"Mieszanina uczuć"


Akkarin poprowadził ją do slumsów, gdzie znaleźli opuszczony dom, w którym postanowili się ukryć. Idąc przez miasto zauważyli, że było całkowicie wyludnione. Wyglądało, jakby w przeciągu kilku godzin, mieszkańcy porzucili cały swój dobytek i uciekli. Przypuszczali, że większość, szczególnie biedniejsi, wciąż tkwiła w mieście, jedynie ukrywając się w swoich domach.

Po długim czasie bez jedzenia ich żołądki dotkliwie upominały się o posiłek. Mijając opuszczoną piekarnię, przejrzeli magazyn na tyłach budynku i znaleźli tam kilka umiarkowanie świeżych bułek i nieco owoców w słomianych koszach. Posiłek zjedli na miejscu, popijając wszystko wodą, którą również znaleźli w magazynie. Część prowiantu zabrali ze sobą, chowając jedzenie w obszernych kieszeniach swoich szat. Ich ubrania były brudne i pokryte grubą warstwą kurzu i Sonea marzyła o odświeżającej kąpieli. Całą drogę nie odzywali się do siebie słowem, aż nagle Akkarin zatrzymał się przez zapadającym się budynkiem.

- To tutaj, chodźmy do środka – powiedział.

Wnętrze domu prezentowało się nieco lepiej, niż jego zewnętrzna fasada. Składał się z kilku pomieszczeń połączonych korytarzem. W jednym z pokoi Sonea znalazła coś, co przypominało kominek, albo raczej prymitywne palenisko. Zdecydowali, że urządzą sobie tam miejsce do spania. W pokoju obok znalazła kilka dziurawych koców, które oczyściła przy odrobinie magii. Dzięki wprawie, jaką zdobyła podczas wygnania, udało jej się ułożyć dla nich całkiem przytulne posłania, nieopodal źródła ciepła.

- Udało mi się przyszykować dla nas kąpiel. A przynajmniej jej imitację – usłyszała za plecami głos Akkarina.

Jej twarz spłonęła rumieńcem na dźwięk słów „dla nas" wypowiedzianych tuż przez słowem „kąpiel". Szybko usunęła z myśli obrazy, które chcąc nie chcąc, stanęły jej przed oczami. Spojrzała na niego.

- Tak? – pytanie wydało się jej wyjątkowo głupie.

Akkarin uniósł do góry ciemne brwi.

- Panie przodem – odpowiedział jej rozbawiony. – Muszę na chwilę wyjść, Soneo. Potrzebujemy innych ubrań.

Sonea z zażenowaniem opuściła wzrok, wstała i podążyła w kierunku wskazanym przez Akkarina. Zrozumiała, dlaczego nazwał kąpiel imitacją. W niedużym pokoiku na końcu ich skromnego domu, stała niewielka drewniana misa wypełniona wodą. W rogu zauważyła studnię, która była rzadkim widokiem w tego typu budynkach. Jej wydrążenie było bardzo kosztowne. Drewniana wanna była na tyle mała, że jedynie dziecko mogło by się w niej swobodnie wykąpać, jednak Sonea z radością ściągnęła z siebie brudne szaty i weszła do lodowatej wody. Zadrżała i przy odrobinie magii ogrzała ją do przyjemnej temperatury. Przykucnęła w wodzie i zaczęła dokładnie myć zabrudzone ciało. Na swoim brzuchu zauważyła wielkiego siniaka, który musiał być skutkiem kopniaka, który zafundował jej w lesie Kariko. Dotknęła delikatnie fioletowej skóry i stwierdzając, że ból był umiarkowany, postanowiła nie marnować mocy na leczenie tak powierzchownych obrażeń. Obiecała sobie, że przestanie używać magii do czynności, które jej nie wymagały… Musiała oszczędzać zapasy.

Skończyła kąpiel, sięgnęła po ręcznik, który leżał obok wanny i starając się nie myśleć o jego pochodzeniu, wytarła się i owinęła nim. Na koniec zanurzyła swoje ubrania w wodzie i wyprała je dokładnie. Opróżniła miskę i nalała do niej czystej wody, wprost ze studni. Spojrzała na mokrą szatę i przypomniała sobie o swoim postanowieniu. Pomyślała, że mogłaby osuszyć ją przy rozpalonym kominku. Nie chciała jednak, aby Akkarin widział ją taką… rozebraną. Miała nadzieję, że jeszcze nie wrócił.

