"Rozczarowanie"

Z daleka rozpoznała imponującą sylwetkę Czarnego Maga, który czekał na nią nieopodal Areny. Kiedy podeszła bliżej, zauważyła, że bariera ochronna była na swoim miejscu. Posłała Akkarinowi zdziwione spojrzenie, który w odpowiedzi wzruszył lekko ramionami.

- Widzę, że słuchałaś mnie bardzo uważnie, gdy mówiłem, co zamierzałem zrobić z mocą Kariko – powiedział z ironiczną nutką w głosie.

Sonea poczuła, że jej twarz pokrywa się lekkim rumieńcem, więc spuściła głowę.

- Musiało być jej dużo – zauważyła.

Akkarin w odpowiedzi jedynie skinął głową. Przez chwilę przyglądał jej się spod zmarszczonych brwi.

Powróciły do niej wydarzenia poprzedniej nocy i Sonea poczuła, że znowu się czerwieni. Kiedy wczoraj wyszedł, poczuła się niezwykle samotna i to samo uczucie towarzyszyło jej teraz, gdy patrzyła na jego twarz, wiedząc, że musiała kontrolować swoje uczucia. Na szczęście krótka rozmowa z Cerynim pomogła jej się rozluźnić, a wizyta u ciotki i wuja odpędziła większość kłębiących się myśli.

- Chodźmy – powiedział Akkarin, wyrywając ją z zamyślenia.

Poprowadził ją na środek Areny, zwiększył dzielący ich dystans do kilku kroków i skrzyżował ręce.

- Podczas walki z Kariko – zaczął, a Sonea wzdrygnęła się słysząc to imię po raz kolejny, w tak krótkim czasie – zrobiłaś coś bardzo ciekawego, Soneo.

Uniosła brwi, nie mogąc przypomnieć sobie żadnych spektakularnych wyczynów ze swojej strony.

- Nie pamiętam… - zaczęła, lecz Akkarin nie pozwolił jej dokończyć zdania.

- Nie mogłaś – powiedział, a jego wzrok nabrał surowości, której dawno już nie widziała. – Byłaś nieprzytomna i żadne z nas nie mogło tego zobaczyć. Mówię o tym, co zrobiłaś tuż po ostatnim ataku Kariko.

- Nic nie zrobiłam.

- A jednak. – Na jego ustach zamigotał cień uśmiechu.

Przeniosła ciężar ciała na drugą nogę i oparła dłonie na biodrach, przypatrując mu się z zaciekawieniem.

- Gdy Kariko cię zaatakował, jego uderzenie odbiło się od ciebie i trafiło w niego. Oczywiście odbijające się zaklęcia od tarczy to nic nowego, jednak zazwyczaj ulegają one szybkiemu rozproszeniu, a ich kierunek jest wyłącznie losowy. Za to ty…

Wydało jej się, że na jego twarzy pojawił się wyraz dumy.

- Za to ty, Soneo, zrobiłaś coś, o czym wcześniej nie słyszałem. W jakiś sposób oddałaś mu dokładnie to samo, co miało na celu zranić ciebie.

- Czekaj, skąd o tym wiesz? Byłeś nieprzytomny, nie rozmawialiśmy o tym wcześniej – wtrąciła, czując, jak elementy układanki przestają do siebie pasować.

- Rozmawiałem z Administratorem Osenem – powiedział spokojnie.

- Ach…

Przecież sama zauważyła ich częste spotkania. Mistrz Osen był na dachu Uniwersytetu w czasie, kiedy w dole toczyli walkę z Kariko, więc musiał wszystko widzieć.

- To powinno nas wtedy zabić – powiedział mrocznym głosem.

Podniosła na niego przerażone spojrzenie. Przez jej nierozsądną decyzję mogli zginąć. Przeżyli cudem, bo nieświadomie zdołała ich ochronić. Nie zdawała sobie wcześniej sprawy ze powagi decyzji, którą wtedy podjęła. Zakryła dłonią usta, z których wydobył się zduszony jęk.

- Ja…

- To już nie ważne, Soneo – powiedział. - Chciałbym, żebyś mi pokazała, jak to zrobiłaś.

Akkarin podszedł do niej bliżej.

- Ja nic nie pamiętam. Nie wiedziałam, że coś zrobiłam – mruknęła, z każdym słowem uświadamiając sobie własną głupotę oraz ryzyko, które wtedy podjęła.

