„Przygotowania"

Gdy dotarła na miejsce, w którym po raz ostatni widziała Akkarina, jej serce biło jak szalone. Nie wiedziała, czy to z powodu biegu, czy też z powodu pocałunku Dorriena, a może przez emocje, które dudniły jej w głowie. Ze złością zerwała z palca krwawy pierścień i cisnęła go do kieszeni. Skręciła w zaułek i stanęła twarzą w twarz z Akkarinem. Stał oparty plecami o ścianę, ze skrzyżowanymi rękoma, twarz zakrytą miał szerokim kapturem. Sonea mogła dostrzec jedynie jego usta, zaciśnięte w wąską linijkę. Wstrzymała oddech, oczekując jakiejkolwiek reakcji z jego strony. Akkarin jednak nie zdradzał żadnych emocji.

- Czy dowiedziałeś się wszystkiego, czego chciałeś? - zapytała go, z trudem łapiąc powietrze.

Akkarin jednym ruchem ściągnął z siebie kaptur i spojrzał na nią. Jego usta wykrzywiły się w drwiącym uśmiechu.

- Och, tak - powiedział chłodno. - Muszę przyznać, że dowiedziałem się też paru innych bardzo ciekawych rzeczy.

Sonea otworzyła szeroko usta w zdziwieniu i poczuła, że wypełnia ją wściekłość. Jeszcze parę godzin temu Akkarin odrzucił ją, a teraz miał do niej wyraźne pretensje o to, co zaszło pomiędzy nią, a Dorrienem. Parsknęła ze złością i już chciała się odezwać, lecz mężczyzna odepchnął się od ściany i ruszył przed siebie. Sonea nie wierzyła własnym oczom. Zachowanie Akkarina było dla niej kompletnie niezrozumiałe. Widząc go, oddalającego się od niej, nie potrafiła pohamować narastających emocji: gniewu, odrzucenia i wrażenia, że była niesprawiedliwie traktowana. Wiedziała, że powinna lepiej kontrolować swoje wybuchy złości, lecz atakujące jej myśli pytania były silniejsze.

- Hej! – zawołała w kierunku oddalającego się Akkarina, jednak on nie zwolnił kroku. - Stój! – krzyknęła głośniej niż poprzednio.

Jej słowa odbiły się echem po pustej ulicy. Z pewnością była zbyt głośno, lecz dla niej nie miało to teraz większego znaczenia. Akkarin zatrzymał się.

- Stój! – powtórzyła po raz kolejny. – Stój! Co ty sobie…

Ruszyła szybkim krokiem w jego kierunku, czując, że złość narasta, zaczynając napierać na jej skronie i przyspieszać i tak już szaleńcze tempo bicia jej serca. Akkarin powoli odwrócił się w jej kierunku i uniósł wysoko brwi, gdy ją zobaczył. Gdy była już naprawdę blisko, Akkarin cofnął się o krok. Sonea stanęła kilkanaście centymetrów od niego i oddychając ciężko, podniosła rękę.

- Ty! – powiedziała wymierzając w niego palcem. – Ty! Za kogo ty się uważasz?! - mówiła coraz głośniej, lecz w jej tonie rozbrzmiała delikatna nuta niepewności. – Myślisz, że możesz mnie w ten sposób traktować?!

Akkarin zmarszczył brwi i otworzył usta, lecz Sonea nie miała zamiaru pozwolić sobie przerywać, dopóki nie powie tego, co miała mu do powiedzenia.

- Nie przerywaj mi – starała się brzmieć groźnie, jednak jego czarne oczy świdrowały ją na wylot, sprawiając, że traciła pewność siebie.

- Myślisz, że jednego dnia możesz mnie od siebie odrzucać, zasłaniając się tym, że są ważniejsze rzeczy, a drugiego traktować mnie w ten sposób?!

- Soneo – powiedział groźnie.

