"Rozeznanie w terenie"
A więc tak wygląda śmierć?
Przed walką z Ichanimi, Sonea wyobrażała sobie śmierć tysiące razy, wiedząc, że mogła zginąć. Ich szanse były niewielkie. Niemal równe zeru. Jednak myślała, że gdy już umrze, ból zniknie, lub, że odczuje go jedynie przez moment. Tymczasem to, co teraz działo się z jej ciałem było nie do zniesienia. Jakby ktoś wbijał w w nią tysiące maleńkich sztyletów.
Męczącą statyczną ciszę jej myśli przerwał cichy jęk. Nie wydobył się z jej ust. Przeciwnie, jego źródło musiało znajdować się gdzieś za nią. Stała się bardziej świadoma swojego ciała. Poczuła swoje dłonie, ramiona i nogi. Pojawił się także nieznośny, rozprzestrzeniający się ucisk w klatce piersiowej. Z trudem łapała każdy kolejny wdech.
A więc żyję, pomyślała ponuro. Powód, dla którego oddychanie sprawiało jej tylu trudu, stał się nagle oczywisty. Leżała twarzą na twardej, zimnej podłodze. Nie, nie podłodze, lecz cuchnącym wilgocią klepisku. Spróbowała się poruszyć, jednak mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa.
Nagle zdała sobie sprawę z tego, co mogło się wydarzyć i wszystkie wspomnienia powróciły - walka z Ichanimi, nieruchome ciała martwych magów, Kariko… Akkarin.
Akkarin.
Nóż tkwiący w jego piersi i krew rozlewająca się szkarłatną plamą na jego szacie. Wyleczyła go. Wszystkie jej myśli skupiły się na nim, instynktownie pragnąc wyszukać jego obecność. Nie miała siły. Znowu usłyszała cichy jęk, który tym razem wydobył się z jej płuc. Z trudem poruszyła obolałym ciałem i zdołała przekręcić się na swój lewy bok. Nabrała płytkiego, świszczącego oddech. To było wyczerpujące. Potoczyła niewyraźnym wzrokiem po otaczającym ją mroku. Ujrzała okno i wpadające przez nie niebieskie księżycowe promienie. Mimo, że wzrok ją zwodził, a kontury rozmazywały się, dostrzegła znajomą postać leżąca niedaleko niej.
Jej serce zabiło szybciej. Akkarin... Nie ruszał się, lecz gdy jej wzrok powoli wracał do normy zauważyła, że jego klatka piersiowa powoli unosiła się, po czym opadała. Żył.
Powoli podniosła się na drżących ramionach. Przeniosła ciężar swojego ciała i wykonała pierwszy ruch. Nigdy w życiu nie czuła się tak pozbawiona sił, wypompowana ze wszelkiej energii. Opierając się na łokciach ruszyła w jego kierunku. Czuła swoje łomoczące serce, które próbowało dostarczyć jej ciału krwi. Jednak było za słabe. Przed oczami zamigotały jej czarne plamy. Sekundę później, Sonea straciła przytomność i osunęła się z powrotem na twardą ziemię.
Akkarina obudziło ciche łupnięcie. Otworzył oczy i gdy ujrzał wyłącznie mrok, zamrugał kilka razy. Jego głowę rozsadzał ostry ból głowy, lecz zignorował go. Nie raz budził się z większym.
Przypomniał sobie wydarzenia sprzed paru godzin. A przynajmniej wydawało mu się, że tyle czasu minęło od walki. Sonea zachowała się nieodpowiedzialnie, narażając wszystkich na porażkę. Jednak, gdy kątem oka dostrzegł jej ciało, leżące niecały metr od niego, jego żołądek wykręcił się ze strachu. Przysunął się do niej i obrócił ją na plecy, opierając jej głowę na swoich kolanach.
- Soneo - wyszeptał, kładąc dłoń na jej czole. Jej twarz była blada, a na czole widniały kropelki potu.
