka samolotu. Było już późno i byłam okropnie zmęczona.

Wyśpij się kochanie. Za niedługo będziesz w domu. Odwieziemy cię.

A co z moją mamą? Nie dzwoniłam do niej…

Ja to zrobiłam. Powiedziałam, że wybieramy się do Seattle na nocne seanse. Zgodziła się. Powiedziałam też, że odwiozę cię jutro.

Jesteś kochana – po raz kolejny dziś przytulałam Alice.

Nie ma sprawy – mrugnęła do mnie.

Kiedy startowaliśmy, zasnęłam oparta o Edwarda. Nie miałam już siły walczyć ze snem. Byłam kompletnie wyczerpana dniem pełnym wrażeń…

Obudziłam się w samochodzie. Mój ukochany nadal mnie obejmował. Alice prowadziła swoje porsche. A więc byliśmy już w drodze do Forks. Przetarłam ręką oczy i spojrzałam na brata Alice.

Już się obudziłaś księżniczko? – spytał melodyjnym głosem.

Gdzie jesteśmy? – zapytałam zaspana.

Właśnie jedziemy do naszego domu. Prześpisz się a jutro cię odwieziemy.

A co z resztą waszej rodziny? Nie będę wam przeszkadzać?

Nie. Wszyscy są poza domem. Wyjechali na krótkie wczasy.

Aha. Dziękuję wam – pocałowałam Edwarda w usta. Kiedy stanęliśmy Alice otrzymała buziaka w policzek.

Jako pierwszy wysiadł Ed. Wziął mnie potem na ręce i zaniósł do środka. Alice schowała swoje auto do garażu, po czym dołączyła do nas.

Szliśmy po schodach na górę. Jak się domyślałam, będę spać w pokoju Edwarda. Przekroczyliśmy próg i ułożył mnie na wygodnej kanapie, na której całowaliśmy się po raz pierwszy. Moje wspomnienia ożyły. Przez duże okno wlewał się blask księżyca. Była pełnia.

Która godzina? – spytałam po krótkiej ciszy.

Właśnie wybiła północ. A co?

Nic. Jakoś odechciało mi się spać – skłamałam. Chciałam go zatrzymać ze sobą.

Ach, jeśli chcesz, posiedzę z Tobą dopóki nie zaśniesz. Chcesz?

Oczywiście. – Czy on czasem nie czyta w myślach?

Edward ułożył się obok mnie. Wtuliłam się w jego umięśnioną i zarazem twardą klatkę piersiową i jedną ręką przytuliłam go do siebie. Zamruczał cicho. Pocałował mnie w czoło i wyszeptał:

Jestem jak anioł, któremu pozwoliłaś rozłożyć swe skrzydła, bym poleciał jak najdalej, uniesiony uczuciem miłości – zatkało mnie. Czyżby kolejny jego talent? Czułam się jak szara myszka u boku wielkiego mistrza.

Kochanie? – spytałam.

Mmmm? – zamruczał.

Odpowiesz mi jutro na parę pytań? No wiesz, chcę bardziej poznać Ciebie, jako wampira. – Cisza. Co ja takiego powiedziałam?

Jeśli chcesz – otrzymałam w odpowiedzi.

Bardzo. Mam kilka podejrzeń i chciałabym je, no wiesz, jakoś potwierdzić.

Podejrzeń? – spytał zaskoczony. Oparł głowę na łokciu i popatrzył na mnie. – Powiedz mi. Teraz.

No nie wiem.

Strzelaj.

Ok. Czasem mam wrażenie, że… potrafisz czytać w myślach – zamurowało go.

Możesz powtórzyć?

Czego nie rozumiesz?

Wszystkiego. Mówisz, że masz wrażenie, że czasem potrafię czytać w myślach?

Tak. Wiedziałam, nie powinnam ci tego mówić.

Bello, spójrz na mnie – wziął mnie pod brodę. – Ja potrafię czytać w myślach – oznajmił.

Słucham? Nabijasz się ze mnie.

Nie, ani trochę.

NAPRAWDĘ???

No przecież Ci mówię.

Cholera.

Co jest?