Na dźwięk swojego imienia w jego ustach poczuła, że gniew ustępuje lawinie zagłuszanych zbyt długo uczuć. Odrzucenie, którego doświadczała niejednokrotnie z jego strony osłabiało w niej i tak już zachwianą pewność siebie. Jej podbródek zadrżał delikatnie i ze złością odkryła, że emocje biorą górę nad jej starannie wypracowywanym opanowaniem.

- Mam uczucia! – krzyknęła. – W przeciwieństwie do ciebie!

Natychmiast pożałowała swoich słów. Twarz Akkarina wykrzywiła się w ironicznym grymasie. Zacisnął usta i spojrzał na nią chłodno. Zmniejszył dystans między nimi. Przeszył ją dreszcz i nie wiedziała czy to ze strachu, czy też z podniecenia, które wywoływał w niej swoją bliskością.

- Nie masz prawa… - zaczął, lecz natychmiast umilkł.

- Do czego znowu nie mam prawa? – powiedziała buntowniczo.

W tej samej chwili Akkarin chwycił jedną ręką jej ramię, obrócił plecami do siebie i zakrył usta drugą dłonią.

- Ciii… - szepnął jej do ucha, a Sonea poczuła, że miękną jej kolana. – Ktoś się zbliża. Cicho.

Dziewczyna potaknęła głową na znak, że zrozumiała. Akkarin chwycił jej dłoń i pociągnął w jedną z wąskich uliczek, które najczęściej kończyły się niewielkim podwórkiem. Mieli jednak pecha, gdyż wybrana przez nich droga okazała się być zakończona ścianą. Gdyby ten ktoś ich tu znalazł, byliby w pułapce. Nie zwalniając uścisku Akkarin przycisnął ją do ściany i zarzucił kaptur na jej głowę. Przyłożył palec do ust, nakazując jej milczeć. Sonea miała wrażenie, że to niemożliwe, bo walenie jej serca można było usłyszeć z daleka.

Wtedy usłyszała dwa męskie głosy. Zbliżały się od strony posterunku Gwardii. Z pewnością byli to patrolujący okolicę gwardziści. Wybrała sobie prawdopodobnie najgorsze miejsce na kłótnię z Akkarinem.

- Jestem pewien, że coś tu słyszałem – dało się słyszeć czyjś niski głos.

- Może mieszczuchy zaczęły wyłazić z domów – odpowiedział mu drugi.

Rozmowa ucichła, lecz Sonea wyraźnie słyszała odgłos kroków.

- I tak trzeba sprawdzić. Słyszałeś, co mówili Magowie. Pilnować się, oni są niebezpieczni – powiedział pierwszy głos.

Sonea uśmiechnęła się pod nosem, gdyż ostatnie słowa gwardzista wypowiedział z przekąsem, próbując naśladować wyniosły ton Mistrza Balkana. Powróciła do rzeczywistości. Spojrzała na Akkarina, który stał kilka centymetrów od niej i nerwowo oddychał. Nagle wpadła na pewien pomysł. Minęło już sporo czasu, jednak pewnych rzeczy się nie zapomina…

Wyciągnęła rękę i dotknęła dłoni Czarnego Maga. Gdy spojrzał na nią, Sonea skinęła głową w kierunku nieba. Akkarin zmarszczył brwi i w niezrozumieniu pokręcił głową.

Wiedziała, że mieli mało czasu i trzeba było działać szybko. Przysunęła się do niego i oplotła wokół ramionami. Akkarin zamarł, niepewny jej zamiarów. Jednak Sonea nie była w nastroju do czułości, miała plan.

- Co robisz? – szepnął zdenerwowany.

Sonea skupiła się i wytworzyła pod ich stopami niewidzialny dysk. Głosy były już bardzo blisko, gdy uniosła ich w górę, w ciemność nocy.

Miała nadzieję, że gwardzistom nie zachce się nagle podziwiania gwiazd. Jej plan był całkiem dobry. Nikt nie będzie szukał ich na dachach domów, jednak wystarczyło jedno spojrzenie w górę i byli widoczni dla każdego ciekawskiego oka.