Wychyliła głowę na korytarz i rozejrzała się.

- Akkarin...? – zawołała.

Nie usłyszała odpowiedzi, więc powtórzyła wołanie raz jeszcze.

Zadowolona opuściła prowizoryczną łaźnię i skierowała się do pokoju z kominkiem. Z ulgą odnotowała, że Akkarin jeszcze nie wrócił. Rozwiesiła mokrą szatę nad kominkiem i rozpoczęła wyczekiwanie na powrót Akkarina, który miał przynieść im nowe ubrania. Po chwili usłyszała, że ktoś wszedł do domu. Podeszła więc do drzwi pokoju i uchyliła je lekko.

- Akkarin? – zapytała.

- Tak, wróciłem – usłyszała znajomy głos.

Nie chciała wpuszczać go do środka. Czuła się zawstydzona na samą myśl, że mógłby ją taką zobaczyć.

- Możesz podać mi moje ubrania? – zapytała wystawiając rękę za drzwi.

Po chwili ciszy poczuła materiał na dłoni.

- Dziękuję. Na ciebie także czeka kąpiel – powiedziała i zamknęła drzwi.

Przejrzała ubrania, które dał jej Akkarin. Były to obszerne spodnie związywane w pasie sznurkiem oraz równie obszerna koszula, zdecydowanie za długa, sięgająca jej przynajmniej do kolan. Nie zdążyła zacząć się ubierać, gdy niespodziewanie drzwi za nią otworzyły się i stanął w nich Akkarin. Sonea odwróciła się gwałtownie, przyciskając ręcznik mocniej do piersi. Poczuła, jak jej twarz oblewa się purpurą.


Do głowy mu nie przyszło, że mógł zastać ją w takim stroju. Zmierzył ją stojącą w samym ręczniku z szeroko otwartymi ustami, wyrażającymi szok. Jej włosy były mokre, a po ramionach ściekały maleńkie kropelki wody. Przez chwilę chłonął ten widok, zachłannie obserwując każdy najmniejszy szczegół jej ciała. Mógł dostrzec gęsią skórkę na jej udach i kuszącą krzywiznę tali... Krew w jego żyłach zaczęła płynąć szybciej i wybuchnęła gwałtownym żarem. Miał przed sobą to, czego od tak dawna pragnął... Wystarczyłoby zaledwie kilka kroków...

Gdy spojrzał na jej twarz, ujrzał na niej wymalowane przerażenie. Błyskawicznie odwrócił wzrok.

- Wybacz Soneo – powiedział cicho, a jego głos był delikatnie zachrypnięty. – Nie sądziłem, że jesteś… nieubrana. Chciałem tylko… nie ważne, przepraszam.

Dopiero gdy wyszedł z pokoju poczuł, jak dziko dudniło mu serce. Obraz Sonei stojącej przed nim jedynie w tak skąpym odzieniu, zapadła mu się w pamięć bardziej, niż tego chciał. W tamtej chwili wyglądała przepięknie. Jej zaróżowione policzki, woda spływająca po jej nagich ramionach, tańczące płomienie, odbijające się na jej skórze w setkach kropel. Wielkie, ciemne oczy, błyszczące i wpatrujące się w niego z zaskoczeniem i... przerażeniem. Skrzywił się.

Dość. Skarcił się w myślach i ruszył w kierunku łazienki. Potrzebował zimnej kąpieli. Bardzo zimnej, jeśli chciał odegnać te nagłe uczucie.


Gdy zamknęły się za nim drzwi, Sonea głośno wypuściła powietrze. Jej serce biło jak oszalałe. Przełknęła głośno ślinę i zganiła się za swoje, nie do końca czyste, myśli. Szybko ubrała się i owinęła ręcznik wokół mokrych włosów. Przyłożyła dłonie do policzków, które ciągle były rozpalone i westchnęła cicho. Dołożyła nieco drewna do kominka i usiadła na swoim posłaniu, przytulając do siebie kolana. Wiedziała, że gdy Akkarin wróci, znowu zacznie się rozmowa na temat Ichanich, Kyralii, walki... Prawdę mówiąc, marzyła teraz o ucieczce z tego miejsca i od problemów, które się z nim łączyły. Najgorsze było to, że czuła się okropnie winna temu wszystkiemu, co się wydarzyło i wiedziała, że była ostatnia osobą, która mogła myśleć o opuszczeniu Imardinu. Musiała naprawić to, co zepsuła.

