"Tchórz"
Zanim się zorientował, stopy zaprowadziły go w kierunku lasu i gdy podniósł głowę, by się rozejrzeć, zdał sobie sprawę, że dotarł do miejsca, w którym rok wcześniej opowiedział Sonei swoją historię. Westchnął i podszedł do największego z kamieni, leżącego nad strumieniem i usiadł na nim.
Jego myśli wciąż galopowały wokół tego, co wydarzyło się, gdy z pomocą Mistrzyni Vinary leczył złamaną nogę Sonei. Gdyby nie instrukcje starszej Uzdrowicielki, nie zdołałby zrobić tego samodzielnie. Mimo dokładnych poleceń, przez przypadek zabłądził w ciele Sonei i zanim spostrzegł, że szukał złamanej kości w złym miejscu, było już za późno.
Na początku zwabiło go silne źródło energii, które w jego przekonaniu mogło świadczyć o przerwanej barierze ochronnej. Lecz, gdy przyjrzał się temu bliżej, z przerażeniem zorientował się, że było to coś zupełnie innego. I był to moment, gdy po raz pierwszy usłyszał bicie serca swojego dziecka. Biło znacznie szybciej, niż dorosłego człowieka, chociaż w tamtym momencie nie był pewien, czy jego własne nie dudniło szybciej. Fakt, zostania ojcem był tak przerażający, a zarazem ekscytujący, że musiał wycofać się z ciała Sonei, by odzyskać przejrzystość umysłu. To dziecko rzeczywiście istniało, nie było tylko słowami Rothena i mataczeniem Sonei, lecz prawdą, o której osobiście się przekonał. To odkrycie sparaliżowało go do tego stopnia, że Mistrzyni Vinara zmuszona była, przywołać go do rzeczywistości ponaglającym okrzykiem.
Gdy tylko zakończył proces leczenia, uciekł z pokoju niczym przestraszony chłopiec. Usiłował pozbierać myśli i uspokoić dudniące w piersi serce. Wtedy, w osamotnieniu podjął decyzję, lecz kilkanaście godzin później, gdy spojrzał w szkliste oczy Sonei, opuściła go wcześniejsza odwaga.
Teraz ogarniał go pulsujący gniew, zasiany przez słowa Regina. Oparł łokcie na kolanach i zaczął powoli rozluźniać zaciśnięte w pięści dłonie. Zawsze postrzegał Regina, jako niegroźnego dręczyciela swojej Nowicjuszki, później jako Maga, którego nie darzył ani sympatią, ani szczególnym szacunkiem, ale teraz jego imię nabrało nowej kategorii, kategorii rywala. Jeśli Regin sądził, że mógł rywalizować z nim o Soneę, to grubo się mylił. Była jego. I nosiła w sobie jego dziecko.
Po dwóch dniach pozwolono jej w końcu wstać z łóżka i powitała tę możliwość z wielkim zapałem. Mistrzyni Vinara powiedziała jej, że następnego ranka, mogła udać się na krótki spacer, więc gdy słońce zdążyło ledwie musnąć wciąż spowitą szarością Gildię, Sonea wstała i cichutko opuściła pokój. Zabrała ze sobą swój ciepły sweter, bo poranki były chłodne, a przeziębienie było ostatnią rzeczą, na którą chciała sobie pozwolić. Wystarczająco długo tkwiła przykuta do łóżka.
Wyszła na zewnątrz i ruszyła w kierunku ukochanych ogrodów. Krzywiła się lekko, gdy opierała ciężar ciała na lewej nodze. Pomimo mistrzowsko złożonego złamania, jej mięśnie wciąż były obolałe i ruch był dla niej sporym wysiłkiem.
Z westchnięciem opadła na ławkę i obróciła twarz w lewą stronę, by złapać pierwsze ciepłe promienie wschodzącego słońca. Ogrody rozbrzmiewały śpiewem ptaków, a powietrze pachniało mokrą trawą i budzącym się do życia światem przyrody. Dłuższą chwilę trwała nieruchomo, pozwalając zmysłom odpłynąć. Była tak otumaniona otaczającym ją aromatami i dźwiękami, że nie usłyszała zbliżających się kroków.
- Soneo, co tu robisz? – usłyszała czyjś głos i natychmiast otworzyła oczy. Odszukała wzrokiem stojącą nieopodal postać i poczuła lekkie uderzenie gniewu, zdając sobie sprawę, że patrzyła w niebieskie oczy Regina.
- Odpoczywam – odparła i na powrót przymknęła powieki. – A ty?