- Tego też się spodziewałem.

Wbiła wzrok w ziemię pod stopami. Echo tego, co przed chwilą powiedział, brzęczało w jej głowie niczym nieznośny owad. Jak mogła być taka lekkomyślna?

- Spędziłem kilka dni w bibliotece, lecz nie znalazłem nic na ten temat. To dało mi do myślenia. Wydaje mi się, jestem nawet prawie pewien, że ma to związek z wyższą magią. – Jego głos zawibrował przyjemnie.

Rozszerzyła oczy w zdziwieniu.

- Czarną magią? – wyszeptała z ekscytacją.

- Tak. Wszystko wskazuje na to, że polega to na pobieraniu mocy, bez kontaktu fizycznego.

- Jak na to wpadłeś? – Nie potrafiła ukryć zaskoczenia w swoim głosie. Ten człowiek nigdy nie przestanie jej zadziwiać.

Jego niski śmiech rozluźnił nieco napięcie krępujące jej ciało.

- Skoro zasoby biblioteczne milczały na ten temat, musiało mieć to związek z czymś, do czego nie powinno się mieć łatwego dostępu.

Dziewczyna zmarszczyła brwi, gdy dotarł do niej sens jego słów.

- Jeśli to rzeczywiście czarna magia, nie możemy się nią posługiwać, a co dopiero jej uczyć – powiedziała ponuro.

Akkarin uniósł brwi, a w jego spojrzeniu dostrzegła coś, co zwykła nazywać ciszą przed burzą.

- O tym właśnie chciałem z tobą porozmawiać – powiedział cicho, dyskretnie obejmując spojrzeniem Arenę i otaczającą ich przestrzeń. – Ale nie tutaj, chodź.

Odwrócił się z szelestem czarnych szat i skierował kroki w stronę ogrodów.


Siedząc na łóżku, w samotności, wciąż czuła wzbierające w niej podniecenie i szok, towarzyszące jej podczas rozmowy z Akkarinem. Jednocześnie, na jej ustach zatańczył łobuzerski uśmiech.

- Co?! – krzyknęła, gdy skończył mówić, jednak błyskawicznie opanowała swój głos, widząc dezaprobatę w jego oczach. – Nie, nie możemy – zaprzeczyła energicznym ruchem głowy.

- Jak dotychczas łamanie praw Gildii nie było dla ciebie takim problemem.

Sarkazm w jego tonie, obudził jej uśpioną czujność.

- Ale po tym wszystkim? Wiesz co będzie, kiedy się wyda?

Stojący przed nią Mag w czarnych szatach, skrzyżował ramiona na piersi i wbił w nią stalowe spojrzenie. Przez dłuższą chwilę jego wzrok prześlizgiwał się po jej twarzy, jakby szukał odpowiedzi na zadane przez nią pytanie. Co jeśli?

- Nie mogę cię do tego zmusić Soneo. Ale chce, żebyś zrozumiała, że to bardzo ważne. Jesteś niedouczonym czarnym magiem, a Ichani mogą powrócić.

Westchnęła, wiedząc, że i tak nie była w stanie mu odmówić. Skoro Akkarin uważał to za konieczne, tak musiało być. A przynajmniej mogłaby w to uwierzyć.

- Czego jeszcze możesz mnie nauczyć? – zapytała z rezygnacją.

- Wielu rzeczy, moja Nowicjuszko – odparł, a Sonea z mieszanymi uczuciami odnotowała, że coraz częściej tak się do niej zwracał. – Ale nie tylko ty możesz się czegoś nauczyć. Dzięki twojej sztuczce wiem, że wciąż nie mam pojęcia o wielu innych aspektach czarnej magii.

Posłała mu złowieszczy uśmiech.

- A więc jednak okazałam się przydatna? – zapytała, mrużąc oczy.

Akkarin nie odpowiedział na tę zaczepną uwagę, jedynie przyjrzał jej się uważniej i w zamyśleniu pokiwał głową. Po chwili, między jego brwiami, pojawiła się poprzeczna zmarszczka, która, jak już Sonea zdążyła się przekonać, nie wróżyła nic dobrego.

- Dobrze się czujesz?

Rozszerzyła oczy w zdziwieniu.

- Nie ważne – dodał szybko. – Wydawało mi się tylko.

Zanim zdążyła zadać mu jakiekolwiek pytanie, Akkarin zmienił temat.