Z radością poczuła pod stopami dachówki, więc opadła cicho na nie, puściła Akkarina i silnym pociągnięciem zmusiła go do przykucnięcia. Lewitowanie było dla niej wciąż nie lada wyzwaniem. Znajdowali się dokładnie nad miejscem, w którym przed chwilą byli ukryci. Ujrzała dwóch strażników, mijających zaułek, który okazał się wcześniej pułapką. Jeden z nich rozświetlił pochodnią uliczkę, po czym z niezadowoloną miną oddalił się za towarzyszem.

Sonea z ulgą wypuściła powietrze z płuc. Było blisko, lecz tym razem się udało.

- Sprytne – mruknął Akkarin nad jej uchem.

Była ciągle zła i miała ochotę co nieco powiedzieć temu upartemu mężczyźnie, jednak wiedziała, że ta rozmowa będzie musiała zaczekać. Najpierw musieli się stąd jak najszybciej ulotnić, niezauważeni.

- Dokąd teraz? – zapytała, patrząc przed siebie, chcąc uniknąć pułapki jego mrocznych oczu.

- Musimy dostać się z powrotem do slumsów i spotkać ze Złodziejami – odpowiedział cicho.

Sonea podniosła się. Miała nadzieję, że po tak długim czasie nie zapomniała, jak bezszelestnie poruszać się po dachach i ukrytych na nich przejściach. Zrobiła krok do przodu i odwróciła się, by spojrzeć na Akkarina. Przyglądał jej się pytająco.

- Przecież nie zejdziemy teraz na dół – powiedziała.

Czarny Mag posłał niepewne spojrzenie w dół i skinął głową.

- Dobrze Soneo, prowadź.

Postanowiła zaufać swoim stopom. Po kilku krokach odkryła, że być może nie zapomniała, jak chodzić się na takich wysokościach, jednak co do hałasu, jaki mogła przy tym narobić, nie była już taka pewna. Im szybciej stąd znikniemy, tym lepiej. Pomyślała i ruszyła przed siebie.

Domy w Imardinie były budowane w niewielkich odległościach od siebie, co ułatwiało im drogę. Po pewnym czasie Sonea zauważyła, że Akkarin z łatwością poruszał się za nią, pokonując kolejne przeszkody. Poczuła kolejną falę złości. Dlaczego on musiał być zawsze od niej lepszy? Nawet w czynnościach, które ona szlifowała od dziecka?

Po niecałym kwadransie dotarli do pierwszych zabudowań, które wskazywały na to, że wrócili do slumsów. Wędrówka po dachach zmęczyła ją, wielokrotnie zmuszając ich do przeskakiwania nad ulicami i wdrapywania się na ściany. Sonea stanęła na krawędzi budynku i popatrzyła przed siebie. Nagle poczuła, że traci grunt pod stopami i osuwa się w dół. Chciała krzyknąć, jednak odkryła czyjeś silne ramiona, które ją trzymały.

- Pozwól, że ja to zrobię – mruknął Akkarin tuż nad jej uchem.

Uniósł ich w powietrzu, po czym powoli i delikatnie postawił na ziemi. Sonea odwróciła się szybko, by napotkać jego błyszczące w ciemności oczy. Prychnęła gniewnie i odsunęła się od niego, wciąż czując złość. Akkarin uniósł brwi, uśmiechnął się delikatnie, po czym wykonał niewielki ukłon w jej kierunku.

- Pani wybaczy – powiedział, wciąż uśmiechając się.

Sonea ściągnęła brwi, nie rozumiejąc tego dziwnego zachowania swojego byłego mentora. Widząc, że wciąż się uśmiechał, wywróciła oczami, odwróciła się od niego i podążyła w głąb slumsów. Gdy tylko nabrała pewności, że nie mógł zobaczyć jej twarzy, poczuła, że jej usta same wykręcają się w mimowolnym uśmiechu.


