"Błędy"

Przyjemne ciepło rozprzestrzeniające się po całym ciele, dobrze znany jej zapach, tak uspokajający, wyciszający. Ramiona - silne i bezpieczne, otulające jej drobne ciało. Silna i dobrze zbudowana, choć nieco za twarda klatka piersiowa, a pod nią miarowo uderzające serce. Jego bicie przywołujące najpiękniejsze wspomnienia. Ich rozmowę nad strumieniem, ciemne, bezdenne spojrzenia, w których za każdym razem tonęła. Wygnanie, podczas którego poznała go bliżej, nauczyła się odczytywać niektóre jego gesty i spojrzenia, i zrozumiała że często najlepszą rozmową, podczas której dwoje ludzi uczą się siebie nawzajem, jest milczenie. Z początku irytujące, jednak z czasem zaczynało zastępować dialog. Spojrzenia, ruchy i przypadkowy dotyk jego dłoni, zamiast słów. Był jej tak bliski, tak przerażająco bliski, że nie potrafiła nazwać swoich uczuć. Nigdy wcześniej nie czuła się tak, jak teraz. Wiedziała jednak, że za nim gotowa była skoczyć w ogień.

Obudził ją nagły hałas. Otworzyła oczy i z żalem zdała sobie sprawę, że osobą, której ciepło odczuwała zaledwie przed chwilą, był Dorrien. On także został wyrwany ze snu. Trwało to ułamki sekund, zanim jej wzrok skierował się w stronę dźwięku, który ją zbudził. Poczuła podskakujące do gardła serce. Z jej ust wyrwało się jego imię:

- Akkarin...!

Zerwała się na równe nogi i mimo, że już po chwili ugięły się pod nią kolana, podczołgała się do niego. Serce w jej piersi rwało się w jego kierunku, szarpało i boleśnie wykręcało. Leżał na plecach i gdy już znalazła się nad nim, obiema dłońmi chwyciła jego twarz. Miała jakąś niczym niepopartą nadzieję, że Akkarin ocknie się z chwilą, gdy tylko go dotknie. On jednak oczy miał zamknięte, a czoło zmarszczone i zroszone kropelkami potu.

- Akkarin… - wyszeptała, zbliżając swoją twarz do jego, czekając na jego cichą odpowiedź.

Jednak zamiast otworzyć oczy, Akkarin nerwowo wciągnął powietrze.

- Obudź się, proszę. – W jej głosie pojawiła się determinacja.

Wpatrywała się intensywnie w jego twarz, błagając wszystkie istniejące moce, aby otworzył oczy. Przyjrzała się dokładniej ostrym rysom jego twarzy. W tym momencie zdawały się być kruche. Jego wysokie czoło, teraz mokre od potu. Wąskie usta, wygięte w grymasie bólu. Jeszcze nie tak dawno, gościł na nich tak dobrze znany jej tajemniczy półuśmiech... Oczy…

Kiedy jej wzrok przesunął się z poziomu jego ust do oczu, zamiast zamkniętych powiek napotkała jego czarne spojrzenie. Intensywne, jak zwykle, jakby wiecznie o czymś rozmyślał. Miała wrażenie, że chwila, w której mierzyli się spojrzeniami, trwała niekończące się długie minuty. W końcu udało jej się zamrugać i otworzyć usta.

- Och... – jedynie tyle udało jej się wykrzesać ze ściśniętego gardła.

- Och – wychrypiał Akkarin, unosząc kącik ust w półuśmiechu i przyglądając się jej w wysilonym rozbawieniu.

Sonea zdała sobie sprawę, że wciąż trzymała jego twarz w swoich dłoniach, więc odsunęła je jak oparzona. Miała wrażenie, że zachowywała się idiotycznie, więc odchrząknęła i powiedziała:

- Martwiliśmy się o ciebie. Oboje. – Po raz pierwszy spojrzała na Dorriena, który przez cały ten czas był tuż obok. – Dobrze się czujesz?

