"Prawda cz. II"

- Akkarin…? – wydusiła ze ściśniętego gardła.

Nie odpowiedział. W zamian za to, kilkoma długimi krokami podszedł bliżej, aż dzieliła ich jedynie odległość wyciągniętej ręki. Sonea odruchowo cofnęła się, aż jej plecy z cichym łupnięciem napotkały szafę. Wciągnęła do płuc drżący oddech.

Akkarin stał przed nią w swoim czarnym płaszczu, na którym zauważyła świeże krople. A przecież nie padało, gdy jeszcze parę minut temu wracała do rezydencji. Jego wzrok był czarny i nieprzenikalny jak bezgwiezdne niebo, a twarz nie zdradzała żadnych emocji, poza gniewem, który był tak namacalny, że wydawało jej się, że powietrze w pokoju stało się gęstsze. Z dzielącej ich odległości doskonale wyczuwała napięcie w jego ciele. Pełna obaw wyciągnęła prawą dłoń i położyła ją na jego torsie. Nie zareagował na jej dotyk.

- Akkarin – powiedziała z lekką paniką w głosie.

Wtedy Czarny Mag błyskawicznym ruchem chwycił jej nadgarstek swoją prawą ręką, lecz zamiast strzepnąć jej dłoń z siebie, mocniej zacisnął wokół niej uścisk. Z jej ust uciekło ciche syknięcie. Spojrzała na niego przerażona.

- Czy masz mi coś do powiedzenia? – warknął, a Sonea poczuła mrożący dreszcz paraliżujący jej ciało.

Wiedziała, że on wie i że je wściekły. To, czego tak się obawiała, stało się prawdą.

- Nie rozumiem… - szepnęła i wbiła wzrok w swoją dłoń na jego piersi, którą teraz zacisnęła w pięść. Czuła drżenie każdej części swojego ciała.

- Nie kłam! – ryknął.

Poczuła nabiegające do oczu łzy. Spróbowała wyrwać swoją rękę z uścisku wokół jej nadgarstka, jednak bezskutecznie. Jęknęła, gdy zacisnął mocniej palce, zmuszając ją do spojrzenia mu w oczy, które sprawiły, że pierwsze słone krople stoczyły się po jej policzkach.

Wydało jej się, że na moment jego gniew nieco osłabł, lecz po chwili powrócił ze zdwojoną siłą. Jego wzrok rozbłysnął tysiącami iskier, co wyglądało, jakby toczyła się w nich potworna burza.

- To boli… Proszę… - zaszlochała.

Akkarin przez zawahał się przez chwilę, po czym rozluźnił krępujący jej ruchy uścisk. Natychmiast, gdy tylko odzyskała wolność, odsunęła się od niego, lecz i tak była uwięziona w rogu pokoju. Ruszyła powoli w kierunku parawanu, widząc w nim szansę na opuszczenie swojej sypialni. Nie rozumiała dlaczego, ale instynkt podpowiadał jej, że powinna jak najszybciej oddalić się od Akkarina i tego, co się z nim działo. Nie poznawała go.

- Więc? – ponaglił ją niskim warknięciem.

Była tak przerażona i zdezorientowana, że była gotowa wymyślić największe brednie, byle tylko uciec z dala od jego wiercącego ją spojrzenia i gotującej się w nim czystej furii.

- Nie wiem, o co ci chodzi – wyszeptała odwracając wzrok.

Akkarin przystanął dwa kroki w swoją prawą stronę, blokując jej drogę ewentualnej ucieczki. Zaczerpnął krótki, lecz głęboki oddech, a jego klatka piersiowa uniosła się wyraźnie i szybko opadła, gdy ze złością wypuścił powietrze przez zaciśnięte zęby. Pochylił głowę i przyszpilił ją wzrokiem do podłogi. Po chwili uniósł podbródek, a jego usta wykrzywił drwiący uśmiech.

- Jesteś niemożliwa – syknął. – Nawet teraz! Nawet teraz kłamiesz mi prosto w oczy! Czy ty kiedykolwiek przestaniesz!? – krzyknął zbliżając się do niej.

