"Odnaleziona"
Nie minęło kilka chwil, gdy dziesiątki zaalarmowanych głosów rozbrzmiały chórem w jego myślach. Zatłoczone połączenia mentalne były tym, czego Akkarin nie znosił. Część głosów Akkarin rozpoznał od razu, lecz większość zlała się w głośny i irytujący szum. Nie mógł myśleć, gdy tak wrzeszczeli.
- Kto to był?
- Czyj to był głos?
- Kto wzywał pomocy?
Akkarin stał w miejscu i nie spuszczał Regina z oka. Wojownik również tkwił nieruchomo i uważnie śledził każdy jego ruch. Ledwie sekundy temu oboje byli gotowi skoczyć sobie do gardeł.
- To była Sonea! – usłyszeli rozpaczliwy okrzyk Rothena.
Kolejna fala pytań rozbrzmiała głośnym echem i Akkarin skrzywił się. Większość głosów nawoływała Soneę, jednak ta nie odpowiadała, co jedynie potęgowało jego przerażenie. Niezliczona ilość możliwych scenariuszy toczyła ze sobą zażartą walkę w jego myślach.
W końcu Regin poruszył się i celując w jego stronę palcem, wycedził:
- Gdzie ona jest? Co jej zrobiłeś?
Akkarin zmarszczył brwi i już chciał uświadomić Reginowi, jak wielkim musiał być idiotą, by coś takiego pomyśleć, gdy głos Rothena przebił się przez gąszcz głosów:
- Dlaczego nie odpowiada? Soneo!
- Wołanie dobiegało z Gildii - warknął w stronę Regina. - Sonea jest blisko. Cofnij ten palec, zanim go stracisz, Mistrzu Reginie i zajmijmy się tym, co ważne.
Przez kilka następnych sekund Regin mierzył go wzrokiem, aż w końcu cofnął dłoń i skinął lekko głową, dając znak Czarnemu Magowi, że przystaje na tymczasowy rozejm. Akkarin ruszył w stronę drzwi, lecz kolejny rozmówca zatrzymał go w miejscu:
- Gdzie jest drugi Czarny Mag? – usłyszeli głos Wielkiego Mistrza.
Akkarin skrzywił się i przewrócił oczami. Tracili czas. Zacisnął dłonie w pięści i odpowiedział.
- Z Mistrzem Reginem. W jego pokoju.
Na chwilę zapanowała cisza, którą Akkarin powitał z ulgą. Nie trwała ona jednak zbyt długo. Głos Balkana rozległ się po raz kolejny.
- Zwołuję posiedzenie w kwaterze Mistrza Regina.
Sonea biegła przez ciemny las tak długo, aż uznała, że Akkarin za nią nie podążał. Zwolniła kroku i zawiesiła przed sobą kulę światła, aby uniknąć kolejnych potknięć o wysunięte korzenie. Przez dłuższą chwilę szła, wpatrując się w swoje stopy. Jej serce biło z szaleńczą prędkością i nie było to spowodowane biegiem. Nadal była w szoku, po tym jak zareagował Akkarin. Był tak wściekły, że wciąż jeszcze czuła dreszcz przerażenia, na samą myśl o tym, jak dziko błyszczały jego oczy i w jak pobłażliwym grymasie wykręcały się jego usta, gdy do niej mówił. Zadrżała i spojrzała za siebie, jednak dostrzegła tylko ciemność. Uniosła głowę, lecz mogła rozpoznać tylko czarne, powykręcane ramiona górujących nad nią drzew. Ich mroczne kształty błyszczały w ledwo widocznym świetle księżyca, które próbowało przekraść się przez gąszcz splątanych gałęzi. Czując chłodne powietrze wdzierające się pod cienki materiał jej koszuli pożałowała, że nie zabrała ze sobą płaszcza. Okryła się tarczą, by utrzymać ciepło.
