„Ucieczka"

Ichani trzymał ją mocno za ramię i prowadził w kierunku lasu. Gdy zatrzasnęły się za nimi drzwi magazynu, Soneę ogarnęła panika. Nie tak to sobie zaplanowała. Chciała ugodzić go swoim prowizorycznym nożem, gdy tylko ją dotknął, jednak strach sparaliżował ją do tego stopnia, że nie była w stanie się ruszyć. Teraz była na siebie zła za swą słabość. Jednak wciąż dopisywało jej szczęście. Krępując jej ręce nie zauważył kawałka drewna zaciśniętego w jej dłoni. Idiota... Pomyślała. Co więcej nie zawiązał jej opaski na oczach, co w gruncie rzeczy nie było dla niej dobrą wiadomością. Oznaczało to, że nie miał zamiaru zasłaniać jej drogi, gdyż to i tak nie miało znaczenia - prowadził ją na śmierć. Prędzej czy później. Pomyślała i dreszcz przerażenia przeszył jej ciało na myśl o tym, co Ichani planował zrobić, zanim ją zabije. Prowadził ją przez las, w dół. Nie próbował ukrywać kierunku ich celu, w przeciwieństwie do tego, co powiedział wcześniej Akkarin.

Akkarin... Przyjemne ciepło ogarnęło jej ciało. Wciąż czuła na sobie jego dłonie i ich wyciszająca moc. Musiał być teraz na nią wściekły. Miał do tego pełne prawo. Na myśl o tym, że po raz kolejny wykazała się swoim nieposłuszeństwem, robiąc coś wbrew jego woli, kącik jej ust nieznacznie uniosły się do góry. Sytuacja, w której się znajdowała, nie należała do najodpowiedniejszych na takie rozważania, lecz nie potrafiła powstrzymać swojego rozbawienia. Tragizm jej położenia i myśli, jakie ją obecnie ogarniały, wywołały u niej histeryczny chichot. Ichani nie zareagował na jej dziwne zachowanie.

Szli już ponad dziesięć minut, tak przynajmniej jej się wydawało. Sonea zastanawiała się, jak daleko mogli ukryć się Ichani i dlaczego wybrali las, zamiast jeden z opuszczonych budynków Gildii.

Pierwszą rzeczą, którą ujrzała był martwy pies. Właściwie z początku nie wyglądał na zdechłego, jedynie leżał bez ruchu z szeroko otwartymi oczami. Zanim minęła jego truchło, dostrzegła niewielką ranę na jego szyi. Przeszył ją zimny dreszcz. Ichani musieli tak desperacko potrzebować energii, że pobierali ją nawet od zwierząt. Następną rzeczą, która ukazała się jej oczom było ciało świni, również zabitej w ten sam sposób, co poprzednia ofiara. Sonea poczuła obrzydzenie, gdy smród rozkładającego się ciała uderzył w jej nozdrza. W końcu ujrzała martwą służącą. Jej pozbawiona życia twarz wyrażała ogromny strach, który z pewnością odczuwała tuż przed śmiercią.

Nienawiść, którą czuła do Ichanich wzmogła się dwukrotnie, na widok bezbronnego ciała młodej dziewczyny. Nie była niczemu winna, a jednak została zamordowana z zimną krwią. Sonea zacisnęła mocniej dłoń na kawałku drewna, czując jak drzazgi wbijają się w jej skórę.

- Stój – warknął Ichani.

Podniosła wzrok i zderzyła się z, przepełnionymi nienawiścią, oczami Kariko.

Początkowo strach sparaliżował jej ciało, gdy lodowate spojrzenie Ichaniego wbijało się w nią niczym igły. Pomyślała, że ten człowiek nie może być zdolny do odczuwania. Wyglądał okropnie, jakby był chory. Przypomniała sobie obrazy, które ujrzała przed chwilą, a także przywołała do siebie twarze Magów, którzy zginęli, broniąc Kyralii. Strach ją opuścił, a w jego miejsce poczuła determinację i wypełniającą ją odwagę. Uniosła wyżej brodę, zaciskając zęby. Jeśli miała zginąć to z godnością.

- No, no, no – głos Kariko odbił się echem po lesie. – Kogo my tu mamy? Dziwkę mojego drogiego Akkarina. – Po tych słowach roześmiał się, lecz był to śmiech wypełniony goryczą. Jego chrapliwy rechot zamienił się w krztuszenie. Ichani odchrząknął i splunął na ziemię krwią. – Muszę przyznać, że ma niezły gust. Zawsze miał – powiedział, szczerząc zęby w krwawym uśmiechu.