- Chodź, chcę pokazać ci Rezydencję Czarnego Maga, jest już prawie skończona.


Ukryła twarz w dłoniach. Była wykończona nauką do późna, a to była już jej trzecia zarwana noc nad opasłymi, zakurzonymi tomami, opiewającymi zwycięskie walki dawnej Gildii. Z jej ust wydarło się długie ziewnięcie. Do semestralnych zaliczeń zostały tylko dwa dni, a ona wciąż miała przed sobą wiele materiału do przerobienia. Podczas gdy zwykli Nowicjusze realizowali program na zajęciach, ona była zmuszona do samodzielnego opanowania materiału, co okazało się trudniejsze, niż przypuszczała. Nie pierwszy raz w ciągu ostatnich dni ogarnęła ją frustracja, jednak szybko zdławiła w sobie to uczucie. Nie zamierzała poddać się, skoro zaszła już tak daleko.

Czytając kolejny rozdział o wojnie z Sachaką natknęła się na coś, co przykuło jej uwagę bardziej niż poprzednie, nudnawe opisy. Wódź naszych wrogów zdawał się być niepokonany. Chociaż wojownicy nasi przepuszczali najzacieklejsze ataki, nie mogli odnieść zwycięstwa w tej okrutnej walce. Przeciwnik zdawał się być odporny na zadawane mu obrażenia, a walczący stawali się coraz bardziej osłabieni. Pochyliła się bardziej na żółtą stroną, wdychając biblioteczny zapach. Przesunęła wzrok wzdłuż wąskich linijek tekstu. Na szczęście Wyższy Kapłan udzielił naszym wojownikom cennych rad, które przechyliły szalę zwycięstwa na naszą stronę. Przejrzała kilka kolejnych kart, jednak nigdzie nie zostało zapisane, jakich to rad udzielił kapłan, kimkolwiek on był.

Gdyby nie dzisiejsza rozmowa z Akkarinem, podczas której, po raz kolejny próbowali rozszyfrować zagadkę metody jej obrony przeciwko Kariko, nie zwróciłaby uwagi na zapisany tekst. Poczuła dreszcz podniecenia. Jeśli jej przypuszczenia okażą się słuszne, być może w końcu zrobią krok w przód w swoich poszukiwaniach. Jeżeli miało to coś wspólnego ze starożytną magią, jeśli tam tkwiła pierwsza wskazówka, nie mieli czego szukać w bibliotece Gildii. Już wieki temu, kiedy wyższa magia została uznana za zło, magowie pozbyli się większości ksiąg, które ją opisywały. Pozostały jedynie nieliczne egzemplarze, skrupulatnie ukryte w podziemiach i odnalezione przez Akkarina. Jednak one nie nawiązywały do czasów starożytnych. To, czego potrzebowali było znacznie dalej, w innej bibliotece. W Elyne.

Osunęła się na twarde oparcie krzesła, będąc pod wrażeniem swojego odkrycia. Dlaczego wcześniej na to nie wpadli? Być może Akkarin już o tym pomyślał, jednak z jakichś powodów odrzucił tę możliwość? Jej entuzjazm osłabł odrobinę, lecz podtrzymała go myślą, że jutro będzie mogła zaproponować Akkarinowi swój pomysł.

Z głuchym trzaskiem zatrzasnęła grubą księgę, wzniecając tym samym chmurę kurzu. Krztusząc się, z przekleństwem na ustach, podeszła do okna i otworzyła je. Wyjrzała na lekko oświetloną Arenę, naprzeciw jej okna. Wychyliła się bardziej, chcąc zobaczyć Dziedziniec i Dom Magów. Delikatna łuna światła unosił się nad fontanną, lecz Sonea nie mogła dosłyszeć kojącego dźwięku szumu wody. Za to z łatwością dostrzegła czarną postać, która mignęła jej w alejce pomiędzy Domem Magów a ogrodami. Ułamek sekundy wystarczył, żeby rozpoznała w tajemniczej sylwetce Akkarina.

