"Starcie"
Późnym wieczorem usłyszeli ciche stuknięcie. Powtórzyło się po krótkiej chwili. Był to odgłos uderzającego kamyka o szybę. Akkarin wstał i skinął głową w kierunku Sonei. To był znak, że Złodzieje mają dla nich informację, więc nadszedł czas, by udać się na wyznaczone wcześniej miejsce. Sonea szybko naciągnęła na siebie płaszcz i wyszli na zewnątrz. Od inwazji Ichanich minęły dwa dni i życie w Imardinie powoli wracało do normy. Na ulicach pojawiało się więcej ludzi, którzy wciąż niepewnie przemykali między budynkami, załatwiając swoje codziennie sprawy.
Szybko udali się na wyznaczone miejsce, z którego widać było port w Imardinie. Tam spotkali tego samego małego Złodzieja, który poprowadził ich do wejścia do tuneli. Przeszli przez kratkę ściekową i Sonei aż zakręciło się w głowie od panującego tam fetoru. Skupiła się na stawianiu kolejnych kroków i po kilkunastu długich minutach, ich przewodnik zatrzymał się na środku jednej ze ścieżek. Męczący odór był teraz ledwie wyczuwalny, oznaczało to, że oddalili się od portu.
Usłyszeli za sobą czyjeś kroki. Gdy Sonea odwróciła głowę i z radością rozpoznała twarz Cery'ego. Jednak, gdy podszedł bliżej, zauważyła, jak marszczył brwi w niepokoju. Wyraźnie się czymś martwił i Sonea poczuła ukłucie strachu, że to co im powie, będzie znacznie gorsze od tego, czego mogli się spodziewać.
- Witaj Złodzieju – przywitał się Akkarin.
Cery skinął głową i polecił ruchem ręki, aby poszli za nim. Sonea ciągle nie mogła przyzwyczaić się do tego, że jej przyjaciel stał się Złodziejem. Początkowo była nawet zła, że nic o tym nie wiedziała. Teraz jednak, próbowała się z tą myślą oswoić, co nie było łatwe, widząc, jaką władzę miał Cery w podejrzanym światku Złodziei.
Szli tunelami jeszcze przez kilka kolejnych, długich minut, aż Cery zatrzymał się przed drzwiami, otworzył je i wspięli się schodami do wyższej części tuneli, gdzie po chwili znaleźli się w jednym z ukrytych pokoi.
Akkarin zawiesił pod sufitem świetlista kulę i spojrzał z napięciem na Złodzieja.
- Straciłem Gola – wyznał wreszcie Cery i Sonea zauważyła, jak opuścił przy tym barki.
Ogarnął ją szczery smutek, bo wiedziała, że Gol był nie tylko świetnym współpracownikiem Cery'ego, ale również jego wiernym przyjacielem.
- Przykro mi – powiedział Akkarin, choć Sonea nie potrafiła określić, czy faktycznie tak było. Nie pierwszy raz nie potrafiła go rozszyfrować, ale wiedziała, że Akkarin umiał świetnie udawać. – Jeśli nam się uda, mogę obiecać, że śmierć, twojego człowieka nie pójdzie na marne.
- Dopadł go jeden z nich – powiedział i Sonea domyśliła się, że mówił o Rakto. – Byliśmy nieostrożni i… - westchnął – Przejdźmy do rzeczy.
Choć ton jego głosu stał się beznamiętny, Soneę aż ścisnęło serce, bo ból z jego oczu nie zniknął.
- Nie było ciężko ich znaleźć. Robią wokół siebie straszny bałagan. Wszędzie pełno martwych zwierząt. Ukryli się w zachodniej części Gildii. Widziałem ich obu. Ten starszy wyglądał na słabszego. Podsłuchiwaliśmy ich przez kilka godzin - Cery urwał i wziął głęboki oddech. – Młodszy, ten, który później zabił Gola, ciągle przynosił jakieś zwierzęta. Domyśliłem się, że pobierali do nich moc, podobnie do tego, co wy robicie.
