"Pożegnanie"

Jego twarz była spokojna. Jasne włosy otaczające jego twarz, jak zawsze w nieładzie, a błękitne oczy błyszczały zawadiacko. Uśmiechnął się do niej. Wyciągnął w jej kierunku dłoń, na której leżał mały żółty kwiat. Usłyszała swój śmiech, kiedy dotknęła opuszkami delikatnych płatków. Mężczyzna posłał jej wesołe spojrzenie. Otworzył usta chcąc jej coś powiedzieć, lecz zamiast słów Sonea usłyszała krzyk. Jego twarz zmieniła się w bolesną maskę, gdy upadł przed nią na kolana. Jej myśli wypełnił szyderczy śmiech, napełniając ją strachem, gdy rozpoznała czyj to głos. Kariko.

Odzyskała świadomość, czując szybkie uderzenia serca. Leżała, bojąc się poruszyć, w obawie, że wszystko to, czego nie chciała pamiętać, powróci. Jednak wspomnienia były silniejsze. Niczym nieproszony gość, wdarły się do jej umysłu i falą zalały jej myśli. Na powrót ujrzała twarz Kariko, jej daremną próbę powstrzymania go, pojawiającego się znikąd Akkarina i w końcu Dorriena, atakującego Ichaniego. Zacisnęła mocniej powieki w nadziei, że bolesne obrazy znikną i z całej siły odsunęła je od siebie. Czuła wzbierającą w środku panikę i wiedziała, że, by zatrzymać tę niekończoną się gonitwą myśli, musiała w końcu otworzyć oczy.

Nie usłyszała żadnych głosów, nie wyczuła też niczyjej obecności. Uświadomiła sobie, że leżała w łóżku, więc nieco mocniej wciągnęła powietrze i poczuła w nozdrzach zapach świeżej, wyprasowanej pościeli. Mogłaby przysiąść, że była biała. Delikatnie przesunęła palcami po aksamitnym materiale. Wzięła głęboki wdech i powoli otworzyła oczy.

Pierwszą rzeczą, która ją zaskoczyła była, stojąca na niewielkim stole, paląca się świeca. Mogła przecież sama wytworzyć źródło światła. Poza świecą, pokój spowity był w przyjemnym mroku. Zerknęła w stronę okna, lecz widok skrywały przed nią grube, ciemne zasłony. Nie potrafiła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek była w podobnym pomieszczeniu. Z pewnością znajdowała się w Gildii, potwierdzał to haft w rogu jej pościeli. Usiadła na łóżku, rozglądając się powoli i próbując pozbierać swoje myśli w całość. Skierowała je w stronę Akkarina. Co się z nim stało, był teraz? Być może też obudził się tak samo zdezorientowany, jak ona? Szybko jednak odrzuciła od siebie tę myśl, nie potrafiąc sobie tego wyobrazić. Skierowała wzrok w kierunku drzwi, nasłuchując zbliżających się kroków, jednak odpowiedziała jej cisza. Oczywiście, przecież jest środek nocy, pomyślała.

Wysunęła się spod ciepłej kołdry i opuściła nogi na dół. Poświęciła jeszcze chwilę nasłuchiwała, po czym niepewnie stanęła. Jej nogi trzymały ją w pionie pewnie, w przeciwieństwie do rozchwianych myśli. Cicho zbliżyła się do drzwi i położyła dłoń na klamce. Ku jej zdziwieniu, otworzyły się natychmiast. Zawahała się przez moment, jednak przestąpiła próg i rozejrzała się po korytarzu. Nie wyglądał jak ten w Domu Nowicjuszy. Wtem na końcu korytarza dostrzegła lekkie światło, rozciągające się po podłodze wąskim paskiem, jakby zza niedomkniętych drzwi. Podążyła w tamtym kierunku, czując, jak jej serce mimowolnie przyspiesza. Nie wiedziała czego się spodziewać.

Gdy stanęła pod drzwiami, smuga światła przecięła jej twarz na wskroś. Wytężyła wzrok, starając się dostrzec jakikolwiek ruch. W dużym fotelu zobaczyła zgarbioną sylwetkę człowieka, chowającego twarz w dłoniach. Właśnie po dłoniach go rozpoznała. Po jego, przeciętych w wielu miejscach zmarszczkami, dłoniach. Nie myśląc o tym, czy był sam w pokoju, pchnęła drzwi do środka.

Rothen uniósł głowę, a w jego spojrzeniu rozpoznała lekki cień ulgi, ale przede wszystkim ból. Sonea poczuła piekący w sercu smutek, na widok jego zmęczonej twarzy i ciemnych sińców pod oczami.

- Och, Soneo… - powiedział cicho, łamiącym się głosem.

W jednej chwili wszystko stało się dla nich jasne. Poczucie straty, zupełnie niepotrzebnej i tak bardzo niesprawiedliwej, wypełniło odległość między nimi. Nie potrzebowali słów, żeby zrozumieć, że oboje czuli to samo. Że nie ważne, co będzie dalej, skoro śmierć zebrała już swoje okrutne żniwo. Z jej zaciśniętych ust wydobył się cichy szloch, a ramiona zatrzęsły się pod wpływem emocji.