Po pewnym czasie drzwi otworzyły się i stanął w nich Akkarin. Nie spojrzał na nią, tylko podszedł do swojego łóżka i usiadł naprzeciwko. Podniosła na niego spojrzenie. Miała wrażenie, że kiedy siadał na jego twarzy zobaczyła malujący się ból. Nagle doznała olśnienia. Jak mogła zapomnieć!

- Akkarin, twoja ręka! – krzyknęła. – Przecież ty jesteś ranny...!

- Tak, wiem – odpowiedział nonszalancko.

Domyśliła się, że nie miał wystarczająco dużo mocy, aby samemu wyleczyć zadane mu obrażenia. Dlaczego nie poprosił jej o pomoc? Zamknęła dzielący ich dystans i przysiadła na jego posłaniu. Jej kolana zetknęły się z jego udem, ale była zbyt skoncentrowana na jego ręce, by to zauważyć. Akkarin jednak wstrzymał oddech i spiął się.

- Pokaż mi to – rozkazała.

Nie czekając na pozwolenie, chwyciła go za rękę i podciągnęła rękaw jego koszuli. Rana wyglądała naprawdę kiepsko. Nie do końca zasklepiona, musiała go bardzo boleć. Sonea delikatnie przesunęła palcami obok rozcięcia, posyłając w jego ciało odrobinę leczniczej energii. Moc, którą odebrała Kariko była w istocie ogromna i już dawno temu powinna była użyć jej w tym celu.

Akkarin pod jej dotykiem zadrżał. Zerknęła na niego przelotnie. W jego oczach dostrzegła niepewność i czułość, choć jego brwi pozostały zmarszczone. Skupiła się na wyleczeniu jego rany i po chwili pozostała po niej jedynie blizna. Przyglądała się jej w milczeniu, jak zwykle trochę zaskoczona tym, co potrafiła zdziałać magia użyta w dobrym celu.

- Kolejna do kolekcji – szepnął Akkarin.

Jej oczy spotkały się z jego, a po kręgosłupie przeszedł ją dreszcz. Czarne spojrzenie Akkarina było tak intensywne, jakby potrafił zajrzeć do jej duszy. Miał piękną twarz, nietypowo przystojną. Tajemniczość jego spojrzenia, ostre rysy jego twarzy i ten drwiący półuśmiech... Już dawno zrozumiała, co mogły w nim widzieć dziewczyny, których rozmowy często słyszała na korytarzach Gildii.

Nagle Akkarin wyciągnął w jej kierunku dłoń i dotknął jej włosów. Poczuła ciepło i po chwili były już suche. Zaskoczona jego zachowaniem uniosła w zdziwieniu brwi. Wplótł swoje długie palce w suche już kosmyki. Zamarła, niepewna jak się zachować... Jego dotyk był bardzo przyjemny. Miała wrażenie, że w jego spojrzeniu dostrzegła niemą prośbę. Przymknęła oczy i oparła głowę na jego dłoni. Jego palce mocniej zacisnęły się wokół jej włosów, posyłając w jej ciało kolejny dreszcz. Westchnęła cicho, chcąc więcej. Jego kciuk musnął delikatnie jej policzek, więc otworzyła oczy. Ujrzała jego iskrzące się spojrzenie. Bardzo chciała coś powiedzieć, jednak Akkarin wysunął dłoń z jej włosów i odsunął się od niej.

Sonea poczuła zawód. Co znowu zrobiła nie tak? Dlaczego Akkarin tak desperacko próbował zatuszować to, że jej pragnął? Ogarnęła ją frustracja. Wróciła na swoje posłanie i posłała w jego kierunku wściekłe spojrzenie. Jednak on nie patrzył na nią. Wpatrywał się w płomienie tańczące w kominku.

- Dlaczego? – zapytała go w końcu.

- Soneo, to nie czas i miejsce na takie rozmowy. Są rzeczy ważniejsze – odpowiedział jej beznamiętnie.