- Ten starszy to Kariko – wtrąciła Sonea. – Ich przywódca.
- Tak więc, ten Kariko ciągle tylko przeklinał w obcym języku i kazał dostarczać sobie zwierząt – kontynuował Cery. – Później zaczęli ze sobą rozmawiać. Z tego co zrozumiałem, mają zamiar uciec. Żadnych ataków na króla, ich celem jest, jak najszybsza ucieczka z miasta.
Sonea nie wierzyła własnym uszom. To było zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Spojrzała na Akkarina spodziewając się dostrzec tę samą ulgę, która ożywiła jej serce. Jednak jego czoło było przecięte zmarszczkami.
- Jesteś pewien? – zapytała z niedowierzaniem. – Uciekają?
- Chyba dałaś mu w kość Soneo – powiedział ze słabym uśmiechem Cery. – Wygląda na to, że nie czują się na siłach, aby atakować.
- Trzeba powiadomić Dorriena – powiedziała z entuzjazmem.
- Soneo – głos Akkarina był chłodny i stanowczy. – Dajesz się ponieść emocjom. Trzeba to przemyśleć. Naszym celem jest ciągle zabicie Kariko, nie zapominaj.
Sonea poczuła, jakby ktoś uderzył ją tępym przedmiotem w głowę. Nic się nie zmieniło, musimy z nimi walczyć, pomyślała gorzko. Chociaż, jeśli Kariko jest rzeczywiście taki słaby, może nie będzie to takie trudne.
- Czy wiesz kiedy chcą opuszczać miasto? – zapytał Akkarin.
- Na pewno mówili coś o północy. Jednak nie jestem pewien, która mieli na myśli.
Sonea zadrżała. Tak mało czasu. Mieli tak mało czasu, by się przygotować, a Akkarin wciąż nie ma wystarczająco dużo mocy…
- Będą próbować opuścić miasto Brama Północną. To najkrótsza droga, a strażnicy nie stanowią dla nich przeszkody – powiedział Akkarin po dłuższej chwili.
Sonea spojrzała na niego z nadzieją, że właśnie obmyślił konkretny plan.
- Mamy bardzo mało czasu. Musimy się spieszyć – dodał przyglądając jej się uważnie.
Dorrien przemierzał niewielki pokój po raz setny, nasłuchując głosów w pomieszczeniu niżej. Nastroje pośród Magów były coraz bardziej bojowe. Część z nich opowiadała się za stanowczym ruszeniem do walki i odzyskaniem terenu Gildii. Wierzyli, że razem są w stanie pokonać dwójkę groźnych Sachakan.
Od ponad godziny kręcił się w kółko, co chwilę zatrzymując się w oknie, by wypatrywać drobnej sylwetki Sonei. Niepokoił się o nią. Niepokoił się także o jej prośbę, której nie był w stanie spełnić. Już dawno temu zrozumiał, że sam nie zdoła powstrzymać grupy trzydziestu rozjuszonych i gotowych do walki Magów.
Po raz kolejny zatrzymał się przy oknie, oparł o parapet i wpatrując się w ciemność westchnął. Szyba zaparowała od jego ciepłego oddechu i Dorrien przyglądał się jak para powoli znika. Niepokój wypełniał jego serce z każdą myślą o Sonei. Wiedział, że musiało stać się coś złego, skoro ani ona, ani Akkarin nie odwiedzili go po raz kolejny. Tuż pod skórą czuł, że Sonea była w niebezpieczeństwie, a on nie mógł w żaden sposób jej pomóc.
Chyba, że...
Szli w skupieniu pod północną bramę miasta. To tam, według informacji Złodziei i domysłów Akkarina, Ichani mieli spróbować ucieczki. Atmosfera była napięta, a Sonea z całych sił próbowała skoncentrować się na ustalonym wcześniej planie. Jej zadaniem było jak najszybsze ukrycie się i oczekiwanie na pojawienie się Kariko. Miała posłużyć jako przynęta, by odciągnąć uwagę Kariko, tym samym dając przewagę Akkarinowi.