Sonea zacisnęła mocniej szczękę starając się nie okazywać przepełniającej ją wściekłości.

- Pomyślałem, że zabawniej będzie, jeśli najpierw zabiję ciebie – wychrypiał – a później przyprowadzę tu mojego zbiegłego niewolnika, żeby widział twoje martwe, zużyte przeze mnie ciało. I żeby cierpiał.

Ponowie wybuchł przerażającym śmiechem i splunął krwią.

- Nieźle mnie urządziłaś, przyznaję – powiedział widząc obrzydzenie wypisane na jej twarzy. – Nie martw się, odwdzięczę się.

Czuła, że odwaga ją opuszcza i że jej strach powoli wracał na swoje miejsce. Chciała wołać Akkarina o pomoc. Widziała jednak, że znalazła się tu na własne życzenie, a konkretniej, przez swoją głupotę. Mogła jedynie modlić się, by to, co planował Kariko, skończyło się jak najszybciej.

- Przynieś mi coś do jedzenia, Rakto – polecił Ichaniemu, który stał obok. Ten posłusznie oddalił się.

Powiodła za nim wzrokiem i wtedy została uderzona w brzuch. Nawet nie wiedziała, kiedy Kariko zdążył podejść tak blisko. Krztusząc się upadła na ziemię i próbowała złapać oddech. Jej oczy wypełniły się łzami, a kiedy je otworzyła zobaczyła pochylającego się nad nią Kariko. Próbowała wstać, jednak Ichani przydusił ją do ziemi.

- Dokąd to się wybierasz?

Sonea zdała sobie sprawę, że upadając wypuściła z ręki swój drewniany nóż. Jedyne narzędzie, które mogło ją ochronić. Zaczęła panicznie rozglądać się po trawie i dostrzegła je leżące na wysokości jej łydki. Zebrała w sobie całą siłę, jaką miała i kopnęła Kariko między nogi. Ten zawył boleśnie. Rzuciła się w kierunku noża, jednak związane ręce krępowały jej ruchy.

- Ty kurwo! – krzyknął Kariko kierując się w jej stronę. – Nauczę cię posłuszeństwa...!

Ichani dopadł ją w momencie, gdy zdołała przekręcić się na plecy. Boleśnie uderzył ją w twarz. Poczuła, jak strużka gorącej krwi z rozciętej wargi spływa po jej brodzie. Z całych sił próbowała wyrwać ręce z uścisku łańcucha obwiązanego wokół jej nadgarstków. Lecz Kariko jedną ręką złapał ją za gardło, odbierając jej możliwość oddychania, a drugą zaczął podwijać jej szatę.

- Teraz dopiero poznasz, co to ból! – krzyknął. – Ty mała, parszywa…

Nie mogła złapać tchu, lecz już prawie udało jej się wyciągnąć dłoń z pętli. Przed oczami widziała czarne plamy. Kariko złapał pas od swoich spodni. Zrozpaczona zebrała w sobie pozostałą część energii i z całej siły kopnęła Ichaniego w twarz, jednocześnie oswobadzając się z krepujących ją węzłów i raniąc przy tym wierzchnią część dłoni. Przeciwnik, krzycząc niezrozumiałe dla niej słowa, rzucił się w jej kierunku, lecz w tym samym momencie Sonea złapała leżące obok drewienko i wbiła je w ramię napastnika.

Kariko zawył z bólu, zaskoczony jej atakiem. Z niedowierzaniem spojrzał na tkwiący w jego ciele kawałek drewna i zaciśniętą na nim dłoń Sonei. Błyskawicznie wyrwała nóż z jego ciała i nim Kariko zdążył zareagować przyłożyła dłoń do rany. Pociągnęła jego moc w swoim kierunku, lecz poczuła, że Ichani z nią walczył, próbując odciągnąć swoją energię w drugim kierunku. Jak to możliwe? Spojrzała w jego oczy, w których malował się strach i zaskoczenie. Sonea skupiła się mocniej i poczuła, jak jego moc przepływa przez ranę i wnika w jej ciało.

W tym samym momencie usłyszała krzyk drugiego Ichaniego. Sądząc po dźwięku był niedaleko, biegł i nawoływał swojego pana, zaniepokojony hałasem, który narobiła. Zobaczyła go, gdy wybiegał zza drzew. Z daleka wyczuła koncentrującą się energię. Wiedziała, że musiała uciekać. Rakto miał prawdziwy nóż. Puściła Kariko, który upadł na ziemię i podniosła się na równe nogi. Gdy ruszyła, poczuła jak chybione uderzenie Rakto boleśnie parzy jej lewą łydkę. Syknęła i zmusiła mięśnie do większego wysiłku.