Akkarin spojrzał na nią z jeszcze większym rozbawieniem, jednak z jego twarzy nie zniknął grymas bólu.

- Cudownie – wysilił się na kłamstwo, po czym skrzywił się i poruszył prawą ręką. – Pewnie nie najlepiej to wygląda.

Sonea ujęła ją ostrożnie i podciągnęła szatę do góry. Jej oczom ukazała się podłużna rana cięta, tak głęboka, że Sonea poczuła mdlący ją zawrót głowy. Przełknęła jednak szybko ślinę i odwróciła wzrok.

- Co oni ci zrobili? Dlaczego aż tak cie zranili!? – wyszeptała przerażona, posyłając w jego ciało leczniczą mocą. Nie miała jej dużo, a wizja, że nie była w stanie mu pomóc, przerażała ją do szpiku kości.

- Widocznie nie chodziło im tylko o moja moc. To taki rodzaj... zabawy – powiedział zmęczonym tonem i na chwilę przymknął oczy.

- Soneo, pozwól – usłyszała głos Dorriena. – Wydaje mi się, że jestem teraz od ciebie silniejszy. Postaram się mu pomóc.

Dziewczyna niechętnie odsunęła się od Akkarina. Dorrien przystąpił do leczenia i już po paru sekundach ujrzała ulgę na twarzy byłego Wielkiego Mistrza.

- Wiedzieli, że jesteśmy zbyt słabi, żeby całkowicie cię wyleczyć – mruknął pod nosem Dorrien.

Po chwili odsunął się od Akkarina. Jego rana wciąż pozostawała otwarta, jednak nie tak głęboko, jak wcześniej. On sam usiadł i gdy ból wykrzywił jego twarz, prędko opuścił wzrok na swoje nogi.

- Wybacz, nie jestem w stanie nic więcej zrobić, to ponad moje siły – powiedział Dorrien przepraszająco, widząc dyskomfort drugiego mężczyzny. – Myślę, że twoje ciało z czasem samo zasklepi ranę.

- Dziękuję Dorrienie. Nie powinieneś przepraszać. Naprawdę mi pomogłeś – odparł Akkarin. - Ale dość na mój temat. Musimy o czymś porozmawiać. Chyba wpadłem na plan ucieczki.


Jeszcze nigdy w życiu Rothen nie był tak zły i przerażony jednocześnie. Został zdradzony przez ludzi, których uważał za swoich przyjaciół. Opuścili go i Dorriena w potrzebie, decydując się na ucieczkę. On sam też postanowił się wycofać z Gildii, ponieważ zdawał sobie sprawę, że w pojedynkę nie był w stanie pomóc synowi. Niezależnie od tego, co się z nim stało... Podążał teraz za Balkanem i Osenem wbijając ostre jak nóż spojrzenia w ich plecy. Uniwersytet położony był na obrzeżach Gildii, więc szybko udało im się opuścić jej teren. Teraz przemierzali opustoszałe ulice wewnętrznego kręgu Imardinu. Od walki z Ichanimi minęło około dwunastu godzin, więc mieszkańcy wciąż pozostawali ukryci w swoich domach. Po chwili dwójka Magów przed nim zatrzymała się.

- Coś się stało? – zapytał, niechętnie zaczynając rozmowę.

- Musimy zaryzykować i użyć komunikacji mentalnej – odpowiedział mu Osen. – Inaczej nie znajdziemy reszty ocalałych.

Tak. Ocalali. Wielu Magów zginęło podczas starcia z najeźdźcami. Ciała tych, których zabito, odbierając im całą moc, wciąż spoczywały na terenie Gildii. Trzeba się tym zająć jak najszybciej. Jednak użycie komunikacji mentalnej było jednoznaczne z tym, że ocaleli i ukrywający się w mieście Magowie z Sachaki, usłyszą ich rozmowę.

Nie było innego wyjścia.

- Gdzie jesteście? – rozbrzmiało wezwanie Balkana.