Rothen wyciągnął w jej kierunku ręce, a ona niczym małe dziecko, podbiegła w jego kierunku i mocno wtuliła w jego pierś. Zaczęła płakać i były to najprawdziwsze i najczystsze łzy, jakie kiedykolwiek uroniła.


Zbudziły go czyjeś ciche kroki na korytarzu. Powoli otworzył oczy i zdał sobie sprawę, że było zupełnie ciemno. Niewielka kula światła zastygła nad łóżkiem. Magowie nalegali, aby do czasu Przesłuchania, pozostał wraz z Soneą w tej części Domu Magów. Dzień i noc miał towarzyszyć im któryś z Magów, by upewnić się, że niczego nie kombinowali. Akkarin wiedział jedynie, że jako pierwszy zgłosił się Rothen. Po całym dniu musiał być już zmęczony.

Myślami powędrował do pokoju Sonei, oddalonego zaledwie kilka kroków od drzwi i jego wspomnienia przeniosły go do chwili, sprzed zaledwie doby, kiedy trzymał ją w objęciach na Arenie, szlochającą i uderzającą w niego pięściami. Położył dłoń na klatce piersiowej, tuż nad sercem, czując ucisk niewidocznego dla oka ciężaru. Głośno wypuścił powietrze i zacisnął powieki. Powtórzył ćwiczenie mentalne, którego nauczył się będąc jeszcze Nowicjuszem, a które od lat pomagało odgonić od siebie powracające koszmary.

Chciał zawołać ją, jednak wolał na razie unikać używania komunikacji mentalnej. Wstał i skierował się w stronę drzwi, zapinając po drodze guziki swojej koszuli.


Sonea siedziała na podłodze, naprzeciwko swojego byłego mentora w zupełniej ciszy. W końcu podniosła wzrok.

- Gdybym tylko mogła cofnąć czas… - zaczęła, jednak Rothen szybko uniósł dłoń, dając jej do zrozumienia, aby przestała.

- Soneo, naprawdę – powiedział słabo – Nie chcę o tym rozmawiać, nie teraz.

Dziewczyna zwiesiła głowę, wpatrując się w swoje kolana. Jej uwagę przyciągnął cień postaci, który wychwyciła jednym okiem.

- Akkarin - szepnęła, widząc go stojącego w drzwiach.

Miał na sobie cienkie spodnie i równie cienką koszulę. Czarne włosy, które ściął w drodze powrotnej do Imardinu, układały się na jego ramionach.

- Nie było cię w swoim pokoju – powiedział zaskakująco miękko.

Spojrzała na Rothena, na twarzy którego malował się strach. Jej były mentor wciąż obawiał się Akkarina i nie ufał mu, tym bardziej po ich wygnaniu.

- Nie mogłam spać – odpowiedziała wstając z podłogi.

Akkarin utkwił w niej wzrok.

- Co z nami będzie? Z tym… wszystkim...? – spytała rozkładając ramiona w bezbronnym geście.

Akkarin wyciągnął w jej kierunku dłoń.

- Jutro o tym porozmawiamy. Powinnaś teraz spróbować zasnąć – powiedział.

Dziewczyna stała uparcie w miejscu, lecz czując na sobie wyczekujące spojrzenie Akkarina, poddała się i powoli podeszła do niego. Zanim opuściła pokój, rzuciła Rothenowi ciepłe spojrzenie i uśmiechnęła się blado, na co on odpowiedział podobnym, jednak wymuszonym uśmiechem.

- Ty również powinieneś się przespać, Mistrzu Rothenie – zauważył Akkarin – Sen jest w stanie ukoić nawet najgorsze zmartwienia.


- Cieszę się, że pozwolili nam opuścić kwatery magów, chociaż ten jeden raz – powiedziała cicho do idącego obok niej Akkarina.

Za ich plecami podążało trzech Wojowników, mających ich pilnować.

Mężczyzna potaknął głową i spojrzał na nią spod czarnego kaptura. Dni zrobiły się wyjątkowo chłodne, a z atramentowego nieba lał się niemiłosierny deszcz, tworząc niezlicozne kałuże. Sonea podniosła ku niemu zmęczone spojrzenie.

- Jesteś pewna, że…

- Już o tym rozmawialiśmy – odpowiedziała, owijając się szczelniej płaszczem.

Nie wyobrażała sobie, aby mogła być nieobecna na pogrzebie Dorriena. Minęły dwa dni od pokonania Kariko, jednak pochówki poległych wciąż trwały. Wzgórze, które dawnej stanowiło cmentarz, pokryło się teraz morzem nowych, białych nagrobków. Ich widok za każdym razem przyprawiał ją o dreszcze.

Po krótkiej chwili dotarli do krypt cmentarnych. Przed drzwiami stał Jerrik, krzywiąc się, gdy rzęsisty deszcz uderzał w jego tarczę.

- Jeśli chcecie ujrzeć zmarłego, macie jeszcze chwilę czasu – burknął w ich kierunku, gdy podeszli bliżej.