Zaczerpnęła drżący oddech. Powietrze pachniało mokrą trawą i błotem. Przyspieszyła tempa, widząc prześwit między drzewami. Nie miała pojęcia, jak daleko oddaliła się od Gildii, lecz sądziła, że powinna powoli zbliżać się do murów. Teren pod jej stopami zaczął się miarowo wznosić i Sonea z ulgą powitała uczucie lekkiego wysiłku, towarzyszącemu wspinaczce.
Gęsty las przejaśnił się i Sonea odkryła, że była u podnóża wzgórza. Srebrzyste Oko oświetlało jej drobną sylwetkę, gdy podchodziła do stojącego na szczycie rozłożystego drzewa.
Zduszony okrzyk wyrwał się z jej płuc, gdy chcąc ominąć pień drzewa, jedna z jej stóp napotkała nicość. Wbijając paznokcie w korę, zatrzymała się w ostatniej chwili. Uskok nie był zbyt wysoki, jednak wystarczający, by upadek z niego mógł skończyć się bolesnymi stłuczeniami. Wyglądało na to, że jakiś czas temu, fragment ziemi osunął się, tworząc urwisko.
Sonea oparła się o drzewo i z wciąż przyciśniętą do piersi dłonią, osunęła się na mokrą trawę. Spojrzała na roztaczający się przed nią widok i pożałowała, że znalazła się tutaj przed zachodem słońca. Ujrzała przed sobą korony nagich drzew, teraz przyćmionych padającym, rzęsistym deszczem. Nad całym pejzażem górował idealnie okrągły księżyc. Oko było otwarte i nie zwiastowało to nic dobrego.
W mroku i ciszy, w której jedynym dźwiękiem był szum padającego deszczu, poczuła się ukryta przed światem. I zrozumiała, że nie chciała wracać tam, skąd uciekła. Do gniewnych oczu Akkarina, do Magów, którzy widzieli w niej zagrożenie. Do ich niechęci i uprzedzeń, którymi trzymali ją na dystans. Do Rothena, którego dotkliwie zraniła swoimi słowami… Teraz ich żałowała. Gdyby mogła, cofnęłaby czas, by w porę ugryźć się w język, zanim powiedziała, że go nie potrzebuje. To było jedno z jej wielu kłamstw. Potrzebowała go. Tak samo, jak Akkarina.
Zacisnęła powieki, czując napływające do oczu łzy i odchyliła głowę, by oprzeć ją o drzewo. Wciągnęła do płuc chłodne wieczorne powietrze i wypuściła je przez usta. Mimo, że próbowała się uspokoić, serce w jej piersi wciąż dudniło, a żołądek wykręcał się na samą myśl o tym, co za sobą zostawiła.
Poczuła ukłucie w klatce piersiowej. Co ukrywał przed nią Akkarin? Jak bardzo odsunął ją od siebie i tych wszystkich spraw, których od zawsze pragnęła być częścią? Brak jego zaufania odbierał jej oddech. Przycisnęła do piersi ramiona. Objęła nadgarstek prawej ręki, by rozmasować wciąż piekące miejsce, wokół którego Akkarin zacisnął palce.
Nie ufał jej, lecz czy powinna mu się dziwić? Ostatnie tygodnie tylko potwierdziły jej obłudę. Akkarin wielokrotnie pytał ją, czy wszystko było w porządku, w zamian za co karmiła go kolejnymi kłamstwami.
Trudno było określić, kto komu nie ufał bardziej. Jak mogła mamić się wspólną przyszłością, podczas gdy żadnego z nich nie było stać na szczerość? Czy nie na tym powinien opierać zdrowy związek? Jak mogła wierzyć, że mieli szansę stworzyć coś dobrego? Oni, pokręceni przez los, z duszą mroczną tak samo, jak ich sekrety.
Wmawiała sobie, że Akkarin ją kochał. Że to, co widziała w jego oczach było tak samo silne, jak jej własne uczucia. A jednak dziś, gdy wtargnął do jej pokoju, gdy jego oczy rzucały w jej stronę błyskawice, zrozumiała, że mogła się mylić. Może Akkarin nigdy nie traktował jej poważnie? Może żadne z nich tego nie potrafiło?
