"Sprzymierzeniec"
Nerwowo szarpnęła za gałkę przymocowaną do okna i otworzyła je na oścież. Zaczerpnęła do płuc zimne i wilgotne jesienne powietrze. Osunęła się powoli na parapet i przyłożyła policzek do zimnego kamienia. Tym razem już o wiele spokojniej, głośno wypuściła powietrze. Nerwy nie pozwalały o sobie zapomnieć. Jeszcze jeden dzień, tylko tyle i jeśli wszystko dobrze pójdzie, stanie się pełnoprawnym Magiem... Czarnym Magiem. Poczuła nerwowy skręt żołądka i naciągająca falę mdłości. Po co starała się oszukać samą siebie, że nie przejmowała się egzaminami końcowymi? Już samo zdenerwowanie świadczyło o tym, ile dla niej znaczyły. Uciszyła w sobie chęć ucieczki z Gildii i skupiła się na najbliższych tygodniach. Głęboko pragnęła wypaść na nich lepiej, niż tylko dobrze. Mogłabym tym samym udowodnić, że jednak była coś warta. Nie sobie, nie Akkarinowi, czy Rothenowi, ale wszystkim tym, którzy wykręcali na jej widok twarz w złośliwym grymasie i szeptali za plecami przesączone wrogością słowa.
Ostatnie tygodnie spędziła niemal w całości na gruntownej nauce, tym samym ledwo widując Akkarina. Owszem, poświęcał jej trochę czasu, pomagając w przygotowaniach do egzaminów, jednak tęskniła za jego dotykiem i iskrzącym się spojrzeniem, które dostrzegała tylko wtedy, gdy byli zupełnie sami.
Noc była mroźna, lecz mglista. Nagie drzewa straszyły mrocznymi cieniami bezlistnych gałęzi, a śpiew ptaków, który Sonea tak kochała, zamienił się w żałosne zawodzenie wiatru. Lada dzień spodziewano się pierwszych opadów śniegu. Nie mogła doczekać się, aż szarawy świat zostanie przykryty śnieżną pierzyną, niczym piękną ozdobą, na zbliżający się Dzień Zwycięstwa. Obchodzono go na cześć dawno wygranej wojny z Sachaką. Tego dnia mieszkańcy Imardinu wywieszali ozdobne proporce z różnorakimi haftami, ukazujące sceny z tamtego radosnego dnia. Śpiewano patriotyczne pieśni, a na dworze królewskim i w Gildii organizowano wystawne uczty. Oczywiście w mieście nie żył już nikt, kto mógłby pamiętać owe zdarzenie, jednak przetrwało ono w pamięci i było przekazywane z pokolenia na pokolenie. Sonea podniosła smutne spojrzenie na Oko, które schowane było za kotarą granatowych chmur. Czy dzień, w którym pokonali Ichanich, również przejdzie do historii? Czy w opowieściach obok Czarnego Maga Akkarina pojawi się jego nowicjuszka? Szczerze w to wątpiła.
Zamknęła okno i usiadła za biurkiem. Zebrała wszystkie notatki na jutrzejsze trzy egzamin z Uzdrawiania, Alchemii i Sztuk wojennych, i zaczęła czytać je od początku. Kolejne kilkadziesiąt godzin miało zdecydować o jej przyszłości.
Spacerowała po ogrodach, wsłuchując się w skrzypienie białego puchu pod stopami. Alchemicy zajmujący się przewidywaniami pogody, mieli rację, śnieg spadł i to nawet wcześniej niż przypuszczali. Nagła zmiana pogody była dla niej niczym prezent w dniu egzaminów. Uśmiechnęła się lekko i kopnęła usypaną górkę. Śnieg wzbił się w powietrze, a jego maleńkie płatki zalśniły w ostrym słońcu. Zamknęła oczy i odczekała chwilę, zanim iskrzące się drobinki opadły na jej twarz, kłując przyjemnym chłodem. Po chwili zrobiła coś, czego nie robiła, odkąd stała się nowicjuszką. Wysunęła język i złapała ostatnie zamarznięte krople, śmiejąc się przy tym cicho.