Sonea struchlała. Opuściła barki w rezygnacji i skuliła się w sobie. Nie była w stanie podjąć wyzwania, którym było spojrzenie w jego oczy. Czuła palący wstyd i żal do samej siebie za własną naiwność. Jak mogła wierzyć, że prędzej, czy później Akkarin się nie domyśli? Lub, że ktoś nie zdradzi jej sekretu. Rothen. Zacisnęła pięści, aż poczuła wbijające się w jej skórę paznokcie.

- Soneo! – powiedział wciąż podniesionym głosem.

Podniosła na niego niepewny wzrok.

- Chciałam ci powiedzieć.

- Kiedy? – zadrwił. – Gdy nie byłabyś już zdolna kłamać? Gdy nie byłabyś w stanie ukryć przede mną prawdy, bo byłaby zbyt widoczna?

Zagryzła wargę i opuściła głowę.

- Bałam się, że…

- Że?! – Akkarin był na skraju wytrzymałości, czuła to. – Jak mogę ci ufać Soneo, gdy wszystko przede mną ukrywasz!?

Szybko zadarła głowę i zmarszczyła brwi. Jej ciało zalała fala gorąca.

- Ja przed tobą wszystko ukrywam? – warknęła. – A kto wymyka się w nocy z Gildii, nic mi o tym nie mówiąc?! To ty masz przede mną sekrety! Myślałam, że od czasu wygnania staliśmy się partnerami, ale ty wolisz uciekać do jakiejś kobiety i potajemnie spotykać się z nią w slumsach. Myślisz, że nie wiem? – zakpiła, widząc zdziwienie na jego twarzy.

- Nie powinno cię to interesować – powiedział niskim głosem, stając zaledwie kilkanaście centymetrów od niej.

- Niech cię w takim razie nie interesuje moje dziecko! – krzyknęła i odepchnęła go od siebie.

- Twoje?! W takim razie to nie ja jestem jego ojcem?! – ryknął.

Ponownie zbliżył się do niej. Sonea drżała na całym ciele. Po jej twarzy płynął strumień łez, których nie była w stanie opanować.

- Oczywiście, że jesteś, ty...! - zaczęła, lecz jej głos załamał się i nie była w stanie dokończyć, choć słowa same cisnęły jej się na usta. Ty matole, jak mogłeś pomyśleć inaczej...!?

Akkarin wiedziony wciąż tą samą złością, z którą wparował do jej sypialni, przystąpił krok w jej stronę. Odskoczyła od niego, bo w jego oczach nie było mężczyzny, którego znała. Akkarin wyglądał obco i to przerażało ją najbardziej, ze wszystkiego.

- Odsuń się! – zażądała, starając się wyminąć go z lewej strony. Jednak Akkarin był szybszy i chwycił jej ramiona, dokładnie tak samo, jak uczynił to Rothen kilka dni wcześniej.

- Od jak dawna o tym wiesz?

Zamiast odpowiedzi, pokręciła przecząco głową, usiłując wyrwać się z jego uścisku. Jęknęła z wysiłku.

- Odpowiedz mi, który to tydzień? Kiedy się dowiedziałaś? – zapytał po raz kolejny, potrząsając nią lekko.

Zamarła. Doskonale wiedziała, ponieważ każdy nadchodzący poranek oznaczał, że okłamywała Akkarina dzień dłużej. Każdy poranek oznaczał dzień, który liczyła, który mijał a ona wciąż bała się powiedzieć prawdę. Dowód na jej tchórzostwo. Zacisnęła powieki, przygotowując się na jego nadchodzącą reakcję.

- Ósmy tydzień... – wyszeptała.

Akkarin zamarł i przez krótką chwilę nie mogła nawet usłyszeć jego oddechu. Nagle jego uchwyt wokół jej ramion znikł. Otworzyła oczy, by na niego spojrzeć. Wyraz jego twarzy zmienił się zupełnie i Sonea nie mogła przypomnieć sobie, by kiedykolwiek tak na nią patrzył. Jakby wbiła mu sztylet prosto w serce. Jednak wtedy Akkarin mrugnął, a na jego twarzy znów zakwitł gniew.

- Jak mogłaś być tak nieodpowiedzialna? – zapytał z niedowierzaniem. – Tak się narażać.