Powstrzymała się przed uszczypliwą uwagą i zdołała odpowiedzieć mu z grzecznością, którą powinna mu okazać po tym jak znalazł ją w lesie i ocalił przed wychłodzeniem.
- Nie powinnaś leżeć? – zapytał, ignorując jej pytanie i podchodząc trochę bliżej. Rzucił niepewne spojrzenie na ławkę, jakby zastanawiając się, czy jeśli usiądzie obok niej, najpierw go ugryzie, czy ogłuszy.
- Mistrzyni Vinara pozwoliła mi na spacer, więc nie masz powodu do niepokoju – odparła.
Gdy odpowiedziała jej cisza, otworzyła oczy i spojrzała na stojącego przed nią mężczyznę. W jego spojrzeniu odczytała skruchę, co nieco roztopiło lód jej serca. Westchnęła, widząc jak patrzył na wolne miejsce obok niej.
- Siadaj – powiedziała, kładąc dłoń obok swojego uda.
Regin zmarszczył brwi i przestudiował wzrokiem jej twarz, szukając śladów podstępu. Nie znalazłszy nic, poza niegroźną irytacją, jednym krokiem podszedł bliżej i usiadł obok niej. Natychmiast przypomniał sobie moment, kiedy siedzieli obok siebie na tyłach Sali Wieczornej i poczuł skręt żołądka.
- Jak twoja noga? – zapytał uprzejmie, starając się za wszelką cenę odciągnąć myśli od tamtej chwili.
Sonea obróciła się nieco w jego kierunku. Ułożyła prawe ramię na oparciu ławki i oparła głowę na dłoni. Spojrzała na niego łagodniej niż zwykle.
- Lepiej. Trochę boli, ale i tak mniej niż wczoraj.
Opuściła wzrok na palce lewej dłoni, którymi wygładzała zmarszczony materiał spodni.
Regin przez chwilę obserwował ją w zamyśleniu. Podobało mu się, w jaki sposób jej rzęsy kontrastowały z jasną cerą, tworząc czarny wachlarz. Nie mógł powstrzymać się przed podziwianiem jej urody, szczególnie w chwilach takich, jak ta, gdy Sonea nie była do końca świadoma tego, że jej się przyglądał.
- Regin… - powiedziała, podnosząc głowę.
Odpowiedział jej pytającym spojrzeniem. Czuł, jak bicie jego serca przyspiesza na sam dźwięk jej głosu.
- Dziękuję – szepnęła i wyciągnęła dłoń, by na krótko położyć ją na jego własnej.
- Nie masz mi za co dziękować. To ja - zająknął się, szukając odpowiednich słów - to ja powinienem najpierw cię przeprosić. – Spojrzał na nią wzrokiem zbitego szczeniaka i nerwowo przełknął ślinę. - Przepraszam, zachowałem się jak kretyn.
Lewy kącik jej ust uniósł się nieznacznie, jakby w potwierdzeniu. Wątpliwości targały nim bezlitośnie, jednak czuł, że okazja by wyznać jej całą prawdę nie powtórzy się tak szybko. Chęć uwolnienia się spod brzemienia, jakim było tłamszenie w sobie długo skrywanych uczuć była silniejsza, niż strach.
- Soneo, musisz wiedzieć, że moje u…
- Będę już wracać – przerwała mu w pośpiechu, wstając.
Skrzywiła się, lecz ukryła to przed nim, szybko odwracając głowę.
- Zaczekaj – powiedział, również wstając.
Sonea wbiła w niego spojrzenie brązowych, lekko przestraszonych oczu i Regin natychmiast zrozumiał, że nie bała się jego, lecz tego, co właśnie miał zamiar powiedzieć. Dlaczego nie chcesz tego usłyszeć, pomyślał gniewnie. Otworzył usta, lecz wtedy Sonea spięła się i uniosła dłoń.
- Nie. Nie rób tego – powiedziała ostrzegawczym tonem.
Odwróciła się i lekko utykając ruszyła z powrotem w kierunku Domu Uzdrowicieli.
Wczesnym rankiem Akkarin udał się do jej pokoju, jednak nie zastał nic, poza rozrzuconą pościelą i pustym łóżkiem. Poczuł ukłucie niepewności nie znajdując jej tam, gdzie spodziewał się ją zastać. Po chwili zjawiła się młoda Uzdrowicielka i ze spojrzeniem wbitym w ziemię wytłumaczyła, że Sonea dostała pozwolenie na opuszczenie pokoju. Akkarin skarcił się w duchu za to, że przez dwa długie dni nie odwiedził jej, gdy leżała przykuta do łóżka. Pilna wiadomość od Savary zmusiła go do spotkania się z nią w mieście. Po rozmowie z kobietą podjął decyzję, że nadszedł moment, w którym należało powiedzieć Sonei całą prawdę.
Wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się po Dziedzińcu. Słońce ledwo podniosło się z poziomu ziemi i oślepiało go, gdy patrzył w kierunku ogrodów, spodziewając się właśnie tam spotkać Soneę.
Gdy zagłębił się w kręte alejki, został przywitany radosnym śpiewem ptaków. Pomyślał, że wiosna przyszła szybciej niż zwykle i mimowolnie odliczył miesiące, które zostały do chwili, w którym nadejdzie moment rozwiązania dla Sonei.
Wtedy usłyszał jej śmiech. Zatrzymał się, bo Sonea rzadko się śmiała. Pomyślał, że musiała być w towarzystwie Rothena i ostrożnie ruszył w kierunku, z którego usłyszał jej melodyjny głos.
Regin podążył za nią i przez chwilę towarzyszył jej w milczeniu, aż poczuł, że zaakceptowała jego obecność. Gdy usłyszał ciche jęknięcie z jej ust, przystanął i zagrodził jej drogę.
- Nie powinnaś tyle chodzić – skarcił ją poważnym tonem i skrzyżował ramiona na piersi.
Sonea zaśmiała się.
- Masz ochotę mnie znowu ponieść? – zażartowała i wywróciła oczami.
Regin poczuł dobrze znany mu ucisk w klatce piersiowej. Westchnął, gdy przypomniał sobie niezręczną sytuację, kiedy przyłapała go na zbyt natarczywym przyglądaniu się jej mokrej koszuli, a raczej tym, co była pod nią.
- Jeśli pozwolisz, mogę to zrobić – zaoferował, nieco ogłupiony jej propozycją.
Po raz kolejny zaśmiała się, potrząsając gęstą burzą włosów, dziś nie związanych wstążką. Regin powstrzymał chęć wyciągnięcia dłoni i sprawdzenia, czy są były samo miękkie na jakie wyglądały. Sonea jednak posłała mu przelotne, choć radosne spojrzenie i ruszyła dalej. Minęła go, a on wstrzymał oddech, bo pierwszy raz od wieków, zdawało się, że Sonea przestała się na niego gniewać.
Niespodziewanie, Sonea zatrzymała się i syknęła cicho.
Skoczył w jej kierunku, w tej samej chwili, w której zachwiała się do przodu. Złapał w talii i pociągnął w swoją stronę. Jej plecy uderzyły w jego tors. Palcami wyczuł spinające się mięśnie jej brzucha. Zaskoczona Sonea westchnęła cicho i na ten dźwięk Regin odsunął ją od siebie, jakby go oparzyła. Właściwie czuł się podobnie, bo całe ciało piekło go od tego chwilowego kontaktu.
Obszedł ją dookoła, wciąż podtrzymując i siląc się na obojętny wyraz twarzy. Sonea zaparła się na jego ramionach. Krzywiąc się, patrzyła w dół, na nogę, którą właśnie lekko uniosła i pokręciła. Kiedy podniosła wzrok i spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, w których oprócz niepewności, dostrzegł ból, miał wrażenie, że zaczął tonąć w jej ciemnych, bezdennych źrenicach.
- Co się stało? - zapytał w pośpiechu, bo niewiele dzieliło go od tego, by znów spróbować ją pocałować.
- Coś mnie zabolało – jęknęła, krzywiąc się i spróbowała wyprostować lewe kolano.
Regin przyjrzał się jej twarzy. Ostatnim razem, gdy była tak blisko, skończyło się to dość nieprzyjemnie. Lecz tym razem jego dotyk zdawał się jej nie odrzucać i zanim ponownie podniosła wzrok, zdążył dostrzec ledwo zauważalne piegi na jej nosie i policzkach. Uśmiechnął się do swojego nowego odkrycia.
- To cię cieszy? – fuknęła ze złością, marszcząc brwi. Jej oczy rozbłysły dobrze znanym mu ogniem.
- Co…? Nie! – zaczął się bronić. – Po prostu… nie wiedziałem, że masz piegi – powiedział cicho i poczuł wpełzającą na twarz purpurę.
Sonea uniosła wysoko lewą brew. Jedną dłoń przyłożyła do policzka.
- Ja mam piegi? – zapytała w niedowierzaniu.