Kim była, by pokochał ją były Wielki Mistrz? Ucieleśnieniem wszystkich jego problemów. Nieposłuszną Nowicjuszką, która nawet nie wiedziała, jak zapobiegać ciąży. Niedouczona, nieposłuszna, naiwna.
Przesunęła lewą dłoń na swoje podbrzusze i przycisnęła ją lekko. Jak to możliwe, że coś tak małego, mogło być przyczyną tylu problemów? Nie chciała tego. Zagryzła zęby i zacisnęła dłoń w pięść. Nie potrafiła tego kochać, nie teraz, może kiedyś. Była to jej osobista porażka i kolejny powód do wstydu.
Jej podbródek zadrżał, więc prędko ukryła twarz w dłoniach. Jednak wtedy zdała sobie sprawę, że nikt nie mógł jej zobaczyć i zaniosła się rozpaczliwym płaczem.
Pod plecami poczuła lekkie mrowienie. Zamarła, gdy zdała sobie sprawę, że nie mam to nic wspólnego z jej trzęsącymi się ramionami. Zadarła głowę i zmarszczyła brwi, widząc drżące, nagie gałęzie. Nie wyglądało to naturalnie i Sonea odruchowo zerwała się na równe nogi, tym razem uważając by się nie potknąć. Po chwili wahania parła dłoń o drzewo i zmarszczyła brwi tak mocno, aż utworzyła się między nimi pionowa zmarszczka. Rozejrzała się, lecz widziała jedynie zacinający prosto deszcz. Nie było żadnego wiatru, tylko szmer uderzających kropel o liście i miękką trawę.
To, co stało się później było tak nagłe i niespodziewane, że Sonea nie zdążyła nawet wydać z siebie krótkiego okrzyku. Ziemia pod jej stopami przestała być dla niej oparciem i pociągnęła ją za sobą w dół.
Ocknęła się i pierwszą rzeczą, którą poczuła, był smak błota w ustach. Zakrztusiła się, starając się pozbyć paskudnej mazi. Spróbowała się poruszyć, lecz powstrzymał ją ostry, promieniujący ból lewej nogi. Krzyknęła, a przed oczami jej zamigotały czarne plamy, grożące utratą przytomności, jeśli znowu ośmieli się ruszyć. Podążyła otępiałym wzrokiem w kierunku źródła bólu i zamarła, przerażona. Jej lewa noga, począwszy od miejsca nad kolanem, była przygnieciona przez wielką gałąź. Gdy tylko zdała sobie z tego sprawę, poczuła kolejną falę bólu.
Spojrzała na otaczający ją zamęt. Skarpa, na której przed chwilą siedziała i stojące nad nią drzewo, zamieniło się teraz w plątaninę błota i gałęzi. Część ziemi osunęła się, zabierając ją ze sobą i więżąc w miejscu. Po raz kolejny utkwiła wzrok w swojej zmiażdżonej nodze. Wysłała w jej kierunku badający promień energii i jęknęła zdając sobie sprawę z tego, jak mocno jej kości zostały pogruchotane. Osunęła się na plecy i krzyknęła głośno.
