Rozdział 2 - "Nie ma prostych rozwiązań"
- Mistrzu Balkanie, Dorrien zbyt długo nie wraca - powiedział Rothen, wyglądając przez okno Uniwersytetu.
Razem z Mistrzem Ossenem i Mistrzem Balkanem spędzili ostatnią godzinę na nerwowym wyczekiwaniu na powrót jego syna. Dorrien powiedział, że chciał jedynie podejść trochę bliżej miejsca, w którym, jak sądzili, Ichani schowali ciała Sonei i Akkarina. Podejrzewali, że Czarni Magowie nie żyją. Rothen w duchu przeklął decyzję wydaną przez Radę, która wygnała Akkarina i jego Nowicjuszkę z Krain Sprzymierzonych. Od chwili, gdy ujrzał ich w walce przeciw Kariko, uwierzył w każde słowo Akkarina, które usłyszał podczas Przesłuchania. Teraz czuł ogarniający go strach. Wiedział już, że bez czarnej magii nie zdołają pokonać przeciwnika. Jeśli on i Sonea naprawdę nie żyją... Jego mała Sonea...
Jednak Ichani zabierając ich ciała rozpalili w nim nadzieję, że się mylił. Długo rozmyślał nad powodem zachowania wrogich najeźdźców, próbując zebrać dowody, które pozwoliłyby zachować mu nadzieję, że Sonea i Akkarin przeżyli.
Wcześniej, schronieni na najwyższym piętrze Uniwersytetu obserwowali Gildię z góry. Nie zauważyli więcej wrogich magów z Sachaki. Ku ich radości, dostrzegli za to postacie znajomych im osób. Czmychali w ocienionych zakamarkach, przy ścianach i za gruzami powalonych budynków. Zdawali się opuszczać Gildię. Gdy zapadł zmrok, Dorrien zaproponował, że wybierze się do magazynu sprawdzić, co stało się z dwójką Czarnych Magów. Na nic zdały się protesty przerażonego tym pomysłem Rothena. Balkan i Ossen uznali ten plan za "odważny i konkretny" i poparli, zdaniem Alchemika, samobójczy pomysł jego syna. Widząc Dorriena przemykającego się pod budynkami, wzdłuż Dziedzińca, czuł jak jego zmęczone serce, boleśnie uderzało w jego klatce piersiowej. Po chwili stracił syna z oczu, więc z cichym westchnieniem odsunął się od okna i opadł na krzesło. Teraz pozostało mu jedynie czekać.
Sonea siedziała oparta plecami o zimną ścianę magazynu. Obserwowała Dorriena i Akkarina rozważających najróżniejsze warianty ucieczki. Trwało to już jakiś czas i powoli ogarniało ją zmęczenie i rezygnacja. Odsunęła się więc od dwójki pogrążonych w szeptanej rozmowie mężczyzn, w nadziei, że w samotności zdoła pomyśleć nad własną koncepcją wyrwania się z rąk Ichanich. Jednak po krótkim czasie dopadł ją przeszywający ból głowy. Zrozumiała, że zmęczenie, które skutecznie ukrywała, dawało się jej we znaki. Przez ostatnią godzinę starała się nie okazać swojego osłabienia w obawie, że Akkarin po raz kolejny zaproponuje jej odrobinę mocy. Nie chciała jej przyjmować, wydawała się jej zbyt cenna. Na dodatek, ciągle czuła się winna wszystkiemu, co się wydarzyło i nie chciała stanowić dla niego jeszcze większego ciężaru. Oparła więc brodę o kolana i zaczęła przyglądać się Dorrienowi i tajemniczemu Akkarinowi.