Akkarin stał przy oknie i z ledwo widocznym uśmiechem obserwował bawiącą się śniegiem Soneę. Widok jej, beztroskiej, z czerwonymi policzkami i wysuniętym językiem, wywołał u niego promieniujące uczucie ciepła na wysokości serca. Obserwował, jak młoda kobieta schyla się, by nabrać w dłonie garstkę puchu i wyrzucić go w powietrze. Zapewne, gdyby wiedziała, że ją obserwuje, zarumieniłaby się w dokładnie taki sposób, w jaki lubił najbardziej. Opuszczając wzrok, tak, że jej rzęsy dotknęłyby delikatnej skóry wokół brązowych oczu i uśmiechając się do siebie.
Zmarszczył brwi, gdy dostrzegł, że w jej kierunku biegnie czyjaś brązowa postać, najprawdopodobniej wołając jej imię, gdyż Sonea zamarła i obróciła się kierunku nowicjusza.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – dotarł do niego głos.
- Wybacz, zamyśliłem się – powiedział i z niechęcią odszedł od okna. Chętnie poobserwowałby ją jeszcze przez chwilę.
Mistrz Osen cmoknął z dezaprobatą.
- Akurat mówiłem coś ważnego – powiedział, upijając łyk sumi z trzymanej przez siebie filiżanki.
- Jak mogłem to ominąć?
Administrator zacisnął wargi, lecz po chwili uśmiechnął się, widząc błysk w oku przyjaciela.
Strzepnęła resztki śniegu z dłoni i ogrzała zmarznięte palce odrobiną magii.
- Soneo!
Odwróciła się na pięcie i zamarła. W jej kierunku biegła znajoma postać, na widok której ogarnęła ją lekka panika. Regin.
- Soneo – powiedział, gdy zbliżył się do niej na taką odległość, że nie musiał już krzyczeć.
Podszedł do niej na tyle blisko, że Sonea odruchowo cofnęła się o krok. Co prawda, Regin zakończył swoje durne próby upokorzenia jej, a raz, czy dwa razy powitał ją nawet skinieniem głowy, gdy mijali się na korytarzu. Jednak z całą pewnością, nie przywykła do tego, by wołał ją po imieniu.
Przyjrzała mu się podejrzliwie.
- Chodź ze mną, to bardzo pilne – powiedział poważnie.
Ruszył przed siebie, lecz gdy zauważył, że dziewczyna wciąż tkwiła w miejscu, zawrócił.
- Chodź – powiedział, wyciągając rękę i chwytając jej dłoń. – Aj!
- Przepr… - bąknęła, gdyż zdążyła okryć się tarczą.
- Nie szkodzi, chodź – przerwał, wciąż jeszcze jej dotykając i pociągnął za sobą.
Zwolnił uścisk, dopiero, gdy zaczął biec.
- O co chodzi? – zapytała, dysząc i wypuszczając z ust kłębki pary.
Regin posłał jej pobieżne spojrzenie. Zmienił się. Pomyślała. Z jego oczu zniknęła ta odwieczna nutka pobłażania. Wyglądał teraz poważniej i doroślej.
- Nie powinnaś była wychodzić wcześniej z egzaminu – powiedział szybko. – Trzeba było siedzieć i czekać do końca.
Sonea zamrugała szybko w zdziwieniu. Nic z tego nie rozumiała. Nim zdołała otworzyć usta, Regin kontynuował.
- Gdy wyszłaś, korzystając z nieuwagi Magów, Marin podmienił twoją pracę. Nie wiem jak tego dokonał, ale na pewno nie zrobił tego po to, by poprawić twoją ocenę.
Sonea poczuła się, jakby ktoś otworzył drzwi i okna w jej głowie, tak, że powstał chłodny przeciąg, wydmuchując z niej resztki dobrego nastroju. Przecież dopiero co cieszyła się z egzaminu ze Sztuk Wojennych, który tak dobrze jej poszedł. Pytania ułożone były zupełnie, jakby dla niej. W myślach ujrzała twarz nowicjusza, o którym mówił Regin. Marin? Ten gruby chłopiec, który na pierwszym roku pożyczył jej atrament? Zagotowało się w niej ze złości. Dlaczego? Dźwięczało pytanie w jej myślach, ale Sonea znała odpowiedź.
Przebiegli przez drzwi Uniwersytetu. Regin zatrzymał się przed schodami.
- Jeśli Mistrz Peakin i Garrel, nie zabrali jeszcze testów z powrotem do Archiwum, o wiele łatwiej będzie udowodnić oszustwo – powiedział szybko.