Słabą wiązką magii zajrzał w głąb jej ciała. Była wyczerpana, a jej moc niemal do końca zużyta. Wysłał jej trochę leczniczej mocy. On sam był w znacznie lepszym stanie. Jak to możliwe, że oboje żyli, podczas gdy, logicznie rozumując, nie powinni przeżyć ataku? Pomimo ogólnego szoku, jakiego doświadczył po uderzeniu ze strony Kariko, czuł się całkiem dobrze. Był osłabiony ale nie na tyle, aby nie móc mówić czy się poruszać. Stan Sonei wskazywał na to, że przyjęła na siebie cały atak. Fala niepokoju zalała jego serce. Co stało się z Kariko? Ogarnęło go zwątpienie. Gdzie jesteśmy?
Jego rozmyślania zostały przerwane przez cichy jęk z ust dziewczyny. Jej powieki zatrzepotały i powoli otworzyła oczy, napotykając jego zmartwione spojrzenie.
Otworzyła oczy i pierwszym co ujrzała, były ciemne źrenice Akkarina. Wpatrywał się w nią intensywnie. Dreszcz strachu i podekscytowania przebiegł po jej kręgosłupie. Czuła mrowienie na skórze, w miejscu, w którym spoczywały jego dłonie. Przypomniała sobie, że powinna zacząć oddychać, więc wzięła głęboki oddech i powoli wypuściła powietrze z ust. Intensywne spojrzenie Czarnego Maga przesunęło się po jej ciele, zatrzymując się dłuższą chwilę na jej ustach, by znowu powrócić do poziomu jej oczu.
- Jak się czujesz? – zapytał, mrużąc delikatnie oczy.
Sonea otworzyła usta, jednak nie ufając swojemu głosowi jedynie przytaknęła. Z jego oczu zniknęła troska, którą dostrzegła wcześniej. Pomógł jej usiąść.
- To dobrze.
Bała się odezwać choćby słowem, sądząc, że był na nią wściekły. Akkarin usiadł i oparł się o ścianę.
Zastanawiała się, czy nie zapytać o jego samopoczucie, jednak strach sprawił, że słowa uwięzły jej w gardle. W zamian za to, odezwała się niepewnie:
- Gdzie jesteśmy?
Wzrok Akkarina omiótł cztery ściany i wilgotne klepisko, na którym siedzieli. Spojrzał na okienko, dające niemal zerową ilość światła. Nad ich głowami zamigotała drobna kula światła. Ich oczom ukazały się drewniane półki i beczki. Sekundę później światło znikło.
- Wygląda na to, że jesteśmy w magazynie. Na dodatek w piwnicy, w której Gildia przechowuje zapasy wina – powiedział z lekkim rozbawieniem, podnosząc z ziemi pustą butelkę Ciemnego anureńskiego.
- Chodźmy stąd. Musimy odszukać pozostałych i... - zaczęła, wskazując ręką drzwi znajdujące się na przeciwległej ścianie.
- Soneo, skup się. Czujesz barierę otaczającą drzwi?
Sonea zachłysnęła się powietrzem. Zostali pojmani!
- Tak - usłyszała głos Akkarina, zupełnie jakby czytał w jej myślach. – Zastanawiam się tylko, jak to się stało, że zamiast umrzeć, zostaliśmy schwytani jako jeńcy.
Nie musieli długo czekać na odpowiedź. Z głośnym skrzypnięciem drzwi otworzyły się i Sonea zobaczyła dwie postacie. Na zewnątrz była ciemna noc. Dostrzegła jednak, że jedna z ludzkich sylwetek została pchnięta przez drugą. Zatoczyła się do przodu kilka chwiejnych kroków, po czym z głuchym dźwiękiem upadła na ziemię.
- Cholera... – Głos wydał się Sonei znajomy.
Drzwi zatrzasnęły się.
Akkarin zbliżył się do mężczyzny leżącego na ziemi. Na jego przedramieniu Sonea ujrzała długą ranę - rozcięcie, z którego sączyła się krew. Jasne włosy nieszczęśnika były potargane i brudne od zakrzepłej krwi. Dziewczyna wydała z siebie zdumiony okrzyk. Szybko jednak zasłoniła usta dłonią.
- Dorrien... – wyszeptała, zbliżając się do pojękującego Uzdrowiciela.
Była zarazem przerażona i szczęśliwa widząc go żywego. Przynajmniej był w jednym kawałku, chociaż wolałaby spotkać go z dala od tego miejsca. Dorrien uniósł głowę i powoli zaczął się podnosić. Sonea i Akkarin ruszyli mu z pomocą. Mężczyzna zamrugał, jakby zobaczył ducha, po czym jego spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy.
