"Prawda" cz. I

Nie powiedziała mu następnego ranka, ani przez cały długi tydzień. W gruncie rzeczy nie była zaskoczona swoim tchórzostwem. Za każdym razem, kiedy przysięgała sobie, że wyzna prawdę kolejnego dnia, wiedziała, że okłamywała samą siebie. Dni mijały nieubłaganie, a Sonea miała coraz mniej odwagi, jeśli kiedykolwiek w ogóle ją miała.

Siedziała w salonie Rezydencji, zanurzona wysokim fotelu, czytając lekką powieść. Odwróciła wzrok od stron książki i wbiła go w widok za oknem. Znów zaczął padać śnieg, mimo że wiosna była tuż, tuż. Westchnęła.

Po krótkiej chwili jej wzrok mimowolnie skierował ku stojącemu obok stolikowi. Piętrzyła się na nim mała sterta papieru. Na wierzchu spoczywał list, który dzisiaj rano wręczył jej Takan, gdy piła swoją poranną rakę. Nadawcą był Rothen. Przełknęła głośno ślinę i po raz kolejny wzięła go do ręki.

Soneo, od dłuższego czasu mnie nie odwiedzasz. Czy coś się stało? Może zechciałabyś towarzyszyć mi dzisiaj przy kolacji? Nie odpowiedziałaś na poprzednie zaproszenie i zaczynam się martwić.

Rothen

Podkuliła kolana do piersi i oparła na nich czoło. Nie mogła w nieskończoność unikać Rothena. Robiła to z czystego strachu przed tym, co wydarzy się, jeśli Alchemik odkryje prawdę. Może jeśli zje z nim kolację i będzie zachowywała się normalnie, ten nie znacznie niczego podejrzewać.


Przyszła nieco wcześniej w nadziei, że znajdzie chwilę na chociaż krótką rozmowę z Tanią. Unikając Rothena, zmuszona była również unikać Tani, więc od czasu wizyty u zielarki, nie miała okazji zamienić ze służącą nawet słówka.

Zapukała do drzwi. Ku jej radości, w drzwiach powitała ją twarz kobiety.

- Soneo, jednak przyszłaś. Rothen już się martwił, że tym razem również się nie pojawisz – powitała ją i zaprosiła do środka.

Sonea opuściła zawstydzone spojrzenie na swoje stopy i mruknęła niewyraźne przeprosiny pod nosem. Gdy Tania zamknęła za nią drzwi, dziewczyna rozejrzała się po mieszkaniu w poszukiwaniu Rothena.

- Ach, nie ma go jeszcze – powiedziała szybko służąca, machając nonszalancko ręką w kierunku pustego miejsca za biurkiem. – Mówił, że ma ważne spotkanie z innymi Alchemikami i że wróci w samą porę na kolację.

Sonea odetchnęła z ulgą. Będzie miała nawet więcej niż chwilkę na rozmowę z Tanią. Spojrzała na kobietę porozumiewawczo. Służąca w mig pojęła intencje Sonei.

- Chodźmy do kuchni – powiedziała szybko, posyłając Sonei ciepły uśmiech.

- Opowiadaj – poleciła, gdy obie siedziały już za kuchennym stołem z kubkiem raki w dłoniach.

Sonea opowiedziała o wizycie u zielarki, jednak głównie skupiła się na swoim odkryciu, którego dokonała jeszcze tego samego dnia w bibliotece. Źrenice Tani rozszerzały się coraz mocniej, gdy słuchała słów Czarnego Maga. W końcu oderwała jedną dłoń od gorącej powierzchni kubka i zacisnęła ją wokół palców Sonei.

- Nie martw się, to naprawdę nic strasznego – pocieszyła ją.

Sonea podniosła ku niej zmartwione spojrzenie.

- Na dodatek ta znachorka. Naprawdę mnie przestraszyła – powiedziała cicho. Widząc przepraszający wzrok Tani, szybko dodała – Nie, nie przejmuj się, chciałaś jak najlepiej. Jestem ci wdzięczna za wszystko Taniu.