Czuła, jak przepełnia ją energia. Rzuciła się do ucieczki. Biegła przez las, w kierunku, z którego zdawało się jej, że przyszli. Potknęła się o wystający korzeń i z głuchym dźwiękiem uderzyła o miękką trawę. Za plecami usłyszała dramatyczny krzyk Rakto. Dźwignęła się z ziemi i zaczęła biec. Serce łomotało w jej piersi. Teraz jedynym, o czym myślała, było uwolnienie Dorriena i Akkarina. Odległość, którą przebyli wcześniej okazała się większa, niż zapamiętała. Zaczęła odczuwać zmęczenie i przez głowę przemknęła jej myśl, że kiedy jeszcze żyła w slumsach, taki dystans nie byłby dla niej problemem.

Las przed nią zaczął się przejaśniać. Z euforią wybiegła z labiryntu drzew. Okazało się, że odrobinę zboczyła z kursu, kiedy zobaczyła magazyn kilkadziesiąt metrów dalej. Rzuciła się w jego kierunku i gdy dobiegła do drzwi serce niemal wyskoczyło jej z piersi. Zdawało się, że z tej strony, drzwi nie były silnie zabezpieczone. Skupiła moc i posłała w drzwi umiarkowane uderzenie. Te roztrzaskały się w drobne drzazgi. Weszła do środka, osłaniając twarz przed fruwającym pyłem.

- Soneo! – usłyszała znajomy głos Akkarina.

Nim się zorientowała jego szerokie ramiona otoczyły ją i zamknęły w ciasnym uścisku. Sonea wymamrotała coś w jego szatę.

- Co? – zapytał odsuwając ją od siebie.

- Musimy uciekać – wykrztusiła z siebie, wciąż zmęczona po szaleńczym wyścigu przez las.

Wtem kolejne ramiona złapały ją i przyciągnęły do siebie.

- Byliśmy pewni, że cię zabiją – powiedział Dorrien przytulając ją mocno, po czym odsunął ją i zajrzał jej w oczy – Nigdy więcej tak nie rób.

Sonea poczuła irytację ich zachowaniem, ale zdusiła w sobie kilka kąśliwych uwag. Chwyciła ich za ręce i wysłała im trochę mocy, którą zabrała Kariko. Swoją drogą była prawie pewna, że go nie zabiła, że pozwoliła mu przeżyć...

- Spadajmy stąd – powiedziała i pociągnęła ich w kierunku drzwi.

Wyszli na zewnątrz. Był późny ranek, jednak Gildia była wymarła bardziej niż w środku nocy. Ruszyli biegiem w kierunku bramy. Było oczywiste, że muszą jak najszybciej opuścić miejsce niedawnej walki i ukryć się gdzieś w mieście. Sonea i Akkarin wciąż nie wiedzieli, jak zareagują Magowie, na ich niespodziewany powrót z wygnania.

Gdy znaleźli się poza terenem Gildii poczuli się bezpieczniej. Pierwszy odezwał się Akkarin.

- Soneo, co się tam stało?

- Cóż, nie wszystko poszło po mojej myśli, ale...

- Pozwól, że komentarz na temat twojego zachowania zostawię sobie na później - wszedł jej w słowo.

Dziewczyna spojrzała na niego, a kąciki jej ust uniosły się do góry, gdy na jego twarzy również zobaczyła delikatny uśmiech. Szybko jednak spoważniała, bo tak naprawdę nie mieli żadnych powodów do radości.

- Udało mi się uciec Kariko. Obawiam się jednak, że go nie zabiłam. Nie zdążyłam pobrać całej jego mocy, bo pojawił się ten drugi, Rakto – powiedziała. – Zdecydowałam się na ucieczkę, ale teraz myślę, że powinnam zostać i walczyć z nim. Chyba znowu cię zawiodłam… - dokończyła cicho.

- Jestem innego zdania – odezwał się Dorrien. – Cieszę się, że uciekłaś stamtąd, jak najszybciej. Kariko nie jest kimś, z kim można mierzyć się w pojedynkę.

Sonea spojrzała na niego z wdzięcznością.

- Nie mogłaś przewidzieć, czy zdołasz ich pokonać – wtrącił Akkarin.

Dziewczyna pomyślała, że mógłby powiedzieć coś podobnego do tego, co usłyszała od Dorriena, jednak on jak zwykle wybrał obojętność.

- Powinniśmy się ukryć? – zapytała, pragnąc zmienić temat. Wiedziała, że po raz kolejny podjęła decyzję, na temat której, będzie mogła długo rozmyślać analizując, co by się wydarzyło, gdyby postąpiła inaczej.