Podczas wygnania odniosła wrażenie, że oboje zbliżyli się do siebie. Podczas jednej z wielu nocy zrozumiała, jak bardzo splotły się ze sobą ich losy. Zaczęła zauważać, nieuchwytne dotąd, pewne gesty i emocje, które ożywały na jego twarzy. Nie wydawał jej się już przerażającym i mrocznym Magiem. Nie budził w niej typowego, jak niegdyś, strachu. Zniknęła obezwładniająca ją niemoc, którą budził w niej swoim chłodnym spojrzeniem. Bo i ono się zmieniło. Akkarin coraz częściej miał w oczach ciepło, które za wszelką cenę pragnęła poczuć. Gdy patrzył na nią w ten sposób, rosło w niej poczucie bezpieczeństwa. Nie ważne, że byli zamknięci pod ziemią, jako niewolnicy Ichanich. Ważne, że Akkarin był tutaj, z nią. Czuła bijąca od niego pewność siebie i determinację, i to wystarczyło, aby była spokojna. Sonea westchnęła głośno ściągając tym samym na siebie uwagę dwóch par oczu, błękitnych i czarnych.
- Wydajesz się znudzona - zauważył Dorrien z lekkim wyrzutem.
Sonea wzruszyła ramionami.
- Po prostu... - zaczęła cicho - to jak odbijanie się od ściany. Jak możemy zastanawiać się nad ucieczką, nie znając pozycji wroga?
- Masz rację, Soneo - usłyszała niski głos Akkarina. - Nie wiemy gdzie jest Kariko, ani w jakim jest stanie. Nie wiemy też co pozostałym dwoma Ichanimi. Mogą gdzieś się ukrywać, trzymając nas w zamknięciu... - Ton jego głosu osłabł. - Myślę, że prędzej czy później się tutaj zjawią.
Sonea spojrzała na niego przerażona. Zdawała sobie sprawę z tego, że są tutaj przetrzymywani jako źródło mocy, lecz słowa Akkarina dotarły do niej wraz z nieprzyjemnym ukłuciem strachu. Jego oczy spotkały się z jej rozpalonym wzrokiem, powodując kolejne kilka sekund zakłopotania.
Wszyscy troje podskoczyli na dźwięk żałośnie skrzypiących zawiasów. W drzwiach stanął wysoki mężczyzna trzymający w dłoni zakrzywiony sztylet. Tym razem mogli dokładnie mu się przyjrzeć, bo świt rozjaśnił niebo za jego plecami. Zanim zamknął za sobą drzwi, Sonea dostrzegła las. Musieli być we wschodniej części Gildii... Ichani wykonał krok w ich kierunku i Sonea jeszcze mocniej wcisnęła się pod ścianę.
- Dobra kundle, który chętny na zabawę? - powiedział, a jego przepełniony okrucieństwem głos rozpędził jej serce do szaleńczego tempa.
Starała się jak najmocniej skulić w swoim kącie, pragnąc stać się niewidzialna i skryć się przed jego wzrokiem.
- No, no. Co my tu mamy? - ponownie usłyszała jego głos. Czuła, że mdliło ją że strachu.
Schowała głowę w ramionach błagając, aby był to jedynie zły sen. Nagle poczuła bolesny uchwyt zaciskający się na jej przedramionach. Ichani złapał ją i podniósł bez wysiłku. Teraz musiała spojrzeć na jego twarz i od razu pożałowała tej decyzji. Całą twarz usianą miał co najmniej setką maleńkich blizn, a zamiast lewego oka, ziejącą pustką czarną dziurę. Mężczyzna wciągnął głęboko powietrze.
- Jak na kyraliańską dziwkę pachniesz całkiem ładnie - stwierdził z krzywym uśmiechem, ukazując braki w uzębieniu.
Sonea spróbowała się wyrwać, lecz Ichani trzymał ją mocno.
- Czego wierzgasz, głupia niewolnico - warknął. - Idziemy.
- Zostaw ją. - Sonea usłyszała chłodny głos Akkarina.
Po części poczuła ulgę, że próbował jej pomóc, jednak z drugiej strony wiedziała, czym mogło się to dla niego skończyć. Gdyby nie dłoń, którą Ichani nagle złapał ją za gardło, kazałaby Akkarinowi się nie wtrącać.
- Nie pozwoliłem ci się odezwać - syknął i jeszcze mocniej zacisnął palce. Odruchowo złapała go, próbując poluźnić uścisk i wtedy Ichani cisnął ją na ziemię. Upadła, głośno dysząc. Kątem oka zauważyła, że sachakanin wolnym krokiem ruszył w stronę Akkarina.