Przez chwile przyglądała się dobrze znanej sobie twarzy siedzącej przed nią kobiety. Zbliżała się ledwie do trzydziestki, lecz Sonea miała wrażenie, jakby jej oczy skrywały całą mądrość świata.

- Chciałabym mieć tyle optymizmu i siły, co ty – powiedziała łamiącym się głosem, opuszczając wzrok. – Jestem przerażona.

Ukryła twarz w dłoniach, czując nadciągająca falę płaczu. Zagryzła wargę w nadziei, że pomoże jej to odgonić chwilę słabości. Usłyszała, jak Tania wstała z krzesła i podeszła bliżej, by ująć jej ręce.

- Masz w sobie siłę – położyła jedną dłoń Sonei na wciąż płaskim brzuchu i nakryła ją swoją. – I znajdziesz ją tutaj.

Sonea zmusiła się do uśmiechu pomimo krótkiego szlochu, który wyrwał się z jej ust. W ciągu tcyh paru tygodni, odkąd dowiedziała się o ciąży, zdążyła trochę oswoić się z myślą zostania matką. Wciąż ogarniał ją strach i niepokój, lecz wspomnienie dźwięku bijącego serca podtrzymywało ją na duchu. Mimo tego, nie powtórzyła badania ani razu, niepewna własnej reakcji. Starała się nie myśleć o zmianach, jakie zachodziły w jej ciele, mając nadzieje, że ignorując je, zapomni o całej sprawie. Nie zaakceptowała swojego nowego stanu, zdołała jedynie do niego przywyknąć.

Zadrżała pod wpływem dręczących ją myśli, więc skupiła się na twarzy swojej przyjaciółki. W niebieskim spojrzeniu Tani odnajdywała spokój i ukojenie. Lecz nagle ta błękitna ostoja zamieniła się w mieszankę zaskoczenia i strachu.

Dziewczyna zdała sobie sprawę, że służąca nie patrzyła na nią. Poczuła mrożący dreszcz na karku i błyskawicznie obróciła wzrok za siebie, mimo że i tak wiedziała, co tam ujrzy.

Utkwiła wilgotne od łez spojrzenie w szarych oczach Rothena. Stał w progu kuchni z szeroko otwartymi ustami, ruszając nimi, niczym ryba wyjęta z wody. Musiało minąć kilka długich sekund, zanim zerwała się miejsca i szybkim ruchem ręki osuszyła wilgoć osiadłą na rzęsach i pod oczami. Jeśli miała jakąkolwiek nadzieję na to, że Alchemik nic nie widział, ani nie usłyszał, jego pierwsze słowa starły resztki tej nadziei z powierzchni ziemi.

- Co on ci zrobił? – wycedził przez zaciśnięte zęby.

- Nic...! – zaczęła się szybko bronić.

- Nie kłam! Zastraszył cię! Widzę! – Podszedł do niej i zacisnął palce wokół jej ramion, aż syknęła, bardziej z zaskoczenia, niż z bólu.

- To nie tak, jak myślisz. Nie rozumiesz. – Próbowała wyrwać się z uścisku, w którym ją zamknął.

- Powiedz mi prawdę. Nie musisz się go już bać! – Jego oczy rozpaczliwie błądziły po jej twarzy, szukając odpowiedzi, którą chciał usłyszeć.

Sonea chciała otworzyć usta, lecz słowa uwięzły jej w gardle i jedyne, na czym mogła się skupić były palące smugi wokół jej ramion.

Zszokowana nagłą wściekłością byłego mentora, zdołała jedynie bezsilnie pokręcić głową.

- Nie zostawię tak tego! - syknął. - Tym razem zapłaci za wszystko. Zbyt długo wiele spraw uchodziło mu na sucho. Ale nie krzywdzenie dziecka – mówił rozpalonym głosem.

To uderzyło w nią jak kubeł zimnej wody i jednym, stanowczym ruchem, zdołała oswobodzić się z jego uchwytu.

- Nie jestem już dzieckiem! – warknęła ostrzegawczo.