Równie dobrze Ichani mogli się tej nocy nie pojawić, jednak intuicja podpowiadała jej, że to będzie ważna noc.
Gdy znaleźli się wystarczająco blisko bramy, zatrzymali się w ukryciu. Wejścia pilnowali dwaj żołnierze, którzy w zasadzie zdawali się słodko drzemać. Jeden z nich głośno chrapnął.
- Mogliby chociaż stwarzać pozory - mruknął Akkarin.
Kąciki jej ust uniosły się nieznacznie na dźwięk jego słów.
- Nie powinniśmy narażać ich na niebezpieczeństwo - zauważyła po chwili, gdy już opuściło ją rozbawienie.
Akkarin przytaknął i zamyślił się na chwilę.
Nagle przed jej oczami ukazał się gwardzista w połyskującej zbroi. W pierwszym momencie chciała uciekać i przeniosła przerażone spojrzenie na Akkarina. Widząc zmarszczone czoło i skupienie malujące się na jego twarzy, ze zdumieniem odkryła, że żołnierz był wyłącznie iluzją, stworzona przez jej byłego mentora. Z zaskoczeniem wpatrywała się w szczegółowo odwzorowaną postać. Była pod wrażeniem jego umiejętności. Kreowanie tak znakomitych iluzji świadczyło o wyjątkowych zdolnościach Maga.
- Żołnierzu - usłyszała nad głowa głos Akkarina. - Śpicie na warcie?
Na dźwięk jego słów, strażnicy podskoczyli w miejscu. Sonea wstrzymała oddech, po części dlatego, że nie była pewna, czy uda im się nabrać na tę sztuczkę, a po części dlatego, że Akkarin mówił nienaturalnie niskim głosem, a nie chciała parsknąć śmiechem, by zniweczyć jego wysiłki. Speszeni wartownicy zaczęli bełkotać pod nosem niezrozumiałe słowa. Iluzja Akkarina zachwiała się lekko, a Sonea podziękowała w duchu za to, że gwardziści byli zaspani i prawdopodobnie nietrzeźwi.
- Wasza warta dobiegła końca, wracajcie do domów. Wkrótce ktoś przejmie wasz posterunek - Akkarin obniżył głos jeszcze bardziej, i Soneę musiała zakryć usta.
Zganiła się w duchu za brak powagi i przygryzła boleśnie dolną wargę.
- Tak jest, kapitanie - odpowiedzieli chórem strażnicy.
Gdy zaczęli szykować się do opuszczenia warty, Akkarin wykorzystał moment i przerwał iluzję.
Westchnął cicho i oparł się o mur.
- To kosztowało mnie więcej mocy, niż sądziłem.
Spojrzała na niego, wciąż lekko rozbawiona i natychmiast spoważniała. Jego czarne źrenice odprowadzały odmaszerowujących lekkim zygzakiem strażników.
- Zajmijmy pozycje - polecił, gdy już zostali sami.
- Zaczekaj. Weź moją moc, tobie przyda się bardziej - zaproponowała w pośpiechu.
Zanim Akkarin zdążył zaprotestować, odnalazła w mroku jego dłoń i zacisnęła wokół niej palce. Zamierzała oddać mu około połowy swojego zapasu, jednak na chwilę utraciła kontrolę nad przepływem mocy i oddała odrobinę za dużo. Rozluźniła uścisk i zachwiała się, gdy zakręciło jej się w głowie. Widząc to, Akkarin syknął cicho.
- Oddałaś za dużo - wyczuła naganę w jego głosie.
- Nie. Wszystko gra, to tylko chwilowe osłabienie - szepnęła. - Chodźmy.
Schowała się we wnęce, w murze przylegającym do bramy. Teraz pozostało im jedynie czekać na znak od ukrytych na dachach Złodziei.