Dziewczyna kiwnęła głową, mimo, że nie rozumiała znaczenia jego słów. Regin, widząc jej zagubiony wzrok, wyjaśnił:
- W Archiwum, wszystkie prace są strzeżone magią i nie wiem czy cokolwiek da się wtedy z nimi zrobić.
Sonea pobladła. Regin odwrócił się i zaczął w pośpiechu wspinać się po spiralnych schodach. Wdrapali się na trzecie piętro i biegiem ruszyli w kierunku sali egzaminacyjnej. Odgłos ich kroków rytmicznie dudnił w jej uszach, akompaniując galopującemu sercu. Jej oczom ukazały się sylwetki dwóch Magów, niosących dwie sterty zapisanych pergaminów.
- Nie! – krzyk wydostał się z jej piersi w tym samym momencie, gdy dłoń Mistrza Peakina dotknęła złotej klamki.
Tamci zamarli i zwrócili w ich kierunku z wypisanym na twarzach zdziwieniem.
Sonea i Regin dobiegli do nich. Oddychała głośno, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego słowa. Jej towarzysz oparł dłonie na kolanach i schylony dyszał w kierunku podłogi. Magowie wymienili zdumione spojrzenia. W końcu Regin podniósł głowę.
- Doszło do oszustwa – wydusił z siebie.
Alchemik z przerażeniem zerknął na Wojownika.
- Jakiego oszustwa, Reginie? Co się stało? – zapytał Garrel, po czym przeniósł na Soneę niezadowolone spojrzenie.
- Ktoś podmienił pracę Sonei – odparł spokojniej. Magowie zmarszczyli brwi. – Jestem świadkiem.
Sonea westchnęła głośno.
- Jeśli to znowu jakiś żart na nowicjuszce Sonei… - zaczął Peakin, lecz urwał widząc poważną twarz Regina. – Co dokładnie się stało?
Regin w kilku zdaniach opowiedział o tym, co widział podczas egzaminu. Stał obok, odkładał swoją pracę na biurku, gdy zauważył, że Marin coś kombinuje. Magowie słuchali uważnie. Gdy głos nowicjusza ucichł, zapanowało kilka chwil niezręcznej ciszy.
- Wygląda na to, że musimy zająć się tym problemem, Mistrzu Garrelu – rzekł Peakin.
Jego towarzysz przypatrywał się Reginowi z nieskrywaną złością.
- Na to wygląda – warknął przez zaciśnięte zęby. – Za mną.
Odwrócił się energicznie i szybki krokiem ruszył korytarzem. Posłusznie podążyli za Wojownikiem. Sonea całą drogę wpatrywała się w swoje stopy. Czuła się niezręcznie i nie wiedziała, jak się zachować. Był to pierwszy raz, gdy Regin zrobił dla niej coś innego, niż niemiły żart. Nadal nie była pewna, czy i tym razem nie okaże się to jednym z nich. W końcu dotarli do celu. Garrel dotknął klamki drzwi, prowadzących do swojego gabinetu i gestem zaprosił ich do środka. Sonea, nie wiedzieć dlaczego, spodziewała się ujrzeć coś wyjątkowego, coś, co by pasowało do właściciela. Pokój okazał się jednak wierną kopią innych pomieszczeń w Gildii.
- Siadajcie – polecił, wskazując obitą czerwonym materiałem kanapę.
Arcymistrz Wojowników przez chwilę przeglądał zbiór pergaminów, który nieśli razem z Mistrzem Peakinem, po czym wyciągnął jeden z ich i podał Sonei.
- Czy to twoja praca?
Rzuciła okiem na żółtawą kartkę papieru. Z daleko dostrzegła koślawe pismo, zupełnie różne od drobnych liter, które stawiała. Praca zawierała w sobie wyłącznie same bzdury. Nic, co mogłoby podlegać ocenie. Rozłożyła ją i westchnęła. Oprócz obrażających intelekt treści, wypracowanie zawierało skandaliczne rysunki. Spłonęła rumieńcem, na sama myśli, że ktoś mógłby to zobaczyć i pomyśleć, że była autorką tego okropnego dzieła. Szybko złożyła karki z powrotem i wyciągnęła je w kierunku Maga w czerwieni.