Wrogość w jej głosie zdziwiła ją samą. Szybko przełknęła ślinę i obeszła Rothena bezpiecznym łukiem, nie odrywając od niego czujnego spojrzenia. Kątem oka wychwyciła sylwetkę Tani, skulonej w kącie, przerażonej tak nagłym obrotem spraw.

- Nie jestem dzieckiem i w końcu to zrozum! – krzyknęła, czując nagłą potrzebę, by bronić nie tylko siebie, lecz przede wszystkim Akkarina. – Nie musisz mnie przed nikim, ani przed niczym bronić! Gdybym potrzebowała twojej pomocy, sama bym po nią przyszła!

- I właśnie teraz jej potrzebujesz! – powiedział, robiąc krok w jej kierunku. – Daj sobie pomóc. Jesteś teraz bezpieczna. On już więcej cię nie skrzywdzi.

Przez głowę przemknęła jej myśl, że jedyne miejsce, w którym czuła się bezpieczna, było miejsce, w którym był Akkarin. Wykrzywiła usta w drwiącym uśmiechu. Obnażyła zęby, niczym wygłodniały drapieżnik przed atakiem na swoją ofiarę.

- Ani kroku więcej! – warknęła. – Zostaw mnie. Spróbuj za mną iść, lub zrobić cokolwiek, o co cię nie prosiłam, a tego pożałujesz. Nie zapominaj, kim teraz jestem – dodała i gestem ręki wskazała swoją szatę.

Odwróciła się na pięcie, lecz zanim zdążyła to zrobić, zauważyła ból w oczach byłego mentora. Jej serce chwycił żal, na który nie mogła sobie teraz pozwolić.

Musiała bronić Akkarina. I siebie.


Nawet nie poczuła, gdy wpadła w czyjąś postać na korytarzu. Była tak zaślepiona przez łzy, gniew i strach, że równie dobrze mogłaby wpaść prosto w ręce Ichanich.

Musiała jak najszybciej wrócić do rezydencji.


Zaklął, gdy jego nos uderzył w burzę czyichś brązowych włosów.

- Uważaj – warknął, zanim zdał sobie sprawę, do kogo należały. - S-Soneo...?

Minęła go, nie racząc nawet spojrzeniem. Jednak nawet w tak krótkiej chwili zauważył łzy na jej policzkach.

- Soneo?! – zawołał po raz kolejny.

Nie odwróciła się.

Pobiegł za nią, nim zorientował się, co właściwie robi. Chwycił ją za łokieć i pociągnął w swoją stronę. Dzikość jej oczu sparaliżowała go zupełnie. Jej wzrok przypomniał mu ranne zwierzę, walczące o przetrwanie, jednak szybko z ofiary przerodziło się w napastnika i zalśniło żywym ogniem. Natychmiast przypomniał sobie, kiedy ostatni raz widział podobne spojrzenie.


Trzy tygodnie wcześniej

Wciąż nie mógł uwierzyć, że się zgodziła, a gdy zobaczył ją w długiej czarnej sukni, uszytej jakby z myślą o niej, potrzebował chwili na to, by się uszczypnąć. Podkreślała każdy jej atut, w tym wąską talię i odkryte ramiona. Przylegająca do ciała, apetycznie, lecz w dobrym guście eksponowała jej piersi, by na wysokości bioder rozchodzić się na boki. Przypominała mu nocne, gwieździste niebo. Czarny materiał gdzieniegdzie wysadzany był drobnymi kryształkami. Włosy upięła nad uszami, a reszcie pozwoliła opaść na plecy. Zdał sobie sprawę, że stał w miejscu i wpatrywał się w nią z lekko otwartymi ustami.

Obdarzyła go zaskoczonym spojrzeniem i podeszła bliżej.

- Zobaczyłeś ducha? – zapytała z lekką drwiną w głosie.

- Coś w tym rodzaju – odparł, wciąż oczarowany.

Przewróciła oczami i pozwoliła odeskortować się w kierunku Sali Wieczornej.

Zabawa była udana i to samo mógłby powiedzieć o całym wieczorze, gdyby nie zobaczył jej wtedy z Czarnym Magiem.