Otworzył usta, ale zabrakło mu słów, bo Sonea zaśmiała się. Dopiero po chwili także się roześmiał. Jego serce wypełniło się kojącym ciepłem, widząc, jak Sonea rozluźnia się w jego towarzystwie. Odsunął się od niej powoli, upewniając, że z jej nogą wszystko było w porządku. Sonea jeszcze przez moment trzymała go za przedramię, aż w końcu stanęła pewnie.
Z trudem oderwał wzrok od jej ust i spojrzał w stronę Gildii. W piersi czuł nieznana dotąd lekkość.
- Wracajmy, zanim naprawdę będę zmuszony cię nieść - mruknął, ryzykując ostatnim, ulotnym spojrzeniem w jej kierunku.
W Domu Uzdrowicieli czekała na nią informacja, że mogła już opuścić szpital i wrócić do swojej rezydencji pod warunkiem, że następnego dnia rano stawi się do kontroli. Pozwoliła więc Reginowi odeskortować się na miejsce. Pożegnała go uśmiechem i z radością weszła do spowitego przyjemnym półmrokiem przedsionka.
Nawet po tak krótkim spacerze czuła się wykończona i marzyła o chwili odpoczynku. Z wysiłkiem wdrapała się na pierwsze piętro i ruszyła w stronę swojej sypialni. Westchnęła kładąc się na łóżku. Niedbale ściągnęła buty, posiłkując się wyłącznie palcami u stóp. Poczuła ogarniającą ją senność, jednak myśli nie pozwalały jej się odprężyć.
Wciąż myślała o tym, jak dobrze rozmawiało jej się z Reginem. Już wcześniej, przed tą głupią sytuacją na balu, zauważyła, że spędzanie czasu w jego towarzystwie, było... miłe. Jednak tym razem znów coś się zmieniło. Regin miał w oczach więcej pokory i nie narzucał się jej tak, jak wcześniej. Spędzony w jego towarzystwie poranek sprawił, że dawno nie czuła się tak beztrosko. Jakimś sposobem zapomniała o chłodzie oczu Akkarina, gdy ten dwa dni wcześniej opuszczał jej pokój. Trawiący ją strach znikł, zastąpiony rozbawieniem żartami Regina. Lecz Sonea nie mogła dłużej się okłamywać. Jego intencje były zbyt oczywiste. Z początku myślała, że to, co zrobił na balu było spowodowane zbyt dużą ilością wypitego alkoholu, jednak od tamtej chwili, nie pozbawiał jej złudzeń. Dzisiejsza ostrożność w jego zachowaniu i sposób, w jaki na nią patrzył, nie pozostawiały jej złudzeń. Cokolwiek do niej czuł, dojrzało, wraz z nim.
Pozbawiana towarzystwa, powróciła myślami do spraw, które spędzały jej sen z powiek. Czy Akkarin zdoła zaakceptować ją i dziecko? Co myślał, kiedy zmierzył ją lodowatym spojrzeniem, wtedy w Domu Uzdrowicieli? Obawiała się, że gdy znów go zobaczy, jego wzrok nadal będzie tak samo oziębły. Poczuła gęsią skórkę na ramionach i pożałowała, że nie spędziła na słońcu kolejnych kilku cennych chwil.
Zbudził ją dźwięk szeleszczącego materiału i pierwszą rzeczą, która przyszła jej do głowy, była myśl, że nie pamiętała momentu, w którym zasnęła. Kilkakrotnie zamrugała i mimowolnie ziewnęła. Przekręciła się na prawy bok i zamarła. Na brzegu łóżka siedział Akkarin. W rękach trzymał koc, jakby właśnie chciał ją nim okryć.
Zawahał się, gdy zobaczył jej otwarte oczy, wpatrujące się w niego z niepewnością. Opuścił ramiona.
Sonea otworzyła usta, by zapytać go, gdzie był tyle czasu i dlaczego zostawił ją samą, lecz nie zdążyła wydać z siebie dźwięku. Zanim się zorientowała, Akkarin nachylił się nad nią i pocałował jej rozchylone wargi.
Jęknęła, czując ulgę. Jeśli jeden pocałunek był w stanie powiedzieć więcej, niż tysiące słów, ten właśnie do takich należał. Jednak nie tylko to wydawało jej się inne. W sposobie, jaki zachłannie wpił się w jej wargi, wyczuła coś na kształt desperacji.
Akkarin mruknął nisko, gdy posłusznie rozchyliła usta. Lewą dłoń położył na jej szyi i powolnym ruchem kciuka zaznaczył linię jej szczęki. Uwielbiała tę drobną pieszczotę. Drugą rękę oparł na poduszce i przysunął się jeszcze bliżej. Czując, jak materac ugina się pod jego ciężarem, Sonea podniosła się na łokciach, wiedziona nagłym przypływem pożądania.