Jego słowa zabolały ją. Jak coś mogło być ważniejsze niż oni? Jednak przypomniała sobie o Ichanich i całej reszcie, i poczuła smutek. Postanowiła na jakiś czas stłumić w sobie te dominujące uczucia, bo Akkarin miał rację.

- Masz jakiś plan? – zapytała, starając się, aby jej głos był opanowany i nie zdradzał żadnych emocji.

- Myślę, że powinienem skontaktować się ze Złodziejami – odparł. – Mogliby wejść na teraz Gildii i przekazać mi cenne informacje.

Sonea poczuła się urażona, że mówił jedynie o sobie, jakby ona nie odgrywała tutaj żadnej roli.

- Skontaktowałem się też z Takanem. Schował się gdzieś w slumsach podczas walk i powinien nas niedługo odnaleźć – kontynuował Akkarin. – Jeśli jest tak, jak mówisz i Kariko jest wycieńczony, będzie potrzebował trochę czasu na przygotowanie kolejnego ataku. Dlatego sądzę, że powinniśmy wykorzystać jego słabość i atakować tak szybko, jak to możliwe. Lecz najpierw należy nam się nieco odpoczynku. Prześpijmy się trochę, a o zmroku wyruszymy poszukać Złodziei. Chyba wiem, gdzie można ich spotkać.

Sonea z ulgą przyjęła wiadomość o śnie. Będąc w magazynie udało jej się przez chwilę zdrzemnąć. Czuła jednak wielkie zmęczenie i marzyła o długim i relaksującym odpoczynku. Potrzebowała chwili wytchnienia nie tylko dla obolałego ciała, ale także dla starganych myśli.

Akkarin wrzucił do paleniska drewno i zaczął układać się na swoim kocu. Sonea zaczęła robić to samo. Szczelnie owinęła się materiałem i wygodnie ułożyła głowę. Po chwili poczuła ogarniającą ją senność. Spojrzała jeszcze na Akkarina, który leżał twarzą do niej, zaledwie kilkadziesiąt centymetrów dalej. Oczy miał już zamknięte. Jeszcze przed chwilę patrzyła na jego twarz, przypominając sobie jego delikatny dotyk. Ciepło, które promieniowało z rozpalonego ogniska i jego ciche trzaski, ukołysały ją do snu.


Posterunek Gwardii rozbrzmiewał od pytań. Wszyscy chcieli wiedzieć, co takiego spotkało go podczas ostatnich kilkunastu godzin. Większość głosów pytała ciągle o Soneę i Akkarina. Uzdrowiciel pamiętał, co miał odpowiedzieć, lecz gniew, który wciąż czuł w stosunku do Czarnego Maga, kusił go, aby powiedzieć całą prawdę. Jedyną rzeczą, która go powstrzymywała, była troska o Soneę i to, co mogły by ją spotkać, gdyby wpadła w ręce Magów.

- Proszę o ciszę! – w niewielkim pomieszczeniu rozbrzmiał głos Balkana. - Dorrienie, proszę opowiedz nam, co takiego zobaczyłeś? Jakie wieści nam przekażesz? – zapytał go, gdy gwar ucichł.

Uzdrowiciel zamyślił się na chwilę, próbując ułożyć w głowie porcję kłamstw, którą miał przedstawić swoim słuchaczom.

- Niestety nic nie udało mi się ustalić na temat dwóch Czarnych Magów – zaczął. - Tak, jak wiecie wybrałem się na zwiady, chcąc sprawdzić co stało się z Soneą i Akkarinem. Jednak zostałem schwytany przez naszych wrogów i byłem przetrzymywany przez nich jako niewolnik.

Po sali przeszedł cichy szmer. Dorrien postanowił powiedzieć prawdę, wyłączając z niej dwójkę swoich towarzyszy.

- Z tego co wiem, jest ich dwóch i zbierają siły, aby przeprowadzić atak na króla – kontynuował. – Są coraz silniejsi, i zwiększają swoją przewagę z każdą chwilą. Na szczęście udało mi się zbiec, choć było to ryzykowne i niebezpieczne.

Pokój wypełniły zaniepokojone głosy.

- Jak udało ci się uciec, Dorrienie? – zapytał ktoś z końca sali.