Sonea miała wrażenie, że minuty wlekły się nieubłaganie.
Po dwóch godzinach poczuła drętwienie nóg. Spojrzała na księżyc. Był idealnie okrągły. Oświetlał ulice miasta, nadając im przy tym trupiego blasku, który posłał w jej ciało nieprzyjemny dreszcz. Sądząc po jego położeniu względem sąsiedniej gwiazdy, nazywanej przez bylców Aniołem, dobiegała północ. Ichani powinni zjawić się lada moment. Wyostrzyła wszystkie zmysły. Spojrzała po skosie na drugą stronę muru i ujrzała ledwo widoczną sylwetkę Akkarina. Trwał w niezmienionej pozycji od samego początku. Starała się dostrzec jego twarz pod osłaniającym go kapturem, jednak był za daleko. Chciała sięgnąć do kieszenie płaszcza po krwawy pierścień.
Wtedy jej myśli wypełnił dobrze znany obraz. Dziedziniec Uniwersytetu i Arena.
- Akkarin! - usłyszała mentalne wołanie. - AKKARIN! Gdzie się ukrywasz?
Ugięły się pod nią kolana, gdy rozpoznała głos Kariko. Osunęła się na ziemię dławiąc okrzyk, bo jednocześnie dotarło do niej coś jeszcze.
- Może jeszcze zdążysz. - W jej głowie zamigotał obraz tarczy chroniącej Arenę. - Może jeszcze zdążysz zobaczyć z bliska egzekucję swojego ukochanego miasta.
Szyderczy śmiech Kariko wypełnił jej głowę. Następnie zalała ją fala okrzyków ze strony wszystkich Magów przebywających na terenie Imardinu, oraz tych, którzy zdążyli już uciec. Wezwanie Kariko było tak donośne, że mogło być słyszalne w całej Kyralii.
Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. W jak banalny sposób pozwolili mu się pokonać. Nawet nie pomyśleli o barierze ochronnej. Przypomniała sobie, jak dawno temu, na jednej z lekcji historii omawiali ten temat. Setki lat bariera była umacniania przez kolejne pokolenia Magów. Była bezcennym skarbem Gildii, teraz znajdującym się na wyciągnięcie ręki Kariko.
Poczuła na sobie czyjeś ręce. To Akkarin złapał ją za ramiona i podniósł z ziemi. Zdała sobie sprawę, że dłonie miała brudne od mokrej ziemi. Musiała ze złości wbić je w piach i żwir pod swoimi stopami. Akkarin coś do niej mówił, jednak nie słyszała jego słów. Patrzyła jedynie na swoje ubłocone dłonie, aż w końcu przeniosła wzrok na byłego mentora. Akkarin marszczył brwi ze złością.
- Soneo! - dotarł do niej jego podniesiony głos.
Odepchnęła się od niego, uwalniając z silnego uścisku jego rąk. Nie mogła wydobyć z gardła żadnego dźwięku. Odwróciła się od Akkarina i biegiem ruszyła w stronę Gildii. Z tyłu dobiegło do niej jeszcze jego wołanie, aby natychmiast się zatrzymała. Nogi jednak same niosły ją przed siebie. Jedyne o czym była w stanie teraz myśleć, to aby jak najszybciej znaleźć się na Dziedzińcu i powstrzymać Kariko przed zniszczeniem wszystkiego, co było jej drogie. Przed oczami zamigotały je mury Uniwersytetu, slumsy i twarze wszystkich ludzi, których zdążyła pokochać.
Zawsze potrafiła szybko biegać. Było to coś, co dawało szanse na przeżycie w slumsach. Odgoniła od siebie zmęczenie i zmusiła nogi do jeszcze szybszego biegu. Chłodne nocne powietrze delikatnie muskało jej policzki. Jeszcze trochę, już niedaleko. Wysiłek fizyczny pozwolił jej myślom ochłonąć, dzięki czemu odzyskała zdolność logicznego rozumowania. I choć zdawała sobie sprawę, że zmierzała przed siebie na oślep, bez jakiegokolwiek planu, to nie przerwała biegu.