Jak zwykle poczuła się zdradzona, że Czarny Mag nie dzielił się z nią swoimi planami. To nie pierwszy raz, gdy zauważyła go, wymykającego się pod osłoną nocy. Parę razy zastanawiała się, dlaczego nie korzystał z podziemnych przejść. Gdy odważyła się go o to zapytać, odparł jej chłodnym tonem, że tajemne korytarze w Domu Magów zostały zasypane kilka dekad temu, gdy zarządcą Gildii był histeryczny Mistrz Tamarid, wierzący w teorie spiskowe, mające na celu zamach na jego życie. Jak się później dowiedziała, zakończył swój żywot krótkim, aczkolwiek spektakularnym, skokiem z urwiska.

Z westchnięciem zamknęła okno i zasunęła grube zasłony, jej ulubione wyposażeniem pokoju. Od czasu wygania i walk o Imardin, nie lubiła gwałtownych bodźców, Wzbudzały w niej nerwowość. Jednym z takich nieprzyjemnych bodźców było ostre, poranne słońce, które wdzierałoby się do jej pokoju, gdyby nie ciężki materiał. Wolała budzić się w przyjemnej atmosferze ogarniętego przyciemnionym światłem pomieszczenia i odsuwać zasłony dopiero wtedy, gdy miała na to ochotę. Z radością powitała uczucie otulającej jej pościeli i zwinęła się w kłębek. W tej pozycji sen przychodził najszybciej.


Na śniadanie wybrała szaro-żółtą papkę, która była prawdopodobnie owsianką z ziarnami tenn i owocami pachi. Usiadła przy najbardziej oddalonym stoliku i wbiła mordercze spojrzenie w swoje jedzenie, jakby chciała obarczyć je winą na zmęczenie i zdecydowanie niewystarczającą ilość snu.

Jeszcze tylko dwa dni. Zdasz i w końcu się wyśpisz. Do końcowych egzaminów zostało tylko nieco ponad miesiąc. Myślała zbijając łyżką owsiankę w jeszcze bardziej odrażającą maź. Po raz kolejny pożałowała, że znowu wybrała to okropne danie, jednak było jedynym, które była w stanie przełknąć o tak wczesnej porze. Przed oczami mignęła jej srebrna taca. Uniosła zmęczone spojrzenie.

- Soneo, marnie wyglądasz – powiedział Rothen z nieskrywaną troską.

- Dzięki – burknęła i wróciła do maltretowania śniadania.

Mężczyzna zajął wolne miejsce obok niej.

- Chyba za dużo czasu poświęcasz na naukę – oświadczył przepoławiając bułkę. – Jedz.

Sonea zaśmiała się cicho. W końcu przełknęła pierwszą łyżkę i jak co rano, stwierdziła, że owsianka smakowała jedynie trochę lepiej, niż wyglądała.

- Powinnaś odpocząć – kontynuował Rothen, zajęty rozsmarowywaniem masła.

- Odpocznę sobie za dwa dni – opowiedziała, nabierając kolejną porcję.

Rothen odłożył misternie przyszykowaną kanapkę i spojrzał jej prosto w oczy.

- Oczywiście, pod warunkiem, że najpierw je przeżyjesz – powiedział z przekąsem.

Uśmiechnęła się do niego, zadowolona, że poczucie humoru powracało do jej byłego mentora. Rzeczywistość jednak nie dała o sobie zapomnieć, gdy podniosła wzrok i dostrzegła kilka wrogich spojrzeń. Poczuła ucisk w żołądku.

Tak było każdego dnia. Przychodziła na śniadanie razem z magami (spożywanie posiłków z Nowicjuszami zostało jej zakazane), wybierała szarą papkę i siadała przy najbardziej odległym stole, patrząc tylko na swoje jedzenie. Zjadała je tak szybko, jak tylko pozwalał jej na to ściśnięty żołądek i czym prędzej opuszczała salę. Nie rozglądała się, ani nie podnosiła wzroku, wiedząc, że jedynym, co spotka, będą spojrzenia pełne nienawiści. Niektóre zabarwione współczuciem, jednak rzadko które wyrażały coś ponad bierną akceptację. Czuła się nie na swoim miejscu. Widziała, że za nienawiścią, czy wrogością, skrywał się strach. Kim była? Odmieńcem.

Niczym potężna fala, zalały ją uczucia, które starała się zagłuszyć, gdy tylko wchodziła do tego pomieszczenia. Niesprawiedliwość. Wątpliwość, że wszystko to, co zrobiła razem z Akkarinem, było na nic. Nie otrzymała żadnej wdzięczności, bo czy ograniczenie praw i traktowanie jak więźnia było jej przejawem? Dlaczego, zamiast schować się gdzieś daleko, wolała wrócić tutaj, by ratować coś, co jak się później okazało, niewiele dla niej znaczyło?