- Posterunek Gwardii. – Głos, który im odpowiedział był znajomy, jednak Rothen nie mógł sobie przypomnieć, do kogo należał.

- A więc już rozpoczęli planowanie następnego ataku – szepnął do siebie Rothen.

Wszyscy trzej skierowali się w wyznaczonym kierunku i podążyli na spotkanie z innymi ocalałymi.


Sonea, Akkarin i Dorrien patrzyli na siebie w przerażeniu. Magowie opuścili Gildię! Poddali ją wrogu. I jeszcze oficjalnie go o tym poinformowali. Nie potrzebowali słów, aby opisać tę głupotę. Pierwsza odezwała się Sonea.

- To był głos Balkana. Tylko on wpadłby na tak głupi pomysł.

Akkarin zaśmiał się ponuro.

- To prawda, kiepski z niego strateg.

- Czy tylko ja mam wrażenie, że tym posunięciem mogli pogorszyć naszą sytuację? – zauważył Dorrien.

- Tak. Kto wie, może Ichani chcieli wykorzystać nas, jako zakładników… - zaczął Akkarin, lecz po chwili przerwał. – Musimy działać szybciej – dodał.

Przez ostatnią godzinę Akkarin opowiadał im, co zobaczył, kiedy Ichani zabrał go z magazynu.

Jedynym, czego mogli być pewni, było to, że Ichani chcieli porwać króla. Akkarin podsłuchał ich rozmowę na ten temat. Choć przez cały czas miał zakryte oczy, doliczył się jedynie dwóch Ichanich - samego Kariko, oraz jego pomocnika, z którym mieli przyjemność poznać się już wcześniej. Wyglądało na to, że wrogowie byli zdesperowani. Obie strony miały coraz mniej czasu.

Wiedzieli, że jedynym sposobem będzie zaatakowanie Ichaniego, gdy ten przyjdzie po nich po raz kolejny. Wiedzieli również, że plan mógł jedynie wypalić, lub zawieść na całej linii. Mieli tylko jedną szansę. Ichani mógł zabić ich z chwilą, w której zwęszy ich spisek. Jeśli im się nie powiedzie, a Ichani zrealizują swój szalony plan... Wtedy będzie już tylko gorzej. Będą mogli negocjować warunki i nikt nie ośmieli się zaryzykować życia Merina.

- Zrobię to, gdy tylko się tutaj zjawi – powiedział Akkarin. – Potrzebuję jedynie narzędzia, którym mógłbym go zranić.

Dorrien pobladł. Dopiero teraz zrozumiał, co Akkarin miał zamiar zrobić. Czarna Magia go przerażała, nawet ta użyta w dobrym celu. Przełknął głośno ślinę.

- A więc chcesz go…

- Zabić – odpowiedział sucho Akkarin. – Zakładałem, że pogodziłeś się z faktem, że Sonea i ja posługujemy się czarną magią.

Sonea spojrzała na Czarnego Maga gniewnie. Uzdrowiciel miał prawo bać się zakazanej magii. Akkarin niepotrzebnie traktował go z taką nonszalancją.

Dorrien nie odpowiedział na jego słowa. Powoli wstał i podszedł do jednej z wypełnionej winem beczek. Przesunął dłonią po jej wierzchu, natrafił na wystający kawałek i szarpnął. Uzyskał w ten sposób fragment ostrego drewna, który jedynie wyglądem przypominał nóż, lecz powinien nadać się do rozcięcia skóry. Podszedł do Akkarina i wyciągnął w jego kierunku przyszłe narzędzie zbrodni.

- Proszę. Mam nadzieję, że nie będę musiał na to długo patrzeć.

Akkarin zaśmiał się gorzko.

- Zamknij oczy, kiedy już się tu zjawi.

Sonea przyglądała im się z boku. Z jednej strony rozumiała obawy młodego Maga, z drugiej jednak odczuwała mieszankę rozbawienia i współczucia, widząc jego strach. W zachowaniu Dorriena widziała siebie sprzed paru miesięcy.