Czyli wszystko, co dotychczas sobie myślałam… Ty wszystko wiedziałeś…

Wcale nie. Widzisz, mój dar jakoś opornie działa na ciebie.

Że co? – nie no, za dużo rewelacji jak na dziś.

Słuchaj, ja umiem przeczytać komuś w myślach. Ale nie tobie.

Serio?

Tak. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Potrafię rozszyfrować Alice, Jaspera i pozostałych. Ale ty – jesteś wielką niewiadomą.

Kurcze, super – nie wiem, czy przez to, że było późno gadałam od rzeczy.

Nie bardzo Cię rozumiem skarbie, ale też się cieszę. A teraz idź już spać, pogadamy jutro.

Dobrze. Jak sobie życzysz.

To mój tekst – zaśmiał się.

Ok. Zapamiętam… Edward?

Słucham Cię słońce.

Mogę mieć jeszcze jedną prośbę?

Dla ciebie wszystko.

Czy mogę jeszcze raz Cię pocałować?

Ach, ty mała moja skarbnico miłości – zaśmiał się, ale pocałował. Przywarłam do niego mocno. Po tym, jak się odsunął, nadal było mi mało.

Dobranoc Edwardzie – wyszeptałam.

Śpij dobrze. Kocham Cię – powiedział.

Ja ciebie też – i w tym momencie zasnęłam…

Obudziłam się o 9 rano. Za oknem padał deszcz. Przeciągnęłam się na kanapie i wtem zauważyłam, że nie ma Edwarda. Przestraszyłam się, że to był tylko sen. Piękny sen. Na kocu, który mnie okrywał leżała karteczka:

Bello, musiałem zapolować. Jeśli nie wrócę do momentu, gdy się obudzisz, zejdź na dół. Tam będzie Alice. Zjedz coś. Jak wrócę, zaopiekuje się Tobą. Kocham Cię. Edward.

Uśmiechnęłam się do siebie. Wygramoliłam się z koca i poszłam do łazienki wziąć prysznic. Ciepła woda zraszała moje ciało, które domagało się więcej. Czułam, że jestem szczęśliwa. Jeden moment zmienił wszystko. Miałam ochotę wykrzyczeć światu, że kocham wampira. Ale w głębi serca czułam również, że nikt nie może dowiedzieć się o tajemnicy mojego ukochanego…

Ubrałam na siebie te same ciuchy, co wczoraj pożyczyła mi Alice. Zeszłam na dół do kuchni. Zastałam tam Alice siedzącą na blacie i Jaspera, jeśli dobrze pamiętam, przy stole. Oboje śmiali się donośnie. Gdy mnie zobaczyli, siostra Eda zeskoczyła z blatu i podeszła do mnie. Poczułam jakiś słodki zapach.

Dzień dobry śpioszku. Zrobiłam ci na śniadanie omlety. Głodna?

Baaardzo. – dopiero teraz poczułam, że ssie mnie w żołądku.

Siadaj. Już ci podaje.

Usiadłam na krześle naprzeciwko chłopaka Alice. Popatrzył się na mnie i uśmiechnął promiennie.

Cześć. Jasper jestem – wyciągnął rękę. Uścisnęłam ją.

Bella. Ale chyba już o mnie słyszałeś.

Jasne. Jak nie Edward to Alice nadają cały czas o Tobie – zaśmialiśmy się. Jego dziewczyna podeszła i postawiła przede mną talerz z omletami i szklankę soku pomarańczowego. Wystawiła mu język.

Wcale nie cały czas. Przez ostatnie trzy miesiące nie było wzmianki o niej – chyba palnęła coś, bo przygryzła wargę.

Przepraszam Cię za nią. Czasami coś głupiego powie… - powiedział Jasper.

Ja też Cię przepraszam. Naprawdę – powiedziała ze smutkiem w głosie Alice.

Ależ nic się nie stało. Nie macie, za co przepraszać. Ja zupełnie rozumiem wszystko. Wiem, że nie chcieliście mnie nękać po odejściu Edwarda.

Widzisz, mówiłam Ci kochanie, że jest cudowna – zaświergotała Alice.

Oczywiście, chyba z milion razy.