Gdy stanął w drzwiach posterunku z ulgą odnotował, że jego nieobecność nie wywołała żadnych podejrzeń. Jedynie jego ojciec przyglądał mu się badawczo. Podniósł się ze swojego fotela i podszedł do niego.

- Gdzie byłeś? – zapytał z troską w głosie.

Dorrien westchnął głośno. Okłamywanie Rothena przychodziło mu z wielką trudnością.

- Chciałem zaczerpnąć świeżego powietrza. Rozbolała mnie głowa – powiedział.

Rothen zacisnął usta, jak zawsze, gdy nie wierzył synowi w jego słowa, lub gdy się bardzo denerwował.

- Ty coś wiesz – usiłował mówić najciszej, jak to możliwe.

- Nie, tato. Już powiedziałem wcześniej wszystko.

Ojciec złapał go za ramiona.

- Ukrywasz coś – powiedział cicho Rothen. – Wiesz coś na temat Sonei.

Dorrien zamarł na dźwięk jej imienia. Przed oczami ujrzał jej zmartwioną twarz i błyszczące oczy. Wiedział, że ta dziewczyna źle na niego wpływała, jednak nie potrafił pohamować swoich uczuć. Pamiętał ją wciąż jako wesołą Nowicjuszkę, którą pocałował po raz pierwszy. Niewiele zostało z tej dawnej Sonei. Zamiast tego stała się inną osobą. Tajemniczą, zmartwioną i zbyt dojrzałą, jak na swój wiek. Wiedział, że wiele przeszła, lecz dla niego osobą odpowiedzialną za tę zmianę był nikt inny, jak były Wielki Mistrz.

Musiał jednak przyznać, że z tej dawnej Nowicjuszki przeobraziła się w piękną i atrakcyjną kobietę, której urokowi nie potrafił się oprzeć. Poczuł piekący ból serca i nieznośny ciężar w okolicy żołądka. Przymknął powieki i pozwolił swoim uczuciom owinąć się wokół niego, niczym cienki woal, drażniący skórę, przylegający szczególnie ciasno w miejscu, pod którym biło serce. Gotów był skoczyć w ogień, byleby tylko zobaczyć jej twarz po raz kolejny.

- Dorrien...! – dotarł do niego głos ojca. – Powiedz mi.

Szybko wrócił do rzeczywistości.

- Ojcze, nie tutaj… - wymamrotał przez zaciśnięte zęby.

Oczy Rothena rozszerzyły się, w nadziei, że jego syn naprawdę wiedział coś na temat Sonei i że były to radośniejsze wieści, niż te, które przekazał im wcześniej. Ujął Dorriena pod ramię i poprowadził go w bardziej odosobnione miejsce.


Gdy dotarli do najgorszej części slumsów, niebo nad miastem przybierało czerwony kolor. Od świtu dzieliła ich niecała godzina. Akkarin poprowadził ich w jedną z tych ulic, w którą Sonea obecnie nie odważyłaby się wejść. Spotkali tam niskiego chłopca. Wyglądał na nie więcej niż dziesięć lat, lecz równie dobrze mógł mieć około dwudziestu.

- Zaprowadź nas do Cery'ego. Powiedz, że jego przyjaciele chcą się z nim widzieć – polecił czujce.

Mały złodziej skinął głową na słowa Akkarina i ruchem ręki polecił im, aby za nim podążyli. Poprowadził ich jeszcze bardziej w głąb slumsów i w końcu zatrzymał się przy podejrzanej karczmie.

- Chodźcie za mną – powiedział i wszedł do środka.

W obskurnym i brudnym pomieszczeniu było pusto. Jedynie w kącie siedział brodaty mężczyzna i popijał coś z dużego kufla. Soneę uderzył gorzki zapach spylu i moczu. Zakręciło jej się w głowie od nieprzyjemnej woni spylunki. Mężczyzna odprowadził ich nieprzytomnym wzrokiem, kiedy przeszli przez salę i zagłębili się w korytarzu, który poprowadził ich do serca karczmy. Po chwili korytarz skręcił i zaczęli schodzić schodami. Znaleźli się w tunelach pod miastem.