Widział, jak pożerał ją wzrokiem, aż poczuł gotującą się w nim krew. Sonea zachowywała się w jego towarzystwie tak naturalnie. Jej niewymuszony wdzięk kwitł w jego obecności, a ten dureń był na niego obojętny. Zobaczył jak zmarszczyła brwi w niezadowoleniu i westchnęła zrezygnowana. Wtedy wspięła się na palce i musnęła ustami policzek byłego Wielkiego Mistrza. Mimowolnie zacisnął pięści.

Gdy wracała, podtrzymywała suknie z przodu by jej nie przydepnąć, a na jej twarzy wciąż tańczył lekki uśmiech.

- Hej – zaskoczył ją, odrywając plecy od ściany. – Gdzie byłaś?

Zmieszana, podniosła na niego spojrzenie, pod którym zadrżał. Jej brązowe oczy iskrzyły się prawie tak samo, jak jej suknia i Regin był pewien, że jeszcze nigdy w życiu nie widział czegoś tak pięknego. Otworzyła usta, by wymyślić jakieś szybkie kłamstwo, jednak przerwał jej.

- Nie ważne. Chodź, coś ci pokażę.

Przekrzywiła głowę w zaciekawieniu. Przyglądała mu się przez krótką chwilę, po czym wzruszyła ramionami i podeszła bliżej.

Zaprowadził ją do ogrodu z tyłu budynku i wskazał niski murek, by na nim usiedli. Posłusznie zajęła miejsca obok niego i spojrzała w mrok przed sobą.

- Co dalej? – zapytała z nutką niecierpliwości w głosie.

Nie miał pojęcia. Wino, które wypił tego wieczora, skutecznie blokowało wszystkie możliwe pomysły.

- Wiesz, że niektórzy się ciebie boją – powiedział poważnie, na co rzuciła mu przelotne spojrzenie spod zmarszczonych brwi i mruknęła pod nosem coś, co brzmiało jak "a to niespodzianka". - Chodzi mi o to, że...

Sonea zacisnęła usta i Regin zrozumiał, że nie obrał zbyt dobrej drogi. Nabrał do płuc nerwowy oddech.

- Chcę powiedzieć, że cię podziwiam.

Tym razem posłała mu spojrzenie pełne zdumienia, ale także czegoś, co gotów byłby nazwać wdzięczności, gdyby tak szybko nie odwróciła wzroku.

- Za co? - burknęła w stronę swoich kolan.

- Za to, że masz odwagę zostać Czarnym Magiem. I...

- Zupełnie, jakbym miała jakiś wybór...

- ... i za to wszystko, co musiałaś przejść, by się nim stać. Nie zasługiwałaś na żadną z tych rzeczy, które ci się przytrafiły. Nie zasłużyłaś na to, co zrobiłem tobie ja... - urwał, bo Sonea patrzyła na niego, jakby właśnie wyrosła mu druga głowa. Przełknął ślinę i przysunął się odrobinę w jej stronę. Zmierzyła go nerwowym spojrzeniem i zamrugała, gdy ostrożnie chwycił dłoń spoczywającą na jej udzie. - Przepraszam. Za wszystko - wykrztusił wreszcie.

Jej oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. Uniosła wysoko brwi. Po chwili zaśmiała się ponuro i cofnęła rękę.

- Przez te wszystkie lata... - urwała i pokręciła głową. - Mam uwierzyć, że tak nagle postanowiłeś się zmienić?

- Mogłabyś chociaż spróbować.

Wyraz rozbawienia zniknął z jej twarzy i Sonea przyjrzała mu się uważniej, jakby oglądała go pierwszy raz w życiu. Czuł na sobie jej badawcze spojrzenie i delektował się każdą sekundą, w której jej oczy przesuwały się po jego twarzy.

- Nie rozumiem, co tak nagle cię zmieniło - przyznała w końcu.