- Po… Po prostu. Zraniłem jednego z nich i uwolniłem się – odpowiedział Dorrien niepewnie. Pytania wkraczały na niepewny grunt, bowiem mężczyzna nie przygotował sobie na nie odpowiedzi.

- Twoja opowieść jest dziwna, Mistrzu Dorrienie – powiedział chłodno Balkan. – Nie próbujesz czegoś przed nami ukryć?

- Słucham? Dlaczego miałbym to robić? Nie mam nic do ukrycia – Uzdrowiciel próbował zachować ton pozbawiony emocji.

- Znana jest nam twoja słabość do Sonei. Może chciałbyś ją chronić? – głos Balkana był ostry, jak brzytwa.

- Faktycznie, niegdyś darzyłem tę Nowicjuszkę pewnym uczuciem, jednak gdy okazało się, że posługuje się ona zakazaną magią, straciłem do niej szacunek – odpowiedział Dorrien.

Był zdziwiony łatwością, z jaką przychodziło mu kłamanie Balkanowi w żywe oczy.

- Synu, nie bądź dla niej okrutny, przecież wrócili ratować miasto, przecież… - dał się słyszeć głos jego ojca. – Nie wiemy dlaczego postanowiła nauczyć się tej okropnej magii.

Wszystkie oczy skierowały się w stronę Rothena, który poczerwieniał na twarzy, gdy tylko stał się centrum zainteresowania.

- Sugerujesz, że powinniśmy być wobec nich łaskawi? – czyjś niski głos rozbrzmiał echem w ciasnym pomieszczeniu.

- Ja tylko… - zaczął cicho Rothen.

- To oczywiste, że będziesz bronić Sonei, to twoja była Nowicjuszka. Zrozum jednak, że złamała prawo dwukrotnie. Na dodatek nie znamy pobudek z jakich się tu zjawili po raz kolejny – wtrącił się po raz pierwszy Mistrz Osen.

- Jak to po co? Chyba wszyscy widzieliśmy, że stanęli z nami do walki przeciw wrogom z Sachaki...!

Dorrien poczuł żal, widząc ojca odpierającego ataki ze strony Magów. Tak, Rothen kochał Soneę, jak swoją córkę. Jeszcze ciężej będzie mu przyjąć to, co chciał teraz powiedzieć.

- Nie sądzę, że to moment, w którym powinniśmy się o to martwić – rozpoczął głośno, tak aby wszyscy mogli go usłyszeć. – Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Sonea i Akkarin nie żyją.

Zapadła głucha cisza. Przerwał ją stłumiony krzyk Rothena.

- Nie! – Dorrien myślał, że pęknie mu serce na widok ojca, który trzymając się na głowę, powtarzał w kółko:

- Nie, nie, nie…

Podszedł więc do niego i objął, chcąc okazać wsparcie. Pragnął wyznać mu prawdę, że Sonea była bezpieczna i zdrowa oraz, że ukrywała się w mieście. A przynajmniej taką miął nadzieję.

- To, co mówisz, może być prawdą, ale nie musi – zaczął Balkan. – Powinniśmy sami się o tym przekonać. ta dwójka jest niebezpieczna.

Dorrien czuł rezygnację. Jedno było pewne, Magowie nie spoczną, dopóki na własne oczy nie ujrzą Sonei i Akkarina, żywych lub martwych. Ichanich trzeba pokonać, lecz bez dwójki Czarnych Magów, wszyscy zgromadzeniu tutaj nie mają szans. Miał wrażenie, jakby ciężar tej sytuacji spoczął na jego barkach. Będzie musiał powstrzymać Magów przed jakimkolwiek działaniem, zanim nie skonsultuje tego z przebywającym nie wiadomo gdzie, Akkarinem. Dorrien wierzył jednak w jego inteligencję i w to, że wkrótce sam się z nim skontaktuje.


Soneę zbudziło ze snu metaliczne brzęknięcie. Z trudem uniosła powieki, które mimo odpoczynku wydały jej się nadzwyczaj ciężkie. Zobaczyła stojącego przy palenisku Akkarina z pogrzebaczem w dłoni. Usiłował zgasić ostatnie płomyki iskrzące się w kominku.

- Wstawaj, Soneo - powiedział gdy zauważył, że nie spała. - Zapadł zmrok, pora rozpocząć poszukiwania Złodziei.