- Żadnego światła – polecił im przewodnik.

Sonea pohamowała chęć utworzenia świetlistej kuli nad swoją głową, ponieważ korytarze były zanurzone w kompletniej ciemność. Chłopiec wręczył jej kawałek sznurka.

- Trzymaj się tego.

Gdy ruszyli dalej, Sonea poczuła rękę Akkarina, która spoczęła na jej ramieniu.

Po czasie, który wydał się jej wiecznością, Sonea zobaczyła przed sobą światło. Oznaczało to, że zbliżali się do celu. Gdy złodziej zatrzymał się i nakazał im poczekać chwilę, odetchnęła z ulgą. Nigdy nie czuła się dobrze w podziemnych korytarzach i marzyła, aby się stąd wydostać. Chłopiec zniknął za drzwiami, a Sonea odważyła się w końcu spojrzeć na Akkarina. Podniosła wzrok i z lekkim zakłopotaniem napotkała jego ciemne oczy, które w słabym świetle pochodni zawieszonej nad drzwiami, wydawały się jeszcze ciemniejsze niż zwykle. Gdy jego usta wygięły się w znanym jej półuśmiechu, Sonea poczuła dziwny ucisk w klatce piersiowej i szybko odwróciła wzrok, chcąc jak najszybciej uwolnić się od emocji, nad którymi nie potrafiła zapanować. Brak kontroli irytował ją, sprawiał, że od jakiegoś czasu, czuła się inaczej. Zawsze starała się panować nad sobą, swoimi emocjami i tym co mówiła, jednak ostatnio sprawiało jej to trudność. Pierwszy raz w życiu miała wrażenie, że część jej, jest opanowana przez nieznaną dotąd moc, wszechogarniającą i potężną, nad którą nie miała żadnej władzy.

Przypomniała sobie niedawny pocałunek, którym obdarzył ją Dorrien i poczuła mrowienie warg. Dotknęła ich opuszkami palców. Sam pocałunek był przyjemny i niewątpliwie Uzdrowiciel żywił wobec niej pewne uczucia. Wróciła myślami do jego zmartwionej twarzy i determinacji w spojrzeniu. Dorrien był wspaniałym przyjacielem, z którym kiedyś wiązała swoją przyszłość. Ale teraz? Po tym wszystkim, po tym kim się stała? Była morderczynią, zabijała z zimną krwią. W słusznej sprawie, ale jednak zabijała. On był dobry, za dobry, by zrozumieć to, w kogo się zmieniła...

Jej rozmyślania przerwał powrót ich przewodnika, który oznajmił, że mogą iść dalej i spotkać się z Cerynim. Gdy przeszli za drzwi, a następnie kolejne, ich oczom ukazał się niewielki pokój. Serce Sonei urosło z radości na widok przyjaciela, który stał po drugiej stronie pomieszczenia.

- Cery – wydusiła i kilkoma długimi krokami ruszyła w jego stronę.

- Soneo – powiedział z nieskrywaną ulgą, przytulając ją mocno. – Byłem pewien, że nie przeżyliście walki.

Sonea rozluźniła uścisk i odsunęła się do Cery'ego. Na jej twarzy wciąż malował się promienny uśmiech.

- Co się z wami działo? Dlaczego tak długo? – zapytał Cery patrząc w kierunku Akkarina.

Czarny Mag westchnął głęboko i opadł na stojące pod ścianą krzesło.

- Wszystko poszło nie tak jak planowałem – powiedział.

Sonea poczuła kolejne ukłucie w sercu, lecz nie była pewna, czy to ze złości, że Akkarin znowu mówi wyłącznie o sobie, czy też z żalu.