- Byliśmy pewni, że już po was... – odezwał się po dłuższej chwili, nie przestając mierzyć ich wzrokiem.
Czarni Magowie wymienili spojrzenia. Sonea położyła dłoń na świeżej ranie Uzdrowiciela i posłała niewielką ilość leczniczej energii. Rana była jednak ledwo zasklepiona. Przynajmniej już nie krwawisz, wysłała ku niemu swoje myśli. Dorrien przyglądał się jej badawczo, jakby nie mógł odwrócić wzroku od jej ubrudzonej twarzy. Sonea posłała mu wątły uśmiech.
- Dorrienie, co się stało? Ilu zginęło? Co z Sachakaninami? – zapytał Akkarin rzeczowo.
Młody Mag zerknął na niego z lekką obawą.
- Obserwowaliśmy wszystko z Uniwersytetu, to znaczy mój tata, Osen, Balkan i ja – zaczął. – Waszą walkę z ich przywódcą. Dobrze wam szło, a później zostałeś zaatakowany nożem. Widzieliśmy, że Sonea chciała ci pomóc, więc chcieliśmy odciągnąć uwagę tego... Kariko, od was. I udało się. Ale nie na długo. Widziałem jak go leczysz - zerknął na Soneę - ale Ichani stracił nami zainteresowanie i zrozumiałem, że już po was. – Jego spojrzenie na moment zatrzymało się na Akkarinie, jednak prędko wróciło do jej twarzy. – Byłem pewien, że cię zabije. Ale kiedy posłał w waszym kierunku uderzenie, stało się coś dziwnego. Wyglądało to tak, jakby jego atak odbił się od twojej tarczy i trafił jego, Soneo. Kariko został odrzucony do tyłu, tak samo, jak wy. Leżeliście tak i żadne z was się nie ruszało. Chcieliśmy biec do was, zabrać was stamtąd, ale wtedy pojawiło się jeszcze dwóch Ichanich i zabrali wasze ciała. Wtedy pomyślałem, że to koniec...
Sonea rzuciła przelotne spojrzenie Akkarinowi. Jego czoło było zmarszczone. Intensywnie analizował słowa Dorriena.
- I później już była cisza - dodał ponuro młody Mag. - Wygląda na to, że została ich trójka, pod warunkiem, że i Kariko przeżył. Muszą być zbyt osłabieni, żeby atakować dalej, lub uciekać. Więc się ukrywają.
- To oczywiste... Zabrali nas, jako niewolników, bo potrzebna im moc – wyszeptał Akkarin.
- Ale to wciąż nie tłumaczy, jakim sposobem się tutaj znalazłeś - zauważyła Sonea, lekko karcącym głosem.
Uzdrowiciel westchnął cicho i potarł skronie.
- Właściwie to chciałem się tylko zbliżyć do magazynu, by sprawdzić czy żyjecie. Ichani jakby zapadli się pod ziemię. Nigdzie nie było ich widać, więc postanowiłem rozeznać się w terenie. Ale wygląda na to, że oni tylko na to czekali… Ten, który mnie złapał, nieprzyjemny typ, zabrał mi trochę mocy.
Magazyn ogarnęła cisza. Sonea podniosła głowę i zamarła, gdy jej spojrzenie zetknęło się z czarnymi oczami Akkarina. Ciężar odpowiedzialności osiadł na jej barkach. Wiedziała, że pokrzyżowała plany Akkarina. Gdyby na Dziedzińcu przyjęła jego moc, Kariko byłby martwy. Akkarin miał prawo być na nią wściekły, jednak w jego postawie nie wyczuła nawet cienia nagany. Czyżby był aż tak zawiedziony? A może był chociaż odrobinę wdzięczny, za uratowanie mu życia? Ogarnęło ją zakłopotanie. Postanowiła przerwać ciszę, by przestać myśleć o jego natarczywym spojrzeniu.
- Co teraz zrobimy? – zapytała.
- To, co planujemy od początku – odpowiedział beznamiętnie Akkarin. - Zabijemy Kariko.
cdn.