Wpatrywał się w tę dobrze znaną sobie twarz, którą kiedyś darzył prawdziwą niechęcią. Teraz nie mógł rozumieć, jak mógł jej nienawidzić. Co go zmieniło? Wiele rzeczy jednocześnie. Ale one nie były teraz ważne. Poświęcił zbyt wiele nocy na rozmyślanie o nich, by teraz stracić swoją szansę.

- Ty – odparł, lekko ściągając brwi.

Wyraz jej twarzy złagodniał. A być może było to jedynie nagłe zaskoczenie. Tak czy inaczej, Regin poczuł, że nie mógł zmarnować takiej okazji.

Przysunął się bliżej i nim zdążyła zareagować, pocałował jej rozchylone usta. Ich miękkość i smak, zakręciły mu w głowie. Ta chwila nie trwała zbyt długo, gdyż poczuł jak wszystkie mięśnie w jej ciele napinają się w obronnym geście. Ledwo poczuł aksamitny dotyk jej warg, gdy oderwała się od niego z ogniem w oczach i zerwała na równe nogi. Podążył za nią.

- Co robisz!? – sapnęła, dysząc.

Co mógł powiedzieć? W nadziei, że zdoła jeszcze zmienić jej zdanie, po raz kolejny przysunął się do niej, tym razem chwytając w pasie i przyciągnął ją do siebie. Gdy tylko zakosztował słodyczy jej ust po raz kolejny, poczuł napierające dłonie na barkach. Zduszony jęk wydobył się z jej gardła, zanim poczuł gorące ukłucie na dolnej wardze. Syknął i odsunął się od niej, przykładając palec do świeżego ugryzienia.

Ogniki w jej spojrzeniu przypominały teraz bardziej ognistą burzę.

- Upadłeś na głowę?! – krzyknęła.

- Soneo… - jęknął zrozpaczony i jednocześnie zakłopotany swoją porażką.

- Nie! Zostaw mnie! – warknęła cofając się o kilka kroków.

- Zaczekaj.

- Nie, nie chcę!

- Dlaczego? – zapytał podążając za nią, czując w ustach krew.

- Po prostu nie!

- Wielkiemu Mistrzowi jakoś nie odmówiłaś.

Nim zdążył ugryźć się w język, Sonea podeszła bliżej i poczuł palący żywym ogniem policzek. Warknął, chwytając się za bolącą twarz. Chciał wyciągnąć rękę, by ją zatrzymać, ale wtedy poczuł kolejny ból, tym razem dużo większy. Między nogami. Ze zduszonym jękiem osunął się na kolana.


Teraz w jej oczach widział dokładnie taką samą dzikość, jak tuż przed bolesną karą, którą wymierzyła mu w dniu balu.

- Puszczaj. Mnie – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Nauczony doświadczeniem, posłusznie zwolnił uścisk wokół jej łokcia.

Gdy oddalała się od niego, czuł ten sam ból w klatce piersiowej, który męczył go od paru miesięcy, za każdym razem, gdy znajdowała się w zasięgu jego wzroku.


Chłodne, nocne powietrze przyjemnie muskało jej policzki, gdy szybkim krokiem zmierzała w stronę rezydencji. Gdy dotknęła klamki drzwi, jej dłonie drżały. Bezskutecznie usiłowała uspokoić szalone bicie serca.

Weszła do środka i skierowała kroki w stronę spowitego mrokiem salonu. Rozgorączkowanym wzrokiem poszukała Akkarina.

- Jak udała się kolacja z Rothenem? – usłyszała jego głos i obróciła się, by zobaczyć go w swoim ulubionym fotelu, skierowanym w kierunku okna z widokiem na las.

Wzięła kilka głębokich oddechów i w końcu zdołała uspokoić się na tyle, by być w stanie na niego spojrzeć. Podeszła bliżej i stanęła za oparciem fotela.

Oparła się o miękkie obicie i pochyliła się nad nim. Wyciągnęła ręce i dotknęła ramion Czarnego Maga. Z miejsca, w którym stała, nie mogła dostrzec jego twarzy, lecz sądząc po tym, że nawet nie wstał by ją powitać, musiał być bardzo zmęczony spotkaniem z królem, z którego dopiero wrócił.