Pociągnęła go w swoim kierunku i jęknęła, gdy Akkarin sprawnym ruchem znalazł się nad nią. Jego nagła bliskość pozbawiała ją tchu. Zaczerpnęła szybki oddech, odrywając się od jego ust. Wykorzystał ten moment, by odchylić jej głowę i zacząć pieścić językiem jej szyję. Zamknęła oczy i drżącymi dłońmi sięgnęła do jego szaty. Zaczęła ją rozpinać, wielokrotnie wypuszczając z palców guziki. Akkarin warknął zniecierpliwiony, wyprostował się i samodzielnie rozpiął kilka guzików. Przy ostatnich trzech na wysokości brzucha pociągnął mocno materiał obiema dłońmi, aż ten rozpaczliwie zatrzeszczał, a guziki oderwały się. Odrzucił na bok szatę, a później sciągnął przez głowę koszulę. Sonea patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, czując, jak zasycha jej w gardle, gdy Akkarin sprawnie pozbawiał się garderoby. Pochylił się nad nią i nie przestając całować każdego odsłoniętego miejsca na jej ciele, sięgnął do jej tuniki. Szybko pozbawił ją reszty ubrań. Sonea wiła się pod jego rozpalonymi dłońmi, wzdychając za każdym razem, gdy jego usta wędrowały coraz niżej.
Coś w sposobie, w jaki na nią patrzył i jak stanowczo dał jej do zrozumienia to, co pragnął z nią zrobić, sprawiły, że odbierało jej tchu. Akkarin zdawał się być pozbawiony wszelkich oporów. Pozwolił jej to odczuć w sposobie, w jaki się z nią kochał oraz w niesamowitej rozkoszy, która ogarnęła jej ciało na sam koniec.
Sonea bardzo szybko zasnęła. Leżała obok, z dłonią opartą na jego torsie. Akkarin przypatrywał jej się spod lekko zmrużonych powiek. Wyglądała tak spokojnie, kiedy spała. Nie był to pierwszy raz, gdy mógł oglądać ją pogrążoną we śnie, lecz tym razem niektóre szczegóły jej twarzy i ciała przyciągnęły więcej jego uwagi. Pierwszą rzeczą były jej długie i gęste rzęsy oraz lśniące włosy. Sonea zawsze przyprawiała go o szybsze bicie serce, ale ostatnio miał wrażenie, że stała się jeszcze piękniejsza. Czy zmieniała się tak pod wpływem dziecka? Mimowolnie zerknął w kierunku jej podbrzusza. Cienki materiał prześcieradła, w który byli owinięci, leżał swobodnie na jej biodrze, dając mu okazję na obserwację jej ciała. Mógł przysiąc, że zauważył ledwie widoczne zaokrąglenie tuż pod pępkiem.
Poczuł jak niepewność zaciska się wokół niego niczym cienka, niewidzialna obręcz. Czy był na to gotowy? Oczywiście, że nie. Czy podoła…?
Zrobiło mu się żal samego siebie. Nie z powodu tego, co w końcu nadejdzie, lecz z powodu swojej słabości i tchórzostwa. Nagła chęć opuszczenia pokoju stała się silniejsza, niż przyciągające piękno nagiego ciała Sonei. Poruszył się niespokojnie. Dziewczyna sapnęła cichutko i zsunęła dłoń z jego torsu. Rozchyliła usta i wypuściła powietrze, po czym przekręciła się na plecy.
Wiedział, że jeśli teraz wyjdzie, okaże się największym draniem w całych Krainach Sprzymierzonych. Z drugiej strony, jeśli Sonea się zbudzi, nie będzie miał już innego wyjścia. Będzie musiał spojrzeć jej w oczy i powiedzieć, co czuł, gdy na nią patrzył. A nie miał pojęcia, jak to zrobić.
Jej płytki oddech zwiastował nachodzące przebudzenie. Tak cicho, jak tylko był w stanie, wyślizgnął się spod aksamitnego materiału. Wstał, zebrał swoje rzeczy z podłogi i ubrał się w pośpiechu. Zerknął na leżącą po drugiej stronie łóżka czarną szatę, teraz wybrakowaną o kilka guzików.
Sonea drgnęła niespokojnie. Bicie jego serca przyspieszyło. Czuł się jak przestępca uciekający z miejsca zdarzenia. Odwrócił się i ruszył w kierunku wyjścia. Jesteś żałosną namiastką mężczyzny. Powiedział do siebie, w momencie, gdy zamykał za sobą drzwi.
