"Zielarka"

Z niecierpliwością poruszyła się w fotelu. Akkarin podniósł na nią spojrzenie i uśmiechnął się słabo.

- Wybacz, zamyśliłem się – powiedział.

Wstał i podszedł do dużego okna, z którego rozpościerał się widok na las.

– Jak ci się podoba mój nowy dom?

Odwiedziła go, gdyż z samego rana dostała wiadomość od Violi, że Czarny Mag zaprasza ją do swojej nowej rezydencji. Prywatne spotkania były im wciąż zabronione, jednak ostatnimi czasy zapał Magów do ciągłej inwigilacji dwójki Czarnych Magów, nieco osłabł. Tym samym mogli pozwolić sobie na nieco więcej swobody.

Jednak przyjęła zaproszenie z lekkim wahaniem, wciąż gniewając się o niedawne zajście w lesie i to, że opuścił ją bez żadnego wytłumaczenia.

- Jest… podobny do starego – odparła rozglądając się po niewielkim salonie.

Był przytulny, jednak dość surowy. Tę sprzeczność zawdzięczał sobie z jednej strony ozdobnym, z pewnością kosztownym meblom, miękkiemu dywanowi w kolorze dojrzałej śliwki, trzaskającemu w kominku ogniowi, a drugiej, Czarnemu Magowi, wpatrującego się w nią uważnie spod zmrużonych powiek. A może zupełnie odwrotnie. Może to dom, a nie Akkarin był surowy?

- Chciałem, żeby taki był. Jak przystoi na moje lata, mam swoje przyzwyczajenia.

- Najwyższy czas, żeby się ustatkować – wyparowała.

Akkarin posłał jej zdziwione spojrzenie, unosząc przy tym lewą brew. Soneę zamurowało. Nie miała pojęcia, dlaczego to powiedziała. Odwróciła wzrok, czując gorącą krew, napływającą do jej twarzy. Ku jej uldze do pokoju wszedł Takan, niosąc tacę, na której zauważyła butelkę wypełnioną krwistoczerwonym płynem i dwa kieliszki. Przywitał się z nią zgrabnym ukłonem, a w jego miodowych oczach dostrzegła błysk radości. Odpowiedziała mu ciepłym uśmiechem.

Akkarin bez żadnego problemu zdołał sprowadzić swojego dawnego przyjaciela z powrotem do Gildii. Czarny Mag był zadowolony z braku konieczności szukania nowego służącego, a Takan był spokojny, mając swojego Pana na oku.

- Wina? – zaproponował Akkarin, gdy służący zniknął za drzwiami.

- O tej porze? – zapytała zdziwiona. – Dobrze, poproszę – dodała po chwili namysłu.

Kilkoma długimi krokami podszedł do stolika i przy użyciu magii odkorkował butelkę i sięgnął po kieliszek.

- Zaprosiłem cię też, ponieważ otrzymałem list od Ambasadora Dannyla – rzekł, podając jej czerwony napój.

Wbiła w jego twarz zaciekawione spojrzenie, dając tym samym znak, że ona skupi się na winie, podczas gdy on opowie jej o bibliotecznych odkryciach Alchemika.

Akkarin usiadł w przeciwległym fotelu, a ona powąchała zawartość kieliszka… i przestała słuchać słów Czarnego Maga.

Natychmiast, gdy tylko intensywny zapach dotarł do jej nozdrzy, poczuła silny zawrót głowy. Opadła na oparcie fotela, wpatrując się w swoją dłoń, zaciśniętą na szklanym naczyniu. Wzięła kilka głębokich oddechów, czując nadchodzącą falę mdłości. Na nic się to zdało. Przerażona, nie chcąc zwymiotować na przepiękny śliwkowy dywan, nie myśl o jedzeniu, odstawiła kieliszek na stoliku po swojej lewej stronie i zerwała się na równe nogi.

Zaskoczony Akkarin, zastygł z uniesioną w górze dłonią, którą gestykulował, nie wiedząc, że Sonea ani trochę go nie słuchała.

- Gdzie jest łazienka? – wykrztusiła z siebie.

Wskazał korytarz zza zamkniętymi drzwiami. Sonea, nie czekając na dalsze instrukcje ruszyła w wyznaczonym kierunku. Ku jej wielkiemu szczęściu, pierwsze drzwi, które otworzyła, okazały się być tymi właściwymi.