- Nie - wychrypiała, podnosząc się na drżących ramionach. Ostrzegawcze spojrzenie jej byłego Mentora odnalazło ją i Sonei wydało się, że Akkarin pokręcił głową, jakby chciał jej powiedzieć "przestań".
- Jest wykończona, na niewiele się wam zda - odparł Akkarin, a Sonea poczuła ukłucie w sercu, bo natychmiast domyśliła się, co planował. - Weź mnie, zostaw ją sobie na później - dodał.
- Nie... - zduszony jęk wydobył się z jej ust. - Nie...
Była skupiona na beznamiętnym wyrazie twarzy Akkarina i nie zauważyła, że tuż obok niej przykucnął Dorrien. Chwycił ją za ramiona i spróbował odciągnąć pod ścianę.
- Dlaczego miałbym cię posłuchać, niewolniku? - Ichani pochylił się nad Akkarinem ze wzrokiem ociekającym pogardą, po czym wyprostował się i jeszcze raz rzucił okiem na Soneę. - A z resztą, masz rację. Później się z nią zabawię.
Ichani wyjął z kieszeni płaszcza kawałek łańcucha i obwiązał nim ręce Akkarina. Sonea spróbowała ostatni raz zaprotestować, jednak ku swojemu zdziwieniu poczuła na ustach dłoń Dorriena. Uzdrowiciel trzymał ją mocno, nie pozwalając na najmniejszy ruch lub słowo.
- Idziemy – Ichani zmusił Akkarina do podniesienia się z ziemi. Popchnął go w stronę drzwi, te otworzyły się głośno i po chwili obaj zniknęli pozostawiając po sobie jedynie echo.
Uchwyt Dorriena rozluźnił się. Sonea skorzystała z okazji i wyrwała się z jego objęć. Skierowała w jego stronę oczy pełne świeżych łez.
- Powinniśmy byli coś zrobić - wykrztusiła z siebie. - To mogła być nasza szansa, a zamiast tego pozwoliliśmy, by go zabrał.
- Soneo uspokój się. Nie zabiją nikogo z nas, ponieważ nas potrzebują.
- Kariko go nienawidzi, nie przepuści okazji, aby go zabić! - jej głos stał się wysoki i piskliwy.
Dorrien wpatrywał się w jej oczy, śledząc wzrokiem łzy, które spływały jej po policzkach. Wyciągnął w jej kierunku rękę, jednak Sonea gwałtownie ją odepchnęła i odsunęła się od niego, kuląc pod ścianą. Kolejna fala smutku zalała jej serce i Sonea pozwoliła sobie na tę chwilę słabości. Silna i odważna Sonea ukryła się w najodleglejszym zakątku jej umysłu. Nie potrafiła udawać, gdy kolejny raz stanęła przed sytuacją, w której mogła stracić Akkarina. Cofnęła się do chwili, w której jej oczy zatrzymały się na purpurowej plamie jego krwi. Na samą myśl, że mogli chcieć go zabić, a jej nie będzie wtedy obok, czuła ból gorszy od tego, z którym ocknęła się po walce.
Jednak z drugiej strony musiała przyznać Uzdrowicielowi rację. Zabicie Akkarina byłoby skrajną głupotą ze strony Ichanich. Jeżeli byli tak słabi, jak twierdził Dorrien, będą potrzebowali mocy nie raz, lecz kilka, być może kilkanaście razy. Nabrała do płuc głęboki oddech, by uspokoić szalejące emocje. Po kilku minutach wytarła noc rękawem płaszcza i odwróciła głowę, by spojrzeć w zasmucone oczy Uzdrowiciela.
- Przepraszam... – mruknęła. – Tyle się ostatnio wydarzyło i nie rozumiem, skąd we mnie tyle... Tyle tego wszystkiego - dodała bezradnie, nie mogąc znaleźć słów.
Mężczyzna zmrużył delikatnie oczy i przysunął się do niej. Skrawkiem szaty otarł jej wysychające już łzy. Uśmiechnął się nieśmiało.