- Nic mi przecież nie grozi! – odparła, czując potrzebę by się bronić, przed jego atakami.

- Wręcz przeciwnie, Soneo – rzekł i odwrócił się.

Przystąpił kilka kroków w stronę drzwi i Sonea już myślała, że chciał wyjść, jednak Akkarin zatrzymał się i szybkim ruchem odwrócił się w jej kierunku.

- Nie masz pojęcia, co ci grozi – warknął.

- Ponieważ nic mi nie mówisz! – zaatakowała go ponownie.

Powinna czuć się winna, gdy w końcu prawda wyszła na jaw, lecz jedynym co czuła, był instynkt obronny.

- Uznałem, że tak będzie lepiej. Bezpieczniej dla ciebie! – jęknął zrezygnowany. Pochylił lekko głowę i zanurzył lewą dłoń we włosach. – Odkąd wszystkie decyzje, które podejmujesz, obracają się na twoją niekorzyść, sądziłem, że będziesz bezpieczniejsza, żyjąc w niewiedzy.

Sonea posłała mu pytające spojrzenie, czując ukłucie zdrady. O czym on mówił?

- Jak mogłem być taki głupi? Ty i tak zrobisz co zechcesz, nic cię nie powstrzyma. Tak, jak podczas walki z Kariko, czy później w mieście, gdy wyszło na jaw, co chciał zrobić z Areną. Myślałem, że jak będziesz miała zajęcie...

Urwał, jakby nagle zdał sobie sprawę z tego, że powiedział za dużo. Podniósł na nią wzrok i wtedy poczuła, jak prawda uderzyła w nią z odbierającą dech w piersiach siłą. Czarny Mag zachwiał się w miejscu przez chwilę, po czym westchnął głośno.

- Więc te wszystkie treningi, szukanie informacji w bibliotece…? – zapytała słabym głosem.

- Próbowałem odciągnąć się od tego, co...

- Chciałeś powiedzieć, zająć mnie czymś, gdy ty wychodziłeś do miasta. Chciałeś odciągnąć mnie do prawdy!

- Nie mów mi o prawdzie...! - Wymierzył w nią palcem, lecz Sonea nie zamierzała dać się zastraszyć.

Podeszła do niego kilkoma długimi krokami i gniewnie odsunęła jego rękę. Jej oczy zaszły łzami, lecz zdołała je powstrzymać przed stoczeniem się po jej policzkach.

- Oczekujesz ode mnie szczerości, choć nie dajesz mi żadnych powodów by ci ufać! – krzyknęła mu prosto w twarz.

Wbił w nią czarny spojrzenie. Przez dłuższą chwilę stali nieruchomo, patrząc na siebie, zastanawiając się, kto z nich miał więcej do ukrycia. Gdy nie mogła dłużej znieść rosnącego napięcia, szybkim ruchem wyminęła jego skamieniałą postać i ruszyła przed siebie. Zbiegła po schodach i skierowała się w stronę salonu. Otworzyła drzwi, za którymi rozpościerał się mroczny las i wciągnęła do płuc chłodne powietrze. Zawahała się, widząc szalejącą ulewę.

- Soneo – usłyszała głos Akkarina i jego kroki na schodach.

Wybiegła z rezydencji marząc, by zostać sama ze swoimi myślami. Miała nadzieję, że Akkarin za nią nie podąży, więc przyspieszyła tempa, by jak najszybciej zniknąć pomiędzy drzewami.


Przez chwilę jeszcze stał na środku jej sypialni, zaciskając i rozluźniając pięści. Usłyszał odgłos otwieranych drzwi, więc zaniepokojony ruszył w kierunku schodów.

- Soneo? – zawołał schodząc na dół.

Wiedziony podmuchem chłodnego powietrza skierował się do salonu, by zastać tam szeroko rozpostarte skrzydło drzwi i ani śladu Sonei. Niech idzie, pomyślał. Nie miał ochoty ścierać się z nią na nowo. Z wściekłością zatrzasnął drzwi i usiadł w fotelu. Oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach. Poczuł, jak drżały. Serce głośno dudniło mu w piersi. Potrzebował chwili, by nieco ochłonąć, a jednocześnie pozwolić nowym informacjom zagnieździć się w głowie.