Nikt nie mógł jej usłyszeć, a ulewa jeszcze bardziej zagłuszyła jej głos. Korzenie, które zdołały utrzymać się w swoim pierwotnym miejscu, zatrzeszczały złowrogo. Wiedziała, że musi się pospieszyć, jeśli nie chciała zostać doszczętnie zgnieciona przez górujące nad nią drzewo. Skupiła się na przygniatającej ją gałęzi i posłała w jej kierunku moc. Nawet nie drgnęła. Ze łzami bólu w oczach, usiadła i zaczęła kopać w ziemi wokół swojej nogi. Gdy tylko poczuła, jak gałąź osuwa się niżej, wrzasnęła i wycelowała w jej kierunku rozpaczliwy pocisk. Ta rozpadła się na drobne drzazgi, a Sonea, oszołomiona bólem i zaskoczona swoim małym sukcesem, wyczołgała się spod korony drzewa. Słone łzy toczyły się jej po policzkach, gdy w końcu udało jej się odsunąć wystarczająco daleko i bezsilnie opaść na plecy. Jej płuca rozpaczliwie walczyły o każdy oddech, a krew głośno pulsowała w jej uszach.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że zużyła prawie całą moc na to, by zniszczyć gałąź. Panicznie poszukała wszelkich zapasów energii, lecz znalazła zaledwie cienkie rezerwy. Nie była w stanie wyleczyć połamanych kości i wrócić do Gildii. W ostatnim akcie jasności umysłu wysłała głośny mentalny okrzyk, błagający o pomoc i osunęła się w objęcia nieprzytomności.
Szedł z Akkarinem ramię w ramię w kierunku lasu, rozciągającego się za Domem Magów i Rezydencją Czarnych Magów. To tam ostatni raz Akkarin widział Soneę. W końcu, po kilkunastu minutach naradzania się w pokoju, Balkan ogłosił, że Magowie wyruszą na akcję ratunkową, by odszukać Soneę. Na nic zdało się poganianie ich przez Akkarina, który miotał się po pokoju, niczym uwięzione w klatce dzikie zwierzę, starając się wytłumaczyć zgromadzonym Magom, że wiedział, gdzie prawdopodobnie była Sonea i że to właśnie tam należało jej szukać. Wielki Mistrz oznajmił, że dopóki nie wyrazi na to zgody, nikt nie opuści mieszkania Mistrza Regina, tym bardziej Czarny Mag. Gdy w końcu powiedział ostatnie słowa, Akkarin wypadł z pokoju, a wiedziony przeczuciem Regin podążył za nim, wywołując na twarzach zebranych Magów wyrazy osłupienia.
Zagłębili się w las, a Regin z trudem nadążał za szybkim krokiem Akkarina. Nagle ten zatrzymał się i zwrócił ku niemu błyszczące spojrzenie. Regin zatrzymał się i instynktownie cofnął o półkroku.
- Rozdzielimy się. Ty pójdziesz tam – Akkarin wskazał w swoją prawą stronę – a ja tędy. – Po tych słowach ruszył dalej. – Zostajemy w kontakcie – rzucił, zanim zaczął biec.
Regin nie zdążył nic odpowiedzieć. Przez chwilę śledził wzrokiem plecy oddalającego się mężczyzny, aż ocknął się i popędził we wskazanym przez Akkarina kierunku.
Deszcz lał dopiero godzinę, lecz to wystarczyło, by ziemia pod jego stopami zamieniła się w grząskie błoto, spowalniając go.
- Soneo! – krzyknął, rezygnując z komunikacji mentalnej. Dziewczyna i tak nie odpowiadała.
Przedzierał się przez gęsty las, co jakiś czas potykając się o wystające, pojawiające się jakby znikąd, korzenie. W końcu dotarł do lekkiego prześwitu.
- Soneo! – zawołał, przykładając dłonie do ust.
Wspiął się na niewielkie wzgórze i poczuł, jak jego serce zamiera. Pierwszym, co zauważył była jej drobna sylwetka. Nawet z dzielącej ich odległości widział bladość jej twarzy. Dopiero po chwili zwrócił uwagę na, zwisające ze skarpy, połamane drzewo. Krzycząc jej imię, osunął się po błotnistym zboczu, podbiegł do niej i opadł obok na kolana.
Dotknął jej bladego policzka, odgarniając na bok mokre włosy. Wysłał w jej ciało swoje myśli i z przerażeniem spojrzał w kierunku jej połamanej nogi. Jako Wojownik nie miał wystarczająco dużo wiedzy, by sprawnie złożyć tak skomplikowane złamanie. Przekazał jej trochę mocy, zwiększając zapasy jej energii. Sonea była przemoczona i wychłodzona.