Przed oczami ujrzała bramę prowadząca na teren Gildii. Dopiero wtedy ogarnął ją strach. Strach przed porażką.
- Soneo... - głos Kariko zasyczał w jej głowie.
Przerażenie sparaliżowało jej ciało. Zatrzymała się w pół kroku, dysząc ciężko. Wciąż słysząc w myślach echo własnego imienia, zacisnęła mocno zęby i zmusiła się do przekroczenia bramy. Odszukała wzrokiem Arenę. W jasnym świetle księżyca dostrzegła postać Kariko, a obok jego pomocnika, Rakto. Sługa klęczał obok ze spuszczoną głową.
- Uciekają stamtąd! - usłyszała głos Akkarina.
Rozległ się szmer mentalnych rozmów Magów. Teraz wszyscy wiedzieli, że zarówno on, jak i ona, przeżyli i byli w mieście.
Kariko patrzył na nią i uśmiechał się gorzko.
- Zupełnie sama - stwierdził.
Odepchnął nogą Rakto, a jego ciało osunęło się na ziemię z głuchym tąpnięciem. Sonea z przerażeniem zrozumiała, że Kariko zabił swojego pomocnika. Ochroniła się tarczą i z trudem ruszyła w kierunku Ichaniego.
- Nie był mi już potrzebny - zaśmiał się, widząc jej rozszerzone w strachu oczy, których wciąż nie mogła oderwać od martwego ciała Ichaniego.
Gdy dzieliło ich już zaledwie kilkanaście kroków, Sonea przystanęła. Przełknęła rosnąca w gardle gulę i zmusiła się do spojrzenia Kariko prosto w oczy.
- Nie pozwolę ci zniszczyć miasta - powiedziała i ze złością odkryła, że jej głos był słaby.
Kariko wybuchnął szyderczym rechotem, wypełniając nim otaczającą ich ciszę. Poczuła, jak nienawistny śmiech Ichaniego przeszywa ją do szpiku kości, odbierając jej i tak gasnącą w niej odwagę. Niespodziewanie Kariko zamilkł i szybko wyciągnął wyprostowaną rękę w kierunku bariery. Sonea zadrżała i mimowolnie cofnęła się o krok. Ichani mógł w każdej chwili przeciągnąć moc na swoją stronę, stając się przy tym najpotężniejszym z żyjących magów.
- Już nie taka pewna siebie? - warknął. - A gdzie nasz drogi Akkarin?
Poczuła lekkie ukłucie winy, że dopiero teraz o nim pomyślała. Nie wiedziała, czy ruszył za nią, czy też został pod bramą. Być może zdecydował się na ucieczkę z miasta? Nie chciała nawet o tym myśleć. Po tym wszystkim, co zrobił dla Gildii, nie mógłby jej tak po prostu zostawić... Ani mnie, pomyślała z nadzieją w sercu.
Na samą myśl o Akkarinie poczuła przypływ odwagi.
Po raz kolejny spojrzała Kariko w oczy i uniosła wyżej podbródek. Dyskretnie sięgnęła do swojego płaszcza i owinęła palce wokół rękojeści sztyletu, który wręczył jej Akkarin wraz z nowymi ubraniami. Już chciała otworzyć usta, gdy nagle usłyszała za plecami dobrze znany jej głos.
- Soneo - głos był spokojny i stanowczy, jednak dziewczyna wyczuła w nim nutkę strachu.
Odwróciła głowę i jej spojrzenie spotkało się z mrocznym wzrokiem Akkarina. Jego klatka piersiowa szybko unosiła się i opadała. Musiał biec za nią całą drogę. Jej serce zabiło gwałtowniej na jego widok. Podszedł bliżej, stanął obok niej i utkwił wzrok w Kariko.