Sonea zanurzyła się w ciemnościach, Akkarin podążył za nią, a za nimi dwóch Magów.

Czuła, że ręce zaczęły jej się trząść. Ogarniała ją panika na myśli, że za chwilę ujrzy swojego przyjaciela, swą pierwszą, przelotną i krótką, lecz wciąż pierwszą miłość, po raz ostatni. Jego trumna leżała na niewielkim podwyższeniu. Tuż obok stał Rothen z twarzą ukrytą w dłoniach. Sonea patrząc na postać byłego mentora, odniosła wrażenie, że skurczył się sam w sobie, stając się strzępkiem nerwów i bólu. Z trudem postawiła kilka kroków w jego kierunku.

Dorrien wyglądał jakby spał, a jego twarz była spokojna, zupełnie jak w jej snach. Zagryzła dolną wargę, ignorując związany z tym ból. Wyciągnęła drżącą dłoń i położyła ją na jego zimnym policzku. Duże, słone łzy stoczyły się po jej twarzy. Na ramieniu poczuła dotyk Akkarina. Gdy spojrzała na niego, w jego oczach dostrzegła smutek i współczucie.

- Nie tak miało być… - powiedziała krztusząc się łzami.

- Wiele was łączyło – ton Akkarina był pozbawiony emocji.

- To nie… - zaczęła, jednak jej głos załamał się. – Dobrze wiesz, że…

Przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie. Był wtedy taki czarujący i zabawny. Zwykłą rozmową potrafił odciągnąć ją od kłopotów i zmartwień, których dostarczał jej Regin. To on namówił ją do walki na Arenie, aby udowodnić, że była lepsza od swojego prześladowcy. On, jako jeden z niewielu, nie zważając na jej pochodzenie, był jej przyjacielem i wierzył w nią. Nie odrzucił jej po wygnaniu i nawet znając konsekwencje, pomógł im wrócić do miasta. Przypomniała sobie ich pierwszy pocałunek, zmieszanie i podekscytowanie. Przypomniała sobie również ich ostatni … Dlaczego nie znalazła wtedy więcej czasu, aby z nim porozmawiać? Gdyby tylko mogła wiedzieć, że będzie to ostatni raz, kiedy mieli okazje zamienić parę słów… Lecz nie mogła wiedzieć. Tak bardzo pragnęła cofnąć czas i nie pozwolić na to, co się stało. Teraz było już za późno. Nie tak powinno się to wszystko potoczyć.

Do krypty weszło czterech mężczyzn odzianych w czarne ubrania. Podeszli do trumny, chcąc ją zamknąć. Sonea poczuła uderzenie gorąca, zakręciło jej się w głowie. Nie mogła im pozwolić zabrać go do czarnej, zimnej ziemi.

- Nie... – powiedziała cicho, po raz ostatni dotykając pasma jego jasnych włosów.

Mężczyzna zastąpił jej drogę.

- Wybacz, Pani.

- Nie… - powiedziała głośniej, starając się stłumić ogarniający ją strach.

Zamknęli trumnę i wraz z dźwiękiem opadającego wieka, jej serce przeszył ostry ból.

- Dorrien...!

Ruszyła w stronę służby w czerni, chcąc ich powstrzymać, jednak Akkarin był szybszy. Chwycił jej rękę i przyciągnął do siebie. Mocno objął i przycisnął do swojej piersi. Z początku chciała walczyć, jednak nie miała już sił. Ukryła twarz w fałdach jego szaty, zacisnęła palce na materiale płaszcza na jego plecach i z całych sił zacisnęła powieki. Łzy i tak znalazły drogę ucieczki.


Stała nad wykopaną w ziemi dziurą, dygocząc na całym ciele. Patrzenie na nią sprawiało mu ból, odwrócił wzrok.

- Zebraliśmy się tutaj, aby pożegnać naszego przyjaciela Dorriena, który poległ w walce, broniąc Kyralii i Gildii – rozpoczął Jerrik. - Cześć jego imieniu.

- Cześć jego imieniu – powtórzyli zebrani.

- Jego dusza i ciało odnalazły spokój. Spoczywaj w pokoju – powiedział.

Chór głosów powtórzył na nim ostatnie słowa.

Ziemia z wykopanego grobu zaczęła powoli osuwać się w dół, uderzając głucho o wierzch trumny. W gąszczu splątanych ze sobą szat, chwycił zaciśnięta w pięść dłoń Sonei. Otoczył ją swoją barierą ochronną, chcąc okryć przed ulewą. Rozejrzał się po twarzach zebranych osób. Nie przyszło zbyt wielu, jedynie najbliżsi przyjaciele Dorriena i Rothena, resztę prawdopodobnie odstraszyła pogoda.

Nagle usłyszał czyjś cichy głos, śpiewający nieznana mu piosenkę. Z lekkim zaskoczeniem zerknął na Soneę i zauważył, że ledwie poruszała ustami i brzmiało to tak, jakby śpiewała kołysankę. W szumie deszczu nie potrafił zrozumieć słów, ale gdy w pewnym momencie jej głos załamał się, Akkarin poczuł, jak jego serce ściska się w żalu.