Z niechęcią zrzuciła z siebie koc, pod którym panowało rozkosze ciepło. Zadrżała pod wpływem zimna, które owiało jej ciało. Akkarin dostrzegł to i podał jej płaszcz, którym natychmiast się okryła. Następnie wręczył jej kubek zimnej wody i niewielki, żółtawy owoc, który ukradli z tamtego magazynu. Po skromnym posiłku ostatni raz sprawdzili, czy w kominku nie żarzył się ogień i wyszli na ulicę.

Imardin zdawał się być wciąż tak samo wyludniony, jak za dnia. Mimo braku życia na ulicach, postanowili nie ryzykować i szczelnie okryli się płaszczami, oraz zaciągnęli na głowy obszerne kaptury. Akkarin bez słowa ruszył przed siebie, więc Sonea z lekką irytacją podążyła za nim. Denerwowało ją to, że nic jej się mówił. Nawet nie zdradził dokąd się teraz wybierali, ani nie podzielił się z nią swoimi przypuszczeniami dotyczącymi miejsca przebywania Złodziei. Jak na złość przypomniała sobie o sytuacji sprzed paru godzin i oprócz przyjemnego uczucia w żołądku, poczuła rosnący żal.

Po paru minutach milczącego spaceru, Sonea zdała sobie sprawę że Akkarin prowadził ich w głąb miasta. Czyżby tutaj mieli ukrywać się Złodzieje? Sądziła, że wejścia do ich kryjówek znajdowały się w slumsach, a nie w mieście. Jej oczom ukazał się posterunek Gwardii. Stłumiła głośne westchnięcie i schowała się za najbliższym rogiem. Czy on oszalał? Sekundę później Akkarin znalazł się już przy niej, jakby zezłoszczony jej zachowaniem.

- Co ty wyprawiasz? - wyszeptała. - Na pewno nas zobaczą. Założę się, że obserwują teren dokoła.

Akkarin pochylił się nad nią tak nisko, że aż zabrakło jej tchu.

- Podejdziemy od tyłu - powiedział cicho, lecz na tyle głośno, aby Soneę przeszedł dreszcz po karku. - Musimy porozmawiać z Dorrienem.

Przytaknęła głową, ogłuszona jego bliskością.

- Obawiam się jednak, że mogą mnie zauważyć i rozpoznać - wymruczał pod nosem.

- Ja pójdę - zreflektowała się. Akkarin miał rację. Łatwo było rozpoznać go, chociażby po wysokim wzroście. Ona aż tak bardzo nie rzucała się w oczy. - Powiedz mi tylko co mam robić.

Początkowo Akkarin zdawał się być niezadowolony z jej pomysłu, lecz po chwili jego spojrzenie zelżało i stało się mniej karcące.

- Tam, z tyłu, za beczkami ze spylem - zaczął cicho. - Są tylne drzwi. Postaraj się zwrócić na siebie uwagę Dorriena. Widziałem go przed chwilą w tamtym oknie - powiedział, wskazując jej jedno z wybiegających na zacienioną uliczkę.

Podekscytowana misją, którą powierzył jej Akkarin, Sonea żarliwie potaknęła głową. Ruszyła w stronę Posterunku, lecz Akkarin zatrzymał ją, chwytając jej dłoń.

- Ja nie mogę podejść bliżej. Chce żebyś coś wzięła. - To mówiąc, sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął z niej pierścień z błyszczącym czerwonym okiem.

Sonea od razu rozpoznała Krwawy Pierścień i natychmiast poczuła niechęć przed nakładaniem go na palec. Znała jego moc.

- Należał do Lorlena – zaczął smutno Akkarin. - Chcę cię prosić, żebyś wzięła go teraz że sobą i założyła. W ten sposób będę mógł słyszeć twoją rozmowę z Dorrienem. Zapytaj go o to, co mówili Magowie i czy coś podejrzewają. Chcę wiedzieć, co powiedział im na nasz temat i powiedz mu, żeby na razie wstrzymali się od jakichkolwiek działań. Skontaktuję się z nim wkrótce.