Od pewnego czasu siedzieli w ciszy, nerwowo wyczekując nadejścia Ichaniego. Napięcie stawało się nie do zniesienia. Sonea przysunęła się do Akkarina siedzącego kawałek od niej. Wyglądał, jakby spał, ale Sonea czuła jego migoczącą prezencje. Pragnęła o czymś z nim porozmawiać. Chciała to zrobić od samego początku, jednak nie mogła znaleźć słów.

- Akkarin…? - zaczęła cicho. Już dawno pozbyła się nawyku nazywania go Wielkim Mistrzem. Wygnanie ich zmieniło.

- Hm? – usłyszała w odpowiedzi.

Nawet nie otworzył oczu, by na nią spojrzeć. Gołym okiem mogła zauważyć jego zmęczenie. Próbował je zatuszować, ale przed nią nie mógł się ukryć. Podczas wielodniowej wędrówki przez Żelazne Wzgórza oglądała go już w gorszym stanie. Zebrała w sobie całą odwagę.

- Ja mogę to zrobić... – powiedziała.

- Co takiego? – Spojrzał na nią zdziwiony.

W jego oczach malował się niepokój. Zmarszczył brwi.

- Zabić Ichaniego.

- Nie, Soneo, nie ma takiej możliwości. - Jego głos był stanowczy.

Spodziewała się odmowy, jednak nie mogła się poddać. Było to dla niej zbyt ważne.

- Nie zawiodę was… - wyszeptała. – Pozwól mi to zrobić. Chcę się do czegoś przydać. Ciągle myślę o walce na Dziedzińcu i wiem, że cie zawiodłam. Pomyślałam, że jeśli...

- Trzeba było myśleć wcześniej. – Ton jego głosu był nieprzyjemnie szorstki.

Sonea poczuła ukłucie bólu. Niestety było dokładnie tak, jak się obawiała. Akkarin miał jej za złe decyzję, którą podjęła w czasie walki.

- Doskonale wiesz, że teraz jest już za późno, aby mówić takie rzeczy - szepnęła, czując się zraniona. - Nie mogłam postąpić inaczej.

- Mogłaś mojej użyć mocy, którą ci dałem, aby zabić Kariko – warknął, kładąc nacisk na słowo mojej. Nie potrafiła odróżnić emocji, kryjących się za jego słowami.

- Mogło się nie udać...

- Nie wiesz tego! - Akkarin podniósł głos i zmrużył niebezpiecznie oczy.

Sonea zamarła pod jego ciężkim spojrzeniem.

- Moglibyśmy wtedy wszyscy zginąć. - Uporczywie nie przerywała kontaktu wzrokowego.

- Tak? Teraz również możemy wszyscy zginąć, przez twoją nieodpowiedzialność. Przez twoją słabość do... - urwał i gniewnie odwrócił wzrok.

Jego słowa zabolały.

- Nie mogłam pozwolić ci umrzeć...

- Przestań... - zaczął rozdrażniony.

- Nie. Nie, Akkarinie. Nie przestanę. Postąpiłam tak, jak kazało mi postąpić moje serce. Nie mogłam pozwolić ci umrzeć, bo wtedy... – Poczuła, jak jej podbródek zaczyna drżeć. - Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. Żałuję, że cię zawiodłam, ale nie żałuję tego, co zrobiłam i żałować nie będę...! - ostatnie słowa wypowiedziała łamiącym się głosem.

Odwróciła się gwałtownie, przegryzając dolną wargę. Starała się nie rozpłakać. Łzy były ostatnią rzeczą, której w tej chwili potrzebowała. Nie chciała, żeby Akkarin widział, jak zranił ją tym, co przed chwilą powiedział. Jednak jej próby powstrzymania płaczu spełzły na niczym. Na policzkach poczuła gorące, pełne żalu, krople. Być może powiedziała mu za dużo. Być może Akkarin uzna jej wyznanie za nieistotne...