Płynnym ruchem przesunęła dłonie wzdłuż napiętych mięśni jego ciała i ułożyła je na jego torsie. Akkarin westchnął głęboko i rozluźnił się nieco. Pod palcami czuła miarowe bicie jego serca. Ten rytm pozwolił jej jeszcze bardziej się opanować.

Zbliżyła usta do jego twarzy i mruknęła:

- Idę spać, jestem zmęczona.

Właściwie, wracając do rezydencji, miała zamiar wyznać Akkarinowi całą prawdę, gdy tylko go zobaczy. Jednak jak zwykle jej odwaga osłabła wraz z dźwiękiem jego głosu.

Powoli zaczęła się prostować, lecz Akkarin drgnął i szybkim ruchem chwycił jej dłoń. Sonea zamarła, czując przyspieszające tętno.

- Czy wszystko w porządku? – zapytał niskim głosem. – Wcześnie wróciłaś.

Poczuła niechęć do samej siebie, za wprawę, którą nabyła w okłamywaniu go. Z biegiem czasu uświadamiała sobie, że bardziej, niż jego reakcji na skrywaną przez nią tajemnicę, bała się tego, co będzie, gdy dowie się, jak długo ukrywała przed nim prawdę. Droga do uzyskania jego zaufania była długa i żmudna, i Sonea doskonale wiedziała, że w ten sposób mogła pozbawić się tego przywileju. Jednak nie mogła nic poradzić na ogarniającą ją niemoc, w momencie, gdy już myślała, że była gotowa wyznać swój sekret.

- Tak – odparła beznamiętnym tonem. – Rothen był po prostu bardzo zmęczony i nie chciałam dłużej zawracać mu głowy.

Wyprostowała się i odwróciła w kierunku drzwi.

- Dobranoc – mruknęła i zniknęła w mroku, czując palące uczucie wstydu.


Krążył po mieszkaniu niczym duch, wpatrując się zawzięcie we własne stopy, jakby ich rytmiczny stukot mógł pomóc mu uporządkować myśli. Zatrzymał się przy oknie, skąd spojrzał na pogrążoną w mroku Rezydencję Czarnych Magów i zmarszczył brwi.

Przed oczami zamigotała mu zapłakana twarz Sonei i sposób, w jaki układała ręce na swoim brzuchu. Nie był pewien, czy bardziej przerażało ją to, co skrywało jej ciało, czy fakt, że została przez niego przyłapana akurat w takiej chwili.

Ojcowski instynkt opieki nad swoją byłą Nowicjuszką sprawił, że znowu zaczął zataczać kręgi po mieszkaniu. Jego mała Sonea była w niebezpieczeństwie. Źródłem zagrożenia była zawsze ta sama osoba, to zawsze był on - były Wielki Mistrz. Rothen zacisnął pięści. Po raz kolejny zbliżył się do okna i posłał mordercze spojrzenie w stronę mrocznych murów domu Czarnych Magów.

Bolesny skurcz chwycił go za serce, gdy przypomniał sobie jej słowa. Spróbuj za mną iść, lub zrobić cokolwiek, o co cię nie prosiłam, a tego pożałujesz. Nie zapominaj, kim teraz jestem. Gdy to mówiła, jej oczy płonęły żywym ogniem, a jej głos ciął powietrze niczym brzytwa.

Niepewność zasiała w nim swoje ziarno. Już od jakiegoś czasu wiedział, że jego mała Sonea nie była dłużej potrzebującą opieki Nowicjuszką. Stała się Czarnym Magiem, posługującym się zakazaną mocą. Była nim, odkąd wygnali ją z miast wraz z Akkarinem. Mógł się domyślać, że były Wielki Mistrz wykorzysta to, by się do niej zbliżyć. Kto wie, od jak dawna tego pragnął?

Sonea mogła być dorosła, jednak wciąż była naiwna, jeśli myślała, że Akkarin zamierzał przyznać się do ojcostwa.