Gdy Akkarin kontynuował swoją opowieść, Sonea zainteresowała się koszykiem owoców, leżącym na stole. Wybrała dojrzałą sztukę pachi, zanurzyła w niej zęby i mruknęła z przyjemnością. Ostatni, skromny posiłek zjadła przed wyjściem z ich kryjówki w slumsach i jej żołądek od jakiegoś czasu boleśnie skręcał się, przypominając o zbliżającej się porze śniadania. Śniadanie… kiedy ostatnio zjadła normalne, regularne śniadanie? Od pewnego czasu jej dni polegały na ucieczce, ukrywaniu się i odpoczywaniu w ciągu dnia. Żyła w ciągłym stresie, a w nocy nawiedzały ją przerażające koszmary, w których zawsze pojawiał się Ichani, chcąc zabić ją, lub Akkarina. Z zamyślenia wyrwały ją słowa Czarnego Maga.

- Przyznam, że gdyby nie Sonea, było by po nas.

Dziewczyna podniosła zdziwiony wzrok na byłego Wielkiego Mistrza. Posłał jej ukradkowe spojrzenie i na powrót pogrążył się w rozmowie z Cerym.

- Jak wiesz Złodzieju, Ichani wciąż są w mieście – powiedział. – Ukrywają się na terenie Uniwersytetu. Wszyscy Magowie, bardzo mądrze opuścili Gildię i ukryli się w mieście. Nie wiedzą, co stało się ze mną i Soneą i zależy mi na tym, aby tak pozostało. Przynajmniej na razie – powiedział, silnie akcentując ostatnie słowa. – Mam dla ciebie zadanie, za które oczywiście zapłacę. Chciałbym, aby twoi ludzie weszli na teren Uniwersytetu, wyśledzili Ichanich i poinformowali mnie o tym, gdzie są, co robią i czy zdradzili jakieś plany.

Gdy skończył mówić, Cery przyjrzał mu się uważnie.

- To będzie sporo kosztować – powiedział po krótkiej chwili.

- Zdaję sobie z tego sprawę. Zapłacę ci godziwie, jednak będziesz musiał na to poczekać, aż dostanę się do swoich oszczędności w Rezydencji. Masz moje słowo.

Złodziej zmarszczył czoło i skrzyżował ręce.

- To pachnie mi jakimś oszustwem…

- Cery – Sonea postanowiła włączyć się do rozmowy, widząc niechęć przyjaciela. – Jeśli nam się nie uda i nie dorwiemy Ichanich, cały Imardin na tym ucierpi, łącznie ze Złodziejami. Tu nie chodzi już tylko o pieniądze i robotę do wykonania.

Młody mężczyzna spojrzał na Soneę z niepokojem w oczach.

- Muszę zapłacić moim ludziom – powiedział.

Sonea podeszła do niego bliżej.

- Tu chodzi o nas wszystkich.

Cery zacisnął usta i wbił wzrok w podłogę. Zapadła cisza i Sonea wykorzystała ten moment aby zerknąć na Akkarina. Po kręgosłupie przeszedł ją dreszcz, gdy napotkała jego intensywne spojrzenie.

- Dobrze. Zgadzam się – usłyszała głos Cery'ego.


- Synu, dlaczego nie powiedziałeś mi tego wcześniej?! – Rothen był jednocześnie zdenerwowany i szczęśliwy.

Sonea żyła. Była to najpiękniejsza wiadomość, którą w ostatnich, ciężkich czasach usłyszał. Paniczny strach o życie jego drogiej, dawnej Nowicjuszki znacznie zelżał.

- Obiecałem – rzekł w odpowiedzi Dorrien.

Rothen posłał mu karcące spojrzenie.

- Ale żeby starego ojca tak zadręczać… - wymruczał. – Jednak Akkarin mnie w tym wszystkim niepokoi. Co o tym sądzisz synu? Jakie są jego intencje?

Dorrien wzruszył ramionami. Chciał jak najszybciej zakończyć tę niewygodną rozmowę w obawie, że wyjawi za dużo.

- Dorrien, czy ty wciąż…? - Rothen zniżył głos. – Wciąż czujesz coś do Sonei?