- Soneo... - Jego głos był inny. Ciepły i łagodny. Sprawił, że lód w jej sercu, którym od dawna próbowała stłamsić niechciane uczucia, stopniał.


Akkarin wyciągnął w jej kierunku dłoń i dotknął jej ramienia. Dziewczyna zadrżała. Zwróciła ku niemu swoje wielkie, brązowe oczu, teraz zaczerwienione od spływających po policzkach łez. Sonea od zawsze grała twardą i nie gorzej do niego potrafiła maskować swoje uczucia. Jednak tym razem fasada niezlęknionej, odważnej Nowicjuszki, która z hardością przyjmowała wymierzone w nią ataki, rozpadła się. Patrzyła na niego tymi wielkimi, brązowymi oczami, w których błyszczały łzy i Akkarin zrozumiał, że ją skrzywdził. Jak mógł być wobec niej tak ostry? Zawdzięczał jej życie.

Trzymając jej ramiona, przyciągnął ją delikatnie w swoim kierunku. Jej ciało zareagowało natychmiast. Sonea wtuliła się w jego ramiona, w które zdawała się pasować jak ulał. Poczuł zapach jej włosów i miał ochotę westchnąć z ulgą. Dziwne rzeczy zaczynały dziać się z jego sercem, gdy tak ją trzymał.


Mocno zacisnęła ramiona na jego plecach. Oparła głowę o jego klatkę piersiową i usłyszała szalone bicie jego serca. Wciągnęła głęboko do płuc jego zapach. Bicie jego serca powoli się uspokajało - serca, które sama poskładała ze strzępów, gdy zostało rozerwane przez nóż.

- Przepraszam... - wyszeptał tak cicho, że gdyby nie wymówił tego niemal wprost do jej ucha, mogłaby go wcale nie usłyszeć. - Zawdzięczam ci życie. Chyba zapomniałem o najważniejszym.

Podniosła na niego wzrok, starając się wyryć w pamięci obraz jego twarzy, kiedy wypowiadał te słowa.

- Dziękuję - powiedział po dłuższej chwili.

Jej serce podskoczyło z radości. Jeszcze przez chwilę pozostała w jego ramionach, starając się zapamiętać każdy szczegół jego wyglądu, gdy był tak blisko. Odsunęła się powoli, lecz dłonie Akkarina pozostawały na jej barkach. Na jego twarzy dostrzegła mieszaninę uczuć. Czyżby tak samo, jak ona, walczył ze sobą? Z tym uczuciem, którego nie potrafiła zdusić?

Akkarin zsunął ręce z jej ramion, a Sonea natychmiast zaczęła tęsknić za jego uspokajającym dotykiem. Wyprostował się i odsunął od niej.

- Musimy działać szybko i nie będę narażać cię kolejny raz. – Ton jego głosu na powrót stał się chłodny i zwyczajny. – Jeśli Ichani zdołają porwać króla… Nawet nie chcę o tym myśleć.

Sonea wpatrywała się w jego twarz zastanawiając się, jakim sposobem Akkarin potrafił tak nagle wrócić do swojego Wielki-Mistrz-Czarny-Mag-Akkarin. Rozmawiając z nim miała wrażenie, że stąpała po kruchym lodzie. Poczuła narastającą frustracje.

- Naprawdę mogę to zrobić. Chcę go zabić. – Nie zapomniała o swojej uprzednio odrzuconej prośbie. – Wiesz, że jestem silniejsza. Rana wciąż odbiera ci wiele sił. Dobrze wiesz, że masz mniejsze szanse w starciu z Ichanim, niż ja.

Skrzyżowała ręce na piersi i wbiła w niego wyzywające spojrzenie. Akkarin uniósł wysoko brwi, zdziwiony jej śmiałością. Jego twarz przybrała lekko rozbawiony wyraz, lecz szybko powróciła do surowej maski.

- Nie zaczynaj tego tematu – odpowiedział.