Zaczerpnął kilka głębokich oddechów i spróbował wykonać swoje mentalne ćwiczenie, lecz był zbyt rozdrażniony. Oparł dłonie na stojącym niskim stoliku, próbując uspokoić ich drżenie. Kiedy ostatnio pozwolił, by cokolwiek aż tak wyprowadziło go z równowagi? Jego wzrok przykuła zgnieciona w kulkę kartka papieru, leżąca na podłodze. Jej fragment był osmolony i wyglądał, jakby miał trafić do kominka po jego prawej stronie, lecz jakimś sposobem wylądował na podłodze, tuż pod jego nogami. Ostrożnie chwycił papierową kulkę i rozprostował zagniecenia. Prześledził tekst wzrokiem. Był to list, zaadresowany do Sonei i podpisany przez… Regina.

Przez chwilę wahał się, przed czytaniem jej prywatnej korespondencji, jednak imię jej największego wroga i gotująca się w nim złość, pozbawiły go wszelkich oporów.

Soneo. Na wstępie proszę, nie wyrzucaj od razu tego listu, zanim go nie przeczytasz. Chcę z Tobą porozmawiać i przeprosić. Jest mi wstyd, za to, co stało się na balu i zrozumiem, jeśli nie chcesz mnie więcej widzieć. Jednak ośmielam się błagać o jeszcze jedną szansę. Jeżeli zgodzisz się na spotkanie, będę czekał w następny Dzień Wolny w południe na dachu Uniwersytetu.

I każdego kolejnego dnia.

Regin

W ogarniającym go zdziwieniu uniósł wysoko brwi. Co to miało znaczyć? Spodziewał się listu z jakimiś drwinami, pogróżkami, ale nie czegoś takiego. Czyżby coś ważnego umknęło jego uwadze, gdy był zajęty swoimi sprawami? Co łączyło ją z Reginem?

Doznał krótkiego przebłysku i nagle przypomniał sobie w czyim towarzystwie zobaczył ją na balu inauguracyjnym. Wpadł tam zaledwie na chwilę, by ją odnaleźć i powiedzieć o swoim wyjeździe. Odszukał ją wzrokiem i w wypełnionej ludźmi sali, znalazł ją siedzącą przy jednym ze stołów w towarzystwie nowicjuszy, których początkowo nie rozpoznał. Dopiero teraz przypomniał sobie, kim była osoba, która siedziała obok niej i słuchała uważnie jej słów, gdy z zawzięciem o czymś opowiadała, śmiejąc się przy tym. To był Regin.

Nadmiar informacji bezlitośnie wdzierających się do jego umysłu sprawił, że warknął ze złością i wstał, przewracając stolik. Leżąca na nim sterta papieru wzbiła się w górę i z szelestem opadła na podłogę.

Sonea wyprowadzała go z równowagi.

Była jak dziki ogień. Niemożliwy do upilnowania. Gdy próbował ją stłumić, wymykała mu się spod kontroli i boleśnie parzyła.

Ile jeszcze sekretów ukrywała przed nim pod maską grzecznej nowicjuszki, którą znał od lat? Jak długo był w stanie znosić jej kłamstwa i mataczenia? On, były Wielki Mistrz, Czarny Mag pozwolił, by bawiła się jego zaufaniem. Był ślepy na jej dwulicowość. Kolejne warknięcie wydobyło się z jego krtani. Zacisnął powieki, walcząc z falą bólu, która chciała przejąć nad nim kontrolę.

Nie. Sonea nie była obłudna. Znał ją. Jej serce było czyste i dobre. Jedyne serce, które on, po tylu latach życia w samotności, zdołał pokochać, nie mogło być zepsute. To byłoby zbyt bolesne. Sonea błądziła, niczym zagubione dziecko we mgle, ale to nie sprawiało, że była zła.