- Soneo, obudź się – powiedział, ujmując jej twarz w obie dłonie.
W odpowiedzi wydała z siebie ciche jęknięcie, lecz nie otworzyła oczu. Przestudiował wzrokiem jej ciało, szukając dalszych obrażeń. Sonea nie miała na sobie szat i jej mokra biała koszula przylegała ciasno do jej piersi, sprawiając, że Regin musiał walczyć sam ze sobą, aby odciągnąć od nich wzrok. Jednak ich kształt, podkreślony przez przemoczony materiał, nie pozwalał skupić mu się na niczym innym, poza myśleniem o tym, jak niewiele Sonea miała na sobie. Głośno przełknął ślinę i sięgnął dłońmi do wiązania swojego płaszcza. Przesunął wzrok na jej twarz i zamarł.
- Na co się gapisz? – warknęła, patrząc na niego spojrzeniem o temperaturze podobnej do temperatury jej ciała.
- N-na nic – wybełkotał, opuszczając wzrok i czując się, jak dziecko przyłapane na podjadaniu słodyczy.
- Właśnie widziałam – powiedziała nieco słabszym tonem. Ból, który ją dręczył był wyraźnie wypisany na jej twarzy.
Regin otworzył usta, chcąc powiedzieć cokolwiek na swoją obronę, lecz natychmiast je zamknął, zdając sobie sprawę z tego jak bardzo wlepiał przed chwilą wzrok w jej piersi. Nagle Sonea drgnęła, podnosząc się na łokciach i z jej krtani wydobyło się zduszone warknięcie, po czym opadła na ziemię. Regin szybko chwycił jej głowę, zanim ta dotknęła mokrej trawy.
Ściągnął z siebie płaszcz i okrył jej przemoczoną sylwetkę. Była zimna jak lód. W bezsilności pozwoliła mu się dotknąć, lecz jej czujne spojrzenie nie przestawało prześlizgiwać się po jego twarzy.
- Co tutaj robisz? – zapytała drżącym szeptem.
Natychmiast przypomniał sobie o powodzie, dla którego znalazł się w lesie. Powinien poinformować Magów, że ją znalazł, ale bycie z nią sam na sam, z dala od Gildii, było zbyt kuszącą myślą.
- Regin – ponagliła go.
Nie mógł nic poradzić na to, że sposób, w jaki układała usta, gdy wymawiała jego imię, sprawiał, że miał ochotę znów ją pocałować, nawet jeśli miałby za to zapłacić równie surowo jak ostatnio.
- Wzywałaś pomocy. Wszyscy cię szukają – odparł.
- Och… - westchnęła z zakłopotaniem. – Nie sądziłam, że narobię tyle zamieszania.
- Najważniejsze, że cię znalazłem. Nie byłabyś w stanie sama wrócić.
Sonea zamknęła oczy i zmarszczyła brwi w bolesnym grymasie. Nie odpowiedziała, jedynie pokiwała głową.
- Zabiorę cię stąd, dobrze?
Uniosła powieki i w jasnym świetle księżyca zauważył strach, rozszerzający jej źrenice.
- Będę ostrożny, ale muszę cię podnieść – powiedział i wyciągnął ręce w kierunku jej nóg.
Sonea skrzywiła się i zaprzeczyła szybkim ruchem głowy. W desperackim akcie spróbowała się nawet odsunąć, lecz skończyło się to jedynie na mimowolnym okrzyku, gdy jej ciało zaprotestowało na jakikolwiek ruch.
- Proszę, Soneo – szepnął, cierpliwie czekając na jej zgodę.
W końcu dziewczyna podniosła dłonie i Regin schylił się, by mogła zapleść je wokół jego szyi. Wsunął jedno ramię pod krzywiznę jej pleców, a drugie pod zgięcie jej kolan. Gdy spróbował wstać, załkała i zagryzła dolną wargę. Odchyliła głowę i wbiła wzrok w czarne niebo, teraz zasnute gęstymi chmurami. Po jej policzkach potoczyły się łzy. Po chwili spojrzała na niego, a w jej oczach zobaczył przerażenie. Uspokoił ją delikatnym głosem:
- Już dobrze, jesteś bezpieczna.