Zacisnął pięści i zatrzymał się przed oknem. Kolejny raz spojrzał w stronę rezydencji, w której Sonea musiała toczyć samodzielną walkę w strachu, że Akkarin kolejny raz ją skrzywdzi. Z palącym serce uczuciem Rothen wiedział, że musiał zapewnić Sonei bezpieczeństwo, tak długo, jak tylko będzie w stanie, bo Czarny Mag był ostatnia osobą, na której można było polegać.

Dopóki żyje, będzie bronił ostatniej drogiej osoby, która pozostała mu na świecie.


Dokładnie w tym samym momencie, w którym Rothen prowadził walkę ze swoimi myślami, piętro wyżej, Regin również nie mógł spać.

Przez kilka niekończących się godzin leżał w łóżku, usiłując zmusić swoje ciało do snu, jednak jego wysiłki były bezowocne. W końcu poddał się, wstał i podszedł do okna, by rozsunąć zasłony i spojrzeć na Rezydencję Czarnych Magów. Jako że została zbudowana bliżej serca Gildii, z Domu Magów była lepiej widoczna, niż Rezydencja Wielkiego Mistrza. Jak przystało na środek nocy, a raczej zbliżający się wschód słońca, okna rezydencji spowite były nieprzeniknionym mrokiem.

Marzył, by choć na chwilę zobaczyć w nich sylwetkę Sonei. Z jego krtani wydobyło się stłumione warknięcie. Ta kobieta mąciła mu w głowie. Zawsze on był tym, do którego wzdychały przedstawicielki płci pięknej, lecz teraz wpatrywał się w okno Sonei, modląc się o choćby jej przemykający cień. W ciągu dnia przyłapywał się na bezwiednym poszukiwaniu jej wzrokiem, a jego myśli bezlitośnie powracały do chwili, w której ją pocałował. Jęknął i ukrył twarz w dłoniach.

Wciąż myślał o łzach, które widział dziś na jej twarzy i musiał walczyć ze sobą, by nie pobiec do niej i nie zapytać, co się stało. Oczywiście, było to niemożliwe. Sonea najprawdopodobniej potraktowałaby go dość bolesnym uderzeniem ogłuszającym. Nie mógł jej się dziwić. Sam był zgorszony swoim zachowaniem, lecz jeśli musiałby szukać kogoś odpowiedzialnego za nie, byłby to nadmiar wypitego wina. Oraz błyszczące oczy Sonei. Kolor jej ust i sposób, w jaki rozchyliła je tuż przed tym, zanim ją pocałował. Skarcił się w duchu. Znów to robił. Myślał o niej.

Jednocześnie zdał sobie sprawę, że o ile jego wcześniejsze wysiłki, by zdobyć choć cząstkę jej zaufania okazały się skuteczne, swoim idiotycznym dwukrotnym pocałunkiem, zaprzepaścił je bez wątpliwości.

Jedyne, co mógł zrobić, to iść do niej i błagać o przebaczenie. Nacisk na jego klatkę piersiową nasilił się jeszcze bardziej, na sama myśl o stanięciu twarzą w twarz z jej nienawistnym, pożerającym spojrzeniem. Nie wiedział, jak długo jeszcze będzie w stanie wytrzymać te bezlitosne tortury.


Pięć dni później…

Odłożyła nóż i wgryzła się w świeże pieczywo z cichym pomrukiem.

- Jak idą postępy z królem? – zapytała, odrywając wzrok od nadgryzionej bułki. Starła z kącika usta resztki dżemu.

- Rozważa wtajemniczenie kilku Magów – odparł, sięgając po konfiturę z owoców Pachi.

Sonea prychnęła z pogardą.

- Niesamowite, że zajmuje mu to więcej czasu, niż podjęcie decyzji o skazaniu nas na śmierć.

Jego usta wykrzywiły się w ledwo widocznym półuśmiechu. Sonea nigdy nie przepadała za Królem, a od czasu wygnania, jej niechęć znacząco się nasiliła.

- Wiesz, że nie miał innego wyboru – powiedział spokojnie.

- To powiedz mu, że tym razem również go nie ma – warknęła i wyprostowała się w swoim fotelu. Ręce ułożyła na bocznych oparciach i posłała mu groźne spojrzenie.