Zacisnęła dłoń na bezbronnej łyżce, aż pobielały jej kłykcie.

- Co się stało? – jak przez mgłę dotarł do niej głos Rothena.

- Nic – otrząsnęła się. – Muszę iść, coś mi się przypomniało. Przepraszam.

Wstała i szybkim, choć pewnym krokiem skierowała się stronę wyjścia. Starała nie pokazywać po sobie żadnych emocji. Dopiero, gdy znalazła się za drzwiami, przyspieszyła kroku, który zaraz potem zamienił się w bieg.

Ukryła się w tajnym przejściu na pierwszym piętrze Uniwersytetu, oparła plecami o zimną ścianę i osunęła na podłogę, chowając twarz w dłoniach. Po chwili jej ramiona zaczęły nienaturalnie drgać i wiedziała, że była krok od płaczu. Gdy pierwsze, ciepłe krople spłynęły po jej twarzy, przytuliła się do swoich kolan.

Co się z nią działo? Dlaczego mazała się jak dziecko, z powodu kilku nieprzychylnych spojrzeń?

Nie mogła jednak powstrzymać się przed kolejnymi falami płaczu.

Akkarin nie był traktowany z taką wrogością. Wszyscy, poza nielicznymi osobami, bali się go, jednak odnosili się w stosunku do niego z pewnym szacunkiem. Nie był w końcu nowicjuszem, tylko byłym Wielkim Mistrzem, a jego opowieść podczas Przesłuchania poruszyła wiele osób. Niektórzy rozumieli jego intencje, inni zdawali się je po prostu akceptować. Przecież nie nauczył się zakazanej magii z ciekawości.

Lecz kim była w ich oczach ona? Dziewczyna wyciągnięta z brudnych slumsów i wprowadzona niemal siłą w ich szeregi. Słyszała, co mówili o niej Nowicjusze. Wepchnęła się Akkarinowi do łóżka, podstępnie uwiodła go, pragnąc jedynie zasmakować władzy. Wszystko, co robiła, było grą. Nienawidili jej. Dlaczego więc magowie mieliby okazać więcej zrozumienia i myśleć o niej przychylniej? Zwinęła się w mniejszy kłębek, jakby miało ją to uchronić przed pożerającą ją rozpaczą.

Z letargu wyrwały ją ciepłe i silne ramiona, które otoczyły jej zmarznięte ciało. Poczuła w nozdrzach znajomy zapach i mocno przylgnęła do obejmującego ją mężczyzny.

- Wszędzie cię szukałem – usłyszała niski głos.

Dotarło do niej, że kryjąc się w tunelach, straciła poczucie czasu. W odpowiedzi jedynie schowała się w materiale czarnej szaty.

- Co tutaj robisz? – zapytał.

Spojrzała na niego zaczerwienionymi oczami. Akkarin powiększył świetlistą kule nad ich głowami. Zmarszczył brwi, widząc, w jakim była stanie. Po chwili mrok w jego oczach rozświetlił się, gdy dotknął jej policzka.

- Soneo.

Wymawiając jej imię starł bariery, które pieczołowicie zbudowała.

- Akkarin, po co my tu wracaliśmy? – jęknęła. – Oni nas nie chcą. Mnie. Nienawidzą mnie.

Szybkim ruchem na powrót schowała się w jego objęciach. Jej ciałem wstrząsnęła fala płaczu.

Mężczyzna westchnął i delikatnie odsunął ją od siebie, by móc zajrzeć jej w oczy.

- Nikt cię nie nienawidzi – powiedział spokojnie.

- Mówisz tak, bo nie widzisz ich spojrzeń, nie słyszysz, co mówią – wydusiła, krztusząc się łzami.

- Po prostu się boją – starał się mówić spokojne, jednak również lekko podniósł głos.

- Byłoby lepiej gdybyśmy zostali w tamtych przeklętych górach – zaszlochała.

Przytulił ją do siebie, chcąc ukoić jej rozkołysane nerwy. Gdy powoli uspokajała się w jego ramionach, Akkarin zamyślił się.

- Wszystko się ułoży – dodał po dłuższej chwili.

Sonea zaprzeczyła słabym ruchem głowy.

- Musi – powiedział już wyłącznie do siebie.