Zatrzasnęła drzwi, podbiegła do umywalki, odkręciła zimną wodę i opłukała twarz, oddychając głęboko. Dłuższą chwilę trwała oparta o zimny kamień, wsłuchując się w odgłos płynącej, lodowato zimnej wody i czując jak mdłości ustępują. Gdy doszła do siebie, zakręciła kurek z wodą, oparła się plecami o bogato ozdobioną kafelkami ścianę, i usiadła na podłodze. Szok minął i zaczęła zastanawiać się nad reakcją swojego organizmu.

Nie minęło parę chwil, gdy pierwsza myśl sparaliżowała jej ciało.

Czy to możliwe? Czy może być…

Gdy tylko wyszeptała te słowa, natychmiast zasłoniła usta dłonią i odruchowo przyłożyła dłoń do podbrzusza. Poczuła uderzenie gorąca, z jej ust wydobył się mimowolny jęk. Nie panikuj. To może być wszystko. W pośpiechu zaczęła liczyć dni od momentu, kiedy ostatnio krwawiła, pogrążając się w coraz większym przerażeniu. Czuła, jakby świat wokół niej wirował z przerażająca prędkością.

Podskoczyła, gdy usłyszała pukanie do drzwi.

- Soneo? – dobiegł do niej zaniepokojony głos Akkarina.

Na sama myśl rozmowy z nim, teraz, gdy targały nią tak silne emocje, poczuła kolejną falę mdłości.

- Wszystko w porządku, źle się poczułam – odpowiedziała. – Już wychodzę.

Mimo starań, jej głos zadrżał.

Na chwiejnych nogach podniosła się z posadzki i podeszła do umywalki. W lustrze zobaczyła odbicie bladej kobiety, o przestraszonych brązowych oczach.

Zebrała w sobie całą odwagę i przy użyciu magii, zajrzała w głąb swojego ciała. Jednak okazało się to zbyt trudne, a ona za bardzo roztrzęsiona, by kontynuować. Nie mogąc połapać się w labiryncie pulsujących źródeł energii, wycofała się.

Wiedziała, że musiała z kimś porozmawiać. Nie z Zagiem. Plotki roznoszą się zbyt szybko. Pierwszą osobą, która przyszła jej na myśl, była jej ciotka, jednak ona potrzebowała rozmowy teraz, a by spotkać się z Jonną, musiała mieć trochę czasu, by niezauważenie wymknąć się z Gildii.

Tania. Mogła porozmawiać z zaufaną służącą Rothena.

Niepewnie uchyliła drzwi i skierowała kroki ku miejscu najtrudniejszej konfrontacji. Akkarin mógł błyskawicznie wyczytać z jej myśli to, co się stało. Nie chciała do tego dopuścić, nie teraz, nie tak. Jeśli to prawda, będzie musiała stawić temu czoła kiedy indziej.

- Przepraszam, źle się poczułam – powiedziała słabo, wchodząc do pokoju.

Akkarin wstał i podszedł do niej. Sonea natychmiast odwróciła spojrzenie, w obawie, że coś z niego wyczyta.

- Soneo, jesteś blada jak ściana – stwierdził.

- Dzięki – odpowiedziała, usiłując zakamuflować panikę. – Chyba ta paskudna owsianka w końcu mi zaszkodziła. Dziwne, że dopiero teraz – zażartowała i posłała mu przelotne spojrzenie.

To wystarczyło, by zauważyć niepokój w jego oczach.

- Wydaje mi się, że… - zaczął.

- Pójdę do Uzdrowicieli, na pewno mają na to jakieś zioła – przerwała mu, chwytając swój płaszcz i kierując się w stronę wyjścia.

- Zaczekaj, Takan cię odprowadzi.

- Nie! Nie trzeba – powiedziała w pośpiechu, nie oglądając się za siebie.

Szybkim krokiem wyszła z rezydencji Czarnego Maga.

Gdy przekroczyła próg, zganiła się w duchu. Zamiast zachować spokój, spanikowała. Jak w ogóle mogła się łudzić, że zdoła ukryć przed nim swoje myśli?


Droga do Domu Magów dłużyła jej się w nieskończoność i gdy w końcu dotarła do właściwych drzwi, była jeszcze bardziej roztrzęsiona, niż gdy zostawiała zaskoczonego Akkarina pośrodku jego pięknego salonu.

Zapukała głośno i szybko, i gdy usłyszała przytłumiony głos dawnego mentora, weszła do środka.