Na myśl o tym, jak musiała się czuć, samotnie zmagając się z prawdą, poczuł ukłucie wyrzutów sumienia. Kiedy się dowiedziała, w jaki sposób? Czy znalazł się wtedy ktoś, kto ukoił jej strach i zapewnił, że wszystko będzie dobrze? To on powinien być tym kimś. Był odpowiedzialny za to, co działo się z Soneą. Dziecko, które w sobie nosiła, było jego. Było to tak oczywiste, że teraz nie mógł uwierzyć, jak śmiał zarzucić jej coś innego. Wiedział, że Sonea nie miała przed nim innego mężczyzny i wiedział, że była mu wierna. Doskonale pamiętał, co wydarzyło się półtora miesiąca wcześniej, w jej pokoju w Domu Nowicjuszy. Na początku czuł na sobie brzemię jej niewinności, lecz później zaczął postrzegać to jako dar, który mu ofiarowała.

Nigdy nie powiedział jej ile dla niego znaczyła i dopiero teraz zrozumiał, jak wielki popełnił błąd. Niepewna jego uczuć Sonea, musiała być przerażona, gdy dowiedziała się o ciąży. Mogła nawet pomyśleć, że nie zamierzał przyznawać się do ojcostwa. O ile sama myśli była, co by nie powiedzieć, przerażająca, Akkarin nie był dzieckiem i został wychowany tak, by brać odpowiedzialność za swoje czyny.

A tego nie mógł nawet nazwać powinnością. Sonea skradła mu serce już dawno temu i nawet jeśli nie była gotowy na to, co miało nadejść, nigdy nie opuściłby jej w obliczu tego wyzwania.

Wiedział, że musiał jej to wyznać, nim będzie za późno. Lecz teraz oboje potrzebowali chwili, by ochłonąć.

Kręciło mu się w głowie. Wszystko potoczyło się tak szybko, od momentu, gdy wracając z Dworu, przypadkiem spotkał Rothena. Chciał być uprzejmy i postanowił zamienić z nim parę słów. Nie mógł podejrzewać, że Alchemik naskoczy na niego, jak wściekły pies. Westchnął i potarł skronie. Będzie musiał z nim porozmawiać, zanim Rothen zrobi coś głupiego, a całą pewnością było go teraz na to stać.

Jednak na to i też przyjdzie pora. W tym momencie co innego wydawało mu się pilniejsze.

Pójdzie do Regina i wyciągnie od niego, co łączyło go z noszącą jego dziecko kobietą.


Przygotowywał się do zajęć z pierwszym rokiem, sporządzając notatki. Na samą myśl o nadchodzącym dniu, poczuł znużenie. Dzieciaki były oporne na wszelką wiedzę, którą starał się im zaszczepić i bardziej interesował ich skandal o dwóch Czarnych Magach, niż nauka podstawowych wiadomości o walce.

Nie ułatwiało mu to oderwania swoich myśli od Sonei. Podczas paru zajęć, które zdążył już odbyć od czasu rozpoczęcia nowego semestru, za każdym razem musiał odpowiadać na, nurtujące nowicjuszy pytania, dotyczące byłego Wielkiego Mistrza i jego nowicjuszki. Na ogół zbywał ich krótkimi odpowiedziami i groził dodatkową pracą domową, jeśli się nie uspokoją. Jednak czasem dopadała go bezsilność, gdy szeptali między sobą plotki o ich romansie, a on nie mógł znaleźć słów, by im zaprzeczyć.

Sonea… Minęło już kilka dni odkąd wysłał jej wiadomość. Dzień Wolny przypadał za dwa poranki i czuł niepokój, że i tym razem dziewczyna się nie pojawi. W gruncie rzeczy był pewien, że jeśli zamierzała zaszczycić go swoją obecnością, to z całą pewnością będzie kazała mu na siebie czekać kilka kolejnych tygodni. Był gotów to wytrzymać.

Z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi. Zdziwiony, wstał i zaprosił gościa do środka, zastanawiając się, kto mógł odwiedzać go tej godzinie.

- Proszę! – zawołał.

Drzwi otworzyły się na dźwięk jego słów i do środka wtargnął mężczyzna w czarnym płaszczu. Regin zamarł, gdy rozpoznał w nim Czarnego Maga.

- Czarny Magu – powitał go z zarezerwowaną specjalnie dla niego pogardą.