- Tak. Myślę, że to najlepszy pomysł. Nie wiemy, jak zareagują pozostali na nasz widok. Nawet w tych okolicznościach, prawda jest taka, że załamaliśmy zakaz wracając do miasta – odpowiedział jej Akkarin.

Sonea poczuła ciężar w okolicy żołądka. Wrócili do miasta, by je ratować i pokonać wrogich magów z Sachaki… Nie tak to miało wyglądać. I była to wyłącznie jej wina.

- W takim razie, gdzie się zaszyjemy? – zapytał Dorrien.

Zapadła cisza, Akkarin zatrzymał się i zmarszczył czoło, jak zwykle, gdy o czymś intensywnie myślał.

- Myślę, że powinieneś udać się na posterunek Gwardii – powiedział. – I nie mówić nikomu nic na nasz temat – dodał, gdy Dorrien w proteście otworzył usta. – A najlepiej, gdybyś powiedział, że nie przeżyliśmy.

Soneę zaskoczył tak skrajny pomysł Akkarina. Postanowiła jednak polegać na zmyśle Wojownika i zaufać jego intuicji.

- Jak ty to sobie wyobrażasz? – zapytał gniewnie Dorrien. – Mam tak po prostu oznajmić memu ojcu, że Sonea nie żyje?! Serce mu pęknie. Nie zmuszaj mnie do takiego kłamstwa.

Akkarin westchnął zirytowany.

- Możesz po prostu powiedzieć, że nie wiesz, co się z nami stało – powiedział, zrezygnowany.

- Nie podoba mi się ten cały plan – warknął Dorrien, patrząc ze złością na Akkarina.

Były Wielki Mistrz posłał Uzdrowicielowi jedno ze swoich mrożących krew w żyłach spojrzeń. Dorrien od razu stracił chęć do kłótni.

- Kiedy cię zobaczę? – skierował się do Sonei, która stała ramię w ramię z Akkarinem.

Dziewczyna pokręciła przecząco głową.

- Nie wiem Dorrienie, mam nadzieję, że niedługo – odpowiedziała cicho.

Akkarin odwrócił się i ruszył przed siebie. Sonea stała w miejscu i jeszcze przez chwilę patrzyła na Dorriena, po czym uśmiechnęła się delikatnie, podeszła do niego i mocno uściskała.

- Uważaj na siebie... – wyszeptała.

Odwróciła się i starając się więcej nie oglądać, pospieszyła za oddalającym się Akkarinem.


Dorrien był wściekły. Akkarin zniszczył Sonei życie. Miała przed sobą przyszłość Uzdrowicielki. Przyjemną, niczym niezmąconą przyszłość. Ale wtedy pojawił się on, Wielki Mistrz i zaczął ją sobie układać. Przekonał do swojej brudnej, czarnej magii i przeciągnął na swoją stronę.

Odebrał mu ją... Sonea zasługiwała na życie z kimś innym, niż tym tajemniczym człowiekiem z nieczystą przeszłością.

Akkarin i Sonea zachowywali się dziwacznie. Zanim rozpętała się walka, spędził z nimi ledwie kilka dni, a teraz mógł zaobserwować, jak bardzo się zmienili. Jak przyglądali się sobie i jak zachowywali się, gdy drugiemu groziło niebezpieczeństwo. Nie mógł się okłamywać co do wagi łączących ich uczuć, ale wiedział, że sprawa nie była jeszcze przesądzona. Łudził się, że w sercu Sonei wciąż było dla niego miejsce.

Z całej siły kopnął kamyk leżący przed nim na drodze, jakby to on był winien całej sytuacji. Zaklął siarczyście, ale nie przyniosło to żadnej ulgi. Podniósł głowę i zauważył przed sobą posterunek Gwardii.

- Nie pozwolę mu zmarnować jej życia – powiedział do siebie.

Stanął przed drzwiami i popchnął je. Jego oczom ukazało się wiele znajomych twarzy. Wszystkie o zmęczonym wyrazie. Uśmiechali się do niego niemrawo. Przez tłum przedarła się znajoma postać. Widok siwych włosów i lekko zgarbionej sylwetki, roztopiły lód zaciskający się wokół serca młodego Uzdrowiciela.

- Synu – wydusił Rothen z zaciśniętego gardła. – Synu...

Rothen podszedł do niego, złapał za barki i przyjrzał mu się. Miał podkrążone, zaszklone oczy i wyglądał na zmęczonego, i starszego niż w rzeczywistości. Uśmiechnął się promiennie, przyciągnął Dorriena do siebie i mocno przytulił.