Siedział za swoim biurkiem, a zza sterty pergaminów wystawał jedynie czubek jego siwej głowy. Wychylił się i spojrzał na nią.

- Przepraszam dziecko, mam tyle prac nowicjuszy do przeczytania. Musiałabyś zobaczyć, co za głupoty wypisują. Ale wejdź, wejdź kochana, zapraszam, Tania przygotuje nam rakę.

- Rothenie, nie odrywaj się od pracy. Bardzo przepraszam, że ci przeszkadzam, ale właściwie to przyszłam zobaczyć się właśnie z Tanią.

Starała się mówić spokojnym tonem. Wiedziała, że Alchemik z łatwością pozna, że coś ją trapi, jeśli nie zdoła ukryć swoich emocji.

Rothen uniósł brwi w zaskoczeniu, lecz po chwili uśmiechnął się ciepło.

- A cóż to za tajemnice?

- Chodzi o… sukienkę na bal inauguracyjny – skłamała w pośpiechu.

- O nic więcej nie pytam! – roześmiał się. – Tania jest w kuchni.

Sonea podziękowała mu skinieniem głowy i swobodnym krokiem ruszyła w stronę niewielkiego pomieszczenia na końcu mieszkania, chociaż miała ochotę puścić się przed siebie biegiem.

- Taniu! – powiedziała, wiedząc dobrze znaną sylwetkę, pochyloną nad stołem.

Kobieta uniosła głowę, lecz nie przestała obierać jabłka, które trzymała w dłoni.

- Panienko Soneo, miło cię widzieć! – uśmiechnęła się szeroko. – Zaparzyć rakę?

Gdy tylko weszła do małego królestwa, jakim była kuchnia Tani, poczuła się nieco spokojniej.

- Dziękuję. Taniu, chce z tobą o czymś porozmawiać – powiedziała poważnie, siadając za stołem, naprzeciwko służącej.

Kobieta zaczęła kroić owoc na grube paski. Wierzchem dłoni odgarnęła włosy z czoła.

- Wiesz, że mogłabym ci w tym pomóc – wtrąciła Sonea.

- Dziękuję, lubię to robić. Pomaga się zrelaksować, po za tym ufam swoim rękom, a nie magicznym sztuczkom.

Sonea uśmiechnęła się pod nosem. Za to lubiła Tanię, była bezpośrednia i szczera.

- Nie wiem, od czego zacząć – powiedziała cicho.

- Od początku panienko.

- Słyszałaś kiedyś o jakiejś nowicjuszce, która… hm, została wyrzucona z Gildii?

- Słucham? – Służąca poderwała głowę i posłała Sonei zdziwione spojrzenie. – Auć! Niech to…

Sonea zauważyła jej zakrwawiony palec i zerwała się ze swojego miejsca.

- Niepodobne, żeby moje ręce tak mnie zawiodły – zaśmiała się Tania.

- Daj, pomogę, to zajmie chwilę – powiedziała, chwytając jej dłoń.

Dopiero, gdy wyciągnęła rękę, zauważyła jak mocno drżała. Nie zdołała tego ukryć przez bystrą służącą Rothena. Dotknęła rozcięcia i błyskawicznie zaleczyła drobną rankę. Chciała wycofać się i pozwolić Tani kontynuować pracę, lecz ta mocniej zacieśniła uścisk.

- Soneo, co się stało? – zapytała zmartwiona. – Cała się trzęsiesz.

Podniosła wzrok na służącą i poczuła nabiegające do oczu łzy. Opadła na ziemię, pociągając kobietę za sobą. Starając się ukryć twarz, rozpłakała się. Zdziwiona Tania przysiadła naprzeciwko Sonei i troskliwie ją przytuliła.

Gdy w końcu zdołała się uspokoić, opowiedziała jej pokrótce, co stało się rano i jakie targały nią obawy. Tania uważnie słuchała, coraz to szerzej otwierając oczy.

- Tak się boje, nie wiem jak się upewnić. Nie wiem, komu zaufać – szepnęła.

- Nie bój się, nie bój. Coś poradzimy. Nie martw się – uspokajała ją służąca. – Usiądź.

Sonea posłusznie usiadła na krześle i wbiła wzrok w swoje splecione dłonie.

- Czy mogę spytać, czyje może być to dziecko?

Dziewczyna podniosła przerażone spojrzenie na stojąca przed nią kobietę. Ufała jej. Tania była pierwszą osobą, której zaufała w obcym miejscu, którym była niegdyś dla niej Gildia i przez wszystkie lata, nie dała jej żadnego powodu, by tym zaufaniem jej nie darzyć.