- Mistrzu Reginie – odpowiedział uprzejmie mężczyzna w czerni, podchodząc bliżej i zatrzymując się na środku pokoju.

- Co sprowadza cię do mnie o tak późnej porze? – zapytał.

Wyszedł zza biurka i zatrzymał się przed nieproszonym gościem, krzyżując ramiona na piersi.

- Pomińmy te uprzejmości, Reginie – warknął Akkarin.

Mag w czerwieni podniósł na niego zdziwione spojrzenie. Po krótkiej chwili zrozumiał prawdziwe intencje Czarnego Maga i skrzywił się na myśl o rozmowie, która go czekała.

- W takim razie przejdźmy do rzeczy – odparł sucho.

Akkarin wyminął go i podszedł do okna, skąd rzucił spojrzenie na swoją rezydencję. Oparł się o parapet i odwrócił w kierunku Wojownika.

- Jak długo jeszcze zamierzasz dręczyć Soneę swoją osobą? – zapytał i zmrużył powieki.

Regin prychnął z pogardą i zadarł wysoko głowę.

- Nie wydaje mi się, żeby Sonea dłużej widziała mnie w kategorii dręczyciela, jak to ujmujesz – ostatnie słowa celowo nasączył sarkazmem.

Akkarin zaśmiał się krótko, lecz nie był to pogodny śmiech.

- Kiedy to zaczęło ci na niej zależeć? Byłeś jej największym wrogiem, a teraz? W zamian za co starasz się kupić jej zaufanie? – zadrwił.

- Nie muszę nic kupować! – warknął przez zaciśnięte zęby. – Kim ty jesteś, by uważać się za kogoś godnego jej osoby?

- Nie drażnij mi Reginie – ostrzegł go.

- Bo co? Nie boje się ciebie – zrobił krok w jego kierunku, rozluźniając skrzyżowane ramiona i pozwalając im opaść wzdłuż ciała w wyzywającym geście.

- Nie przyszedłem tu, żeby walczyć – syknął Akkarin, lecz również zbliżył się do niego o krok.

Zaczęli krążyć po pokoju, nie spuszczając z siebie wzroku. Napięcie między nimi zdawało się aż iskrzyć. Przez dłuższą chwilę oceniali się wzajemnymi spojrzeniami, szukające słabego punktu swojego przeciwnika. Akkarin pochylił się lekko, jakby szykował się do ataku, więc Regin zrobił dokładnie do samo.

- Mam do niej takie samo prawo, jak ty! – Regin zaatakował go jedynie słowami, chociaż mimowolnie ukrył się za tarczą.

Akkarin zatrzymał się i uniósł brwi, wyczuwając mrowienie tarczy.

- Tutaj się mylisz – warknął i obnażył zęby w pogardliwym grymasie.

- Tak? A niby dlaczego?! – jego głos bliski był krzyku i wiedział, że jeśli nie zachowają ostrożności, ściągną na siebie dziesiątki Magów, zaalarmowanych hałasem i wibracjami kotłującej się wokół nich energii.

- Ponieważ odkąd Sonea… - zaczął Akkarin, lecz natychmiast przerwał.

Ich myśli wypełnił krzyk i Regin natychmiast rozpoznał jej głos. Nie był to zwykły okrzyk, a wołanie o pomoc. Było w nim coś z rozpaczy i bezsilności. Tak szybko, jak głos rozbrzmiał w ich głowach, tak samo szybko ucichł. Przez chwilę stali nieruchomo, gdy docierało do nich to, co właśnie się wydarzyło.

- To była Sonea – wykrztusił w końcu z siebie Regin, wciąż nie odrywając wzroku od twarzy Akkarina.

Czarny Mag skinął głową. On także natychmiast zrozumiał, że ta kłótnia musiała zaczekać. W wyrazie jego twarzy Regin nie widział dłużnej wrogości, lecz choć Akkarin szybko przybrał kolejną maskę, młody Wojownik zdołał zobaczyć w jego oczach strach. Ten sam strach, który pobudzał jego wyobraźnię i podsyłał jej obrazy tego, co mogło się stać. A jedno było pewne - Sonea była w niebezpieczeństwie. Musiał jej pomóc.