Uzdrowiciel nerwowo wypuścił powietrze. Ból w klatce piersiowej nasilił się.

- Skończmy tę rozmowę i wracajmy na dół.

Skierował się w stronę schodów, pragnąć uciec od ojca i setki jego pytań. Wciąż nie miał pojęcia w jaki sposób zdoła powstrzymać działania Magów zmierzające do ataku na Ichanich. Wciąż zadręczały go myśli o Sonei i o tym, kiedy po raz kolejny ją zobaczy. Wciąż obawiał się tego, co może przynieść każda kolejna godzina, bo wiedział, że ona i Akkarin mają mało czasu.


Słońce przedzierało się już przez dachy i oświetlało ciepłym światłem ulice, kiedy Sonea i Akkarin wracali do miejsca swojej kryjówki. Plan był jasny - będą czekać w ukryciu na wiadomość od Złodziei, aby później opracować atak i jak najszybciej rozprawić się z Ichanimi. Sonea martwiła się o Cery'ego. W związku z paniką jaką wywołał najazd Sachakan, wielu ludzi opuściło Imardin i uciekło w głąb kraju. Cery również poniósł straty w ludziach. Jeden z jego zaufanych współpracowników padł ofiarą Ichaniego, a drugi opuścił miasto i słuch o nim zaginął. Cery został tym samym zmuszony do wypełnienia powierzonej mu przez Akkarina misji osobiście. Było to bardzo ryzykowne i Sonea na samą myśl o tym, że jej przyjaciel mógł zginąć, poczuła, jak jej żołądek wykręca się ze strachu.

Po kilkunastu minutach dotarli do zapadającego się domu, stanowiącego ich schronienie. Na ulicach miasta zaczęły ukazywać się pierwsze sylwetki mieszkańców, którzy odważyli się opuścić swoje domy. Nieświadomi zagrożenia jakie wisiało nad Imardinem, próbowali powrócić do normalnych zajęć.

Akkarin spiesznie wszedł do środka, więc Sonea podążyła za nim. Gdy zamknęły się za nimi drzwi, mężczyzna westchnął głośno.

- Nie czuję się bezpiecznie na ulicach miasta. Szczególnie odkąd ostatnio urządzili nam tak gorące pożegnanie – powiedział uśmiechając się krzywo.

Dziewczyna mruknęła pod nosem i potaknęła głową, dając mu znak, że się z nim zgadza. Wciąż nie rozumiała nagłej zmiany w zachowaniu Akkarina, przez co intrygował ją jeszcze bardziej niż wcześniej. Przyjrzała mu się uważnie, usiłując utrzymać kontakt wzrokowy, lecz po chwili wpatrywała się już w podłogę.

- Zjadłabym coś – powiedziała nieśmiało, gdy ciszę przerwało głośne burczenie dobiegające z jej żołądka.

Akkarin roześmiał się i podążył w głąb korytarza. Sonea stała jeszcze przez chwilę, starając się uspokoić galopujące serce, które przyspieszyło na dźwięk jego śmiechu. Chyba oszalałam. Pomyślała i z rezygnacją podążyła za Akkarinem.

Na śniadanie zjedli kilka owoców i pieczywo, które wcześniej ukradli magazynu. Sonea prędko odczuła przyjemny ciężar w żołądku i odprężyła się, wyciągając ciało na posłaniu i układając głowę na skrzyżowanych ramionach. Przez chwilę wsłuchiwała się w trzaskające drewno w kominku. Pomyślała, że musieli porozmawiać o ewentualnym planie ataku, jednak wolała odwlec ten moment w czasie, tak daleko, jak tylko się dało. Nim zdążyła skierować myśli na inny tor, ogarniające ją zmęczenie sprawiło, że pogrążyła się w głębokim śnie.

Tym razem nie nękały jej koszmary. Śniła o jednym z typowych dni w Gildii, gdy była zwykłą Nowicjuszką, żyjącą w błogiej niewiedzy i spokoju. Pojawił się uśmiechnięty Rothen, rozmawiali swobodnie i żartowali, jak kiedyś. Była szczęśliwa.