- To na pewno nie jest moja praca – powiedziała stanowczo, lecz w rzeczywistości ogarnęła ją panika. Gdzie w takim razie była jej?
- Same twoje słowa nie wystarczą, aby oskarżyć Marina – wtrącił Alchemik.
Czuła, że pociły jej się dłonie i nie mogła nic na to poradzić.
- Mówiłem, że jestem świadkiem. – Podskoczyła, gdy usłyszała obok siebie głos Regina.
- Reginie… - mruknął Garrel, trąc przy tym skronie.
- Możecie zbadać moją prawdomówność. W końcu to ja oskarżyłem Marina, nie Sonea.
Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. Szybko jednak odwróciła wzrok, zmieszana.
- Nie musisz tego robić – wymamrotała w swoje kolana.
Nie odpowiedział. Atmosfera w pokoju zdawała się gęstnieć od negatywnych emocji.
- Dobrze – warknął Garrel.
Regin wstał i podszedł do swojego mentora. Ten wyciągnął dłonie i dotknął jego skroni. Pokaż mi egzamin. Zobaczył salę wypełnioną nowicjuszami, siedzących na miejscach i rozmawiających podekscytowanym szeptem. Wzrok Regina skierował się w kierunku drobnej kobiety w drugim rzędzie. Była zdenerwowana, ale i pewna siebie. Garrel szybko przerzucił wspomnienie dalej. Sonea wstała, złożyła pergamin i zgodnie z zasadami zostawiła go na swojej ławce. Wyszła i uśmiechnęła się do Mistrzyni Tyi stojącej przy wyjściu. Kilkanaście minut później Regin wstał i wtedy zobaczył Marina, zbliżającego się do ławki Sonei. Rzucił ostrzegawcze spojrzenie w kierunku dwójki Magów, strzegących porządku egzaminu, lecz Garrel wiedział, co tam zobaczy. Mag w czerwonej szacie obserwował nowicjusza i nagle rozległ się hałas. Przewróciło się krzesło. Mistrz Peakin pospieszył z pomocą, a on ujrzał siebie samego, przepraszającego za hałas. Regin jednak zdążył uchwycić moment, w którym oszust sięgnął po kartkę Sonei, szybkim ruchem schował ją w kieszeni, a na jej miejsce położył podobną.
Wojownik wycofał się ze wspomnień nowicjusza.
Gdy oderwał dłonie od skroni Regina, ten patrzył na niego obojętnym spojrzeniem. Obrzucił pobieżnym wzrokiem spiętą Soneę, która wpatrywała się w nich szeroko otwartymi oczami.
- Proszę, żebyście teraz wyszli i zaczekali na korytarzu – polecił.
Wstała i czym prędzej skierowała się do wyjścia, a tuż za nią podążył Regin. Gdy zamknęły się na nimi drzwi, odetchnęła z ulgą. Wciąż nie potrafiła spojrzeć mu w oczy, chociaż stał po przeciwległej stronie, opierając się plecami o ścianę. Jednak musiała wiedzieć.
- Dlaczego mi pomagasz?
- Ludzie czasem się zmieniają, Soneo – odpowiedział powoli.
Zerknęła na niego. Posłał jej słaby uśmiech.
- Ale ty? To znaczy, ty mi pomagasz? – Nie potrafiła ukryć niedowierzania.
Regin spochmurniał i odwrócił wzrok.
- Będzie cię trudniej przekonać, niż myślałem.
Jeśli ciężko jej było uwierzyć w to, że Regin mógł chcieć jej tak po prostu pomóc, to jeszcze trudniej było jej uwierzyć w to, że chciał ją przekonać do swoich dobrych zamiarów. Wbiła w niego pytające spojrzenie.
- Ty chcesz mnie do czegoś przekonywać?
Z jego strony odpowiedziała jej tylko cisza. Gdy Regin zdecydował się poddać badaniu prawdomówności, przestraszyła się, że w ten sposób zechce zrealizować jakiś swój niecny plan. Mistrz Garrel był w końcu jego mentorem. Wystarczyła manipulacja przy wspomnieniach Regina i odrobina przyzwolenia ze strony Wojownika i… No właśnie, co? Ukryła twarz w dłoniach. Za dużo, zdecydowanie za dużo wrażeń, jak na jeden dzień.