Sonea nabrała głośno powietrza do płuc. Powtórzyła w myślach instrukcje Akkarina i wyciągnęła dłoń po krwawy pierścień. Mężczyzna wahał się przez chwilę, po czym podał jej klejnot. Sonea natychmiast włożyła go na palec. Wiedziała, że teraz Akkarin słyszał każdą jej myśl. Skupiła się więc na swoim zadaniu, usiłując nie patrzeć na Akkarina w obawie, że jego widok wywoła lawinę myśli i uczuć, które próbowała ukryć.

Ruszyła w kierunku budynku Gwardii, mając nadzieję, że nie robi przy tym zbyt dużo hałasu. Starała się poruszać w cieniu. Nagle w jednym z okien pojawiła się jakaś postać i Sonea z walącym sercem błyskawicznie schowała się za jedną z beczek. Czekała, aż jej tętno się uspokoi.

- Droga wolna Soneo - usłyszała mentalny głos Akkarina.

Wstała i biegiem rzuciła się do ściany budynku Gwardii. Okno, o którym wspominał Akkarin znajdowało się parę centymetrów nad jej głową.

- Daj znać kiedy będę mogła zajrzeć do środka - posłała swoje myśli Akkarinowi.

- Teraz - usłyszała w odpowiedzi.

Złapała się dłońmi parapetu i podciągnęła na ramionach. Jej oczom ukazała się sala pełna Magów. Niektórzy z nich rozmawiali, inni rozrysowywali coś, co wydało jej się planem ataku, a jeszcze inni smacznie spali w fotelach i na kanapach. Wtedy zobaczyła Dorriena stojącego zaledwie kawałek od niej, z twarzą zwrócony ku sali i rękoma założonymi na piersi. Odczuła pewne negatywne uczucia, jednak nie były to jej własne emocje. Znajdowały się one jakby po drugiej stronie jej głowy i nagle przypomniała sobie o pierścieniu. Na kogo Akkarin reagował tak negatywnie? Może to Balkan? Ona sama nigdy nie lubiła tego Maga, wydawało jej się, że uważał się za kogoś lepszego od innych. Zawsze był taki wyniosły i dumny. Poczuła rozbawienie ze strony Akkarina, które wywołało w niej kolejną lawinę pytań i niepewności.

Jej myśli wróciły ku Uzdrowicielowi. Musiała jakoś zwrócić na siebie jego uwagę. Postanowiła zaryzykować i narobić trochę hałasu. Przykucnęła na ziemi i rzuciła w okno niewielkim kamykiem. Raz, drugi... Ujrzała zbliżającą się do szyby postać i zamarła. Okno otworzyło się i zobaczyła twarz Dorriena, marszczącego nerwowo brwi i mrużącego oczy.

- Pssst…

Dorrien zwrócił wzrok w jej kierunku. Jego czy otworzyły się szerszej, gdy zobaczył uśmiechająca się Soneę. Dziewczyna machnęła ręką w kierunku niewielkiej uliczki, sugerując, aby poszedł za nią. Dorrien prawie niezauważalnie pokręcił przecząco głową. Sonea posłała mu groźne spojrzenie, marszcząc brwi i zaciskając szczękę.

- Dlaczego stoisz w otwartym oknie, synu? – Sonea usłyszała głos Rothena i poczuła jak jej serce wypełnia się ciepłem. Martwiła się o niego, a teraz była w końcu pewna, że był cały i zdrowy.

- Chciałem złapać trochę świeżego powietrza – powiedział Dorrien, odwracając się w kierunku sali.

Zapragnęła z całej siły zobaczyć swojego byłego mentora. W głowie usłyszała jednak karcący ton Akkarina:

- Soneo.

Dorrien spojrzał znowu na Soneę i nieznacznie potaknął głową, na co dziewczyna uśmiechnęła się do niego, odepchnęła od ściany i zanurzyła się w ciemnościach przyległej do budynku Gwardii uliczki.

Kiedy stwierdziła, że oddaliła się wystarczająco, schowała się w cieniu, za światłem latarni i rozpoczęła wyczekiwanie na pojawienie się Dorriena.

Zobaczyła go po chwili. Szedł szybko w jej stronę, rozglądając się nerwowo i poszukując jej wzrokiem. Sonea wyłoniła się z cienia, ściągnęła z głowy kaptur i stanęła w snopie padającego światła. Twarz Uzdrowiciela wygładziła się, gdy podszedł bliżej.