Obudził ją przyjemny chłód na policzku. Dopiero po chwili zorientowała się, że to czyjś dotyk. Uniosła powieki i ujrzała czarne oczy, spoglądające na nią z ciekawością. Zareagowała niczym maszyna wojenna, natychmiast okrywając się tarczą. Z resztek snu wyrwał ją jej własny krzyk. Przerażona faktem, że ktoś jej się przygląda i na dodatek jest tak blisko, odruchowo zerwała się i odsunęła jak najdalej od potencjalnego zagrożenia. Błyskawicznie odzyskała część swojej świadomości, i w tym samym momencie zdała sobie sprawę, że to dotyk Akkarina czuła na skórze, kilka sekund wcześniej.

Jej tętno powoli wracało do normy, gdy patrzyła na siedzącego nad jej posłaniem Czarnego Maga, który z rozbawieniem wpatrywał się w jej skuloną pod ścianą sylwetkę.

- Przestraszyłem cię? – zapytał po chwili, masując powoli dłoń. Musiała go oparzyć tarczą.

Sonea potaknęła i na powrót usiadła na swoim kocu. Nawet nie chciała pytać dlaczego to zrobił. Wciąż była w lekkim szoku, spowodowanym swoją reakcją.

- Wybacz, że cię obudziłem – powiedział ciszej. – Nie mogłem się powstrzymać.

Spojrzała na niego, a jej serce na powrót rozpędziło się do szaleńczej prędkości.

- Przed czym? – miała zachrypnięty głos.

- Uśmiechałaś się – powiedział poprawiając zbłąkanych kosmyków jej włosów. – Dawno tego nie robiłaś.

Sonea wstrzymała oddech. Miała ochotę się uszczypnąć, aby upewnić się, że to nie sen.

- A dlaczego…? – zaczęła.

- Po prostu – odparł z uśmiechem.

Z dzielącej ich odległości, Sonea mogła dostrzec niewielką zmarszczkę w kąciku jego ust, która pojawiała się tylko wtedy, gdy się uśmiechał.

Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, lecz wtedy Akkarin wyciągnął dłoń i położył na nich swój długi palec. Ich spojrzenia spotkały się po raz kolejny. Jego oczy błyszczały tysiącami drobnych iskierek i gdy uniósł jedną brew, Sonea poczuła jak wszystkie bariery w jej ciele runęły. Jeszcze nigdy w życiu nie pragnęła tak żadnego mężczyzny.

Przysunęła się do niego i położyła dłoń na jego piersi. Poczuła pod nią silne i szybkie bicie serca, które jeszcze bardziej wzmogło w niej pożądanie. W tej samej chwili poczuła jego dotyk na swoich plecach. Przyciągnął ją do siebie, a jego spojrzenie zatrzymało się na jej ustach. Sonea rozchyliła wargi, błagając w myślach o chociaż jeden pocałunek. Dotknął delikatnie jej policzka, a następnie przesunął palcem wzdłuż linii szczęki. Poczuła jego ciepły dotyk na swojej szyi i westchnęła cicho. Akkarin uśmiechnął się i zbliżył do jej ust.

- Soneo - mruknął, jakby chciał zganić ją za to, że robiła coś złego, ale przecież to on zaczął...

Ton jego głosu mówił jej także, że toczył ze sobą walkę. Nierówną, którą przegrywał na jej oczach, bo gdy pochylił się nad nią, odebrała strzępki jego własnych pragnień. Gdy jego wargi zetknęły się z jej rozpalonymi ustami, Sonea nie potrafiła opanować mruknięcia, które wydobyło się z jej piersi. Chciała zapytać go o to, co zmieniło jego wcześniejsze postanowienie, lecz wtedy Akkarin mocniej zacisnął palce na jej plecach i uznała, że pytania mogły trochę zaczekać.