Sonea wyciągnęła prawą dłoń i zacisnęła ją wokół szaty na jego torsie. Bicie jego serca przyspieszyło pod jej dotykiem. Przez chwilę wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, aż w końcu zamknęła je, jakby przygotowując się na to, co miało nadejść. Lekko uniósł ją nad ziemią. Sonea zdusiła w sobie warknięcie i Regin poczuł, jak wbiła paznokcie w skórę na karku. Nienawidził się za to, że był przyczyną jej bólu.
Sonea jęknęła i ku jego uldze jej głowa osunęła się bezwładnie. Po chwili uchwyt jej dłoni rozluźnił się, a jej lewa ręka zsunęła się z jego torsu i opadła w dół. Regin mocniej przyciągnął ją do siebie i szczelniej okrył swoim płaszczem.
- Znalazłem ją! – wysłał w końcu, dołączając opis miejsca, do którego dotarł.
Wstał i starając się nie poruszać jej połamaną nogą, zaczął wdrapywać się powrotem na wzgórze.
Znalazłszy się na szczycie, zobaczył wyłaniającą się z lasu sylwetkę Akkarina i zaklął w duchu. Mężczyzna widząc go, podbiegł i utkwił spojrzenie w bladej twarzy Sonei. Jego brwi ściągnięte były w zatroskaniu i Wojownik pierwszy raz widział go tak rozbitego. Wyciągnął ręce w jej kierunku, lecz Regin cofnął się.
- Zostaw, to sprawia jej ból – powiedział i ruchem głowy wskazał jej zakrwawioną nogę.
Akkarin rozszerzył oczy w przerażeniu i choć niechętnie, odstąpił od próby przejęcia jej w swoje ramiona.
- Musimy jak najszybciej zanieść ją do Uzdrowicieli – rzekł Regin, gdy z ust dziewczyny dobiegło kolejne, tym razem głośniejsze niż wcześniej, jęknięcie.
Akkarin skinął głową i ruszył przed siebie. Regin posłusznie podążył za nim. Co chwilę rzucał krótkie spojrzenia na twarz Sonei. Gdy widział już białe mury Uniwersytetu, zauważył, że patryza na niego spod ledwie uchylonych powiek.
- Za chwilę zajmą się tobą Uzdrowiciele – szepnął.
Jej źrenice rozszerzyły się i otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, jednak zanim zdążyła to zrobić, po raz kolejny straciła przytomność.
Obudziła się i natychmiast poczuła pulsujący ból lewej nogi. Wspomnienia ostatniego dnia powróciły i zdała sobie sprawę, że nie leżała dłużej na mokrej ziemi, tylko w miękkim i ciepłym łóżku. Spięła się, gdy przypomniała sobie ostatnie słowa Regina. Panika zmąciła jej zmysły. Jeśli była w szpitalu Uzdrowicieli, z pewnością któryś z nich przeprowadził na niej kompleksowe badania, a wtedy…
Jęknęła i poruszyła prawą dłonią. Nim zdołała otworzyć oczy, usłyszała dźwięk zbliżających się kroków. Ostrożnie uniosła powieki i zmrużyła je natychmiast, gdy została oślepiona przez jaskrawe światło.
- Soneo? – usłyszała znajomy głos.
Mruknęła w odpowiedzi i uniosła drugą rękę, aby zasłonić irytującą biel.
- Soneo. – Tym razem z łatwością rozpoznała Akkarina.
Odwróciła głowę w prawą stronę i zobaczyła jego twarz, pochyloną nad nią. Miał zmarszczone brwi i przyglądał jej się czarnym spojrzeniem, które nie zwiastowało nic dobrego. Nie była w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
- Jak się czujesz? – zapytał, prostując się. Poczuła rosnącą w gardle gulę na dźwięk jego ostrego tonu.