Akkarin zaśmiał się pod nosem. Podniósł się ze swojego miejsca, po czym podszedł do niej i pochylił się nad nią. Sonea delikatnie uniosła się i rozchyliła wargi w oczekiwaniu. Pocałował jej usta, jednocześnie zatapiając palce w jej włosach, które układały się kuszącymi falami na jej ramionach. Mruknęła zadowolona i odwzajemniła pocałunek. Z żalem rozstał się z jej miękkimi wargami.

- Muszę iść. Obowiązki wzywają – mruknął, wciąż będąc blisko jej twarzy.

Wyprostował się i spojrzał na nią, by zobaczyć irytację w jej oczach.

- Też bym jakieś chciała mieć – burknęła i odwróciła głowę. – Mam dość biblioteki.

Odkąd otrzymali list od Ambasadora Dannyla, Sonea większą część dni spędzała w bibliotece poszukując dalszych wskazówek. Mistrz Dannyl przesłał im krótką notatkę zawierającą spis ksiąg, które mogą okazać się przydatne i obiecał zająć się sprawą bardziej szczegółowo, gdy tylko upora się z obowiązkami Ambasadora. Akkarin nie wnikał, co było na tyle pilne, by zignorować prośbę Czarnego Maga, lecz minął prawie miesiąc od ostatniego listu, który im przysłał i zaczynał się niepokoić losem ich poszukiwań. Co prawda, ostatni tydzień okazał się bardziej owocny. Sonea odnalazła jedną z ksiąg, będących na liście, jednak została spisana w nieznanym im języku. Z pewnością był to jedyny powód, dla którego wciąż znajdowała się na terenie Gildii. Z kolei ich treningi zostały przerwane przez jego wyjazd i ciągłe spotkania z królem.

- Wracaj szybko – dodała Sonea po dłużej chwili. – Mam dla ciebie niespodziankę.


Zapadał zmrok, gdy wracała do Rezydencji. Ostatnie dni stały się cieplejsze i Sonea przywitała je z radością. Szmer fontanny zagłuszył odgłos jej kroków, gdy zbliżała się do środka dziedzińca.

W rezydencji została powitana jedynie przez Takana, który zaproponował jej rakę, jednak odmówiła. Wspięła się po schodach i weszła do swojego pokoju. Utworzyła przytulną kulę światła za parawanem i zaczęła rozpinać guziki swojej szaty. Podeszła do miski z wodą i ogrzała ją do przyjemnej temperatury, by zanurzyć w niej twarz. Pozwoliła kroplom spłynąć wzdłuż jej szyi. Osuszyła twarz miękkim ręcznikiem.

Wtedy usłyszała otwierające się drzwi. Chciała jak zwykle wyjść mu naprzeciw, jednak zatrzymała się w miejscu. Coś było nie w porządku. Jej uszom dobiegł odgłos szybkich kroków, wznoszących się po schodach. Poczuła rosnące uczucie niepokoju i wyjrzała zza parawanu. Ktokolwiek wszedł do rezydencji, był coraz bliżej. Jej serce przyspieszyło. Wyszła na środek pokoju i instynktownie ochroniła się cienką tarczą.

Cofnęła się, gdy zawiasy jęknęły w proteście, a drzwi otworzyły się z głośnym hukiem.

Naprzeciwko niej stał Akkarin. Z jej ust wydobył się zduszony okrzyk, gdy zawiesiła nad nimi kolejną świetlistą kulę.

W słabym świetle jej sypialni, jego oczy błyszczały dziko. Usta zaciśnięte miał w wąską linijkę, a mięśnie szczęki mocno napięte. Cofnęła się o kolejne kilka kroków, gdy wtargnął do środka. W tym momencie przypominał jej Wielkiego Mistrza, którego kiedyś się bała. Cała jego sylwetka wyrażała prawdziwy gniew.

Nie, to nie był gniew. To była czysta furia.

Utkwił w niej mordercze spojrzenie i Sonea już wiedziała.