- A ja wiem – odpowiedział cicho.
Sonea posłała mu pytające spojrzenie. Odpowiedział jej jedynie mrugnięciem.
- Chodź Soneo, odpocznijmy.
- Nie – zaprotestowała. – Nie, dopóki on nie wróci.
Dorrien westchnął ciężko i oparł plecy o ścianę.
- Dobrze więc. Przynajmniej usiądź tu ze mną. Okropny tu zimno. Po co tracić resztki mocy na ogrzewanie powietrza, skoro możemy ogrzać się wzajemnie – mówiąc to uniósł w górę lewe ramię.
Sonea zawahała się na moment, lecz gdy zadrżała z zimna, pomysł Dorriena wydał się jej mniej niewłaściwy. Przysunęła się do niego i wtuliła w jego ciało. Poczuła delikatne ciepło i bicie jego serca. Jednak jej myśli wciąż krążyły wokół Akkarina. Bała się o niego i z całego serca pragnęła znów zobaczyć jego twarz. Bez znaczenia czy malowałby się na niej dobrze znany jej chłód i dystans, czy też intrygujące, przeszywające na wskroś spojrzenie, które przyprawiało ją o dreszcze. Przyjemne ciepło rozlewające się po jej ciele i skrajne zmęczenie sprawiły, że jej powieki stały się cięższe, a myśli lżejsze. Po chwili zapadła w głęboki sen.
Rothen niespokojnie krążył po pokoju. Dorrien nie wracał od ponad dwóch godzin. Był przekonany, że stało się coś złego, coś okropnego. Po raz ostatni podszedł do okna, lecz ujrzał jedynie wymarły dziedziniec. Niebo nad Imardinem poczerniało, tak samo, jak jego myśli. Spojrzał na śpiących Balkana i Ossena i ogarnęła go wściekłość. Jak mogli beztrosko drzemać, kiedy jego syn z pewnością znajdował się w niebezpieczeństwie?
- Balkanie, Ossenie – powiedział głośno.
Magowie zbudzili się, podskakując na fotelach. Posłali Rothenowi pytające spojrzenie.
- Czy coś się stało? – zapytał Ossen sennym głosem.
- Nic się nie stało i to jest właśnie problemem – burknął. – Dorrien nie wraca od przeszło dwóch godzin. Obawiam się, że coś się stało. Powinniśmy wykonać jakiś ruch.
Balkan podniósł się z fotela.
- Nie sądzę, aby był to dobry pomysł. Jeśli twojego syna spotkało coś złego, to podążając za nim z pewnością wpadniemy w te same kłopoty – głos Balkana był spokojny i chłodny.
Alchemik wziął głęboki, nerwowy oddech. Nie spodziewał się takich słów. Czyżby jego towarzysze za nic mieli życie jego syna?
- Najrozsądniej będzie jeśli opuścimy Gildię – kontynuował Balkan. – Niezauważeni. Tutaj nie jest bezpiecznie. Powinniśmy udać się do miasta i tam przygotować się na ponowną walkę. Tkwiąc tutaj nic nie zdziałamy.
Rothen poczuł, że zalewa go fala złości.
- Posłałeś mojego syna jako przynętę! – Jego krzyk odbił się echem po sali.
Zapadła głucha cisza przerywana ich oddechami.
- Rothenie, pragnę wierzyć, że Dorrien ma się dobrze i zobaczycie się kiedy już odbijemy Gildię z rąk wroga – powiedział Balkan. – Jednak muszę myśleć także o Magach, którzy potrzebują naszej pomocy w mieście. Nie możemy tracić więcej czasu. - Rozejrzał się po zniszczonej sali. Rothen już otworzył usta, by oskarżyć Balkana o zdradę, gdy ten odchrząknął i rzucił w kierunku Osena:
- Wynośmy się stąd.
Ten podniósł z ziemi ich płaszcze i wyciągnął jeden z nich w kierunku Alchemika.
- Chodź przyjacielu - powiedział uśmiechając się przepraszająco. – Nie ma sensu się sprzeczać. Balkan ma rację, przydatniejsi będziemy w mieście.
Cdn.