Z głuchym dźwiękiem, opuściła dłoń na miękką pościel na swoim brzuchu. Zebrała w sobie całą siłę, podciągnęła się na drżących ramionach i usiadła. Wbiła w Czarnego Maga niepewne spojrzenie. Akkarin nie odrywał od niej wzroku. Rozejrzała się po małym pokoju, szukając innych Magów. Ilu z nich już wiedziało o jej pilnie strzeżonej tajemnicy?
- Okropnie – wyznała zgodnie z prawdą. Jej głos był zachrypnięty i zmęczony.
- Wciąż jesteś słaba. Mistrzyni Vinara kazała ci leżeć tak długo jak to możliwe. Twój organizm doświadczył silnego wychłodzenia i potrzebuje kilku dni, by wrócić do pełnej sprawności – wytłumaczył.
Na dźwięk imienia Arcymistrzyni Uzdrowicieli, Sonea wzdrygnęła się i spojrzała na siedzącego obok jej łóżka Akkarina.
- Czy ona? Czy wszyscy…? - wydusiła z siebie.
Akkarin pokręcił głową.
- Nie.
Sonea odetchnęła z ulgą. Jednak po chwili znowu się spięła.
- Jak to możliwe? – zapytała.
Czarny Mag wstał i kilkoma krokami przemierzył dystans dzielący go od okna. Oparł się o parapet i skrzyżował ramiona na piersi. Sonea zauważyła, że nie miał na sobie szat i poczuła kolejną falę dziwienia.
- Nalegałem na to, żeby żaden z Uzdrowicieli nie mógł cię zbadać. Ze względu na twoją wiedzę o czarnej magii – dodał, gdy otworzyła oczy jeszcze szerzej. – Powiedziałem im, że mogliby w ten sposób poznać sekrety czarnej magii. To wystarczyło by ich zniechęcić – powiedział przewracając oczami.
Sonea uśmiechnęła się. Lubiła, kiedy to robił. Na chwilę wrócił do niej jej Akkarin. Nie Czarny Mag.
- Dlaczego nie masz na sobie szat? – zapytała, nie mogąc skonstruować lepszego pytania.
Akkarin uniósł brwi i podszedł do niej. Gdy okrążał jej łóżko, na jego koszuli zauważyła zaschnięte plamy krwi. Zamarła ze wzrokiem utkwionym w jego tors.
- Zostawiłem je w Rezydencji. A płaszcz był cały we krwi – odparł spokojnie, jakby mówienie o zakrwawionym płaszczu było czymś zupełnie normalnym.
Sonea opuściła wzrok. Akkarin musiał być z nią cały czas, odkąd znalazła się pod opieką Uzdrowicieli. Nie pamiętała, co działo się od momentu, w którym straciła przytomność w ramionach Regina. Nie widziała również ile czasu minęło od tamtej chwili. Po raz kolejny zerknęła na jego ubrudzona koszulę. Zdawała sobie sprawę, że krew należała do niej. Ostrożnie chwyciła pościel i uniosła ją na tyle, by móc rzucić okiem na swoją nogę. Ostatni raz, gdy ją widziała, nie była w najlepszym stanie. Teraz wyglądała zupełnie normalnie. Czuła jedynie lekki ból, jednak, jako niedoszła Uzdrowicielka wiedziała, że po takim urazie, obrzęk i dyskomfort mogą utrzymywać się przez kilka następnych dni. Poruszyła palcami u stopy i w myślach podziękowała Magowi, który wyleczył jej kontuzję.
- Kto zajął się moją nogą? – zapytała, nie odrywając wzroku od ruszających się palców.
- Ja – odparł. – Z pomocą Mistrzyni Vinary – dodał, gdy o obdarzyła go zdumionym spojrzeniem.
Szybko odwróciła twarz. Oblał ją wstyd, że musiał poświęcić wiele swojego czasu, a także i mocy, a to wszystko przez jej głupią nieostrożność.