- Mogę odwrócić jego uwagę i wtedy ty...

- Nie.

- Akkarin...

- Powiedziałem: nie.

Zacisnęła usta i wydała z siebie poirytowane fuknięcie. Wiedziała, że zakończył dyskusję. Nie mogła pozwolić mu się tak po prostu wystawić na śmierć. Może niesłusznie, jednak nie mogła dopuścić do starcia Akkarina z Ichanim. Po raz kolejny intuicja podpowiadała jej, że musiała zareagować. Będzie na nią wściekły, znowu. Faktycznie, była nieposłuszną Nowicjuszką.


Prośba Sonei wytrąciła go z równowagi. Nie powinna prosić go o coś takiego. Z kolei on nie powinien był sobie pozwalać na dotknięcie jej. Jakiś czas temu obiecał sobie z tym skończyć. Już raz pozwolił swojemu sercu zmięknąć i nie pamiętając, jak to się skończyło, powinien być wobec siebie konsekwentny. Jednak coś w jej oczach, coś w jej rozedrganym podbródku i szklących się oczach sprawiło, że jego serce okazało słabość, której okazać nie powinno. Mógł przewidzieć, że nie zdoła się kontrolować. Nie, kiedy Sonea była tak blisko.

Jego rozmyślania przerwał odgłos otwierających się drzwi, zwiastujący powrót Ichaniego. Poczuł złość, że jego zmysły akurat w takim momencie zostały rozproszone przez myśli o niej. Nie pierwszy raz okazała się być jego słabością.

Ichani rozejrzał się po twarzach trójki Magów i jego wzrok zatrzymał się na Sonei. Wygiął usta się w szyderczym uśmiechu.

- Teraz twoja kolej – powiedział podchodząc do niej. Chwycił ją za ramiona. Dziewczyna jęknęła w proteście.

To ten moment, teraz, pomyślał. Sięgnął ręką za swoje plecy, lecz zamiast kawałka suchego drewna, jego dłoń napotkała jedynie wilgotną ziemię. Dreszcz przerażenia przeszył jego ciało od stóp do czubka głowy. Panicznie zaczął obmacywać ziemię za jego plecami, jednak nic nie znalazł.

Sachakanin podniósł Soneę i ruszył w stronę drzwi. Kiedy skierowali się plecami do niego, Akkarin poczuł, jakby ktoś uderzył go czymś ciężkim w głowę. W zaciskającej się dłoni Sonei ujrzał znikający, ostry kawałek drewna.

Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Akkarin tkwił w miejscu, jak sparaliżowany. Serce łomotało w jego klatce piersiowej. Był wściekły i przerażony. Tak wściekły, że mógłby zabić gołymi rękoma. Nagle dotarł do niego głos Dorriena:

- Co z tobą!? – krzyczał. - Oszalałeś?! Miałeś go zaatakować!

Akkarin utkwił nieprzytomny wzrok w odrapanych drzwiach, za którymi dopiero co zniknęła Sonea.

- Zabrała go – powiedział, czując chłód w sercu.

- Co zabrała!? – Akkarin miał wrażenie, że Dorrien za chwilę eksploduje ze złości.

- Nie wiem, kiedy to zrobiła, chciała go zabić, prosiła mnie o to, tylko dlaczego…

Uzdrowiciel wydał z siebie głośne warknięcie.

- Co jest z waszą dwójką nie tak!? – krzyczał. – Dlaczego nic nie idzie po naszej myśli!

- … dlaczego pozwoliła mu się stąd zabrać – mruczał pod nosem Akkarin.

Wiedział, że coś musiało pójść nie tak. Ale dlaczego Sonea wykazała się taką głupotą!? Jego plan był dobry, czy musiała go pokrzyżować? Strach o nią paraliżował jego myśli. Jeśli coś jej się stanie… Zacisnął mocno powieki, starając się odpędzić od siebie napierające myśli.

Soneo, teraz wszystko w twoich rękach… ponownie.