- Nie. Nie mogę ci powiedzieć – zaprzeczyła ruchem głowy. – Nie chodzi o mnie, ale o niego.

Służąca przysunęła krzesło i usiadła przed Soneą. Ujęła jej dłonie.

- Nie chcesz, nie mów. Wiem jak możesz się upewnić. Co prawda to nic sprawdzonego, ale co tam. Skoro nie chcesz iść do Magów.


Z trudem wytrzymała do zmroku. Mocniej naciągnęła kaptur i szczelniej owinęła się płaszczem. Czuła przejmujące zimno, promieniujące od stóp aż po czubek głowy, jednak bała się użyć magii. Szła boczną uliczką, brodząc w wysokim śniegu. Miasto jeszcze wrzało codziennym życiem. O tej porze roku, zmrok zapadał wcześnie.

Lawirowała mniej uczęszczanymi ulicami, chcąc dotrzeć na miejsca, o którym mówiła jej Tania. Czuła mieszaninę sprzecznych uczuć. Była raczej sceptycznie nastawiona w stosunku do zielarki. Jednak determinacja i strach pchały ją do przodu. Potrzebowała tej wizyty.

Skręciła w lewo. Zbliżała się do granicy slumsów, gdzie powinna znaleźć dom zielarki. Od Tani wiedziała tylko, że pomogła kilku jej znajomym i że uchodziła za miejscową znachorkę.

Stanęła przed drzwiami, na których widniał czerwony napis zielarka, zapukała i weszła do środka.

Została owiana tajemniczą mieszanką zapachów. Egzotyczne zioła penetrowały jej nozdrza i otumaniały. Zakręciło jej się w głowie tak mocno, że aż podparła się o ścianę.

- Witaj.

Spodziewała się usłyszeć głos starej osoby, lecz ten, który dobiegł jej uszom, był aksamitny i pociągający. Sonea rozejrzała się po małym pokoiku. Na zawieszonych na ścianach półkach ujrzała dziesiątki buteleczek wypełnionych kolorowymi płynami. Przy oknie i na stole, będącym centrum pomieszczenia, ustawiono doniczki z roślinami i ziołami. W rogu, przy stoliku, stała młoda kobieta w białych fartuchu. W dłoniach trzymała donicę z pomarańczową rośliną.

- Dzień dobry – odpowiedziała w końcu, oszołomiona ilością kolorów i zapachów.

Kobieta podeszła bliżej i Sonea zauważyła, że ta była bardzo piękna. Miała zdrową, promienną cerę, czarne, gęste włosy, opadające na odsłonięte, smukłe ramiona i błyszczące fioletowymi ognikami niebieskie oczy. To właśnie one najbardziej przykuły uwagę dziewczyny.

- Nazywam się Kalia, co cię do mnie sprowadza? – zapytała słodkim głosem.

- Chce się dowiedzieć, czy jestem w ciąży – odpowiedziała, czując paraliżujący strach. – Podobno możesz mi w tym pomóc.

Zielarka zaśmiała się głośnym, perlistym śmiechem, a Sonea poczuła dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa.

- Oczywiście, że mogę. Ja mogę wszystko – powiedziała, chwytając ją za rękę i prowadzać w kierunku krzesła. – Siadaj.

Zgrabnymi, płynnymi ruchami zaczęła krzątać się po pokoju, zbierając z półek coraz to inne buteleczki i rwąc gałązki ziół.

- I jeszcze to – zaśpiewała, zrywając okrągły, różowy owoc z jednego z krzaczków rosnących w doniczkach stojących na ziemi.

Podeszła do paleniska, chwyciła przypalony rondel i zaczęła mieszać jakąś tajemniczą miksturę. Sonea z każdą chwilą coraz bardziej żałowała, że przyszła do tego dziwnego miejsca. W końcu zielarka odwróciła się do niej, w dłoni trzymając szklankę z różowym płynem. Uśmiechała się pokazując białe zęby.

- Proszę… Jak się zwiesz moja droga?

- S… Sonea.

- Proszę… Soneo – powiedziała, podając jej naczynie.

- Co mam z tym zrobić?

- Ach, tak. Wybacz mi – zaśmiała się i klasnęła w dłonie. – Musisz wypłukać tym usta.

Podsunęła jej srebrną miskę.