- To koniec Kariko. Walka skończona, nie masz szans - jego donośny głos odbił się echem od murów. - Za chwilę zjawi się tu kilkudziesięciu Magów, a ty jesteś zupełnie sam.
Kariko rozłożył ręce w kierunku tarczy.
- Nie jestem sam.
W tej samej chwili zostali zaatakowani gradem pocisków. Sonea wzmocniła tarczę. Mimo, że jej moc zdążyła się całkowicie zregenerować i posiadała część tego, co wcześniej odebrała Ichaniemu, w walce z Kariko nie mieli większych szans. Rzuciła krótkie spojrzenie w kierunku Akkarina. Jego czoło było pokryte zmarszczkami, a usta zaciśnięte. Odpowiedzieli przeciwnikowi uderzeniami mocy, jednak utrzymywanie silnej tarczy bardzo szybko zużywało ich zapasy. Poczuła nadzwyczaj silny pocisk i obaj zostali powaleni na kolana. Z trudem nabrała powietrza w płuca. Krzyknęła z bólu, gdy uderzenie rozprzestrzeniało się po jej ciele. Uniosła głowę i dostrzegła Kariko, który wyciągał ręce w kierunku tarczy, zbliżając się do jej krawędzi. Wszystko stracone, pomyślała.
Tuż obok usłyszała przekleństwo z ust Akkarina. Drżącymi dłońmi wyciągnęła sztylet zza paska. Bacznie obserwowała ruchy Ichaniego, gdy ten stanął obok bariery. Wyciągnął dłoń, a Sonea nawet z odległości kilku kroków mogła poczuć wibracje, jakie powodował przepływ tak wielkiej ilości mocy. Jej serce zamarło, lecz wtedy ujrzała, jak tarcza Kariko zamigotała i opadła.
Już chciała zareagować atakiem, gdy nagle Kariko krzyknął. Został trafiony, lecz tuż przed tym musiał zdążył podnieść lekką tarczę. Na jego prawym ramieniu zobaczyła czerwoną ranę, wyglądającą na silne oparzenie. Spojrzała na Akkarina, jednak leżał na plecach, a na jego twarzy malował się grymas bólu. Widząc, co stało się z Kariko, posłał Sonei zdumione spojrzenie.
Wtedy jej oczom ukazał się Dorrien. Stał przed nimi, za Ichanim, który wciąż ciskał przekleństwami. Paniczny strach chwycił jej serce.
- Nie! – krzyk wyrwał się z jej piersi. – Uciekaj!
Kariko skierował w stronę Uzdrowiciela serię pocisków. Sonea próbowała się podnieść, jednak uderzenie posłane przez Ichaniego wciąż paraliżowało jej ruchy. Dorrien krzyknął i opadł na kolana. Ichani zbliżył się do niego paroma krokami i wyciągnął sztylet. Uzdrowiciel z przerażeniem spojrzał w górę, jednak wróg był szybszy. Chwycił jego wyciągniętą w obronie rękę i zanurzył w niej ostrze.
Dotarło do niej, że z jej ust wydobywa się przeraźliwy krzyk, przechodzący w zawodzenie. Do oczu napłynęły jej łzy.
- Dorrien! – załkała.
Wtedy na nią spojrzał i w jego oczach dostrzegła przerażenie.
Ichani złapał go w miejscu rany, a jego usta wykrzywił pogardliwy grymas. Gdy pociągnął w swoim kierunku moc, jego tarcza opadła.
Teraz albo nigdy, pomyślała i z wysiłkiem dźwignęła się z ziemi. Usłyszała jeszcze tylko wołanie Akkarina, gdy pokonała kilkoma susami odległość dzielącą ją z Sachakaninem.
Wszystko wydarzyło się szybko i było tak nierealne, że wydawało się być złym snem. Łzy rozmyły obraz, gdy ciężarem swojego ciała powaliła Kariko na ziemię, po czym z całą siłą, która pozostała w jej mięśniach, wbiła sztylet w pierś Ichaniego.