Och przestań – wybuchliśmy śmiechem. Czułam się coraz bardziej swobodnie w towarzystwie Cullen'ów. Ciekawe, jak będzie z resztą…

Wzięłam się za jedzenie omleta. Jasper opuścił kuchnię, tłumacząc, że ma ważne sprawy na głowie. Alice została ze mną, bo obiecała bratu, że zajmie się mną do jego powrotu.

Kończąc śniadanie rozmyślałam nad przyszłością. Zostało mi prawie dwa tygodnie ferii, więc planowałam je spędzić wraz z Edwardem. Chciałam w końcu poznać resztę członków rodziny mojego chłopaka. Carlisle'a, Jaspera, Alice i oczywiście Edwarda już znałam. Z tego, co wiem, są jeszcze trzy osoby. Mam nadzieję poznać ich wkrótce…

Z rozmyślań wyrwał mnie głos mojej przyjaciółki:

Co zamierzasz dziś robić Bells? – spytała z tajemniczym uśmieszkiem.

Nic. Zobaczę, co zaproponuje Edward.

Acha. Czyli chcesz spędzić dzień z moim braciszkiem?

Jasne. Chcę spędzać każdy dzień z moim ukochanym – powiedziałam rozmarzonym tonem.

Gwarantuję ci kochana, że nie odczepi się od ciebie już nigdy… - zaśmiała się melodyjnie. O co…

Alice, o czym ty znowu mówisz? Czasami mam wrażenie, że ty coś wiesz tak na zaś jak to mówią…

Yyy, serio? Bo wiesz, ja chciałam ci o czymś powiedzieć…

Tak? – ciekawe, co to było…

Tak. Otóż jest coś, co musisz o mnie wiedzieć. Nie wiem, czy Edward ci już mówił, ale mam taki dar, który…

Ty też? - spytałam z niedowierzaniem.

Co? Czyli… zaraz, co też?

Ty tez masz swój dar? Edward mówił mi, że potrafi czytać w myślach. A ty?

Ja mam wizje przyszłości – powiedziała z dumą w głosie.

Naprawdę???

Tak, choć nie są one pewne. Mogą się zmieniać, np. ty możesz to zrobić…

Ja? Ale jak? – coraz bardziej byłam ciekawa.

Widzisz, moje wizje polegają na tym, że sprawdzają się one wtedy, gdy dana osoba nie zmieni swojego postanowienia.

A mnie też widujesz?

Czasami. Ale ostatnio się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam cie na naszym podjeździe. Uwierz mi, nie widziałam tego w swojej wizji. A wiem, ze planowałaś to.

Wow.

Co?

Super. No wiesz, mieć cos takiego, taki dar.

Tak. To fajna rzecz. Ale czasem wkurzająca…

Serio? Dlaczego?

Pogadamy o tym później.

A czy reszta rodziny ma tez jakieś umiejętności?

Tak, jeszcze jest Jasper i Rosalie. Jasper potrafi kontrolować twoje emocje a Rose może zmienić Twój tok myślenia. Po prostu zmienia wszystkie Twoje myśli ze złych na pozytywne itp.

Acha – tylko na tyle było mnie stać. Zatkało mnie. Nie dość, że byli wampirami, to posiadali nadprzyrodzone zdolności.

Ok. Ja pozmywam, a ty jak chcesz idź się przebierz. Wiesz, gdzie mój pokój…

Jasne, dzięki – pocałowałam ją w policzek i wyszłam

Poszłam na górę do pokoju Alice. Wybrałam z jej szafy czystą parę jeansów i koszulkę koloru czerwonego z napisem „Kiss me". Ciekawe, jak zareaguje Edward…

Przeszłam do pokoju jej brata. Przebrałam się w ubrania od Alice i poskładałam koc, pod którym dziś spałam. Poczułam, że leżący na podłodze mój telefon zawibrował. Dzwoniła mama.

Cześć mamo – odebrałam.

Hej Bells. Gdzie jesteś?

U Alice. Będę w domu za godzinę.

Acha. Jak się udał seans?

Świetnie. Wróciliśmy późno, więc przenocowałam u niej. Nie gniewasz się?

Jasne, że nie. Cieszę się, że spędzasz czas ze znajomymi.

Dzięki mamo. To do zobaczenia!