Sonea trzymała szklankę z ciepłą miksturą i wbijała w zielarkę zdumione spojrzenie. Kilkakrotnie przenosiła wzrok to na różowy płyn, to na podane jej naczynie.

W duchu wyśmiała własną głupotę i naiwność. Czego się spodziewała? Tylko wizyta u Uzdrowicieli da jej pewność, a nie czary miejscowej znachorki. Westchnęła i szybko napełniła usta płynem. W oczach Kalii wyczytała aprobatę. Gestem ręki dała jej znać, aby kontynuowała. Mikstura nie miała konkretnego smaku i jak dla Sonei, smakowała trawą i liśćmi.

Wypluła płyn do miseczki i ze strachem zauważyła krew. Zielarka szybko odebrała od niej naczynie i odeszła na bok. Zaskoczona Sonea delikatnie wsunęła palec do ust, gdy go wyciągnęła, zobaczyła, że był lekko zakrwawiony. Przeniosła na kobietę pytające spojrzenie.

- Co mi zrobiłaś? – zapytała oskarżycielsko.

Zaśmiała się głośno, jednak dla Sonei śmiech ten nie był tak czysty i przyjemny dla ucha, jak poprzednio.

- Nie martw się Soneo, nie zrobię ci krzywdy – powiedziała, a Sonea wzdrygnęła się na dźwięk tych słów. Chciała jak najszybciej opuścić pokój zielarki.

- Spójrzmy… - mruknęła do siebie czarnowłosa kobieta, pochylając się nad srebrzystym naczyniem – Ach.

- Co? Co widzisz?

Zapadło kilkanaście długich sekund ciszy. Sonea z szybkim biciem serca wpatrywała się w twarz kobiety, starając się odgadnąć jej myśli. Mimo, że parę chwil wcześniej uważała przyjście do niej, za stratę czasu i pieniędzy, bała się usłyszeć słowa znachorki.

- Ojciec tego dziecka, może przez nie wiele stracić.

Sonea zamarła. Poczuła zimny dreszcz, spływający wzdłuż kręgosłupa, a tuż za nim, uderzenie gorąca. Głośno nabrała powietrze w płuca.

- O czym ty mówisz? – wydusiła ze ściśniętego gardła.

- Każda tak reaguje na początku – Kalia wykrzywiła usta w uśmiechu. – Nie martw się, przywykniesz. Jesteś w ciąży, a to nic strasznego.

Sonea zerwała się na równe nogi. Poczuła silny zawrót głowy, jednak ustała w miejscu.

- Co powiedziałaś o ojcu dziecka? – warknęła.

Kobieta zwęziła oczy i zaniosła się śmiechem.

Sonea wyszarpnęła z kieszeni monety i położyła zapłatę na stole. Wybiegła na ulicę, zapominając zabrać płaszcz, jednak ruszyła przed siebie szybkim krokiem, nie oglądając się.

Dała się nabrać na jakieś ludowe sztuczki. Była na siebie zła. Nie zmierzała wierzyć w żadne słowo tej kobiety, dopóki nie przekona się osobiście o ich prawdziwości. Mimo wszystko była roztrzęsiona, a strach paraliżował jej ciało i myśli.


Wyszła z ukrytego przejścia i skierowała kroki w stronę biblioteki. Gdy przekraczała jej próg, drżała na całym ciele i oddychała nerwowo. Prawie biegiem ruszyła między regałami. Znała bibliotekę bardzo dobrze, wiedziała gdzie szukać. Dlaczego nie pomyślała o tym wcześniej?

Szybko odszukała regał z interesującymi ją zasobami. Kika minut później wyciągnęła książkę i rzuciła ją na ustawiony pod oknem stół. Błyskawicznie przewertowała kartki. Znalazła. Serce waliło w jej piersi jak oszalałe, a kosmyki włosów przykleiły się do jej spoconego czoła.

Przeczytała skomplikowaną instrukcję dwukrotnie. Zaczerpnęła kilka głębszych oddechów, starając się ochłonąć.

Przymknęła oczy i wniknęła w głąb siebie.

Tym razem dużo sprawniej przedarła się przez labirynt własnej energii. Pokonała ostatnią przeszkodę: swój strach i…

Usłyszała.

Delikatne, cichutkie bicie nowego serca. Promieniujący strumień energii.

Osunęła się na stojące obok krzesło i wycofała się ze swojego ciała. Z jej oczu popłynęły łzy, lecz nie była już pewna z jakiego powodu.