- Soneo – wypowiedział jej imię z ulgą. – Martwiłem się. Gdzie się ukryliście? Dobrze się czujesz? Nie mam wiele czasu, powiedziałem im, że idę zaczerpnąć świeżego powierza i wątpię, aby uwierzyli.

W swojej głowie usłyszała słowa Akkarina, który polecił jej nie zdradzać Dorrienowi ich obecnej kryjówki.

- Nie mogę ci powiedzieć, gdzie się ukrywamy – odpowiedziała cicho. – Byłoby to ryzykowne.

- On ci zabronił, prawda? – zapytał zezłoszczony.

Sonea otworzyła szeroko usta, zaskoczona wrogością jej przyjaciela w stosunku do Akkarina. Myślała, że zdążyli się trochę polubić, lub chociaż przynajmniej zaakceptować.

- Nie, oboje tak zdecydowaliśmy – skłamała. – Dorrienie, muszę wiedzieć, co powiedziałeś na nasz temat Magom i jak oni zareagowali na wymyślona przez ciebie historię.

Uzdrowiciel rozpoczął odpowiadanie od momentu, w którym stanął w drzwiach Gwardii. Zrelacjonował jej dokładnie to, co powiedział i przedstawił jej wątpliwości, które jego słowa wzbudziły w pozostałych.

- Ojciec bardzo się o ciebie martwi… - wyszeptał opuszczając wzrok. – Musiałabyś widzieć jak zareagował, gdy powiedziałem, że przypuszczam, iż zginęliście…

Sonea poczuła ukłucie bólu. Okłamywanie Rothena było ostatnią rzeczą, na jaką zasługiwał po wszystkim, co musiał przejść, począwszy od odebrania mu jej przez Akkarina, życia w przekonaniu, że znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, aż po ich wygnanie z Kyralii.

- Soneo, kończcie rozmowę, zbyt długo to trwa – usłyszała Akkarina. – Zorientują się.

- Spróbuj odwlekać jakiekolwiek działania Magów. Nie dopuść do ataku na Ichanich – powiedziała w pośpiechu, licząc upływające sekundy.

Mężczyzna zmarszczył brwi i westchnął ciężko.

- Tego się obawiałem, Soneo. Spróbuję, ale nie wiem, jak długo będę w stanie utrzymać ich w miejscu.

- Obiecuję, że niedługo znów się z tobą skontaktujemy – wyszeptała.

Dorrien popatrzył na nią z nieukrywaną czułością, co zbiło Soneę z tropu. Poczuła się niepewnie i zapragnęła wycofać się, by zakończyć tę rozmowę. Jednak mężczyzna miał inne plany. Zbliżył się do niej powoli i wyciągnął rękę w jej kierunku. Musnął palcami jej policzek, następnie ujął w dwa palce jej podbródek. Sonea szybko zorientowała się, co mężczyzna miał zamiar zrobić i zaparła się rękoma o jego barki.

Jednak Dorrien był silniejszy i w tej samej sekundzie, w której jej ręce dotknęły jego barków, przyciągnął ją stanowczo do siebie i jego usta zetknęły się z jej rozchylonymi wargami. Zszokowana Sonea z jeszcze większą siłą próbowała zaprzeć się przed jego pocałunkiem, lecz po chwili jej opór osłabł. Właściwie, jego usta były miłe i ciepłe, a sam pocałunek przyjemny. Po odrzuceniu ze strony Akkarina pragnęła czułości i uwagi, których Dorrien miał w stosunku do niej aż w nadmiarze. Delikatnie odwzajemniła pocałunek, a wtedy on jeszcze mocniej ją przyciągnął.

Z sytuacji wyrwała ją wściekłość Akkarina. Miała wrażenie, że jego złość rozsadzi jej głowę.

Przeklęty pierścień.

Odepchnęła od siebie Dorriena i posłała mu niedowierzające spojrzenie. Co oni właśnie zrobili? Dlaczego odpowiedziała na ten pocałunek?

- Soneo… - wyszeptał, po raz kolejny wyciągając w jej kierunku ramiona.

Był zdesperowany, by ją zatrzymać.

Dziewczyna pokręciła przecząco głową, minęła Uzdrowiciela i biegiem ruszyła do miejsca, w którym ostatnio rozstała się z Akkarinem. Mieszanina uczuć, które wciąż odbierała przez pierścień, przyprawiała ją o mdłości.