- Dziękuję – wydusiła z siebie. Nie do końca wiedziała, czy mówiła to z czystej uprzejmości, czy rzeczywiście była wdzięczna za pomoc. Oczywiście, że była wdzięczna, ale Reginowi?
Jak zwykle zaskoczył ją, pojawiając się znikąd. Podskoczyła, gdy usłyszała jego niski głos nad uchem.
- Dobry wieczór, moja nowicjuszko.
Odwróciła się szybko, by zatopić się w jego ciemnym spojrzeniu.
- Mógłbyś tak nie robić? – spytała, uśmiechając się mimowolnie. – Tak się skradać? Mogłabym zaatakować cię przez przypadek – zagroziła, mrużąc oczy i zbliżając się do niego.
Akkarin zaśmiał się, jakby sam ten pomysł wydał mu się niedorzeczny.
- Doprawdy, Soneo... – Wciąż się śmiejąc, złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie, by ją pocałować.
Jednak po chwili odsunęli się od siebie. Umówili się za pomocą krwawego pierścienia nad strumieniem, lecz nawet ukryci w znanym zaledwie nielicznym miejscu, nie mogli czuć się pewnie. Dopóki nie zostanie oficjalnie Magiem, powinni mieć się na baczności. Na myśl o tym, co będzie później, poczuła ukłucie niepewności.
- Chciałaś się ze mną widzieć.
Sonea westchnęła. Wyciągnęła dłoń i dotknęła jego policzka. Tak było łatwiej i szybciej. Przesłała ku niemu swoje wspomnienia z dzisiejszego dnia. Teraz, kiedy wiedział, o jej uczuciach, przestała się obawiać, że odczyta z jej myśli coś, czego nie powinien.
Akkarin uniósł brwi.
- Regin? – zapytał zdziwiony.
Wzruszyła ramionami. Wciąż nie wiedziała, co myśleć o jego zachowaniu.
- O której jutro?
- Rano.
Gdy w końcu Mistrz Peakin i Mistrz Garrel zaprosili ich z powrotem do środka, oznajmili, że faktycznie doszło do oszustwa. Marin zostanie odpowiednio ukarany, lecz ona będzie musiała napisać egzamin po raz kolejny. Sonea nie mogła powstrzymać jęku, który umknął z jej ust, gdy Alchemik oznajmił, że napisze go jeszcze tego samego dnia. Dzięki jej usilnym prośbom, zgodzili się przesunąć termin o jeden dzień.
Czuła lekką irytację. Myślała, że tego dnia wszystko się skończy, lecz jej plany zostały pokrzyżowane przez głupi żart. Żart, który mógł okazać się tragiczny w skutkach, gdyby nie Regin.
- Nie będę pisać sama. Jedna z nowicjuszek zachorowała i nie mogła stawić się dzisiaj na egzaminie – powiedziała znudzonym tonem.
Zauważyła, że Akkarin przestał jej słuchać. Jego czoło pokryło się drobnymi zmarszczkami i Sonea natychmiast domyśliła się, że prowadził rozmowę mentalną. Przez pierścień, skoro nie mogła nic usłyszeć. I chociaż zdążyła już trochę przywyknąć do jego tajemnic, poczuła cień rozczarowania.
- Co się dzieje? – zapytała, czując jak żal ściska jej krtań. Nie spodziewała się odpowiedzi.
- Muszę iść – odparł szybko. – Zobaczymy się później.
Ucałował przelotnie jej czoło i odwrócił się.
- Akkarin? – zatrzymała go pytaniem. – Czy to ma coś wspólnego z Ichanimi?
Czarny Mag zmarszczył brwi, a jego spojrzenie pociemniało.
- Jeśli tak, to nie chcę, żebyś to przede mną ukrywał. Byliśmy partnerami, nie pamiętasz? – kontynuowała. – Dlaczego nic mi nie mówisz?
Podszedł do niej. Ujął ciemny kosmyk jej włosów, przez chwilę bawił się nim, okręcając go wokół palca, po czym założył jej go za ucho. Spojrzał na nią mrocznym spojrzenie, w którym widziała przebłyskujące zmartwienie.
- Nie jest to konieczne – odparł surowo. – Dla twojego dobra.