Jego twarz wygięła się w grymasie, a następnie w gorzkim uśmiechu. Sonea patrzyła na niego z szeroko otwartymi oczami. Skóra całego ciała piekła ją od kontaktu z resztkami tarczy. Kariko otworzył usta.
- Ty mała, kyraliańska dziwko... - wycharczał, plując krwią.
Obnażając zęby, z wściekłością poruszyła ostrzem zanurzonym w ciele Ichaniego, na co ten zawył z bólu. Ona także wrzasnęła, dławiąc się gniewem i łzami. Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze, po czym opadło bezwładnie. Sonea osunęła się z niego, chcąc znaleźć się jak najdalej, czując wzbierające mdłości. Dotarł do niej głos Akkarina.
- Jego moc...! Zabierz mu ją!
Jak mogła zapomnieć...? Nim zdążyła poruszyć swoim obolałym ciałem, Akkarin znalazł się nad Ichanim. Gdy wyrwał z jego piersi sztylet z rany trysnęła krew. Po chwili było już po wszystkim. Kariko nie żył.
Spojrzała na Dorriena. Leżał tuż obok. Zerwała się ku niemu, wołając go po imieniu. W mgnieniu oka dopadła do jego nieruchomego ciała. Płacząc, sięgnęła resztkami mocy w głąb jego ciała i odnalazła wątłą iskrę życia.
- Dorrien! - zawyła boleśnie. Słone łzy toczyły się po jej twarzy, kapiąc na jego ciemnozieloną szatę i tworząc mokrą plamę na jego piersi.
Zdało jej się, że poruszył ustami. Przysunęła twarz bliżej, zduszając w piersi kolejny szloch.
- Jesteś... - usłyszała cichy głos. Spojrzał na nią błękitnymi oczami i uśmiechnął się słabo.
- Trzymaj się - szepnęła. Zebrała resztki mocy, gotowa oddać mu wszystko, co miała, byle tylko przeżył.
- Bałem się, że cię więcej nie zobaczę... - Jego błękitne wypełnił nagły spokój, po czym zgasło w nich światło, a wraz z nim drobna iskra, która trzymała go przy życiu.
Zamarła, przez moment przyglądając się jego nieruchomej twarzy i niewidzącemu spojrzeniu, aż dotarło do niej to, co się działo. Desperacko wczepiła się palcami w jego szatę, niemal unosząc go z kamiennej posadzki Areny. Wlała w niego swoją moc, dygocząc. Jednak nic już nie było w stanie zwiększyć zapasu jego mocy. Z jej zdartej krtani wybył się kolejny, przeszywający krzyk. Krzyk bólu i bezsilności.
- Nie! - błagała. - Spójrz na mnie! Dorrien!
W akcie ostatecznej desperacji była gotowa przelać w niego wszystko, co miała. Nagle obok zjawił się Akkarin i jednym szybkim ruchem wziął ją w ramiona. Z jej piersi wyrywał się urywany szloch. Pozwoliła emocjom wziąć nad sobą górę. Krzyczała, kopała i uderzała pięściami, aż w końcu straciła resztki sił.
Akkarin nie odezwał się słowem, jedynie mocniej przycisnął ją do piersi. Zanurzył twarz w jej włosach i wziął głęboki oddech. Jej ciałem wstrząsały dreszcze, nad którymi nie zdołałaby zapanować, nawet, gdyby chciała. Akkarin podniósł ją z ziemi i przeniósł dalej od nieruchomego ciała Dorriena. Usiadł na schodach wokół Areny, a Sonea oplotła jego szyję ramionami. Poczuła leczniczą energię, oplatającą jej ciało, lecz ból nie mijał.
Wtedy zaczęli pojawiać się Magowie. Usłyszała krzyki, podniesione głosy. Nie potrafiła odróżnić słów od szumu swojej krwi. Dopóki ją trzymał była bezpieczna.
- Akkarin... - wysłała.
- Nie bój się, Soneo - usłyszała w odpowiedzi.