Podniosła prawą dłoń i potarła bolącą skroń. Zamknęła oczy i westchnęła głośno.
- Akkarin… - zaczęła słabym tonem.
- Powinnaś odpoczywać – przerwał jej szybko. – Teraz, kiedy się obudziłaś, mogę cię zostawić samą.
Skierował się w stronę drzwi. Sonea poczuła jak gula, która wcześniej blokowała jej krtań, opadła jak kamień, uciskając jej żołądek.
- Zaczekaj! – zawołała za nim.
Czarny Mag zatrzymał się i powoli odwrócił w jej kierunku. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji, co tylko pogłębiło jej rozpacz. Utkwiła w jego czarnych oczach lśniące od łez spojrzenie.
- Przepraszam… - chciała powiedzieć, lecz nie zdołała wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
Zobaczył, jak jej usta układają się w słowo przepraszam i poczuł, że musiał natychmiast wyjść. Tego było za dużo, potrzebował chwili, by w końcu uporządkować własne myśli. Sonea nie musiała go za nic przepraszać. To on był tym, który powinien był to zrobić. Ogarniała go wściekłość na samego siebie, że w obliczu kobiety, którą kochał, nie potrafił znaleźć odwagi, by jej to okazać. Nie otrzymywała od niego żadnego wsparcia. On, Czarny Mag, człowiek, który zabijał z zimną krwią, kiedy patrzył w wielkie, brązowe oczy Sonei, okazywał się nikim. I tak oto, zamiast podejść do niej i chwycić ją w ramiona, odwrócił się i wyszedł, zostawiając ją zupełnie samą.
Pierwszą osobą, którą zobaczył na korytarzu, był Regin. Zacisnął dłonie w pięści i zmusił się, by podejść bliżej. Gdy mężczyzna go zobaczył, odsunął się od okna, przy którym stał i skrzyżował ramiona na piersi.
- Jak ona się czuje? – zapytał.
- Sonea się obudziła. Ale musi odpoczywać – odparł sucho.
Regin mruknął w odpowiedzi i zbliżył się na tyle, że Akkarin miał ochotę go odepchnąć.
- Myślisz, że jak jesteś Czarnym Magiem, to wszystko ci wolno? – zadrwił. – Nie jesteś już Wielkim Mistrzem. A Sonea nie jest twoją własnością.
Akkarin zacisnął szczękę i zmierzył go lodowatym wzrokiem.
- Ani twoją – warknął.
- Mam do niej takie samo prawo, jak ty, Akkarinie – syknął Regin.
- Sonea nie powinna cię interesować – uciął.
Chciał go wyminąć, oddalić się i w końcu zostać sam, jednak Regin zastąpił mu drogę.
- Wiem o was. Jak myślisz, jak zareagowałaby Starszyzna na wieść o tym, że miałeś romans z Nowicjuszką? – zadrwił. – Sądzisz, że nadal pozwoliliby wam razem mieszkać?
Jednym szybkim ruchem Akkarin sięgnął do jego karku, chwycił i przygwoździł do muru. Zaskoczony Regin zdołał jedynie warknąć, gdy jego płuca zostały zmiażdżone przy gwałtownym zetknięciu ze ścianą. Akkarin wbił w niego mroczne spojrzenie i pochylił się nieco.
- Sonea nie jest już Nowicjuszką – powiedział głośno i mocniej zacisnął palce wokół szyi Wojownika. – Ostrzegę cię po raz kolejny. Nie drażnij mnie Reginie – dodał niskim głosem.
Zanim Regin zdołał zareagować tarczą, lub jakimkolwiek rodzajem obrony, Akkarin uderzył otwartą dłonią w ścianę tuż obok jego głowy, po czym rozluźnił uścisk. Wyprostował się i szybkim krokiem oddalił się w stronę wyjścia. Wiedział, że jeśli za chwilę nie odnajdzie chwili spokoju, myśli rozsadzą mu głowę.