Do zobaczenia skarbie – i rozłączyła się. Rzuciłam telefon na kanapę i odwróciłam się. Przede mną stał Edward…

Hej skarbie.

Witaj Edwardzie. Jak tam? Najedzony?

Taa. Fajna koszulka – zaśmiał się.

Dzięki.

Czyli ten napis odnosi się do mnie, mam rozumieć?

Skoro chcesz… - zbliżył się do mnie i zaczął całować. Czułam, że się rozpływam. Fala przyjemnego ciepła rozlała się po moim ciele. Poszłam na całość i moja ręka powiodła w dół, w kierunku guzików jego koszuli. Westchnął i przerwał.

Nie możemy – powiedział.

Co?

Wiem, o co ci chodzi.

A ja nie wiem, o co tobie.

Bells, kochanie, jesteś człowiekiem. Nie moglibyśmy…. No wiesz…

Słucham? Myślałeś, że chce się z Tobą kochać? No proszę…

A nie? – spytał zaskoczony.

Nie, jest jeszcze stanowczo za wcześnie. Zostałam wychowana dobrze. Zamierzam się z tobą kochać dopiero po ślubie.

Kocham cie wiesz? – powiedział z uśmiechem.

Ale mi nowość – też się zaśmiałam. Pocałował mnie znów, tym razem mniej gorliwie.

Kiedy w końcu przestaliśmy się całować, zeszliśmy na dół. Pożegnałam się z Alice i Jasperem, podziękowałam za wszystko i wyszliśmy z domu. Wsiadłam do volvo Edwarda i oparłam się wygodnie o zagłówek. Mój ukochany usiadł na miejscu kierowcy i włączył silnik.

Gotowa? – spytał.

Tak, jedźmy już.

Ruszyliśmy w kierunku mojego domu…

Zajechaliśmy na podjazd. Ed zaparkował obok samochodu mamy, który Jasper odwiózł wczoraj wieczorem. Zanim wysiadłam, pocałowałam po raz enty swojego ukochanego.

Dziękuję, że wróciłeś. Jestem teraz najszczęśliwszą osobą na świecie.

Do ciebie mógłbym wracać, co dzień, jeśli masz gotować mi takie powitania.

Jasne. Ty się lepiej nigdzie nie wybieraj – zażartowałam.

Oczywiście, nie opuszczę cie nigdy.

I tak trzymaj. – westchnęłam. – Wiesz, chciałbym poznać resztę twojej rodziny…

Serio?

Tak. Poznałam ostatnio Jaspera. A teraz chciałbym poznać Twoja przyszywaną mamę i resztę rodzeństwa.

Spoko. Tylko nie wiem, czy to dobry pomysł.

Dlaczego?

Cóż, przekonasz się dziś popołudniu…

Naprawdę? – spytałam zaskoczona i jednocześnie szczęśliwa.

Oczywiście. Mają wrócić za około dwie godziny. Popołudniu przyjadę po ciebie.

Świetnie.

To do zobaczenia kochanie – powiedział.

Do zobaczenia – nachyliłam się i pocałowałam w usta.

Już się nie mogę doczekać – powiedział rozmarzony.

Ja też. – Wysiadłam z volvo Eda i poszłam w kierunku drzwi wejściowych. Zanim weszłam do środka, patrzyłam, jak mój chłopak odjeżdża. Nie mogłam doczekać się dzisiejszego popołudnia…

Edward

Odstawiłem swój wóz do garażu i pobiegłem do domu.

Alice, mam nadzieje, że nic nie powiedziałaś Belli, co dla niej szykuję dziś popołudniu?

Nie, nie pisnęłam ani słówkiem – oznajmiła z uśmiechem.

To dobrze, chcę zrobić jej niespodziankę.

Oj, będzie zaskoczona – powiedziała.

Tak? – zaglądnąłem w jej umysł. Faktycznie, będzie w szoku.

Ok. starczy ci już. Idę posprzątać ogród. Jak wróci reszta powiadom ich o wizycie Belli. I ich też uprzedź jak coś.

Dobra zobaczę…

Wyszedłem z domu i pognałem do miasta. Musiałem skombinować jedną rzecz…