Po tych słowach odwrócił się i ruszył w kierunku ścieżki, prowadzącej pod mury. Sonea zacisnęła pięści i wbiła wzrok w jego plecy, który, gdyby było to możliwe, mógłby zabijać.
- Prędzej dla twojego dobra! – wykrzyknęła w stronę znikającej za drzewami postaci.
Hamując cisnące się do oczu łzy gniewu, ruszyła szybkim krokiem w stronę budynków Gildii. Najpierw Regin, teraz on. Miała dość wrażeń jak na jeden dzień i marzyła o ukryciu się w swoim pokoju, otulona kocem.
Ścieżka Złodziei była najlepszym miejscem na ich spotkania. Zszedł do podziemnych korytarzy używając przejścia pod domem Wielkiego Mistrza. Po kilkunastominutowej wędrówce wśród wilgotnych ścian, dotarł do rozwidlenia. Rozejrzał się, oświetlając sobie drogę niewielką świetlistą kulą. Zagwizdał, głośno i krótko i cztery razy uderzył pięścią w ścianę.
Po krótkiej chwili usłyszał odgłos cichych kroków. Z zaułka wyłoniła się postać odziana w sięgający do ziemi skórzany płaszcz. Akkarin rozluźnił się, rozpoznając pogrążoną w ciemności sylwetkę.
- Witaj – powiedział, gdy zbliżyła się do niego wystarczająco.
Ściągnęła kaptur, ukazując parę miodowych oczu, lśniących niebezpiecznie w słabym świetle.
- Witaj, Akkarinie – odpowiedziała kobieta.
Zaczynając współpracę, oboje byli wobec siebie nieufni. Z czasem przekonał się do jej zamiarów i przestał chronić się cienką tarczą w jej obecności. Kobieta wyciągnęła w jego kierunku dłoń.
- Nie musisz tego robić – powiedział, chwytając jej rękę.
- Nie zaczynaj – mruknęła i przesłała mu trochę swojej energii.
Czarny Mag skinął w podzięce, rozluźniając uścisk. Zmarszczył brwi, widząc jej spiętą minę.
- Mów, Savaro – polecił, opierając się plecami o ścianę i krzyżując ramiona na piersi.
- Jak wiesz, obserwuję ją od dłuższego czasu. Z początku myślałam, że to nic ważnego, ale ona ma jakiś plan i jestem pewna, że nie zjawiła się tu bez powodu – mówiła z ostrym akcentem, gubiąc nieraz ostatnie zgłoski. – Dowiedziałam się, że szuka pracy. Pewnie po to, by odciągnąć od siebie uwagę. Wie, że jest obserwowana. Nie przestaje wypytywać o twoją nowicjuszkę.
Akkarin spiął się instynktownie, na myśl o Sonei. Chronić ją. To był jeden z jego celów.
- Myślisz, że ona…
Sachakanka zaprzeczyła ruchem głowy.
- Nic nie wyczułam.
- Więc nie jest zagrożeniem.
- Nie lekceważ jej – syknęła kobieta, mrużąc oczy.
Savara naciągnęła na głowę kaptur.
- Niedługo opuszczam Imardin – oznajmiła. – Teraz, kiedy nie ma tu Ichanich, nie jestem tu potrzebna.
Akkarin skinął głową.
- Dziękuję za pomoc.
Kobieta uśmiechnęła się do niego, ukazując białe zęby. Zmrużyła oczy, niczym drapieżnik przed atakiem.
- Spotkamy się jeszcze – powiedziała gardłowo.
Odwróciła się i pospieszyła korytarzem, znikając w ciemności. Akkarin westchnął zirytowany. W gruncie rzeczy, nie znał jej, a wszystko to, co wiedział, było jedynie owocem jego domysłów. Najważniejsze było to, że pomagała mu, dostarczając cennych informacji. Nigdy nie podała powodu, dla którego to robiła.
Nie lekceważ jej. Słowa Savary, rozbrzmiały echem w jego umyśle i poczuł nieprzyjemne ukłucie strachu. Będzie musiał się temu bliżej przyjrzeć, ale na razie chciał jedynie zobaczyć Soneę. Całą i zdrową.
A/N: Chciałam zaznaczyć, że nie czytałam TZ i nie wiem, kim w rzeczywistości była Savara. Jej postać w moim opowiadaniu, to kim jest, jest moim wymysłem. :)
